Seryjny gwałciciel szczękowy

7 lat więzienia za zrobienie pannie poznanej w internecie, tego samego, co tysiące mężów bezkarnie robi swoim ślubnym raz w tygodniu.

Kariera dentystyczna pana Tomasza rozwijała się jak powinna. Miał gabinet pod Toruniem. I w Toruniu też miał. Tak samo z mieszkaniami. Ze względu na swój fach i stan uzębienia miejscowych, na brak kasy od lat przestał narzekać. A ponieważ miał 37 lat, to świat należał do niego.

Sieć szczęścia

I dzięki internetowi, kobiety również. Założył sobie konto na portalu Badoo i rozpoczął łowy. Szło fajnie. Urok zawodu i ten osobisty, działały. Życie towarzyskie stomatologa Tomasza kwitło. Tak jak z panią poznaną na portalu. Gadka szmatka, przejście na fejsa, telefon, kawa, wreszcie taksówką do niej i z nią do siebie, na toruńską chatę. A potem całkiem obopólnie miły seks. Za drugim i trzecim razem zresztą też.
Niestety przyszedł 21 kwietnia 2016 roku. W „Znanym lekarzu” – portalu internetowym gdzie pacjenci oceniają medyków, pojawił się wpis. Pierwszy i nader niefajny.
„Bardzo żałuję, że trafiłam w ręce tego Pana. Leczenie kanałowe wraz z odbudową na włóknie szklanym zostało przeprowadzone w tempie ekspresowym. Co się okazało? Nerwy usunięte do połowy a ząb niezaleczony. Suma summarum, straciłam tego zęba. Zero kontaktu z tym panem, nie polecam” napisała Ewa P.
Czy to z powodu nieradzenia sobie z internetowym hejtem, czy raczej poczucia, że babka ma rację, pan Tomasz się zestresował. I postanowił, z tym napięciem coś zrobić. Zadzwonił do panny z Badoo. Potem w taksówkę i po przywiezieniu jej do siebie, mógł wreszcie przystąpić do rzeczy.

Gwałtowny sponsoring

Opis intymnego pożycia, które teraz nastąpiło różni się w zależności od tego, kto opowiada. Stomatolog Tomasz opisuje, że jak zwykle było miło, ale tym razem spróbowali czegoś z pogranicza sodo-maso.
Zdaniem jego towarzyszki pieszczoty zaczęły się natomiast od uderzenia w twarz, rzucenia jej na łóżko i szarpania. Pojawiły się też propozycje uprawiania seksu w sposób dla pani niemiły, na co nie przystawała. Przynajmniej do czasu, jak mężczyzna zagroził, że jak jej się nie zachce, to on ściągnie swoich kolegów i wyegzekwują od pani to czego chce, wespół w zespół. Wobec takiego ultimatum pani nie pozostało nic innego jak robić to na co wpadł facet. A potem jeszcze co innego i jeszcze i jeszcze. A ponieważ fantazji i pary stomatologowi Tomaszowi nie brakowało, to panna naliczyła kilka niechcianych zbliżeń. Oczywiście w tej narracji nie mogło zabraknąć opowieści o tym, że usiłowała pod pozorem zrobienia siusiu dać nogę, ale mieszkanie było zamknięte na klucz, którego w drzwiach nie było. została zgwałcona kilkakrotnie, w różny sposób. Odniosła też obrażenia. Gehenna, którą kobieta przeżyła, skutkowała kilkoma lekkimi obrażeniami skóry i błony śluzowej oraz niepowetowaną traumą psychiczną. Tak straszną, że nawet nie pozwoliła ta trauma pobiec na policję i zobligować ją do aresztowania gwałciciela sadysty.
Przez 3 tygodnie, na „Znanym lekarzu” nikt nic nie o dentyście nie napisał. Pan Tomasz zaś klikał w internet i to skutecznie. Na tyle, by poznać inną panią. Taką, która szukała sekssponsora. Na taką rolę, wrodzone skąpstwo pana Tomasza się zgodzić nie mogło. Dlatego rozmowy o układzie za kasę skończyły się fiaskiem po dwóch wizytach pani w toruńskiej garsonierze dentysty.
10 maja 2016 r. pani zadzwoniła do pana Tomasza niemal zawodowo. Bolał ją bowiem ząb. Mimo godziny 1.00 w nocy stomatolog wbił się w taksówkę, po drodze nabył flaszkę i pomknął do potrzebującej kobiety. A potem wraz z nią do swojego mieszkania. Gdzie odbył się – zdaniem dentysty – zupełnie udany seks. Ostry, ale sprawiający obojgu niezłą frajdę.

