Bigos tygodniowy

Lansowaną przez władzę PiS, jej media oraz kościelnego sojusznika tezę, że zachowały się one taktownie i delikatnie w stosunku do rodziny zamordowanego Pawła Adamowicza można włożyć między bajki. Najpierw gdański abepe Głódź, największa Oliwa w polskim Episkopacie, wbrew rodzinie wziął i uparł się, by wygłosić homilię podczas nabożeństwa pogrzebowego w katedrze. I dopiął swego mimo, że rodzina prosiła o innego homilianta. I zrób coś takiemu ćwokowi, który uprze się, że nie odda płaszcza. I co mu zrobisz? Z kolei „Uchodzący za Prezydenta RP” chciał nie tylko zasiąść w na nabożeństwie żałobnym w pierwszym rzędzie, ale nawet zalecał się – za pośrednictwem Przybocznego Szczerskiego – z możliwością wygłoszenia przemówienia sprzed ołtarza, by robić tam politykę. W tej sprawie wiadoma Kancelaria nawet wydzwaniała do wdowy, ale ta nie chciała z nimi rozmawiać. Rodzina zamordowanego z oferty więc nie skorzystała, a organizatorzy pogrzebu czyli Miasto Gdańsk zdecydowanie zażądali, aby „Uchodzący za Prezydenta RP” z młodym Morawieckim i ministrem – pożal się boże – „kultury” Glińskim zasiedli z tyłu, na wyznaczonych im miejscach. A że postanowili w tej sytuacji nie przeginać, więc położyli uszy po sobie. Po nabożeństwie widać było, że „Uchodzący za Prezydenta RP” szybko uszedł z kościoła jak niepyszny, mimo że lubi po kościołach chodzić. Władza PiS jest tym co się stało, wstrząśnięta, ale nie zmieszana i wylewa krokodyle łzy. Wygląda na to że liczyli na zrewanżowanie się przez rodzinę zamordowanego prezydenta z wdzięczności za ten samolot wysłany po Jego małżonkę do Londynu. Czasem też komuś inteligentnemu inaczej, jak funk z TVPiS Klarenbach, wyrwie się fraza typu „jakie życie, taka śmierć”, odnosząca się do Pawła Adamowicza. Klarenbach później za to na wizji przepraszał, ale tak mętnie i pokrętnie, że żałość i zażenowanie dupę ściskały. Przepraszam za odrobinę „rynsztokowego” języka, ale to „rynsztokiem” sprawa.

Podczas tegoż nabożeństwa żałobnego, dominikanin o. Ludwik Wiśniewski (istny Demostenes) wygłosił ostre słowo, które pisowcy wzięli do siebie, choć żadne ze zdań jego sugestywnej filipiki nie było skierowane przeciw nim expressis verbis. Czyli PiS samo siebie zadenuncjowało, niczym podpalacz, który wraca na miejsce spowodowanego przez siebie pożaru, Pojawił się też kolejny, poza Wiśniewskim i Wojciechem Lemańskim, kandydat na dysydenta w sutannie, ksiądz Stanisław Walczak, którzy ochrzanił Beatę Mazurek za mowę nienawiści. Zaraza w Grenadzie się rozprzestrzenia.

Tydzień otworzyło posiedzenie Sejmu RP. Pierwszym punktem miało być oddanie hołdu tragicznie zmarłemu prezydentowi Gdańska. Niestety, nie wszyscy zdążyli… Prezes nie dał rady: wiek, uraz kolanka etc., ale dlaczego nie dotarła na czas para w pełni zdrowia, Mazurkowa i Terlecki, tego nie wie nikt. No tak, holowali chorego.

Wspomniany wyżej Gliński został laureatem plebiscytu „Człowiek Wolności 2018” tygodnika „Sieci”. Laureatami za 2016 i 2017 zostali Prezes i jego Przyłębska. Można by rzec: wolność złapana w sieci. Można też rzec: jaka wolność, tacy laureaci. Na oficjalnym spędzie z tej okazji, z udziałem m.in. Kaczyńskiego, młodego Morawieckiego i innych ważnych pisowskich oficjeli, Bronisław Wildstein wygłosił coś w rodzaju wstępniaka na tę okazję i przy tej okazji, choć pogrzeb był ledwo kilka dni temu, wylał porcję czarnych ekskrementów na zamordowanego Pawła Adamowicza.

Ponad miliard złotych ma uchwalić PiS na utrzymywanie czołowej pisowskiej szczujni (TVP). Trudno o bardziej bezczelną prowokację i pokazanie oponentom gestu Kozakiewicza, zwłaszcza po gdańskim mordzie.

Ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną…” z doskoku, ale jawnie już współuczestniczy jako komentatorka w telewizyjce-plujce bliźniaków Karnowskich. Szczególnie boli ją walka o prawa kobiet. Konwersja z „Dziennika Telewizyjnego” w PRL do kruchty i nacjonalistycznej reakcji. Już był taki podobny jegomość po 1989 roku. Nazywał się – nomen omen – Klechta. Tylko patrzeć jak Jakubowska przyklepie ślub z Karnowskimi felietonem w wydaniu papierowym.

Jurek Owsiak wycofał się ze swojej pierwszej decyzji i nadal będzie dowodził Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. Przy okazji złożył do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji skargę na nienawistne „Plastusie” niejakiej Pieli, które TVPiS pokazywała. Jurku! Nie licz na obiektywizm pisowskiej KRRiT kierowanej przez pisowca Kołodziejskiego. Lepiej zrób jak Hanna Gronkiewicz-Waltz i złóż pozew do sądu.

Prezes TVPiS działając zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” i „uderz w stół, a nożyce się odezwą” zapowiada pozwy przeciwko Adamowi Bodnarowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu, Krzysztofowi Skibie i Wojciechowi Sadurskiemu, którzy krytykują jego firmę nakręcanie atmosfery nienawiści i szczucie na przeciwników.

A poza tym Polskę spowijał smog, gorszy niż mowa nienawiści…

Bigos tygodniowy

Młody Morawiecki zadebiutował jako komik stand-upowy. Z trybuny sejmowej perlił się dowcipem, kpił, ironizował, szydził. Pewien aktor, który postanowił wyjątkowo zabłysnąć w pewnej roli, więc dwoił się i troił na scenie, zapytał po spektaklu o opinię reżysera Kazimierza Dejmka. Ten mu odpowiedział: „Był taki bułgarski cyrkowiec. Jeździł na jednokołowym rowerze, jednocześnie lewą ręką żonglując piłeczkami a prawą wirował talerzykiem na czubku kija. Pan był lepszy”. Z rzeczy poważniejszych, które poruszył MM, to deklaracja wycofania się z podwyżki cen prądu. Pisiory przelękły się paryskiej lekcji „żółtych kamizelek”? Tylko jak to zbilansują finansowo? Zaczyna być pod górkę?

 

***

„Jest pan wybitnym mężem stanu i wielkim historykiem, w związku z tym chciałbym zapytać, czy do pana już dotarło, że w czasie II wojny światowej Węgry były sojusznikiem Hitlera, a nie koalicji antyhitlerowskiej. Jak słyszę wasze ujadania, jak widzę wasze narodowe twarze, to chciałbym sparafrazować wielkiego Wojciecha Młynarskiego, „bom ja już nie pachole, żebym ja bym taki zdrowy, jak ja was… szanuję” – powiedział w Sejmie Stefan Niesiołowski do Młodego Morawieckiego. I pomyśleć, że ja kiedyś, w zamierzchłych czasach nie cierpiałem „Niesioła” za ZChN i za klerykalizm. Tempora mutantur…

 

***

Po długotrwałym okresie martwego milczenia (spokój panował w Budapeszcie), w stolicy Węgier niepodziewanie wybuchła fala protestów społecznych przeciw posunięciom rządu Wiktora Orbana. W kilkudniowych już zamieszkach ulicznych, w których biorą udział tysiące ludzi, zatrzymano kilkadziesiąt osób, a kilkunastu policjantów odniosło rany. Doszło też do wtargnięcia protestujących do gmachu rządowej telewizji i do brutalnego potraktowania ich przez siły porządkowe. Impulsem, który sprowokował protesty była ustawa zwiększająca limit obowiązkowych nadgodzin i znacznie opóźniająca wypłatę za ich odpracowanie, nazwana ustawą „niewolniczą”. Wielu protestujących uważa jednak, że ten protest nie dotyczy tylko jednej konkretnej sprawy, lecz jest iskrą antyorbanowskiego przebudzenia na Węgrzech. Orban wydał oświadczenie, że za protestami stoi Soros i jacyś przestępcy i że nie jest to słuszny protest klasy robotniczej. Czyżby ci, którzy przewidywali, że rządy Orbana trwać będą tysiąc lat, jak III Rzesza, jednak się pomylili się i właśnie zaczął się początek końca węgierskiego dyktatora?

