Rząd się chwieje

– takie opinie o sytuacji, w jakiej znalazł się rząd Theresy May pojawiły się w mediach po rezygnacji ministra do spraw wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE Davida Davisa. Jeszcze nie umilkły echa jego odejścia a już pojawiła się wiadomość o rezygnacji kolejnego kluczowego polityka – ministra spraw zagranicznych Borisa Johnsona.

 

Wraz z Davisem dymisję złożyli także jego zastępcy – Steve Baker i Suella Braverman. To wyraźny sygnał, że zmieni się formuła Brexitu. Odejście ministrów ma być wyrazem sprzeciwu przeciwko propozycji tzw. miękkiego Brexitu i rozwiązań zaproponowanych rządowi przez Theresę May w ostatni piątek. May razem z ministrem finansów Philipem Hammondem przedstawiła szereg założeń, które nie spodobały się twardym eurosceptykom.

May usiłowała przedstawić to jako ogólnorządowy konsensus, ale w oczach reszty gabinetu – po prostu zmiękła, pragnąc zachować bliską współpracę celną z UE i pozostanie na wspólnym rynku dóbr. Zjednoczone Królestwo chciałoby wprawdzie zawrzeć własne umowy handlowe z państwami trzecimi – m.in. z Chinami i USA, ale jednocześnie premier deklaruje przestrzeganie unijnych standardów produkcji zawartych we wspólnym „zbiorze zasad”. Ministrowie, którzy odeszli, domagali się jego całkowitego zniesienia.

May zamierzała też wprowadzić 2 różne stawki ceł: na towary na rynek unijny oraz na te sprzedawane w Wielkiej Brytanii. Chce zachować brak kontroli granicznej pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn.
Stawką, o którą gra Wielka Brytania, godząc się na ustępstwa, jest ograniczenie swobodnej migracji obywateli UE na Wyspy. May zadeklarowała, że za to jest w stanie poświęcić brak swobodnego dostępu banków i ubezpieczeń do europejskiego rynku wewnętrznego.

Generalnie w piątek wyszła zadowolona z posiedzenia wyjazdowego gabinetu w Chequers. Dziś okazuje się, że frakcja konserwatywnych eurosceptyków myśli już nawet o zrzuceniu jej ze stanowiska. Aby wymienić lidera, członkowie Partii Konserwatywnej potrzebują 48 podpisów deputowanych. Dziennikarze spekulują, że wewnętrzna opozycja ma za sobą taką liczbę niezadowolonych.

Davis, podając się do dymisji, jednocześnie upublicznił list otwarty do szefowej rządu. „Ogólny kierunek polityki postawi nas w słabej pozycji negocjacyjnej” –napisał. Wyraził też obawę, że utrzymanie „wspólnego zbioru zasad” w produkcji i handlu pozwoli Unii na kontrolę nad dużymi obszarami brytyjskiej gospodarki. Podkreślił że wiele razy nie zgadzał się z polityką May – „Na każdym etapie akceptowałem zasadę kolektywnej odpowiedzialności, bo jest moim zadaniem znajdowanie kompromisowych rozwiązań, które nadają się do zastosowania i dlatego, że uważałem, że wciąż było możliwe zrealizowanie mandatu społecznego z referendum oraz naszego zobowiązania z programu wyborczego o wyjściu unii celnej i wspólnego rynku (UE). Teraz jednak nie jestem przekonany, czy nasze podejście negocjacyjne nie doprowadzi jedynie do żądań dotyczących dalszych ustępstw”.

Theresa May podziękowała mu za wykonaną pracę, podkreśliła jednak, że się z nim nie zgadza i „żałuje, że zdecydował się na odejście z rządu po tym, jak wykonaliśmy taki postęp w stronę zrealizowania gładkiego i udanego Brexitu oraz jesteśmy zaledwie na osiem miesięcy przed zapisaną w prawie datą, kiedy Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej”. Następcą Davisa został Dominic Raab.

Odejście Borisa Johnsona, o którego możliwości mówiło się już od dawna, to prawdopodobnie cios jeszcze silniejszy. Nie dlatego, żeby Johnson był zręcznym dyplomatą, ale że jest kluczową figurą wśród zwolenników twardego Brexitu. Jego następca Jeremy Hunt, który wsławił się cięciami w polityce w służbie zdrowia gdy do objęcia funkcji sekretarza stanu kierował resortem zdrowia, będzie w stosunku do premier May bardziej sterowalny, ale jej sytuacja – tak samo jak przyszły kształt Brexitu – wcale nie należą do łatwych. Partia Konserwatywna jest głęboko podzielona wokół sprawy Brexitu, do tej pory jednak różne frakcje miały głos w rządzie, teraz – gdy polityczni przeciwnicy w strukturach partyjnych nie będą reprezentowani, każde dalsze potknięcie może wywołać ostry kryzys przywództwa, gdyż nastąpiła ostrzejsza polaryzacja.