I jeszcze narkoman

Panna widziała rzecz nieco inaczej. Tuż po wejściu do mieszkania stomatolog kazał jej się rozbierać, bo jak nie, to włoży jej butelkę w tyłek, a potem ten efekt poprawią wezwani przez niego koledzy. Argument ten wsparł uderzeniem z liścia, szarpnięciem za włosy i rzuceniem na łóżko. Po czym zrobił z panią dokładnie to, co z jej poprzedniczką. Skończył o godz 10. 30, bo właśnie wtedy pannie udało się uciec z mieszkania oprawcy. Pobiegła tam gdzie powinna, w związku z czym policja już po kilku godzinach mogła zaraportować ujęcie brutalnego gwałciciela.
Po przejrzeniu komputera stomatologa, śledczy błyskawicznie do zgwałconej dokooptowali jej poprzedniczkę. Mieli zatem seryjnego, brutalnego gwałciciela. Bo wszak – jak to ujął rzecznik mundurowych – „jedna z kobiet odniosła obrażenia, ale skutkujące konsekwencjami w okresie poniżej 7 dni”. Za takie coś, prokurator z reguły wnioskuje o 15 lat.
Zanim jednak powstał akt oskarżenia, pana Tomasza aresztowano. A w mediach wszczęto akcję poszukiwania jego kolejnych ofiar. Miejscowe gazety i portale rzuciły się na temat, więc doniesienia o dentyście sadyście hulały w nich przez kilka dni. Wraz z apelem do ofiar, aby porzuciły wstyd i zeznawały. I mimo, że każda kobieta w Toruniu i okolicy wiedziała o „zwyrodnialcu” i zdawała sobie sprawę ze statusu majątkowego pana Tomasza, to w sprawie nie pojawiła się następna pokrzywdzona. Ani tez taka, która chciałaby zapolować na zadość uczynienie finansowe. Po pół roku czekania na ofiary, prokurator postanowił oskarżyć stomatologa o kilka gwałtów na dwóch paniach. No i o posiadanie 15 g amfetaminy, co to ją znaleziono na miejscu zbrodni. Kwalifikować to miało dentystę do spędzenia bez towarzystwa kobiet – 8 lat.

