W Europie polscy lekkoatleci nadal są najlepsi

Sukcesem zakończył się występ naszych lekkoatletów w halowych mistrzostwach Europy w Glasgow. Biało-czerwoni wywalczyli pięć złotych i dwa srebrne medale i tak samo jako dwa lata temu w Belgradzie zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej.

W halowych mistrzostwach w Glasgow złote medale wywalczyli Ewa Swoboda (AZS AWF Katowice) na 60 m, kobieca sztafeta 4×400 m ( Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Małgorzata Hołub-Kowalik oraz Justyna Święty-Ersetic), Paweł Wojciechowski w skoku o tyczce, Marcin Lewandowski w biegu na 1500 m (obaj CWZS Zawisza Bydgoszcz SL) i Michał Haratyk (KS Sprint Bielsko-Biała) w pchnięciu kulą. Natomiast srebrne krążki zdobyli Sofia Ennaoui (AZS UMCS Lublin) w biegu na 1500 m i Piotr Lisek (OSOT Szczecin) w koku o tyczce.

Pod względem liczby medali jest to gorszy wynik niż dwa lata temu osiągnięty w Belgradzie, bo biało-czerwoni z tamtej imprezy przywieźli 12 krążków. W Glasgow nasi lekkoatleci zdobyli o pięć mniej, ale jakościowo przebili konkurencję, bo mieli w dorobku aż pięć krążków z najcenniejszego kruszcu. I właśnie dzięki temu pokonali w klasyfikacji medalowej gospodarzy mistrzostw Brytyjczyków, którzy wywalczyli w sumie 12 medali, lecz złotych jedynie cztery. Poza tym mieli sześć srebrnych i dwa brązowe. „To wielki sukces naszej reprezentacji, bo wygrała z Brytyjczykami na ich terenie, chociaż oni mieli dużo liczniejszą reprezentację” – stwierdził wiceprezes PZLA Tomasz Majewski. Trzecia w klasyfikacji medalowej była Hiszpania z trzema złotymi medalami, dwoma srebrnymi i jednym brązowym, a czwarta Norwegia (dwa złote, jeden srebrny i jeden brązowy).

Wynik naszej reprezentacji mógłby być jeszcze lepszy, bo polskim lekkoatletom przydarzyło się kilka wpadek. Żadnego medalu nie zdobyły choćby biegaczki na 400 m – Iga Baumgart-Witan odpadła w półfinale, zaś Justyna Święty-Ersetic w finale przybiegła na ostatniej pozycji. A przecież przed mistrzostwami obie zajmowały czołowe miejsca na światowych listach najlepszych tegorocznych wyników w hali i były uważane za murowane faworytki do medali. Na szczęście w biegu sztafetowym obie potwierdziły swoją niekwestionowaną klasę, co nie zmienia jednak faktu, że zmarnowały szanse na powiększenie medalowego dorobku polskiej ekipy.
Majewski też nie mógł tego odżałować, ale dwukrotny mistrz olimpijski w pchnięciu kulą stara się tłumaczyć te niepowodzenia. „W sporcie nigdy nie można być niczego pewnym na sto procent. Wiele zawodniczek startujących na 400 m poprawiało w Glasgow swoje wyniki, było dużo rekordów życiowych. Iga i Justyna miały najlepsze wyniki w tym roku, to prawda, ale rywalki też były mocne. Mieliśmy też kilka innych słabszych występów, choćby chłopaków na 800 metrów. Martwi mnie trochę, że w naszej ekipie nikt nie zrobił jakiejś super niespodzianki. Na szczęście mamy gwiazdy, które nie zawodzą, trzeba jednak pamiętać, że to była najłatwiejsza impreza jaką mamy w najbliższym czasie. Przed nami mistrzostwa świata, a za rok igrzyska. Łatwe medale się skończyły, teraz będzie tylko trudniej i trudniej” – twierdzi z przekonaniem wiceprezes PZLA.
Brytyjczycy dali plamę jedynie przy nagradzaniu medalistów. Nasza sztafeta pań 4×400 m odebrała trofea podczas pożegnalnego bankietu, w jakiejś wnęce. Kiedy Mazurka Dąbrowskigo grano Michałowi Haratykowi, nie wiedziała o tym nawet Telewizja Polska, więc radosnego momentu nie zarejestrowały kamery. Kulomiot polski hymn usłyszał z magnetofonu, wrzawę robili mu wolontariusze. Były potem z tego żarty, że to zemsta za kamerę, którą Haratyk rozbił dzień wcześniej kulą podczas konkursu.