 

***

Powtórka serialu „Czarne chmury”. Doskonały humor i optymizm w propisowskich mediach (z wyjątkiem TVPiS) gdzieś prysnął. Zastąpiło je zwątpienie i jeremiada. W „Gazecie Polskiej” Jerzy Targalski: „W styczniu biegliśmy do centrum po większość konstytucyjną. Nic z tego. Pytania prejudycjalne podporządkowują polskie ustawodawstwo bezpośrednio TSUE. Hasło stabilizacji oznacza, że żadnych reform nie będzie. Remont Republiki Okrągłego Stołu okazał się jej cienkim przypudrowaniem. Mieszkańcy miast nie chcą głosować na PiS. Posłanka PiS Joanna Lichocka: „Warto napisać to wprost – istnieje realne prawdopodobieństwo, że ludzie systemu III RP mogą wrócić do władzy. Pokazał to niebezpiecznie wynik wyborczy do samorządów”. Nad „czarnymi chmurami” płacze też Robert Tekieli: „Coraz trudniej pisze mi się te felietony. Coraz ciemniejsze barwy mają te zdjęcia kolejnych tygodni” (…) „do tego wróg wewnętrzny, gdy rodzice w pewnym przedszkolu w Poznaniu dowiedzieli się, że ich dzieci mają wziąć udział w jasełkach, zaprotestowali. Zamiast tego chcą bałwankowo-snieżnego przedstawienia”. Trudno się dziwić rodzicom, że mają po uszy tej klerykalizacji szkół i dyktatury religianctwa. Także niektórzy radni warszawscy i Fundacja Wolność od Religii upominają się o przestrzeganie w końcu neutralności światopoglądowej państwa przez władze publiczne. Miejmy nadzieję, że przekształci się to w areligijny ruch „me to”, walczący o wolność od złego dotyku religijnego. A co do minorowych nastrojów w pisowskich szczujniach, to więcej wiary jest u Pawła Lisickiego w „Do rzeczy”, a w „Sieciach pisentuzjastów Karnowskich to niemal całkiem wesoło, alleluja i do przodu. Dobra mina do gorszej gry?

 

***

To, co odważni rodzice uskubali w szkole, PiS odrobiło na stanowisku Rzecznika Praw Dziecka, którym został jakiś koszmarny klerykał o powierzchowności kleryka, niejaki Mikołaj Pawlak, prawnik jakichś sądów biskupich (czyżby zajmował się dziewicami konsystorskimi?). Ten jegomość jest oczywiście gorliwym zwolennikiem zakazu aborcji, a metodę in vitro określił jako „niegodziwą”. Wygląda na psychicznie przecwelonego wychowanka klechów. Oj, nie przysłuży się ten Mikołaj dzieciom, oj nie przysłuży.

 

***

Siedmioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego zbuntowało się przeciw sposobowi zarządzania firmą i napisało list protestacyjny do Przyłębskiej. Wśród nich jest Piotr Pszczółkowski, niegdyś pisowski kandydat, który był albo czyimś koniem trojańskim albo zbiesił się dopiero po objęciu stanowiska w TK. Tak czy owak PiS ma kolejny punkt zapalny w kolejnym organie sądownictwa. A Niezłomny musiał ukorzyć się przed TSUE i podpisać ustawę o SN. Uginanie się to jednak dla niego, Niezłomnego, chleb powszedni.

 

***

Po policjantach, także pracownicy administracyjni sądów i nauczyciele postanowili zastosować formułę strajku typu L4. To genialny sposób na strajki płacowe. I do tego uczciwy, uczciwszy niż typowy strajk stacjonarny. W końcu, kto z nas jest aż tak zdrowy, żeby nie zasługiwać na zwolnienie lekarskie w każdej chwili?

 

***

PiS pieni się z powodu dwóch spraw warszawskich. Po pierwsze, unosi się oburzeniem na perspektywę przywrócenia dawnych, „komunistycznych” nazw ulic, co oznacza pożegnanie się z patronami klerykalno-nacjonalistycznej reakcji w rodzaju nieszczęsnej „Inki”. W drugiej sprawie, nowe władze Warszawy zachowały się kompletnie niepolitycznie, dając PiS gotową amunicję przeciw sobie. Zmniejszenie bonifikaty mieszkaniowej z 98 procent do 60 procent było strzałem w stopę, a i tak prawdopodobnie będzie trzeba się z tego wycofać i zaproponować jakieś salomonowe rozwiązanie. A co do patronów ulic, to ja się pytam: dlaczego w przestrzeni publicznej ma nadal panować dyktat strony prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznej? Z jakiej racji? Jeśli chcą mianować ulice swoimi „Inkami”, Wojtyłami itd., to niech szukają nowych, wolnych miejsc, a odczepią się od lewicowych patronów. Nie wszyscy z nich byli bez skazy, ale patroni nacjonalistyczno-klerykalni także nie, więc o co chodzi?