Zagrożenie publiczne

Po roku bycia w areszcie, adwokatka pana Tomasza przekonała sąd, że ponieważ wszystkie dowody zostały zebrane, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jej klient mógł dochodzić na proces z własnego domu. Sąd Okręgowy, mimo sprzeciwu prokuratury, na to przystał.
Media zawyły. „Zwyrodnialec na wolności”, „Torunianki boją się wychodzić z domu”, „Sadystyczny gwałciciel może w każdej chwili zaatakować” – to tylko kilka cytatów z chwilowej paniki.
Mijały miesiące, a pan Tomasz nikogo nie zgwałcił – nawet łagodnie. Wyżywał się na zębach pacjentów, bo wrócił do uprawiania swojego fachu. Robił zatem swoje i sumiennie zgłaszał się w określonym czasie na policję. Bywał też na kolejnych odsłonach swojego procesu.
Praca zawodowa szła dentyście na tyle nieźle, że w październiku tamtego toku na „Znanym lekarzu” objawił się drugi wpis.. Zachwycona Malwina wyklikała, że stomatolog jest „Bardzo przyjemny. Cudowne podejście do pacjenta, usunięcie zęba przeprowadzone bezboleśnie. Wszystko po zabiegu wyjaśnione i w ogóle. Serdecznie polecam!”.
Nerwówka dentysty miała się skończyć 14 lutego. W Walentynki. I się skończyła. Pan Tomasz dowiedział się, że jest winny. I pójdzie do więzienia na 6 lat. A każdej z ofiar ma zadośćuczynić kwotą 2 tys zł. Ponieważ był to wyrok pierwszej instancji, to nie był prawomocny.
Lokalnym mediom to nie przeszkadzało. Przez kilka tygodni trwała nagonka na sąd, że skazanego na długoletnie więzienie nie zamknął. Co było prawdą, bo pan Tomasz usłyszawszy werdykt i złożywszy apelację, wciąż opiekował się zębami swoich pacjentów i – mimo że każdy w Toruniu wiedział kim jest stomatolog G. – pacjentek zresztą też.
Skończyło się to w czerwcu. Parcie mediów i prokuratury na Sąd Okręgowy było takie, że sędzia, mimo że przez 2 lata na wolności dentysta nawet na milimetr nie uchybił warunkom niebycia w areszcie, uległ argumentom i stomatologa nakazał zapuszkować. Dosłownie parę tygodni przed wyrokiem apelacyjnym.

Nieszczęśliwa siódemka

W tej instancji prokurator nie chciał już – jak poprzednio – 8 lat za brutalne gwałty i narkotyki. Podniósł stawkę do okrągłej dychy. Stomatolog walcząc o uniewinnienie, podtrzymywał oczywiście, że jest ofiarą pomówienia, bo seks uprawiał z paniami za ich zgodą.
Sędzia się z tym nie zgodził. „Obie te kobiety, niezależnie od siebie, opowiadają w zasadzie o takim samym przebiegu zdarzenia, o takim samym postępowaniu sprawcy – jazda taksówką, pobyt w mieszkaniu, przyjemna atmosfera, alkohol… Nagle zachowanie, które nie powinno czy nie jest niczym uzasadnione, gdzie zauważają: pobudzenie, agresję i przeradza się to w przemoc sprowadzającą się do gwałtu” – powiedział, i w imieniu Rzeczpospolitej skazał stomatologa na 7 lat więzienia. Ofiary też dowartościował. Pan dentysta musi każdą z nich zaspokoić nie dwoma, a 5 tysiącami zł.
Stomatolog pewnie nie ma pojęcia, że 3 lata temu z hakiem, wkurzył się niepotrzebnie, nie wiedząc, że internetowi nie ma co ufać. Będąc od tygodni za kratami, nie wie wszak, że już po wyroku, na jego profilu w „Znanym lekarzu” pojawił się trzeci wpis. 11 lipca pacjentka Justyna napisała: „Wizyta w niedzielę wieczorem. Lekarz przyjął bez problemu i pomógł. Usunięcie było skomplikowane i nikt nie chciał się podjąć. Pan Doktor zrobił to bez problemu szybko. Polecam”.

Komu służy sojusz z Rydzykiem

Jeżeli partia mająca 30 procent poparcia nawiązuje sojusz z Kościołem, którego formalni wierni stanowią ponad 90 procent, a praktykujący ponad 60 procent, to taki sojusz opłaca się wyłącznie tej partii, a nie temu Kościołowi.

