Wyzwania i szanse wielokulturowości

Światli ludzie na całym świecie, nie tylko ci, których zaliczamy do globalnych populistów, rozumieją, mają świadomość, że jesteśmy świadkami i uczestnikami rozległego eksperymentu społecznego. Trudno jest w tej chwili wyrokować, jakie będą jego skutki. Fale migracji zmieniają społeczeństwa na całym świecie. Mogą też zmienić wiele w życiu i relacjach międzyludzkich w wielu krajach Europy. W Polsce także. Nie wiemy jeszcze, jaki będzie wpływ tych wielkich wędrówek narodów na kształt i charakter społeczeństw, jakie mogą powodować zmiany.

Przecież wiemy i widzimy, jak fale migracji zmieniają społeczeństwa. Przewiduje się i prognozuje, że np. Stany Zjednoczone Ameryki nie będą miały większościowej grupy za trzy dekady. Według prognoz Pew Research, do 2050 roku Szwecja może mieć od 20 do 30 procent muzułmanów. Jak mówi przysłowie, wszyscy są teraz wszędzie. W Polsce również w niektórych miastach, na ulicach, chodnikach słyszymy rozmowy w wielu językach. To nie są tylko turyści, ale też stali mieszkańcy naszego kraju. Pracują tu, prowadzą swoje różne firmy. Są to ludzie wielu narodów świata.
Stan wzajemnej współzależności
Współpracujemy z nimi i prowadzimy różne przemysłowo-usługowe interesy. Np. firma przewozowa, którą zatrudniłem, była ukraińska. A właścicielami niektórych firm są Polacy, ale załogi są różnej narodowości. Takich firm w naszych miastach i miasteczkach jest już sporo i stale ich przybywa. To dowodzi, że wchodzimy coraz bardziej i w coraz większym zakresie w stan wzajemnej współzależności. W wyniku tego miliony ludzi dostrzegają, że tracą swój kraj, tracą miejsce, kulturę.
Wśród nich są i tacy, którzy nie mają świadomości, że oddalają się od swoich narodowych korzeni. Może je mają, lecz są tak zabiegani, by jakoś się urządzić i stworzyć znośne warunki bytowania, jakie daje im nowa rzeczywistość społeczno-polityczna danego kraju. Bo w swoich państwach żyli bardzo często w ubóstwie. Populiści niemal na całym świecie mówią, że pomagają im odzyskać kontrolę.
Natomiast wysoko wykształceni biali postępowcy mówią im: jeśli chcesz ograniczyć imigrację, prawdopodobnie jesteś rasistą. Jak zauważa Eric Kaumann w swojej książce „Whiteshift”, 91,3 procent białych wyborców Hillary Clinton ze stopniem naukowym, stwierdza, że rasistowskie jest pragnienie mniejszej imigracji z przyczyn etnicznych i kulturowych. Wydaje się, że aby dotrzeć do tych wyborców, potrzebujemy lepszej odpowiedzi na jedno z głównych wyzwań naszych czasów. Jak stworzyć masową, wielokulturową demokrację, w której ludzie czują się jak w domu.
Najbardziej osobisty poziom
Jednak niektórzy dostrzegają lepszą odpowiedź. Otóż imigracja jest zawsze na najbardziej osobistym poziomie spotkaniem kulturowym. W pewnym uproszczeniu – dana osoba z jednym językiem i systemem wartości wchodzi w interakcje z osobą z innym językiem i innym systemem wartości.
Kiedy ludzie spotykają się w ten sposób, narażają swoje opinie, tożsamość i styl życia na potencjalne zmiany. Proces ten może być niepokojący.
Kluczowe pytanie brzmi: czy ludzie uczestniczący w spotkaniu czują się na tyle bezpiecznie, aby uczyć się na nim, a nie reagować z niepokojem i strachem?
Proszenie milionów ludzi o zaakceptowanie wysokiej imigracji, gdy oni już żyją z maksymalną niepewnością, może być ryzykowne. Ich płace maleją, ich rodziny i społeczności rozpadają się, ich kościoły kurczą się, usługi rządowe są obcinane, ich wartości i tożsamość narodowa są niestabilne.
Lekcja jest taka, że aby stworzyć pluralistyczne społeczeństwo, najpierw musisz pomóc ludziom osadzić się w bezpiecznej bazie. Obejmuje to bezpieczeństwo ekonomiczne i zdrowotne, ale także bezpieczeństwo kulturowe i duchowe.