Łaska pańska

We wtorek 17 lipca Julia Przyłębska wzięła do ręki tradycję 30 lat ułaskawień przez prezydentów RP i grzmotnęła nią o ścianę.
A w zasadzie to właściwie tradycję wywodzącą się z czasów trochę tylko późniejszych od momentu wynalezienia koła.
W Konstytucji 3 Maja napisano: „Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi [prawo łaski] na śmierć wskazanych, prócz in criminibus status [zbrodni stanu]”.
W Konstytucji Księstwa Warszawskiego: „Ius agratiandi służy królowi: on tylko może darować lub zwolnić karę”.
Konstytucja Marcowa: „Prawo darowania i złagodzenia kary, oraz darowania skutków zasądzenia karno-sądowego w poszczególnych wypadkach — przysługuje Prezydentowi Rzeczypospolitej”.
Nawet Prezydentowi RP na uchodźstwie przysługiwało prawo łaski wobec „skazanego podczas II wojny światowej wyrokiem wojskowego sądu polowego”.
Wiecie, rozumiecie (puszczenie oka) – „skazanego”. Skazanym ludzi czyni się poprzez wydanie wyroku (dwukrotne puszczenie oka). Chyba nikt w historii naszego kraju nie słyszał jeszcze, żeby król, prezydent czy inny marszałek podjechał swoim czarnym mercem i przerwał policjantom aresztowanie groźnego bandyty mówiąc: „A przepraszam, ten pan jest ze mną”.
W Polsce zresztą prawo łaski nigdy nie było nadużywane (poza budzącym uzasadnione zaniepokojenie przypadkiem, kiedy Lech Kaczyński ułaskawił kolegę swojego zięcia, Marcina Dubienieckiego). Choć jeśli chodzi o ilość ułaskawionych to tutaj złoty medal wędruje do Aleksandra Kwaśniewskiego – 4288 uniknęło kary bądź została ona złagodzona. Odmowę od prezydenta usłyszało natomiast 2112 osób. Ale to w końcu 10 lat urzędowania. W przeliczeniu na pojedynczą kadencję Kwaśniewski ułaskawiał standardowo.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych ułaskawień dokonanych przez prezydenta z SLD było z pewnością złagodzenie kary Zbigniewowi Sobotce. Były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji był związany z tzw. aferą starachowicką. Kwaśniewski zajął się nim pod koniec swojej drugiej kadencji, w 2005. „Kwachu” darował też karę Sławomirowi Sikorze i Arturowi Brylińskiemu – zabójcom, których historię opowiedziano w filmie „Dług” Krzysztofa Krauzego.
Obaj biznesmeni dostali 25 lat za zabójstwo gangstera, który terroryzował ich i domagał się zwrotu nieistniejącego długu. W marcu 1994 r. mężczyźni zamordowali go i jego ochroniarza w lesie pod Maciejowicami. Bronili się, twierdząc, że ich desperacja sięgnęła zenitu. Procedurę ułaskawienia rozpoczął prezydent Kwaśniewski, dokończył już Komorowski. Sławomir Sikora wyszedł na wolność w2005 roku, a Artur Bryliński 5 lat później.
3454 osób ułaskawił Lech Wałęsa – między innymi Andrzeja Z., pseudonim „Słowik” – pruszkowskiego mafiosa. Który potem narobił prezydentowi niezłego pasztetu wizerunkowego. Stwierdził, że za ułaskawienie wręczył łapówkę, ukrywając się na wolności podczas przepustki, z której nie miał zamiaru wrócić.
– Wykorzystałem ludzką chciwość i akt łaski po prostu kupiłem – mówił. Ponoć Kancelaria Wałęsy miała przyjąć od niego 150 tys, dolarów. Jak podaje TVP Info, najmniej ułaskawionych osób mają na koncie Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski. Ten pierwszy 201, drugi 360. Kaczyński odmówił 913 osobom, a Komorowski 1546.
Najgłośniejszym przypadkiem, oprócz przypadku kolegi Dubienieckiego, był przypadek ułaskawienia trzech braci Winków skazanych za lincz we Włodowie. Mieli zabić lokalną zakałę – mężczyznę, który okradał i terroryzował wieś. U prezydenta „bula” natomiast nie było sensacji: kilku pijanych rowerzystów, jeden uciekinier od służby wojskowej, jeden znęcacz.
Andrzej Duda z pewnością jest tu fenomenem. Takiego ułaskawienia jak on, nie zrobił nikt w dziejach. A może by w ogóle wszystkie sądy, począwszy od pierwszej instancji a skończywszy na Najwyższym, zastąpić Andrzejem Dudą?

PiS rzuca się na taśmę

PiS-owi podobno znów spadło w sondażach, do 34 procent, jak donosi pracownia Kantar Public.  Ponieważ w ostatnich dniach nie zdarzyło się raczej nic szczególnego, co by ten spadek uzasadniało, bo sprawy szybkiej rejterady z ustawą o IPN, aferą Pięty czy nagrodami już się przewaliły, więc warto rozważyć, co mogło spowodować ów spadek z pozycji 40 procent.