Według raportu na temat pedofilii w Kościele, przedstawionego niedawno przez Episkopat Polski, „małoletni płci męskiej stanowili 58,4 proc. ofiar nadużyć seksualnych ze strony duchownych, natomiast 41,6 proc. to małoletnie ofiary płci żeńskiej”. To były dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, uzyskane nawet w polskiej sytuacji, gdzie dziewczynki są mniej chronione przed molestowaniem, niż chłopcy, a prawicowy argument, że tylko „pederastia” jest problemem, a nie pedofilia, został przyswojony nawet przez pedofilów w sutannach.
W filmie braci Sekielskich ksiądz-pedofil, który molestował małe dziewczynki, mówi do jednej ze swoich dawnych ofiar, jakby to było alibi: „ale ja przecież nigdy nie robiłem takich rzeczy z chłopcami”.
Jak się do tego ma wypowiedź czołowego intelektualisty Prawa i Sprawiedliwości, ulubionego rozmówcy Jarosława Kaczyńskiego, drugiej pozycji na liście PiS do europarlamentu z Małopolski Ryszarda Legutki, że „ponad 80 procent przypadków nadużyć dotyczy chłopców w wieku od 12 do 17 lat, no to przepraszam bardzo, co to jest za pedofilia? To nie jest żadna pedofilia, to jest pederastia po prostu”?
Oczywiście Legutko, mimo że był pytany o film braci Sekielskich i o sytuację w Polsce, powołał się na „badania amerykańskie”. Jako najlepszy w Polsce znawca amerykańskich wojen kulturowych nie dodał, że zostały one tam wykonane na zlecenie przeciwników papieża Franciszka, chcących ewidentne winy i zaniechania Kościoła zrzucić na „gejów” i „rewolucję obyczajową lat sześćdziesiątych”.
Kiedy jednak intelektualista świadomie nagina rzeczywistość, nie robi tego z niewiedzy, ani z głupoty, ale dlatego, że mu się to opłaca. Opłaca się jemu, jego partii, opłaca się jego liderowi, od którego zależy posada tego intelektualisty w europarlamencie, cała jego kariera polityczna, dla której zrezygnował z kariery akademickiej i w ogóle – z bycia filozofem.
Tak jest właśnie w przypadku Ryszarda Legutki. Zmuszanie go do przeprosin mija się z sensem, bo on uważa, że relatywizowanie i obrona patologii pojawiających się w polskim Kościele po prostu opłaca się jego partii – PiS-owi. I oczywiście Ryszard Legutko ma rację.
Dlaczego bowiem Jarosław Kaczyński zdecydował się na sojusz nie tyle z Kościołem, co z jego najbardziej patologiczną i niechrześcijańską częścią, jaką jest tzw. Kościół Rydzyka?
Dlaczego jego ludzie bronią dziś księży i biskupów, którzy chronili pedofilów przed odpowiedzialnością, umożliwiali skazanym dalszy kontakt z dziećmi, jeśli tylko ci biskupi i księża rewanżują się publicznie okazywanym poparciem dla PiS?
Odpowiedź jest żenująco prosta. Jeżeli partia mająca 30 procent poparcia w polskim społeczeństwie nawiązuje sojusz z Kościołem, którego wierni formalni stanowią w tym społeczeństwie ponad 90 procent, a praktykujący ponad 60 procent, to taki sojusz opłaca się wyłącznie tej partii, a nie temu Kościołowi. Polscy katolicy są w różnych partiach. Zarówno jako politycy, liderzy, jak też jako wyborcy. Pozwalając Kaczyńskiemu i jego partii na przyssanie się do najsilniejszej w Polsce instytucji, żerowanie na jej autorytecie – niektórzy ludzie polskiego Kościoła zdradzają znaczną część swoich wiernych. Można powiedzieć, że zdradzają większość katolików na rzecz mniejszości PiS-owców.