Osadzenie w lokalnej kulturze
Polega to na oferowaniu ludziom możliwości osadzenia się w lokalnej kulturze, praktykowania ich szczególnej wiary, życia według lokalnych wartości, które mogą wydawać się im obce. Tylko osoby, które są bezpieczne, zakorzenione w swoim szczególnym środowisku kulturowym są wystarczająco pewne siebie, aby cieszyć się spotkaniem z różnicą.
Oto paradoks pluralizmu: by skłonić ludzi do integracji z innymi, musisz im pomóc w tworzeniu bliskich społeczności z ich własnym rodzajem. Kosmopolici nigdy tego nie rozumieją.
Osoba mocno zakorzeniona może wyjść i cieszyć się przygodą pluralizmu. Osoba o pluralistycznym sposobie myślenia przyznaje, że prawda Boga jest radykalnie rozproszona. Nie jest zawarta w jednej tradycji i społeczności. Pluralizm nie postrzega społeczeństwa jako rywalizacji o ograniczone zasoby, ale jako wspólną podróż odkrywczą w poszukiwaniu największych życiowych odpowiedzi.
Obywatelski obowiązek odwagi
Pluralizm oferuje nam szansę i obywatelski obowiązek bycia odważnym odkrywcą społecznym, wędrującym po subkulturach, czasem mającym ekscytujące doświadczenie bycia jednym z was w pokoju, zbierającym mądrość osadzoną w życiu innych ludzi. Kluczową pluralistyczną cechą jest ciekawość, przeciwieństwo lęku. Eksploracja społeczna to umiejętność.
Wymaga to zdolności nie tylko tolerowania różnicy, ale także powitania jej z hojnością ducha. Wchodząc do każdego pokoju pewni swoich przekonań, ale pokornie świadomi, że nie są to jedyne przekonania.
Wydaje się, że w pluralistycznym społeczeństwie instytucje takie, jak szkoły, firmy i dzielnice muszą być zorganizowane w taki sposób, aby oferowały oba rodzaje doświadczeń: łączenie doświadczenia w ramach własnej tradycji w celu stworzenia zakorzenienia, a także łączenie doświadczeń oferujących podróże ciekawości w różnych ekosystemach moralnych.
Konserwatyści zwykle podkreślają wartość bycia zakorzenionym w miejscu. Postępowcy mają tendencję do świętowania życia poprzez różnice. Życie jest nieszczęśliwe, a naród jest zniszczony, chyba że zostanie zrobione i jedno, i drugie.
Tyle moich uwag o wielokulturowości i o wymiarze światowym. Ale chcę także wypowiedzieć się w odniesieniu do naszego wymiaru tu i teraz w Polsce. Przecież jest prawdą oczywistą, że nasza historia ludzi mieszkających na terytorium między Bugiem a Odrą, morzem i górami to istna mozaika dziedzictwa kulturowego.
Temu nie można zaprzeczyć. Polacy, ale i inne nacje żyjące wiele wieków na tych ziemiach tworzyli i wzbogacali naszą kulturę, byli ważnym filarem narodowej tożsamości, walki z zaborcami o jej przetrwanie. Przez długie lata byliśmy także państwem wielonarodowym. Żyli wśród nas Żydzi, Ukraińcy, Litwini, Niemcy, Białorusini, a nawet Tatarzy. Była to także mozaika wyznaniowa; rzymskokatolicy, ewangeliści, judaiści, prawosławni, a nawet muzułmanie i jeszcze inni wyznawcy Boga.
Wzbogacają duchowo i kulturalnie
Ich przedstawiciele, wyznawcy wielu wyznań i narodowości tworzyli dzieła sztuki artystycznej, które wzbogacają duchowo i kulturowo-cywilizacyjnie nas, Polskę i Polaków wszystkich pokoleń. Temu przecież nie można zaprzeczyć. To trzeba doceniać i pamiętać, bo jest to prawda historyczna. To nasz dorobek kulturowy wielu pokoleń narodowych.