 

I wtedy w sukurs przychodzą uwagi socjologa profesora Radosława Markowskiego, od lat specjalizującego się w badaniu wyników sondaży, który od dawna twierdzi, że PiS ma poziom poparcia dnia z wyborów i – poza wahaniami okolicznościowymi – ani mniej ani więcej.
Markowski konsekwentnie twierdził już w pierwszym półroczu po wyborach z października 2015 roku, że mnożące się już wtedy publikacje wyników badań wskazujące na rosnącą stale wysokość notowań PiS, nawet do poziomu 50 procent, można włożyć między bajki i partia rządząca ma stały elektorat na poziomie mniej więcej wyniku wyborczego czyli około 35 procent. Markowski formułował swoje oceny na podstawie szczegółowych, systematycznych analiz publikowanych badań, w tym szczegółowych parametrów, takich jak przepływy poparcia, kategorie wiekowe, przynależność do grup społecznych, wykształcenie, miejsce zamieszkania itd.

 

Albo-albo

I właśnie dlatego w wywiadzie jakiego prezes PiS udzielił braciom Karnowskim dla tygodnika „Sieci” (15 lipca) tak kategorycznie wybrzmiewa jego determinacja, by doprowadzić do pacyfikacji Sądu Najwyższego. Na pytanie Karnowskich: „Komisja Europejska nie złamie polskiej woli dokończenia tej reformy?”, Kaczyński odpowiada: „Nie złamie, bo to jest albo-albo. Jeśli nie zreformuje się sądownictwa, inne reformy mają mały sens, bo prędzej czy później zostaną przez takie sady, jakie mamy, zanegowane”.
Prezes zdecydował się przeprowadzić piątą zmianę ustawy o Sądzie Najwyższym w reakcji na postawę I Prezes SN Małgorzaty Gersdorf oraz w obawie, że długotrwała i skomplikowana procedura rekrutacji sędziów do Sądu Najwyższego spowoduje takie spowolnienie tego procesu, które sprawi, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu zdąży zatrzymać pisowską „reformę”. Determinacja PiS w tej sprawie jest wyraźnie bardzo silna i władza chce to koniecznie przeprowadzić na obecnym, ostatnim przedwakacyjnym posiedzeniu parlamentu. Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, PiS chce odreagować defensywną wiosnę, kiedy to władza dostała zadyszki, odnotowała ostry spadek notowań i musiał wycofać się m.in. z osławionej zmiany ustawy o IPN a także z prób zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Po drugie, Kaczyński i otaczająca go kamaryla wie, że jeśli nie „załatwi” sprawy Sądu Najwyższego przed wakacjami, to po wakacjach parlamentarnych, we wrześniu, może się to okazać trudniejsze, bo jest to zwyczajowy czas inauguracji nowego sezonu politycznego, gdy ludzie wracają po urlopach zregenerowani, wypoczęci, gotowi do walki. Po trzecie, PiS zauważa ewidentną demobilizację obywatelską w obronie sądów. Byłem pod Sejmem w środę i czwartek i przekonałem się naocznie o tej demobilizacji. Kłamliwa do bólu TVP tym razem właściwie nie musiała uciekać się do manipulacji i sztuczek robionych kamerą. Niestety, demonstracje te są dychawiczne i nie przekraczają stu-dwustu osób. Nie da się tego nawet porównać z prawdziwie masowymi demonstracjami w obronie sądów w lipcu zeszłego roku. Odpowiedź na pytanie: dlaczego tak się dzieje wymagałaby już zastosowania naukowych instrumentów socjologicznych. Wydaje się, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy prawdopodobnie trafnie sformułował w „karnowskich sieciach” publicysta Piotr Skwieciński. Jego zdaniem demobilizacja społeczna w sprawie sądów bierze się upowszechniającego się przeświadczenia przeciwników PiS oraz „symetrystów”, że opór społeczny i polityczny w Polsce jest w sumie taką potęgą, że „i bez bezpieczników nie dopuści ona do dyktatury tej partii (…) potęgą obecnie nie obejmującą wprost sfery polityki, ale posiadającą potencjał, który w każdej chwili może przełożyć się na politykę”. (…) „Nie obawiają się więc efektów naruszenia zasady „check and balance”; intuicyjnie uważają raczej, że dopiero teraz ów balans staje się realny”. Jeśli jednak uznać nawet interesującą hipotezę Skwiecińskiego za trafną czy bliską trafności z socjo-politologicznego punktu widzenia, to przecież opozycja nie mogłaby i nie zechciała wyciągać z niej takiego praktycznego wniosku, który prowadziłby do osłabienia jej determinacji. W każdym razie Kaczyński i jego kamaryla widzą, że okoliczności aktualnie im względnie sprzyjają i chcą ryzyko utrwalenia owej hipotetycznej „check and balance” dopchnąć kolanem jak najszybciej, właśnie przed wakacjami.