Jarosław Kaczyński doskonale to wiedział, kiedy przyssał się do Kościoła. Kiedy zaczął mówić – z właściwą sobie przesadą, która zawsze jest znakiem cynizmu – że „ręka podniesiona na Kościół to ręka podniesiona na Polskę”.
Ale czy wiedzieli to biskupi pozwalając Kaczyńskiemu wykorzystać autorytet Kościoła w swojej partyjnej walce o ziemską, osobistą władzę?
Jednak jest jeszcze tzw. Kościół Rydzyka – biskupi, księża i wierni, którzy o katolicyzmie czy o chrześcijaństwie uczyli się z Radia Maryja. A więc uczyli się źle, bo chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, religią etyczną, religią miłosierdzia. A z Radia Maryja dowiadywali się, że jest religią kulturowej i partyjnej wojny, religią polskiego nacjonalizmu, a nawet „białego” rasizmu. Stanisław Michalkiewicz, czołowy felietonista Radia Maryja, powiedział niedawno o kobiecie, której sąd przyznał odszkodowanie za to, że jako trzynastolatka była wielokrotnie gwałcona przez księdza pedofila: „żadne k…wy na całym świecie nie są tak wynagradzane”. Michalkiewicz nadal jest felietonistą Radia Maryja, nadal „naucza” polskich katolików, szczególnie chętnie o Żydach i o kobietach.
Jednak ani Jarosławowi Kaczyńskiemu, ani Mateuszowi Morawieckiemu, ani Jarosławowi Gowinowi, ani Zbigniewowi Ziobrze, nie przeszkadza to pompować w Radio Maryja kolejne miliony i regularnie pielgrzymować do Tadeusza Rydzyka z błaganiem o polityczne wsparcie.
Jednak akurat Kościołowi Rydzyka opłaca się sojusz z PiS-em, na którym traci cały Kościół katolicki w Polsce. To bowiem właśnie dzięki pieniądzom od PiS-u (dokładniej, pieniądzom z państwowego budżetu i ze środków unijnych, którymi dysponuje rząd), a także dzięki uprzywilejowanym kontaktom z władzą Tadeusz Rydzyk powoli przejmuje cały polski Kościół. Promuje swoich proboszczów i biskupów, osłabia i próbuje zniszczyć proboszczów i biskupów wobec siebie krytycznych.
Prymas Józef Glemp, przecież nie żaden „liberał”, raczej „konserwatysta”, tyle że mający na uwadze dobro instytucji, którą kierował, potrafił napisać o Rydzyku – w głośnym liście z 1997 roku do jego zakonnego przełożonego, prowincjała redemptorystów – „ojciec Rydzyk, mimo popularności i poparcia wielkich rzesz, nie może żądać dla siebie przywilejów i stać ponad prawem…, nie można szerzyć przekonania, że teraz przeżywamy najtrudniejsze czasy, zasada: kto nie jest z nami, jest przeciwko nam, nie jest zasadą ewangeliczną”. I dodawał: „sam słuchałem ojca Rydzyka i byłem upokorzony jego pychą”.
Dziś już nikt tak w całym polskim episkopacie nie powie, nie ośmieli się tak powiedzieć.
Rydzyk urósł w czasie pierwszych rządów PiS w latach 2006-2007. Już wtedy dostawał od Kaczyńskiego pieniądze, przywileje i częstotliwości. Jeszcze bardziej urósł dzisiaj, po czterech latach kolejnych rządów PiS.
Zatem powtórzmy jeszcze raz – Kaczyńskiemu sojusz jego 30-procentowej partii z 90- czy choćby 60-procentowym Kościołem opłaca się w sposób oczywisty. Rydzykowi sojusz z Kaczyńskim też się opłaca, bo daje mu nadzieję na przejęcie całego 90-procentowego Kościoła. Ale dlaczego na taki sojusz zgadzają się polscy biskupi? A zgadzają się faktycznie, zgadzają się milcząc, zgadzają się tolerując.