Mniejszości narodowe też mają swój znaczący udział w tym bogactwie dóbr służących także edukacji i rozwojowi intelektualnemu mieszkańców Polski. Nie można zapominać, że nasza kultura była i jest kształtowana przez różne prądy kulturowe, a ich wpływy są widoczne we wszystkich okresach naszej państwowości. Nie możemy nie dostrzegać naszych korzeni, tradycji wielowiekowej. To powinno być niejako fundamentem teraźniejszości wielokulturowej, oparciem motywującym naszą narodową kulturę.
Wypowiadając się na temat wielokulturowości nie mogłem pominąć jej wymiaru światowego. Polska, państwo w środku Europy, do którego docierają różne prądy kulturowe, niekiedy o dużym zakresie, różne aspiracje otaczającego nas świata przedstawiającego przecież sobą mozaikę kultur narodowych.
Obwarowana wyspa na oceanie
To, co się dzieje w całym świecie w tym zakresie, ma też określony wpływ na nasze życie, kulturę, a w szczególności na naszą tożsamość narodową. Nie stanowimy przecież jako państwo zamkniętej, obwarowanej wyspy na oceanie, na którą nie dochodzą żadne wieści, m.in. kulturowe, ich określone wartości. Przeto ogromnie ważnym problemem jest, jak się zachować wobec ekspansji wraz z przemieszczaniem się dużej liczby ludzi i prezentowanymi przez nich wartościami kulturowymi. Nie możemy być obojętni na bogactwo innych narodowych kultur. Nasze otwarcie się na te problemy wymaga prowadzenia odpowiedniej polityki kulturowej, w tym edukacyjnej.
To wcale nie oznacza, że godzimy się na upowszechnianie i zachwyty zjawiskami, twórcami i ich dziełami o niskich walorach artystycznych i duchowych. Nie może być bezkrytycznej, nieobiektywnej oceny poziomu artystycznego utworów przez niektóre instytucje publiczne, w tym telewizję i wydawnictwa.
Trzeba powiedzieć wprost, że niektóre dziedziny kultury prezentowane są na niskim poziomie artystycznym i intelektualnym. Formą i treścią są po prostu nijakie, zabarwione niekiedy kiczem i beztalenciem. Mamy przecież odpowiednie instrumenty wartościowania tego, co nam się oferuje z zagranicy.
Mamy wspaniałych znawców w wielu dziedzinach sztuki i kultury. Nie zawsze są oni dopuszczeni do głosu. Taka jest niekiedy totalna propaganda. Bywa, że ktoś wedle profesjonalistów nie umie śpiewać, ale uruchamia się potężne środki, by pokazać, jak ten ktoś jest wspaniały, mimo że natura nie obdarzyła go talentem wokalnym.
Jest potrzebna odwaga i racjonalny, profesjonalny głos tych, którzy krytycznie oceniają utwory, ich prezentowanie na naszych scenach, przy wykorzystaniu bogactwa technicznych środków przekazu.
Wątpliwości kosmopolityczne
Nie może być zgody i tolerancji dla bezkrytycznego zachwycania się dziełami o wątpliwych wartościach artystycznych. Zjawisko kosmopolityzmu zauważalne w Polsce jest szkodliwe. Przeceniamy często zjawiska kulturowe innych narodów, jak Ameryki i innych anglojęzycznych krajów. Są to nawet niekiedy wzorce nam obce, których nie powinno się upowszechniać z powodu bylejakości ich treści i formy.
Tandeta obca wypiera często nasze prawdziwe dzieła. To nieobiektywne prezentowanie, a nawet ich zalew z innych sfer kulturowych tworzy niekorzystne warunki dla naszej twórczości narodowej. Zamyka także możliwości rozwoju młodym, utalentowanym twórcom kultury z różnych dziedzin, a szczególnie pokazywania ich na naszych scenach estradowych.
To nie znaczy, że powinniśmy zamykać się przed kulturą innych narodów tu i teraz. Trzeba i należy być otwartym na nowe zjawiska kulturowe na wysokim poziomie, które pojawiają się w innych państwach. To, co rzeczywiście jest nowe, wartościowe i o wysokich wartościach artystycznych, trzeba upowszechniać i u nas, w Polsce. Ale koniecznie trzeba je oceniać wedle kryteriów artystycznych, i tylko artystycznych, niezależnie od tego, kto jest ich twórcą.