Ale jeśli pominąć te żałośnie smutne i pozbawione należytej powagi ceremonie, to mistrzostwa jako takie należy uznać za udane. Poziom zawodów był wysoki, trybuny pękały w szwach, a publiczność dopingowała żywiołowo. Uczestnicy mistrzostw zgodnie twierdzili, że tak naprawdę narzekać mogli jedynie na pogodę, bo Glasgow było spowite mgłą, a ostatniego dnia na miasto spadł huraganowy wiatr.

 

PZLA zabiega o ME w 2024 roku

Polski Związek Lekkiej Atletyki zgłasza chęć organizacji lekkoatletycznych mistrzostw Europy w 2024 roku. Zabiegają o to także Białorusini, Szwedzi i Finowie.

 

W ofercie PZLA główną areną mistrzostw ma być Stadion Śląski w Chorzowie, ale część wydarzeń związanych z imprezą odbywałaby się także w Katowicach. Pierwsza prezentacja miast-kandydatów do organizacji ME odbędzie się w przyszłym tygodniu w Lozannie, a wybraną do finałowej rozgrywki dwójkę poznamy wiosną przyszłego roku, zaś organizator mistrzostw w 2024 roku ma zostać ogłoszony w pierwszej połowie 2020 roku. Wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Tomasz Majewski twierdzi, że w tej chwili największe szanse na otrzymanie organizacji europejskiego czempionatu w 2024 roku ma Mińsk.

Organizacja wielkiej imprezy lekkoatletycznej to spory wydatek. Tegoroczne mistrzostwa Europy w Berlinie kosztowały Niemców około 150 mln złotych, wcześniejsze w Amsterdamie były tańsze, bo Holendrzy wydali na nie 65 mln złotych. Polska kandydatura w wielkości wydatków będzie raczej skromna po holendersku, a nie rozrzutna po niemiecku. Ale nawet w oszczędniejszej wersji lekkoatletyczne mistrzostwa Europy i tak byłby najdroższą imprezą sportową w naszym kraju od Euro 2012. Organizacja mistrzostw świata siatkarzy w 2014 roku kosztowała 38 mln złotych, a mistrzostw Europy piłkarzy ręcznych około 55 mln.

Najbliższe edycje MŚ ugoszczą Doha (2019), Eugene (2021) i Budapeszt (2023). ME 2020 odbędą się w Paryżu. Organizatora kolejnych jeszcze nie znamy, ale najprawdopodobniej będą one połączone z igrzyskami europejskimi, których program wykracza poza lekka atletykę. Dlatego PZLA stara się o ME 2024. Wcześniej, w 2021 roku, Polska będzie gospodarzem halowych mistrzostw Europy, a impreza odbędzie się w Toruniu.

 

Medale warte 300 milionów złotych

Nasi lekkoatleci znakomicie wypadli w mistrzostwach Europy w Berlinie, na których zdobyli 12 medali, w tym siedem złotych. Politycy PiS ich sukces natychmiast włączyli do swojego propagandowego arsenału. Działacze PZLA przymknęli na to oko, ale ich bierność nie dziwi, skoro premier Mateusz Mazowiecki obiecał im 300 mln złotych.

 

Jeszcze w pierwszej połowie XXI wieku reprezentacja Polski w lekkiej atletyce potrafiła wrócić z mistrzostw Europy bez złotego medalu, a z mistrzostw świata tylko z jednym miejscem na podium. Teraz jesteśmy w tym sporcie niekwestionowaną potęgą, co bynajmniej nie jest zasługą rządów PiS, tylko przez ten rząd sobie przypisywanych. Amsterdam, Belgrad, Londyn, Birmingham, Berlin. Pięć lekkoatletycznych imprez z rzędu i pięć sukcesów – czy to mistrzostwa Europy czy mistrzostwa świata, czy w hali czy na otwartym stadionie, nasi lekkoatleci zdobywali grad medali. Zakończone w niedzielę mistrzostwa Starego Kontynentu tylko potwierdziły, że jesteśmy europejską potęgą w królowej sportu – 12 miejsc na podium, 33 miejsca w finałach. Skąd wzięły się te wyniki? „To zasługa konsekwentnej praca, dobrej organizacja i wyboru odpowiednich ludzi do władz. Do tego świetni trenerzy i wspaniali zawodnicy” – mówi wiceprezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, Tomasz Majewski.