Tęczowy Rydzyk

3 maja pod siedzibą rozgłośni RM odbył się happening, którego uczestnicy i uczestniczki uświetnili rocznice urodzin ojca Rydzyka. Organizatorkami były aktywistki Toruńskiego Strajku Kobiet. Pod budynkiem rozgłośni spotkali się ludzie, których celem było ukazanie potężnego redemptorysty i jego politycznych pomagierów w nieco innych kontekstach. W barwnym tłumie paradowali m.in. mężczyzna w sutannie i w masce o. Tadeusza Rydzyka oraz kobieta w masce posłanki PiS Anny Sobeckiej. Sporo było również elementów maryjnych i waginalnych, czasem nawet zawartych w jednej kreacji. W kulminacyjnym momencie rozległo się głośne „Sto lat” i „Happy Brithday”, a podczas zgromadzenia jego uczestnicy skandowali m.in. „Dla ciebie mamona jest błogosławiona”, „Czas ucieka, emerytura czeka”, „Radio Maryja syczy jak żmija”. W czasie happeningu odegrano również scenę niszczenia „pomnika hipokryzji, pychy, chciwości i gniewu”. Nie zabrakło polityków i polityczek. Pojawiła się m.in. była wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka. – Wielki sukces, że udało się zrobić tę pokojową, a jakże słuszną demonstrację. Po to, byśmy mieli świeckie państwo, żeby wreszcie zmieniło się to, że tak ogromne fundusze, pieniądze publiczne, płyną do rozgłośni. To się musi skończyć, musimy w końcu stworzyć państwo świeckie – mówiła polityczka obecnie związana z partią Wiosna. Uczestniczki podkreślał również, że rząd nie jest w stanie wygospodarować środków na podwyżki dla nauczycielek, a kiedy toruński zakonnik poprosi o pieniądze na Muzeum „Pamięć i Tożsamość” im. św. Jana Pawła II w Toruniu, kasa znajduje się szybko. Mówiono również o postulatach LGBT+, prawa kobiet i działaniach ojca Rydzyka na rzecz dyskryminacji tych grup.
– Chciałyśmy pokazać, że ojciec Rydzyk nie jest święta krowa – powiedziała Portalowi Strajk Agata Chyżewska-Pawlikowska, organizatorka wydarzenia – Było kolorowo i wesoło, a w pamięć zapadnie uczestnictwo tak znamienitych gości jak Anna Sobecka i ojciec Rydzyk i ich wspólny taniec – dodała, zapowiadając powtórkę w 2020 roku. Piątkowa impreza była solą w oku Sobeckiej, która czyniła starania na rzecz jej zablokowania. Parlamentarzystka, w przeszłości spikerka rozgłośni apelowała m.in. do prezydenta Torunia Michała Zaleskiego oraz wojewody Mikołaja Bogdanowicza. Ten drugi przyszedł jej z pomocą, wydając kontrowersyjną decyzję o zakazie zgromadzenia, w oparciu o zgłoszenie zgromadzenia cyklicznego, nadesłane naprędce przez Samorząd Studencki Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Studenci uczelni ojca Rydzyka nagle przypomnieli sobie, że chcą uświetnić rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja. Sąd Okręgowy w Toruniu uznał jednak, że studenci nie mieli zamiaru organizować imprezy cyklicznej, a skutkiem zakazu wojewody będzie ograniczenie swobód obywatelskich. Ponadto, sąd zauważył, że organizowanie zgromadzenia cyklicznego w godzinach 6-22 jest „sprzeczne z zasadami zdrowego rozsądku, oraz wskazuje na zamiar obejścia prawa, a więc jego nadużycie”.

Abba Ojczyzno

Miłość do państwa w wykonaniu premiera Mateusza Morawieckiego przypomina czułość ojca drania w rodzinie z niebieską kartą.

 