 

„W 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. To się nie powtórzy”

Kluczowa determinacja PiS w sprawie Sądu Najwyższego bierze się jednak przede wszystkim ze skrywanego lęku o wynik wyborów. O to, że z dokonywanych w rozmaitych konfiguracjach wyliczeń wynika, i to już od pewnego czasu, że do Sejmu może wejść grupa partii, która będzie w stanie zbudować antypisowską koalicję. Kaczyński boi się też lewicy, konkretnie Sojuszu Lewicy Demokratycznej i daje temu wyraz we wspomnianej rozmowie z Karnowskimi („Musimy pamiętać, że w 2015 roku pomogło nam rozbicie głosów lewicy. Należy założyć, że to się nie powtórzy, musimy po prostu zdobyć tyle głosów Polaków, by bezpiecznie uzyskać kolejną kadencję”). A ponieważ Kaczyński wie, że realny poziom notowań jest wielką niewiadomą, więc „w razie nieszczęścia” chce mieć w ręku Sąd Najwyższy, który przecież zatwierdza wynik wyborów. Także lęk przed przegraną wyborczą (choćby i w dalszej przyszłości) legł u podstaw orzeczenia tzw. „Trybunału Konstytucyjnego”, który prezydenckie prawo łaski rozszerzył do granic barejowskiego absurdu, pozwalając prezydentowi na ułaskawianie nawet na poziomie postępowania przygotowawczego (dowcipnisie pytają w internecie, czy planowane jest wprowadzenie możliwości rozwodów narzeczonych i mówią o nowej edycji „Dudapomocy”).

 

Unia Warzywno-Ziemniaczana i inni

Dodatkowym powodem gorączkowego pośpiechu PiS w sprawie Sądu Najwyższego (przy okazji też prokuratury) jest także fakt, że dotychczasowa czystka w sądownictwie, przeprowadzana przez Zbigniewa Ziobro już od roku, nie przyniosła niczego zwykłym obywatelom korzystającym z sądów. Ba, wyniki w sądach pogorszyły się. Miasteczko namiotowe protestujących przeciw sądom ludzi z kręgu Adama Słomki i Zygmunta Miernika nie zniknęło tylko z powodu uporządkowania trawnika przed gmachem Sądu Najwyższego przy placu Krasińskich w Warszawie. Zniknęło także dlatego, że wspomniani radykałowie uważają dziś PiS, w najlepszym razie, za władzę, która sytuacji obywatela w sądzie nie poprawiła, w najgorszym – za zdrajców Sprawy. Także z tego powodu Słomka i Miernik zniknęli z TVPiS, gdzie jeszcze przed rokiem byli stałymi gości w programie Magdaleny Ogórek i Jacka Łęskiego. PiS niepokoi też to, co dzieje się na scenie aktywności grup społecznych i branżowych. Poza już zasygnalizowanymi protestami nauczycieli czy policjantów pojawiły się nowe chmury. Ostatnio PiS doprowadziło do czerwoności nawet grupę zawodową, która pod przewodem właściciela najbardziej eleganckiej obory w Polsce, Jana Szyszko, długo zdawała się być jednym z silnych kręgów propisowskiej i to gorliwej lojalności. Przed Sejmem pojawiło się tysiąc leśników, którzy są rozsierdzeni na PiS za to, że oddaje lasy w pacht deweloperom, którzy mają budować „mieszkania plus”. Nadspodziewanie szybko doszło też do organizacyjnej reakcji rolników (w tym plantatorów owoców miękkich) na katastrofalny poziom cen skupu, który radykalnie pogorszył sytuację dużej części tej grupy społeczno-zawodowej. Zawiązała się właśnie Unia Warzywno-Ziemniaczana, na czele której stanął młody rolnik Michał Kołodziejczak. Nikt PiS-owi nie zagwarantuje, że okaże się to sezonową efemerydą i że nie odbierze mu części głosów wsi, dotąd na ogół lojalnej.

 

Objawienie jasnogórskiej Madonny z Tęczochowy u Lisickiego

Co jeszcze spróbuje wyszykować nam PiS? We wspomnianym wywiadzie dla „karnowskiej sieci” prezes PiS dał świadectwo tego, że śledzi prawicową prasę i odwołuje się do hipotez, diagnoz i pomysłów propisowskich publicystów. Po Marszu Równości w Częstochowie na okładce tygodnika „Do rzeczy” ukazała się twarz jasnogórskiej Madonny opatrzona napisem „Zamach na świętość”. Redaktor naczelny Paweł Lisicki wprost sugeruje ograniczenie wolności tego rodzaju demonstracji: „Pierwszy tęczowy atak na Jasną Górę został odparty. Można być pewnym, że nastąpią kolejne, lepiej zorganizowane, bardziej krzykliwe. Chyba że polscy politycy zdobędą się na odwagę i przygotują skuteczną ustawę broniącą nas przed agresywna propagandą aktywistów LGBT”. To samo sugeruje uchodzący za krytyka literackiego niejaki Krzysztof Masłoń, (ksywa „Cudownie Otrzeźwiony”). Stawiam talary przeciw orzechom, że jesienią wysmażony zostanie projekt kagańcowej ustawy w tej sprawie. W sytuacji, gdy Rydzyk od czasu do czasu groźnie powarkuje i sugeruje swoje listy do parlamentu, gdy z powodu „wściekłych wiedźm” z „czarnych protestów” nie można „w pełni chronić życia poczętego”, taka ustawa „antypedalska” byłaby w sam raz godnym darem na przebłaganie, a co najmniej na udobruchanie Ojca Toruńskiego.