W Berlinie biało-czerwoni zdobyli 12 medali – siedem złotych, cztery srebrne i jeden brązowy. Pod względem liczby trofeów uzyskali taki sam wynik jak dwa lata temu podczas europejskiego czempionatu w Amsterdamie, ale w Holandii wygrali klasyfikację medalową, a w Niemczech owe 12 krążków starczyło na zajęcie drugiej lokaty, za reprezentacja Wielkiej Brytanii.
W klasyfikacji punktowej (suma punktów przyznawanych finalistom poszczególnych konkurencji od 1 do 8) nasi lekkoatleci zajęli trzecie miejsce z rekordowym dorobkiem 172 punktów. To ich najlepszy wynik w historii występów w mistrzostwach naszego kontynentu. Klasyfikację punktową również wygrali Brytyjczycy (212 pkt), a drugie miejsce zajęli gospodarze imprezy Niemcy (196,5 pkt).

 

Powrót do sprawdzonych wzorców

Udane występy reprezentantów pokazała TVP, co oznacza, że najważniejsi politycy PiS zrozumieli, że widać jest to sportowe wydarzenie, którym żyje cała Polska i wszyscy jej obywatele. Z gratulacjami dla medalistów spieszyli więc nie tylko wierchuszka, jak prezydent Andrzej Duda czy premier Mateusz Morawiecki, ale za pośrednictwem mediów społecznościowych prześcigali się w lukrowaniu wiekopomnych wyczynów młociarek i młociarzy oraz kulomiotów również politycy z dalszych rzędów. Premier Morawiecki zaordynował spotkanie z ministrem sportu i turystyki Witoldem Bańką, nawiasem mówiąc byłym lekkoatletą, a od dwóch lat chyba najhojniejszym mecenasem PZLA w całej jego blisko stuletniej historii.
Morawiecki dał się ponieść sportowym emocjom i zapowiedział, że jest skłonny wyrazić zgodę na rozszerzenie indywidualnych kontraktów sponsorskich zawodników ze spółkami skarbu państwa. Celem tej forsowanej od jakiegoś czasu przez ministra Bańkę inicjatywy jest wsparcie finansowe najbardziej utytułowanych i perspektywicznych lekkoatletów w ich przygotowaniach do igrzysk w Tokio.

Z kręgu współpracowników Morawieckiego popłynęły też w świata spekulacje, że pan premier rozważa projekt zainwestowania większych pieniędzy w infrastrukturę , konkretnie w budowę kilkunastu hal lekkoatletycznych. Ich budowa mogłaby się rozpocząć po jesiennych wyborach samorządowych, a koszt całego projektu szacuje się na 300 milionów złotych. „Sukcesy i medale to wielka promocja kraju. A do tego sukcesy mogą się przełożyć na dalszą poprawę nastrojów społecznych i w konsekwencji na wyniki wyborów, czego przez wiele lat nie doceniała Platforma Obywatelska” – biegnie w kraj przesłanie szefa rządu. Emerytowanym działaczom PZLA takie wieści wyciskają łzy wzruszenia oraz przypominają czasy z młodości, gdy takie hasła nikogo nie bulwersowały.

 

Pieniędzy nigdy za wiele

Przypomnijmy, że jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w Berlinie sponsor Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, grupa PKN Orlen, ogłosiła nawiązanie współpracy stypendialnej z kilkunastoma polskimi zawodnikami. Obecnie lista sportowców, którzy mogą liczyć na ich wsparcie finansowe, liczy 20 nazwisk. Wśród nich jest 17 lekkoatletów, także ci, którzy zdobywali medale na ME w Berlinie. Po mistrzostwach minister sportu Witold Bańka wyznał, że resort przeznacza na polską lekkoatletykę coraz więcej pieniędzy z roku na rok. W bieżącym było to 38 mln złotych. Bieda w PZLA nie piszczy, ale kto nie chciałby więcej niż ma?