Najpierw cię stłukę na kwaśne jabłko, a później wmówię, że kocham cię najbardziej na świecie. Te siniaki to sobie sama zrobiłaś Polsko, a tych którzy Cię nie kochają aż tak mocno jeszcze, niech Matka Boska Nieustającej Pomocy ma w swojej opiece. Nie obchodzi mnie udział w obchodach rocznicowych z okazji 27. urodzin Radia Maryja ani Premiera RP ani członków Rządu RP, ani tym bardziej polityków PiS. Nie dbam o to, że Morawiecki, Błaszczak, Brudziński, Kempa czy Ziobro, trzymając się za ręce, na stojąco, śpiewali pieśni uwielbienia dla Rydzyka. Mam gdzieś ich zachowanie i obłudne zagrywki, przy których chwiali się jak w jakimś chocholim tańcu i robili z siebie bandę klaunów, żeby tylko przypodobać się jednej z rozgłośni radiowych. Cytując nieznanego klasyka: „Nie mój cyrk, nie moje małpy”.
Co jednak po mnie nie spływa, to słowa wypowiedziane przez premiera Morawieckiego obrażające obywateli i obywatelki, którzy swojej propaństwowości nie manifestują słuchaniem Radia Maryja, oglądaniem telewizji Trwam i wysyłaniem przelewów na konto redemptorysty. To nie jest tak, że ludzie opozycji demokratycznej, społecznej czy liberalnej kochają Polskę mniej. Nie będę się licytować, a i też nie czuję potrzeby, aby swoją miłość do ojczyzny komukolwiek udowadniać. My po prostu nie szanujemy tego rządu. Rządu PiS-u, który ciągle krzywdzi nasz kraj poprzez łamanie konstytucji i osłabianie naszej pozycji międzynarodowej. Nie akceptujemy jego służalczej postawy wobec imperium Rydzyka, przyznawania dotacji i realizowania zamówień rządowych dla Fundacji Lux Veritatis, Geotermii Toruń, Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu oraz firm Bonum sp. z o.o. i Spes sp. z o.o., które przez 3 lata zagarnęły z kasy państwowej ponad 80 mln zł i kolejne 70 mln zł zaplanowane na budowę i wyposażenie Muzeum „Pamięć i Tożsamość” w Toruniu. My nie potrzebujemy opieki sił wyższych, my chcemy uczciwego i normalnego rządu.
Droga Ojczyzno, nie będę udawał, że potrafię tańczyć i śpiewać, by pokazać swoje oddanie dla Ciebie. Rozdzieranie szat na pokaz nie było modne nawet w czasach biblijnych. Obiecuję Ci jednak, że przyjdzie dzień, gdy PiS nie będzie zmuszać Cię dalej do spełniania małżeńskiego obowiązku i gdy przestaniesz być wykorzystywana przez partię Dojnej Zmiany. Obiecuję, że rozdzielimy Państwo od Kościoła, ale szanować będziemy wszystkich Twoich obywateli i obywatelki. Zarówno wierzących w Boga, jak i nie podzielających tej wiary – co zostało zapisane w Konstytucji RP. Wyznawcom toruńskiej rozgłośni zaś dedykuję ewangeliczną przypowieść (Łk 20, 46-47) „46 Strzeżcie się uczonych w Piśmie, którzy lubią chodzić w długich szatach, kochają pozdrowienia na rynkach, pierwsze krzesła w synagogach i pierwsze miejsca na ucztach. 47 Pożerają oni domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci otrzymają surowszy wyrok.” – niech zastanowią się komu składają swoje pokłony.