Kryterium oceny
Historycy i krytycy kultury, znawcy dzieł sztuki przypominają nam i stale mówią, że jedynym kryterium oceny, co jest dziełem artystycznym i zasługuje na zainteresowanie, jest kryterium artystyczne oraz intelektualne wartości, jakie ono wyraża. Nade wszystko artystyczne kryterium oceny. A nie ocena osoby, twórcy, autora, jego narodowość i poglądy polityczno-ideowe. A, niestety, bywa różnie w praktyce polityki kulturalnej.
Czasami dzieło sztuki ocenia się przy uwzględnieniu nazwiska twórcy, a więc czynniki pozaartystyczne. Często bywa, że właśnie z powodu poglądów twórcy dzieła jest on przemilczany, niezauważalny. Takie skrzywienie w polityce kulturalnej przynosi tylko szkody dla kultury narodowej. Dlatego wiele dzieł prozy, poezji, nauk humanistycznych i dzieł malarstwa artystycznego nie może przekroczyć tego muru milczenia niektórych instytucji państwowych, ale także publicznych, np. telewizji czy wydawnictw. Są one upowszechniane w małej przestrzeni, w nakładzie prywatnym autora.
To dotyka nawet niektórych naszych noblistów, z których jesteśmy dumni, bo walnie przyczynili się do wzbogacenia naszej narodowej kultury i którzy zasługują na wsparcie państwa w upowszechnianiu ich dzieł na całym świecie.
Represyjne konsekwencje
Przypomina to nam zjawisko z czasów przeszłości, kiedy to nasi pisarze nie mogli wydawać swoich książek oraz publikować swoich prac z uwagi na ich działalność opozycyjną i przekonania. Przemycali niekiedy swoje prace do państw zachodnich, Francji, Niemiec, Anglii. Nawet ponosili różne represyjne konsekwencje. Po przemianach ustrojowych mówiono, że tego już nie będzie. Nowa władza zapowiadała istotne zmiany w sferze kultury. Jednak te cienie dalej się pojawiają, przypominając, jak to kiedyś sterowano i kreowano twórców kultury. Liczyły się oceny polityczne twórców, a nie kryterium artystyczne.
Wielu twórców dzieł artystycznych nie może ich wydawać i upowszechniać z uwagi na to, że instytucje państwowe nie są nimi zainteresowane. To zjawisko bardzo przeszkadza naszym autorom w upowszechnianiu swego dorobku w innych państwach świata i Europy.
Wartości świata całego
Wielokulturowość to nie tylko przemieszczanie się dużych grup ludzi, przynoszenia ich wartości niemal z całego świata. To także określona polityka kulturotwórcza prowadzona przez państwo, jego liczne instytucje. Czy jest to polityka otwarta na różne wartości, czy też uwarunkowana określonymi zasadami ideowymi i politycznymi? Czy dostrzega się wszystkich, którzy tworzą dobra duchowe, kulturalne, czy tylko tych, którzy wspierają obecną, tzw. dobrą zmianę, która zdobytej władzy nie odda? Było kiedyś takie zawołanie realizowane w praktyce rządzenia. Jak ci, co tak mówili, musieli oddać władzę, bo taki był nowy proces, etap naszej polskiej rzeczywistości.
Jestem rencistą, mam więc trochę czasu, by uczestniczyć w różnych spotkaniach z osobami różnych profesji, zawodów, ale i poglądów na obecną polską rzeczywistość, jej wojenki polsko-polskie najczęściej o władzę, stanowiska. Wypowiadają się różne osoby z prawa i lewa.
Korzystając z ośrodków wczasowo-sanatoryjnych, mam możliwość spotykać się i rozmawiać z osobami z całej Polski różnych zawodów i różnej ich przeszłości. Są to przeważnie starsi ludzie już na emeryturach. Te uwagi i opinie dotyczą całej gamy polskich problemów, w tym także wielokulturowości naszej polskiej kultury, całego naszego systemu zarządzania państwem.
System zarządzania państwem
Wypowiedzi są różne, ale często wskazuje się na pewne podobieństwa tego, co już było. Np. kiedyś decydujący głos miał we wszystkich sprawach pierwszy sekretarz, a teraz prezes partii, która ogłosiła się kierowniczą siłą, która chce czynić tylko dobro i uszczęśliwiać Polskę i Polaków. Że jedynie ta partia wie, jak to zrobić i co robić, by dogonić Zachód w warunkach życia i w ogóle bytowania.
