Wiater (Jandzie) w oczy

Na Facebooku wywiązała się ciekawa polemika naszego redaktora naczelnego i jednej z autorek. Poszło zaś o powyborczy rysunek Tomasza Wiatera, który udostępniła u siebie Krystyna Janda…

Pan Piotr Gadzinowski, tak, tak, ten z „Nie”, którego nieprzerwanie od lat lubię i cenię, lubić i cenić nie przestanę, był tak miły i popróbował wytłumaczyć jakoś Kryśkę Jandę z tego, że za ilustrację swego powyborczego stanu ducha uznała obrzydliwy w swej wymowie rysunek z wiejską babą, dającą głos w zamian za 500+…
Uznałam, że trzeba coś wyjaśnić… I będzie po „prywatnych”…
1.
Od trzynastu lat mieszkam na wsi, w bloku po-PGR-owskim, dokąd uciekliśmy wraz z Mężem, chorym na SM, niewidomym i sparaliżowanym z poznańskiego mieszkania (ilekroć to piszę, tylekroć pewna działaczka SLD śmie to pisanie nazwać „rozdzieraniem szat”). .
Uciekliśmy w roku, w którym rząd pod przewodnictwem Leszka Millera – bez żadnych osłon socjalnych – zrealizował „uwolnienie czynszów”. W praktyce oznaczało to, że każdy, kto zamieszkiwał w lokalu, stanowiącym część prywatnej kamienicy, musiał podołać wszelkim kaprysom czynszowym właściciela tej kamienicy. W naszym przypadku oznaczało to konieczność natychmiastowej, comiesięcznej zapłaty 1,5 krotności renty Męża. Do wyboru mieliśmy: most albo ucieczkę. Byle gdzie i byle jak. Ciężka choroba, bezrobocie nie stanowiły żadnej okoliczności łagodzącej.
Dzisiejsze wyniesienie Leszka Millera na salony europarlamentu odczuwam jak plunięcie w twarz wszystkim, którzy w wyniku tego gestu „skapitalizowanego lewicowca” zmarli w schroniskach dla bezdomnych, powiesili sie w chwili, gdy ekipa eksmitująca wyważała drzwi (podkreśl właściwe). Lista milczących ofiar jest bardzo, bardzo długa.
2.
Mieszkając tu, a nie gdzie indziej, na własnej skórze odczuliśmy, czym były „reformy” rządów Unii Wolności, SLD, AWS… Z mapy powiatu czarnkowsko-trzcianeckiego zniknęły autobusy, likwidowano dworce kolejowe i kolejne kursy pociągów. Na szosy powróciły stare rowery i „komarki”, ci, co ich nie mieli, wędrowali do pracy po 10 km pieszo. Trudno zapomnieć mi pewną mieszkankę małej wsi Mniszki, która do grzybiarni w Rosku dojeżdżała dzien w dzień – 20 km – rowerem. Także – jesienią, także – zimą.
Na coraz częściej spóżniające się, a rzadko kursujące pociągi czekaliśmy po godzinie, dwie, przed zamkniętymi na cztery spusty dworcami kolejowymi (Trzcianka). Gdy już dojechaliśmy do stacji węzłowej, dalej przesiadaliśmy się na rowery i rozmaite „komary”.
Taki był wynik liberalnej reformy transportu zbiorowego, zaprojektowany z całą pewnością przez miejskich inteligentów.
3.
Chorzy na wsi nie mogli liczyć na żadną poważniejszą pomoc lekarską. Był to wynik koszmarnej reformy służby zdrowia, której podstawą stał się kapryśny, chamowaty, szybko bogacący się przedsiębiorca, zwany „lekarzem rodzinnym”. Ponieważ był „podmiotem prywatnym” mógł zapisać chorego lub nie, wystawić skierowanie lub nie, leczyć lub nie leczyć. I taki to lekarz rodzinny odmówił trzeciej – przez cały rok – wizyty u Męża na kilka dni przed śmiercią. I nie było takiej siły, któraby go do złożenia tej wizyty zmusiła.
Czy wsadzono do więzienia tych UD, SLD, AWS-skich ministrów zdrowia, którzy tak a nie inaczej tę strukturę „pomocy medycznej” skonstruowali?
Kto poniósł odpowiedzialność za to, że cieżko chory na wsi nie może liczyć na pomoc neurologa, dentysty czy psychologa, a gdy okaże się, że konieczna byłaby pomoc tzw. opiekunki, to miejscowy MGOPS jest w stanie przysłać jedynie – tak jak było w naszym przypadku – alkoholiczkę z wyrokiem karnym za nożownictwo?
Gdy zatem widzę dzisiejsze wyniesienie posłanki Kopacz, trafia mnie szlag. Was nie?
4.
W ramach innej reformy kazano pracować m.in. kobietom do 67 roku życia, zaś przydzielane im emerytury to dziś 1000 zł w porywie. Za te pieniądze aktualny europoseł nie przeżyłby nawet tygodnia. Wydłużenie czasu koniecznej – do osiągnięcia emerytury – pracy przyniosło tu, na prowincji i taki obrazek: oto kobieta, lat 61, z widoczną przepuchliną, nogami jak banie, dźwiga wielkie wory z gąbką i kładzie pod maszynę pikującą – szkoda, żeście nie widzieli, jak – mokra od potu – spieszyła się, aby wyrobić normę.
Taki los zgotowali jej warszawscy na ogół inteligenci, czynni w polityce.
5.
Polityka winna być służbą. Skutkiem tej służby – dobrobyt wszystkich lub prawie wszystkich.
Polska polityka po 1989 roku nie była służbą, a jedynie torowaniem sobie przez mniejszość dróg do osiągnięcia osobistego powodzenia.
Polska polityka po 1989 roku była też wielkim zmasowanym ruchem kamerdynerów, gotowych obsłużyć każdy zagraniczny „kierunek”. Rodak w oczach tych kamerdynerów, taki, co potrzebował pracy, mieszkania, autobusu, co by go do tej roboty dowiózł – g..no znaczył.
I nic się nie zmieniło. Urągliwy, chamski rysunek udostępniony przez Kryśkę Jandę, co to się jej wydało, że jest jaką George Sand, a nie jest, najlepszym na to dowodem.