Księga wyjścia (21)

Ballada o pewności siebie

Jak to nazwać, gdy wszystkie najmocniejsze słowa już padły, jak przeciwstawić się agresji w momencie gdy większość społeczeństwa jest już tym zmęczona i wykazuje bierność, kiedy cała potencjalna energia społeczna poszła w gwizdek przez polityków i KOD, który wyprowadził ludzi na ulice zanim była ku temu realna potrzeba. Jak to możliwe, że tysiące ludzi wychodziły w największy mróz broniąc sądów, których nie widzieli i sędziów których nie znali.
Gdy natomiast wychodziły na ulicę konkretne grupy zawodowe upominać się o poprawę warunków pracy i podwyżki reakcja była już zupełnie inna. A to ktoś wspomniał o przywilejach nauczycieli, a to komuś się wypsnęło, że lekarze rezydenci zarabiają krocie. I nawet bym się temu nie dziwił, gdyby informacje te spływały z rządowych mediów, ale nie, ten przekaz szedł ze stacji nawołującej do masowych protestów w obronie sądów, konstytucji czy demokracji. Klasyczny przypadek napuszczania jednych na drugich i w efekcie sprowadzania do wniosku „ja to mam gorzej”. Żeby taki przekaz był skuteczny, nigdy nie może być powiedziany wprost, najlepiej zrobić to w jakiś okrężny sposób, tak by widzowi się wydawało, że sam doszedł do takiego wniosku. Wtedy sukces murowany. Protestujący pozostaną sami, a stacje pozornie im przychylne nadal będą wybiórczo relacjonować, zacierając jednocześnie ręce, że jednak nic nie udało się wywalczyć.
Wychodziłem już z przychodni i punktu terapii substytucyjnej, gdzie co dwa tygodnie odbieram swoją porcję leków, gdy zawołał mnie doktor Andrzej Kaciuba. Trochę mi się śpieszyło, ale po pierwsze to było bardzo miłe i lubię z nim rozmawiać, a po drugie, nie wołałby mnie gdyby nie było to ważne. Zajmę ci tylko chwilę – powiedział – chciałbym, żebyś pamiętał o zagrożeniach i nie poczuł się zbyt pewnie. Pewność siebie – to pułapka dla nałogowca. Mimo, że naprawdę akurat tego dnia czas mnie gonił, bardzo mi się śpieszyło, gdy tylko wyszedłem przysiadłem chwilę na ławce zastanawiając się skąd wie, jak się domyślił tego, czego sam nawet nie dostrzegłem. To jedno zdanie wryło mi się w pamięć i choć coraz mniej piszę o nałogach – w końcu to księga wyjścia, więc i z pisania o uzależnieniach staram odchodzić. Tym razem postanowiłem jednak od tego właśnie zacząć.
Chorzy na nienawiść – gdybym miał określić polskie społeczeństwo chyba tych właśnie słów bym użył.
Bezkarność, ciche wsparcie polityków i znacznie głośniejsze kościoła? Zastanawiam się nad przyczyną, powodem aż takiej agresji podczas ubiegłotygodniowego marszu równości. Część agresorów potraktowała to zapewne jak zwykła ustawkę meczową, bezkarną zadymę, ale tym razem było to skierowane nie przeciwko innym kibolom, którzy przyjechali właśnie po to, by nawzajem lać się po mordach lecz nienawiścią do zwykłych, pokojowo nastawionych ludzi. Ludzi, którzy mieli odwagę wyjść, by sprzeciwić się dyskryminacji i pokazać, że przecież każdy ma prawo do swojego życia. Już sam fakt, że w XXI wieku w środku Europy ludzie, ryzykując zdrowiem, a być może i życiem, idą by powiedzieć innym, że każdy ma prawo do życia – jest czymś nieprawdopodobnym. Czy naprawdę trzeba demonstrować w obronie równości? Praw przypisanych każdemu człowiekowi? Okazuje się, że w Polsce tak.