Inni tego nie zrobią, bo nie umieją albo są za leniwi. To są słowa wypowiadane przez liderów tej partii. Tak się mają sprawy także w zakresie wielokulturowości. Pan Kukiz nieustannie powtarza, że trzeba zmienić cały system zarządzania państwem. Ale nie mówi, jak to zrobić. Jego hasło jest tylko pustym politycznym frazesem. Nie ma natomiast odpowiedniego programu. Dlatego widzimy, jak wręcz ręcznie steruje się m.in. kulturą. Jeden dostaje milionowe dotacje, a inny jest po prostu niezauważany.
Baczenie na naszą tożsamość
Zjawisko wielokulturowości może być wielką wartością narodową, wzbogacać nas, ludzi różnych ras i narodowości. Może też sprzyjać rozwojowi cywilizacyjnemu danego państwa, wspierane oczywiście racjonalną polityką kulturalną. Nie można też nie dostrzegać zagrożeń dla kultury i tradycji narodowych. Jest to uwarunkowane baczeniem na naszą tożsamość narodową. Wielokulturowość nie może naszych korzeni spychać na margines kultury.
Trzeba dostrzegać określone wartości, które są wnoszone do Polski. Ale także szacunek do tego, co tworzyły i tworzą inne nacje, mniejszości narodowe. W warunkach integracji europejskiej i globalizacji zamykanie się przed kulturą innych narodów jest szkodliwe, spłyca nasze narodowe wartości kulturowe. Wszak mamy zjawisko wzajemnego przenikania się wielu kultur. Ale jednocześnie nie może być zgody na nieograniczony zalew kultur o niskich walorach artystycznych i duchowych.
Trzeba postawić tamę przed zalewem kiczu, bylejakości i bohomazów, które daleko odbiegają od faktycznej twórczości artystycznej i obyczajowej. Jesteśmy chyba zbyt otwarci na bylejakość wartości kulturalnych i duchowych. Przyjmujemy i upowszechniamy styl życia i obyczaje, które mają się nijak do naszych tradycji i ducha narodowego.
Prawo i obowiązek
Mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek obrony naszego sposobu życia, kultury przed zalewem szmiry i zgoła złych wartości, rzekomo artystycznych, w tym kaleczących naszą mowę ojczystą, polszczyznę. Mamy przykłady, że bez głębszej refleksji upowszechniamy wzorce zachowań nie zawsze właściwe naszemu duchowi polskości, ale i pseudoartystyczne.
Jest potrzeba większej selekcji niektórych kultur innych narodów. Powinniśmy także zachować pewien obiektywizm w niektórych obszarach naszej kultury narodowej, np. różnych zespołów artystycznych prezentujących różne utwory śpiewane w obcych językach. Dobrze to robi nasze radio „Pogoda”, zachowujące umiar i profesjonalizm programowy. Właściwie prezentuje melodie, piosenki z wielu lat w języku polskim i innych narodów.
Wielokulturowość tak, ale przy odpowiednim wartościowaniu jakości artystycznej i intelektualnej tego, co chcemy upowszechniać na skalę masową. To tyczy także formy dzieł.

Księga wyjścia (21)

Ballada o pewności siebie

Jak to nazwać, gdy wszystkie najmocniejsze słowa już padły, jak przeciwstawić się agresji w momencie gdy większość społeczeństwa jest już tym zmęczona i wykazuje bierność, kiedy cała potencjalna energia społeczna poszła w gwizdek przez polityków i KOD, który wyprowadził ludzi na ulice zanim była ku temu realna potrzeba. Jak to możliwe, że tysiące ludzi wychodziły w największy mróz broniąc sądów, których nie widzieli i sędziów których nie znali.
Gdy natomiast wychodziły na ulicę konkretne grupy zawodowe upominać się o poprawę warunków pracy i podwyżki reakcja była już zupełnie inna. A to ktoś wspomniał o przywilejach nauczycieli, a to komuś się wypsnęło, że lekarze rezydenci zarabiają krocie. I nawet bym się temu nie dziwił, gdyby informacje te spływały z rządowych mediów, ale nie, ten przekaz szedł ze stacji nawołującej do masowych protestów w obronie sądów, konstytucji czy demokracji. Klasyczny przypadek napuszczania jednych na drugich i w efekcie sprowadzania do wniosku „ja to mam gorzej”. Żeby taki przekaz był skuteczny, nigdy nie może być powiedziany wprost, najlepiej zrobić to w jakiś okrężny sposób, tak by widzowi się wydawało, że sam doszedł do takiego wniosku. Wtedy sukces murowany. Protestujący pozostaną sami, a stacje pozornie im przychylne nadal będą wybiórczo relacjonować, zacierając jednocześnie ręce, że jednak nic nie udało się wywalczyć.