Podkop

Minister spraw wewnętrznych Brudziński, ksywa „Jojo” chce ścigać uczestników parady LGBT w Częstochowie za to, że mieli znieważyć orła, polskie godło narodowe nadając tłu tęczowe barwy.

 

Ten sam Brudziński, który jeszcze kilka tygodni temu przepraszał uczestników naukowej konferencji o Marksie za najście, które na nich zrobiła jego policja.
PiS próbuje szturmować Sąd Najwyższy, ale jeśli porównać to z blitzkriegiem roku 2016 do lata 2017 robi to z „jakąś taką nieśmiałością” i póki co wstrzymuje się od sięgania po łom. Takich przykładów rozchwiania ideowego i nerwowości można zaobserwować dużo więcej.

 

Budżetówka się sroży. Rolnicy też.

Niebawem władza może stanąć wobec perspektywy protestów szeregu grup zawodowych, w tym budżetówki, od nauczycieli do policjantów, którzy podobnie jak niepełnosprawni postanowili wyciągnąć konsekwencje z ogłoszonego przez PiS cudu gospodarczego.
Bardzo niebezpieczna jest dla PiS także narastające wkurzenie rolników, w tym doprowadzonych do rozpaczy plantatorów owoców miękkich. Jakiekolwiek pogłoski o słabnięciu PiS byłyby grubo przedwczesne, to niebawem władza wejdzie w turbulencje, bo protesty budżetówki nie mieszczą się na sześćdziesięciu metrach sejmowego korytarza z ograniczonym dostępem do łazienki. Sytuacja jest o tyle niebezpieczna, że nawet prorządowej „Solidarności” Dudy Piotra trudno będzie bez mydła wysługiwać się władzy, gdy do protestów przystąpią inne związki i centrale z OPZZ Jana Guza na czele.
Dla PiS szczególnie niebezpieczny jest ferment w niedopłaconej policji, bo w sytuacji, gdyby nie daj boże siła jej wsparcia dla władzy okazała się – delikatnie mówiąc – niedostatecznie gorliwa i niedostatecznie szczelna. Warto pamiętać, że po 14 lipca 1789 roku francuskiej rewolucji nie poparł wyższy kler fioletowy, ale szary kler parafialny już w ogromnym stopniu tak.
Nieudolnością wprost nie do pojęcia jest to, że nikt po stronie opozycji nie złożył dotąd choćby policji i służbom mundurowym sensownej oferty, zanim zrobi to przyciśnięta do muru władza PiS. Nie lubię krytykować żadnej opozycji, bo jej sprzyjam, ale czasem ręce opadają. Co zrobić, jak się kto neoliberałem urodził, głupi musi umrzeć.

 

Madonno, Czarna Madonno

Z drugiej strony rydzykowszczyzna zaczyna się denerwować brakiem postępu a nawet regresem na drodze do całkowitego zakazu aborcji, od którego Kaczyński i pisowscy „realiści” opędzają się jak od muchy tse-tse, bo jak ognia boją się czarnych protestów. Rydzykowcy nie są w ciemię bici i tak jak wiedzą, że konfitury trzeba zagarniać na full, bo to mogą być ostatnie tłuste lata, tak obecny układ może być ostatnia szansą na drugą Irlandię tyle że w wersji sprzed ćwierć wieku.
Tym bardziej, że jedna z liderek czarnych protestów Marta Lempart oświadczyła, że pójdą one w dużej liczbie pod atrapę Trybunału Konstytucyjnego, gdyby to rękami magister Przyłębskiej próbowano wyjąć te antyaborcyjne kasztany z ognia.
A rydzykowszczyzna wie przecież, że rzeczona magister nie zrobi tego, czego zabroni jej prezes. Ostra rekuza dana godkowszczyźnie nawet przez pisowską przewodniczącą komisji sejmowej, która zepchnęła do piwnicy projekt „Zatrzymaj aborcję”, nakazuje zastąpić grę pionkiem grą większymi figurami.
Atutem dla rydzykowszczyzny może być zakaz kandydowania do samorządów nałożony na beneficjentów spółek Skarbu Państwa, który wywołał w aparacie PiS popłoch od morza do Tatr i od Bugu po Odrę i Nysę Łużycką. Rydzyk może zaproponować im swoje listy wyborcze, do których coraz bardziej się przymierza, bez warunku pozbycia się spółkowych fruktów za to z warunkiem wierności poczętemu życiu.
Aby nieco złagodzić te napięcia, władza zintensyfikowała ostatnio wyrazy synowskiego oddania klerowi, a w mszy przed obchodami 550-lecia polskiego parlamentaryzmu uczestniczyli jak jeden mąż uchodzący za prezydenta Polski pan Duda i uchodzący za marszałków Sejmu i Senatu „dwaj panowie K” (co brzmi jak tytuł peerelowskiego kryminału milicyjnego), Kuchciński i Karczewski.
Także premier Matteo, największy polski wizjoner gospodarczy od czasów, gdy w 1828 roku książę Drucki-Lubecki założył Bank Polski wpisał się w nabożny nastrój i przemawiał na Jasnej Górze mając za plecami ojca Rydzyka i to bardzo w jego poetyce. Wyraźnie nawiązując do lektury „Potopu” mówił o tym, że znów są tacy, którzy próbują dokonać „podkopu pod polskość” i oddawał się w niewolę Czarnej Madonny. Nie jest to język bankowego technokraty, ale sorry Winnetou – biznes is biznes. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie straszny cień „czarnego protestu”, jak nic zaniósłby Rydzykowi do stóp na częstochowskich wałach zakaz aborcji, włożony do kosza między chleb, sól i wieniec z polnego kwiecia. Ale nie wszystko można w życiu mieć.