W przeciwieństwie do tego, co próbuje wmówić ludziom kościół, a wraz z nim większość polityków PiS-u, nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT. Za każdą z tych liter kryje się człowiek, konkretny człowiek, który jedyne czego chce, to spokojnie żyć na takich samych prawach, jakie mają inni. Chce wyjść z ukrycia, nie oglądać się za siebie w obawie, że oberwie kamieniem. Jeśli więc mówimy o ideologii LGBT to jest nią jedynie pragnienie spokoju i bezpieczeństwa. Życia bez strachu, że ktoś podpali mieszkanie, napadnie na ulicy i pobije. Ot i cała tajemnica tego ideologicznego „demona” o którym tak wrzeszczą rządzący i kościół.
Nie, to niemożliwe – tak zapewne pomyśli większość społeczeństwa, to incydentalne wypadki które nie będą miały żadnych dalszych konsekwencji. Przecież europejska cywilizacja jest na takim poziomie, że wydaje się niemożliwym, by zagrożenie było realne. Ja już tę pewność straciłem. Nie tak dawno, gdy w Białym Domu wybuchła afera z Moniką Levinski, by przykryć skandal natychmiast znalazł się powód zbombardowania Jugosławii – to tylko skrótowa dygresja, która mi się przy okazji nasunęła.
Kościół oczywiście zrobi wszystko, by po chwilowym szumie wokół pedofilii w swoich strukturach skierować uwagę społeczeństwa w zupełnie innym kierunku, stawiając siebie w roli obrońcy rodziny, tradycji i wartości. Teraz okazuje się, że to nie zboczeńcy w sutannach są zagrożeniem dla dzieci, ale dorośli ludzie, którzy chcą jedynie żyć po swojemu. Społeczeństwo zostało zasypane „groźną ideologią”, powielanymi z ambon i mediów bzdurami, pewna gazeta wypuściła niepozorne niby naklejki. To początek podsycania nienawiści, a że trafia na podatny grunt, to zasiane ziarno szybko przynosi obfite owoce.
Wydawało się, że film braci Sekielskich będzie przełomem. Teraz już wiem, że choćby powstało sto takich filmów, a Sekielscy codziennie wpuszczali do sieci nowe dowody przestępstw seksualnych zboczeńców w sutannach chronionych przez swoich przełożonych, to i tak zostanie to w ten czy inny sposób rozmyte.
Oczywiście PiS tworząc komisję do spraw pedofilii, wyciął z nazwy kościół. Prokurator nie zbada komputerów w kuriach czy dekanatach, a sprawa rozejdzie się po kościach jako przedawniona. Okaże się, że większość sprawców już nie żyje. Obecne ofiary zostaną w większości zagłuszone, presją społeczną, pieniędzmi lub z obawy o ostracyzm powiedzą o tym dopiero za kilkanaście lat.
W końcu komisja uzna, że w kościele problemu nie ma i zaczną badać obozy harcerskie, a jedyny namacalny efekt będzie taki, że dyskretnie zniknie kilka pomników, a z kilku innych odetną od Wojtyły całującego go w pierścień pedofila. Ściganiem pedofilii zajmuje się policja i prokuratura, komisja miała zbadać obszar niedostępny organom ścigania. Ale jak widać nie ma woli politycznej i są inne – znacznie większe „zagrożenia” – takie jak gender i LGBT.
Polski kościół funkcjonuje zupełnie inaczej niż kościoły na całym świecie, jest całkowicie niezależny od Watykanu, a jego wpływy polityczno biznesowe są tak ogromne, że tak czy inaczej wyjdzie z tego obronną ręką. Nawet jeśli PiS przegra wybory.
Wakacje w mediach to zazwyczaj sezon ogórkowy. Czyli nic się nie dzieje, a telewizje na siłę wypełniają swoje ramówki głównie powtórkami lub „analizą struktury buraka”, gazety wymyślają coraz to głupsze „cudowne diety” na wszystko, a jeśli wydarzy się jakaś sensacja to wałkują ją do znudzenia zapraszając do studia najróżniejszych, często zapomnianych już ekspertów. Wszystko po to, by w jakiś sposób wypełnić ramówkę i podtrzymać oglądalność.