Wychodziłem już z przychodni i punktu terapii substytucyjnej, gdzie co dwa tygodnie odbieram swoją porcję leków, gdy zawołał mnie doktor Andrzej Kaciuba. Trochę mi się śpieszyło, ale po pierwsze to było bardzo miłe i lubię z nim rozmawiać, a po drugie, nie wołałby mnie gdyby nie było to ważne. Zajmę ci tylko chwilę – powiedział – chciałbym, żebyś pamiętał o zagrożeniach i nie poczuł się zbyt pewnie. Pewność siebie – to pułapka dla nałogowca. Mimo, że naprawdę akurat tego dnia czas mnie gonił, bardzo mi się śpieszyło, gdy tylko wyszedłem przysiadłem chwilę na ławce zastanawiając się skąd wie, jak się domyślił tego, czego sam nawet nie dostrzegłem. To jedno zdanie wryło mi się w pamięć i choć coraz mniej piszę o nałogach – w końcu to księga wyjścia, więc i z pisania o uzależnieniach staram odchodzić. Tym razem postanowiłem jednak od tego właśnie zacząć.
Chorzy na nienawiść – gdybym miał określić polskie społeczeństwo chyba tych właśnie słów bym użył.
Bezkarność, ciche wsparcie polityków i znacznie głośniejsze kościoła? Zastanawiam się nad przyczyną, powodem aż takiej agresji podczas ubiegłotygodniowego marszu równości. Część agresorów potraktowała to zapewne jak zwykła ustawkę meczową, bezkarną zadymę, ale tym razem było to skierowane nie przeciwko innym kibolom, którzy przyjechali właśnie po to, by nawzajem lać się po mordach lecz nienawiścią do zwykłych, pokojowo nastawionych ludzi. Ludzi, którzy mieli odwagę wyjść, by sprzeciwić się dyskryminacji i pokazać, że przecież każdy ma prawo do swojego życia. Już sam fakt, że w XXI wieku w środku Europy ludzie, ryzykując zdrowiem, a być może i życiem, idą by powiedzieć innym, że każdy ma prawo do życia – jest czymś nieprawdopodobnym. Czy naprawdę trzeba demonstrować w obronie równości? Praw przypisanych każdemu człowiekowi? Okazuje się, że w Polsce tak.
W przeciwieństwie do tego, co próbuje wmówić ludziom kościół, a wraz z nim większość polityków PiS-u, nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT. Za każdą z tych liter kryje się człowiek, konkretny człowiek, który jedyne czego chce, to spokojnie żyć na takich samych prawach, jakie mają inni. Chce wyjść z ukrycia, nie oglądać się za siebie w obawie, że oberwie kamieniem. Jeśli więc mówimy o ideologii LGBT to jest nią jedynie pragnienie spokoju i bezpieczeństwa. Życia bez strachu, że ktoś podpali mieszkanie, napadnie na ulicy i pobije. Ot i cała tajemnica tego ideologicznego „demona” o którym tak wrzeszczą rządzący i kościół.
Nie, to niemożliwe – tak zapewne pomyśli większość społeczeństwa, to incydentalne wypadki które nie będą miały żadnych dalszych konsekwencji. Przecież europejska cywilizacja jest na takim poziomie, że wydaje się niemożliwym, by zagrożenie było realne. Ja już tę pewność straciłem. Nie tak dawno, gdy w Białym Domu wybuchła afera z Moniką Levinski, by przykryć skandal natychmiast znalazł się powód zbombardowania Jugosławii – to tylko skrótowa dygresja, która mi się przy okazji nasunęła.