 

Klasyfikacja medalowa ME 2018:

1. W. Brytania 7 5 6 18
2. Polska 7 4 1 12
3. Niemcy 6 7 6 19
4. Francja 3 4 3 10
5. Belgia 3 2 1 6
5. Grecja 3 2 1 6
7. Białoruś 3 1 3 6
8. Norwegia 3 1 1 5
9. Hiszpania 2 3 5 10
10. Ukraina 2 3 2 7
11. Portugalia 2 0 0 2
12. Holandia 1 3 3 7
13. Turcja 1 2 2 5
14. Szwajcaria 1 2 1 4
14. Szwecja 1 2 1 4
16. Włochy 1 1 4 6
17. Litwa 1 0 1 2
18. Chorwacja 1 0 0 1
18. Izrael 1 0 0 1
20. Czechy 0 2 1 3
21. Azerbejdżan 0 1 0 1
21. Bułgaria 0 1 0 1
21. Słowacja 0 1 0 1
24. Austria 0 0 2 2
25. Estonia 0 0 1 1
– Węgry 0 0 1 1
– Irlandia 0 0 1 1

Dyskobole odpadli bez walki

W rozpoczętych w poniedziałek mistrzostwach Europy w Berlinie nasi lekkoatleci spisują się na ogół zgodnie z oczekiwaniami. Poza dyskobolami Piotrem Małachowskim i Robertem Urbankiem, którzy skompromitowali się z kretesem.

 

Większą przykrość fanom królowej sportu sprawił Piotr Małachowski, bo przecież w Berlinie bronił mistrzowskiego tytuły wywalczonego dwa lata temu w Amsterdamie. Aktualnemu mistrzowi, zwłaszcza tak doświadczonemu, wręcz nie wypada odpadać w kwalifikacjach konkursu bez choćby jednej udanej próby. A zasady kwalifikacji do finału rzutu dyskiem były proste – trzy próby i minimum 64 metry do osiągnięcia. Ostatecznie można się było dostać do finałowej dwunastki zawodników z gorszym rezultatem, jeśli w stawce finalistów nie wszyscy uzyskali 64 m. Dlatego mimo słabszej nawet dyspozycji warto było wykonać choćby jeden mierzony rzut, tak jak to zrobił w kwalifikacjach choćby kulomiot Konrad Bukowiecki, bo chociaż nie przekroczył 20 metrów, to mimo to awansował do finałowego konkursu. A Bukowiecki na dodatek ma alibi dla słabszej postawy, bo tuż przed mistrzostwami skręcił stopę i właściwie pojechał do Berlina na własną odpowiedzialność.

Małachowskiego nic nie tłumaczy, bo chociaż ostatnio nie uzyskiwał oszałamiających rezultatów, to rzucić dyskiem w granicach 64 metrów na pewno był w stanie. W pierwszej próbie rzucił poniżej 60 metra i celowo spalił rzut. Ale w drugiej trafił dyskiem w siatkę i nagle zrobiło się nerwowo, bo został mu już tylko jeden rzut. W swojej ostatnie próbie Małachowski posłał dysk tuż za linię 60 metra, ale taka odległość nie dawała awansu do finału konkursu, więc pan dyskobol ostentacyjnie spalił próbę i w efekcie nie zostanie nigdzie zachowane, że w Berlinie mistrz Europy z 2016 roku odstawał tak znacznie od najlepszych zawodników w stawce.

Męczarnie Małachowskiego z trybun obserwował jego przyjaciel, a obecnie wiceprezes PZLA Tomasz Majewski. Po nieudanych próbach kręcił głową z dezaprobatą, ale potem starał sie pocieszyć wyraźnie przybitego niespodziewaną klęską Małachowskiego.
35-letni dyskobol ma w swoim dorobku dwa złote medale w wywalczone w mistrzostwach Europy, złoto wywalczone w mistrzostwach świata w Pekinie w 2015 roku oraz dwa srebra zdobyte w światowych czempionatach w 2009 i 2013 roku. Poza tym Małachowski jest też dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim (2008 i 2016).
Tylko odrobinę lepiej wypadł w Berlinie drugi z naszych dyskoboli, Robert Urbanek. On także nie przeszedł kwalifikacji, ale przynajmniej zaliczył rzuty. Ostatecznie zakończył rywalizację na 14. miejscu z wynikiem 62,00 m. Obaj nasi zawodnicy podzielili los medalistów olimpijskich z Rio de Janeiro – Christopha Hartinga i Daniela Jasinskiego. Kwalifikacje w rzucie dyskiem przyniosły bowiem pogrom zawodników o znanych nazwiskach.