27 lat imperium Rydzyka

Działo się na imprezie w Toruniu podczas świętowania przez Radio Maryja 27 lat działalności. Ojciec Rydzyk wysunął nowe żądania wobec ekipy rządzącej (która zresztą wysłała na toruńską imprezę godną reprezentację), prócz tego dorzucił swój kamyczek do wychowania dzieci i młodzieży: rozkolportował książeczki, z których dowiemy się, że „myślenie o seksie jest dla idiotów”. Ojciec Rydzyk ma nową koncepcję na biznes – to „ewangelizacja przez książkę” i już ruszył z nią z przytupem: 300 tysięcy egzemplarzy „Kształcenia charakteru” autorstwa o. Mariana Pirożyńskiego, redemptorysty żyjącego na przełomie XIX i XX wieku rozeszło się po wiernych, a kolejne zostały rozdane uczestnikom imprezy.
„W naszej wspólnocie Rodziny Radia Maryja powstał pomysł ewangelizacji przez książkę. Dzięki Wam, dzięki tym, którzy 1 % z podatku odpisują na Fundację Nasza Przyszłość – rozprowadziliśmy już ponad 300 tys. książek »Kształcenie charakteru«. Rozdajemy te książki dzieciom i młodzieży. Przekażcie te książki takiej młodzieży, która przeczyta. Może weźcie teraz niezbyt wiele, ale tym, którzy przeczytają. Nie wolno niszczyć, nie rzucać pereł byle gdzie. Trzeba popatrzeć komu dać, niech on wzrasta, a inni, jak dorosną do tego, żeby czytać – to też im dać” – głosi komunikat ojca Rydzyka. Oprócz zbierana jednego procenta, książka w sobotę spełniała funkcję upominku dla zaproszonych na urodziny Radia. Ojciec Tadeusz postanowił odkurzyć beletrystyczny przebój z ubiegłego wieku, aby młodzież wiedziała, jak opierać się pokusom: na przykład unikając miękkiej pościeli, sentymentalnych rozmów lub spotkań sam na sam. Ponieważ według przesłania ojca Pirożyńskiego tylko „idioci i matołki lubią obracać się w atmosferze brudów erotycznych: mówić o nich i myśleć”, a „rozkosz erotyczna trwa krótko, lecz wprowadza nerwy w stan wysokiego napięcia, wskutek czego organizm wyczerpuje się szybko a gruntownie, umysł traci swą świeżość”. Z książki dowiemy się także, że „żadna rozkosz nie poniża godności ludzkiej w takim stopniu, jak erotyczna”. Oprócz tego, że zaraz po ukazaniu się na rynku wydawniczym owego dzieła zmiażdżył je już Tadeusz Boy-Żeleński, dziś za głowę złapali się psychologowie oraz feministki.
– Przekaz duchownych oparty jest na zabobonach, również na kłamstwach i manipulacjach. Poprzez nakazy i zakazy, nagrody i kary, wskazanie złych i dobrych uczynków Kościół formatuje ludzi i odbiera im umiejętność racjonalnych zachowań – stwierdził Arkadiusz Brodziński ze stowarzyszenia Polska Laicka, który dziś, w niedzielę 2 grudnia w Toruniu zamierza zorganizować protest przeciwko współzależności przedstawicieli władzy i imperium ojca dyrektora.
– Sama książka nie jest groźna. Groźne jest jednak to, że stanowi część całej narracji, o której zaczyna być głośno. Ta narracja nawołuje do radykalizmu. może spowodować, że młodzi ludzie będą żyli w poczuciu nieadekwatności, winy i wstydu. To może skutkować problemami z akceptacją swoich pragnień, ciała i seksualności – dodał cytowany przez Onet Michał Pozdał, seksuolog i psychoterapeuta z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Książka ojca Pirożyńskiego nie była jednak jedyną „atrakcją’ uświetniającą imprezę wspólnoty Radia Maryja: w hali Arena Toruń (wynajętej zresztą ponoć według „ulgowej taryfy”, do której mają prawo imprezy społeczne”) pojawił się premier Mateusz Morawiecki, a także ministrowie Ziobro, Błaszczak, Brudziński, był też niezastąpiony były minister obrony Antoni Macierewicz, były szef resortu środowiska Jan Szyszko oraz prezydent Torunia Micha Zaleski. Imprezę rozpoczęto od odczytania listu od Andrzeja Dudy. Uroczystości zyskały więc wymiar półpaństwowy. Na czas świętowania przez najważniejszą personę w Toruniu, miasto dokonało zmian w organizacji ruchu. Wszystko po to, aby redemptorysta mógł zbesztać publicznie państwo, że pożałowało mu pieniędzy na realizację filmu o bracie Albercie Chmielowskim, ale za to PISF dołożył się do „Kleru”.
– Zobaczcie, ile jeszcze trzeba zmienić w Polsce – ojciec dyrektor był naprawdę rozżalony. – Zwróciliśmy się do takiej organizacji PISF – Polski Instytut Sztuki Filmowej. Oni dają pieniądze na filmy, ile nam dali? Dali (…), ale na film „Kler”.
Tymczasem w ubiegłym tygodniu toruński sąd rejonowy przykładnie ukarał mężczyznę, o którym zrobiło się głośno w 2017, gdy podczas demonstracji próbował spalić kukłę przedstawiającą ojca Rydzyka. Dostał 300 złotych grzywny. Skazany Sławomir D. wcześniej usiłował też spalić kukłę Jarosława Kaczyńskiego, ale sąd najwyraźniej uznał, że cześć toruńskiego biznesmena należy potraktować priorytetowo.