Bogato jak w Londynie

Połowa nauczycieli w Londynie co tydzień kupuje swoim uczniom podstawowe produkty higieniczne, bo rodziców na nie nie stać.

 

Badanie kwestionariuszowe przeprowadzone przez brytyjską organizację charytatywną In Kind Direct ukazało niepokojące zjawisko: jeden na trzech nauczycieli w szkołach podstawowych od czasu do czasu kupuje uczniom artykuły pierwszej potrzeby, takie jak pasta do zębów i mydło. Robią to, bo widzą, że dzieci przychodzą do szkoły zaniedbane. 18 proc. ogółu pytanych nauczycieli przyznało, że postępują tak co tydzień. W północno-zachodniej części kraju odsetek ten wynosi 29 proc., a w samym Londynie aż 50 proc.

Raport przytacza uwagi nauczycieli na ten temat:

„Pracuję w podstawówce od 12 lat i w ciągu ostatnich kilku lat wyraźnie widzę, że to się nasila (…). Nie będziemy stali bezczynnie, kiedy ludzie potrzebują pomocy.”

„To nie zawsze są rodziny na zasiłkach. Rodzice mogą być samozatrudnieni albo trwale bezrobotni. Coraz więcej gospodarstw ma trudną sytuację.”

„Nie wybrałam tego zawodu po to, żeby teraz patrzeć jak dzieci cierpią. Jeżeli możemy pomóc w jakikolwiek sposób, to robimy to.”

Oficjalne rządowe dane pokazują, że ponad 4 mln dzieci w Wielkiej Brytanii żyje w biedzie. Liczba ta wzrosła o 100 tys. w ciągu ostatniego roku. Od 2010 r. liczba dzieci dorastających w ubóstwie wzrosła o ponad 1 mln – w dużej mierze wskutek stosowanej przez kolejne brytyjskie rządy polityce cięć budżetowych: ograniczeniom w świadczeniach socjalnych i zamrożeniu płac w budżetówce.

Roboty z pigułkami

W Belfaście, mieście stołecznym Irlandii Północnej – stanowiącej część Wielkiej Brytanii – feministyczne stowarzyszenie Women on Waves, które zazwyczaj wysyła potrzebującym kobietom pigułki aborcyjne pocztą lub dronami, ustawiło na ulicy roboty rozdające takie pigułki, by zamanifestować swój sprzeciw wobec drakońskiego prawa antyaborcyjnego obowiązującego w tej prowincji. Policja natychmiast przeszła do działania.

 

Podczas gdy sąsiednia Irlandia drogą referendum uwolniła przerywanie ciąży, w Irlandii Północnej aborcję można przeprowadzić jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia matki. Inaczej może grozić nawet dożywocie.

Stowarzyszenie Women on Waves, znane również z akcji w Polsce, zorganizowało w czwartek manifestację w Belfaście, gdzie zaprezentowano małe roboty dystrybuujące pigułki na żądanie. „Roboty aborcyjne” były sterowane zdalnie z Holandii, co według protestujących nie łamało północnoirlandzkiego prawa.

Kilkanaście kobiet połknęło pigułki przed kamerami , bez wyjawiania czy są w ciąży, czy nie. „Wzięłam to, bo mamy dość przestarzałych, średniowiecznych praw przeciwnych kobiecym wyborom. Po referendum w Irlandii nie chcemy pozostawać w skansenie” – mówiła przez głośnik jedna z nich, należąca do grupy socjalistek.
Policja szybko zabrała urządzenia z ulicy i spisała kilka kobiet, które wzięły pigułki, ale nikogo nie zatrzymała. Szef policji z Belfastu wyjaśnił mediom, że manifestacja była filmowana i że „zobaczy się”, czy zostało popełnione jakieś przestępstwo.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May dała do zrozumienia, że nie ma zamiaru zmieniać prawa w Irlandii Północnej. Tylko w tej prowincji obowiązuje zakaz, bo w reszcie kraju przerywanie ciąży jest dozwolone od 1967 r.