W tym roku jest trochę inaczej i prawdę mówiąc pisząc ten felieton miałem problem, by wybrać jeden z wielu tematów, które wydarzyły się w ciągu ostatniego tygodnia. Czy pisać o dziwnej „lewicowej” koalicji powstałej zupełnie przypadkiem tylko dlatego, że Schetyna nie dogadał się z Czarzastym? Marszu równości i festiwalu nienawiści, zmieszaniu w szkołach i bucie ministra edukacji? Czy może o kuriozalnym pomyśle PiS-u dotyczącym powołania komisji do spraw pedofilii? Miałem też ochotę napisać coś o spotkaniu z Mateuszem Piskorskim, który po trzyletniej odsiadce politycznej – kuriozalnym przypadku przetrzymywaniu bez aktu oskarżenia i wyroku – wyszedł wreszcie na wolność, wprawdzie ograniczoną, a że był w okolicy to mieliśmy okazję się spotkać, poznać i pogadać. Czasami jest tak, że kogoś się lubi albo nie od pierwszego spotkania. Mateusza trudno nie polubić, ale zostawię to już na kolejny felieton.
Po krótkiej analizie, jak zawsze zdałem się na emocje i przelałem na wirtualny papier to co najbardziej mną poruszyło.
Strach budzi agresję, boimy się tego, czego nie rozumiemy. A nie rozumiemy, ponieważ nikt nie wszczepia już chęci poznawania. Winnych możemy szukać we wszystkich rządach od czasów przełomu 1989 roku. Zubożenie społeczeństwa zarówno materialne jak i mentalne daje taki właśnie efekt. Ludzie wzajemnie dają się na siebie napuszczać, zamiast kierować gniew w stronę rządzących.
Tak w skrócie można zdiagnozować atak faszystów na pokojowy marsz równości. Poza oczywiście wspomnianą wcześniej chęcią prawie legalnej zadymy. Większość stadionowych chuliganów doskonale wie, że mandat, który ewentualnie dostaną nie jest żadną karą i wcale nie muszą go płacić. Po roku się przedawnia. Tak, do trzech mandatów rocznie spokojnie można olać. Zgodnie z prawem po roku mamy znowu czystą kartę. Więc jeśli ktoś się cieszy, że przynajmniej napastnicy dostaną po kieszeni – jest w błędzie. Oni pozostaną bezkarni. Chyba, że będzie to grzywna, ale już większość wyłapanych napastników odeszła z mandatami, które wylądowały w najbliższym koszu na śmieci.
Wielokrotnie pisałem, że nie jestem zwolennikiem tej formy protestu jakim jest marsz, czy demonstracja, ponieważ jeszcze nigdy niczego to nie zmieniło. Przynajmniej w Polsce.
Pomimo tego, że zaangażowane w to środowiska polityczne są zupełnie nie z mojej bajki, to wybieram się w sobotę na marsz „Warszawa przeciw przemocy. Solidarni z Białymstokiem”.
Przemoc i nienawiść to jedyne co może skłonić mnie bym ruszył w jednym szeregu z ludźmi, których na co dzień nie darzę sympatią. Taka koalicja antyfaszystowska. Chociaż doskonale pamiętam jak większość „oburzonych” sytuacją w Białymstoku nie miała nic przeciwko, gdy w latach dziewięćdziesiątych leciały w nas różne przedmioty podczas pochodów pierwszomajowych czy lewicowych demonstracji, mało tego, niektórzy brali w tym czynny udział, a telewizja oczywiście jakoś te najdrastyczniejsze momenty ominęła. Podobnie jak próżno było szukać w internetowym serwisie TVN informacji o zamieszkach w Białymstoku.
Wybieram się również z innego powodu. Przez chwilę również myślałem, że jest to problem marginalny, taki buraczany folklor, gdzie wystarczy napisać kila postów sprzeciwu, felieton pełen oburzenia, bo jak pisałem wyżej: przecież żyjemy w Europie w XXI wieku… i wtedy przypomniały mi się słowa doktora Kaciuby „Niech nie zgubi cię pewność siebie”.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.