 

Władza sądzenia

O jej znaczeniu mówił już sam Emmanuel Kant, ale nie o tym teraz mowa.
Jako się rzekło na wstępie, PiS – w porównaniu do barbarzyńskiej determinacji w odniesieniu do Trybunału Konstytucyjnego i nieco przez Dudę Andrzeja pohamowanego natarcia Ziobry na sądy powszechne – w kwestii Sądu Najwyższego wyraźnie osłabł. I nawet walkowerem oddanego mu przez prezes Małgorzatę Gersdorf jej czasu w postaci urlopu wziętego wybitnie nie w porę, nie wykorzystuje tak, jak można by się tego spodziewać, a durny wystrzał „lustracyjny” oddany przez dyrektora Cenckiewicza z IPN w stronę p.o. prezesa SN, sędziego Józefa Iwulskiego okazał się niewypałem nawet dla większości propisowskich mediów ( z wyjątkiem niezawodnej TVPiS, zwanej też kur-„wizją”).
Los Sądu Najwyższego nie jest zatem wbrew pozorom przesądzony, o ile Luksemburg zdąży z zawieszeniem pisowskiej ustawy o SN, prezes Gersdorf będzie mniej labilna w swoich posunięciach i na dłużej zapomni o wypoczynku.
A szansa jest, bo po pierwsze, Duda w narcystycznym dążeniu do roli przez wszystkich podziwianej primadonny (jak ten człowiek kocha siebie samego z wzajemnością i jak uprawia autoerotyzm nawet dźwiękiem własnej wymowy!) znów może w popłochu zaplątać się we własne nogi, a Ziobro może w tej akurat kwestii jedynie gryźć z bezsilności palce. A po drugie, PiS przeżywa obecnie fazę, która zdarza się przestępcom pochodzącym z dobrego domu – zaczyna bać się własnej, uprzedniej przestępczej odwagi i ta refleksyjność osłabia jego determinację.

 

Ośrodki zarodowe

A tymczasem PiS, w kontrze, szykuje się do wypłacenia wyprawki „za trzysta” i kontynuuje budowę ośrodków zarodowych, pisowskich ośrodków lebensborn, wzorem Heinricha Himmlera.
Bo co innego będą miały do roboty młode małżeństwa osadzone w paździerzowych, jak z filmów Barei (pisała o tym w „DT” Weronika Książek) osiedlach z programu „mieszkanie plus”, n.p, w Białej Podlaskiej, niż – jak mawiał kiedyś Lech Wałęsa – „przez fakty dokonane robić robotę” i z braku innej, a przynajmniej lepszej, kolekcjonować rok po roku „500 plus”? Podobno taki ośrodek zarodowy PiS chce sprokurować także w okolicach warszawskiego Ursynowa. Tylko kogo tam osiedli? Leniwych do rozrodu hipsterów z placu Zbawiciela?

 

Czy mogę prosić­­­?

Na koniec, po raz 863 wystąpiłbym z poważnym ostrzeżeniem, a co najmniej prośbą do wodzów PiS, by zechcieli szanować art.25 Konstytucji i nie modlili się tak głośno w kościele jak ostatnio. Tyle że wtedy, z uczciwą symetrią musiałbym poprosić towarzyszkę profesor Genowefę Grabowską, eksparlamentarzystkę SLD, by tak bezwstydnie i bez mydła nie wysługiwała się PiS w żyrowaniu jego poczynań przeciw prawu i demokracji. Kika i tak Towarzyszka nie prześcignie.