 

Popis biało-czerwonych w Londynie

Reprezentacja polskich lekkoatletów zajęła w Londynie drugie miejsce w pierwszej edycji Pucharu Świata. Pierwsze miejsce wywalczyła ekipa Stanów Zjednoczonych, a za plecami biało-czerwonych znalazły się zespoły Wielkiej Brytanii, Jamajki, Francji, Niemiec, Republiki Południowej Afryki i Chin.

 

Lekkoatletyczny Puchar Świata odbywał się po raz pierwszy w nowej formule. Osiem najlepszych ekip narodowych z klasyfikacji punktowej zeszłorocznych mistrzostw świata zostało zaproszonych do rywalizacji w Londynie. Oprócz biało-czerwonych startowali lekkoatleci z Wielkiej Brytanii, USA, Niemiec, Francji, Jamajki, Chin i RPA. Ale tylko Polska wyznaczyła do startu niemal same największe gwiazdy. Czołowi zawodnicy zespołów rywali zdecydowali się na start w piątkowym mityngu Diamentowej Ligi w Rabacie i odpuścili występ w stolicy Wielkiej Brytanii.

Zasady punktacji w Pucharze Świata są proste – zwycięzca konkurencji otrzymuje osiem punktów, za drugie miejsce przyznawane jest siedem punktów, za trzecie sześć, a za zajęcie ostatniej w stawce ósmej lokaty jeden punkt. Im wyższe miejsce w końcowej klasyfikacji zbiorczej, tym większa finansowa nagroda. W Londynie w puli nagród organizatorzy zmagań przygotowali dwa miliony dolarów. Najwięcej z tego tortu uszczknęła oczywiście zwycięska ekipa USA (450 tys. dolarów), ale nasi lekkoatleci też nieźle się obłowili inkasując 400 tys. dolarów.

Biało-czerwoni w 34 konkurencjach zdobyli 162 punkty. Więcej od nich uzbierali tylko Amerykanie (219). Drugie miejsce nasza reprezentacja wywalczyła jednak trochę w szczęśliwych dla niej okolicznościach, bo dzięki dyskwalifikacji brytyjskiej sztafety 4×400 metrów. To była niezwykła sytuacja. Jednego z Brytyjczyków złapał skurcz i stwierdził, że nie da rady pobiec. A kiedy rezerwowy dotarł na miejsce, zaczynała się już trzecia zmiana. Przed tą konkurencją Polacy i gospodarze imprezy mieli tyle samo punktów. Brytyjczycy przez wpadkę w sztafecie zmarnowali szansę na wyprzedzenie Polaków.

Władze Polskiego Związku Lekkiej Atletyki zapewniają, że około 60 procent z wygranych w Londynie 400 tys. dolarów trafi do kieszeni zawodników. „Wypłacimy według zdobytych punktów. Dla niektórych zawodników będzie to pewnie najwyższa premia w życiu. Pozostałe 40 procent przeznaczmy na nagrody dla zespołu trenerskiego i zadania statutowe” – wyjaśnia wiceprezes PZLA Tomasz Majewski.

Nasz znakomity przed laty kulomiot, dwukrotny mistrz olimpijski, z zadowoleniem przyjął zwycięstwo w konkursie pchnięcia kulą swego młodszego kolegi Michała Haratyka. Oprócz niego swoje konkurencje wygrali też Anita Włodarczyk i Wojciech Nowicki w rzucie młotem, Marcin Lewandowski w biegu na 1500 m, Sofia Ennaoui na 1500 m i Karol Hoffman w trójskoku.
W najbliższy weekend naszych lekkoatletów czeka rywalizacja w mistrzostwach Polski, które odbędą się w Lublinie. W tej trzydniowej imprezie wyłoni się zapewne ostateczny skład reprezentacji Polski na rozpoczynające się 6 sierpnia w Berlinie mistrzostwa Europy. Sympatycy „królowej sportu” mają prawo oczekiwać gradu medali biało-czerwonych w tej imprezie.