Kościół oczywiście zrobi wszystko, by po chwilowym szumie wokół pedofilii w swoich strukturach skierować uwagę społeczeństwa w zupełnie innym kierunku, stawiając siebie w roli obrońcy rodziny, tradycji i wartości. Teraz okazuje się, że to nie zboczeńcy w sutannach są zagrożeniem dla dzieci, ale dorośli ludzie, którzy chcą jedynie żyć po swojemu. Społeczeństwo zostało zasypane „groźną ideologią”, powielanymi z ambon i mediów bzdurami, pewna gazeta wypuściła niepozorne niby naklejki. To początek podsycania nienawiści, a że trafia na podatny grunt, to zasiane ziarno szybko przynosi obfite owoce.
Wydawało się, że film braci Sekielskich będzie przełomem. Teraz już wiem, że choćby powstało sto takich filmów, a Sekielscy codziennie wpuszczali do sieci nowe dowody przestępstw seksualnych zboczeńców w sutannach chronionych przez swoich przełożonych, to i tak zostanie to w ten czy inny sposób rozmyte.
Oczywiście PiS tworząc komisję do spraw pedofilii, wyciął z nazwy kościół. Prokurator nie zbada komputerów w kuriach czy dekanatach, a sprawa rozejdzie się po kościach jako przedawniona. Okaże się, że większość sprawców już nie żyje. Obecne ofiary zostaną w większości zagłuszone, presją społeczną, pieniędzmi lub z obawy o ostracyzm powiedzą o tym dopiero za kilkanaście lat.
W końcu komisja uzna, że w kościele problemu nie ma i zaczną badać obozy harcerskie, a jedyny namacalny efekt będzie taki, że dyskretnie zniknie kilka pomników, a z kilku innych odetną od Wojtyły całującego go w pierścień pedofila. Ściganiem pedofilii zajmuje się policja i prokuratura, komisja miała zbadać obszar niedostępny organom ścigania. Ale jak widać nie ma woli politycznej i są inne – znacznie większe „zagrożenia” – takie jak gender i LGBT.
Polski kościół funkcjonuje zupełnie inaczej niż kościoły na całym świecie, jest całkowicie niezależny od Watykanu, a jego wpływy polityczno biznesowe są tak ogromne, że tak czy inaczej wyjdzie z tego obronną ręką. Nawet jeśli PiS przegra wybory.
Wakacje w mediach to zazwyczaj sezon ogórkowy. Czyli nic się nie dzieje, a telewizje na siłę wypełniają swoje ramówki głównie powtórkami lub „analizą struktury buraka”, gazety wymyślają coraz to głupsze „cudowne diety” na wszystko, a jeśli wydarzy się jakaś sensacja to wałkują ją do znudzenia zapraszając do studia najróżniejszych, często zapomnianych już ekspertów. Wszystko po to, by w jakiś sposób wypełnić ramówkę i podtrzymać oglądalność.
W tym roku jest trochę inaczej i prawdę mówiąc pisząc ten felieton miałem problem, by wybrać jeden z wielu tematów, które wydarzyły się w ciągu ostatniego tygodnia. Czy pisać o dziwnej „lewicowej” koalicji powstałej zupełnie przypadkiem tylko dlatego, że Schetyna nie dogadał się z Czarzastym? Marszu równości i festiwalu nienawiści, zmieszaniu w szkołach i bucie ministra edukacji? Czy może o kuriozalnym pomyśle PiS-u dotyczącym powołania komisji do spraw pedofilii? Miałem też ochotę napisać coś o spotkaniu z Mateuszem Piskorskim, który po trzyletniej odsiadce politycznej – kuriozalnym przypadku przetrzymywaniu bez aktu oskarżenia i wyroku – wyszedł wreszcie na wolność, wprawdzie ograniczoną, a że był w okolicy to mieliśmy okazję się spotkać, poznać i pogadać. Czasami jest tak, że kogoś się lubi albo nie od pierwszego spotkania. Mateusza trudno nie polubić, ale zostawię to już na kolejny felieton.
Po krótkiej analizie, jak zawsze zdałem się na emocje i przelałem na wirtualny papier to co najbardziej mną poruszyło.
Strach budzi agresję, boimy się tego, czego nie rozumiemy. A nie rozumiemy, ponieważ nikt nie wszczepia już chęci poznawania. Winnych możemy szukać we wszystkich rządach od czasów przełomu 1989 roku. Zubożenie społeczeństwa zarówno materialne jak i mentalne daje taki właśnie efekt. Ludzie wzajemnie dają się na siebie napuszczać, zamiast kierować gniew w stronę rządzących.
Tak w skrócie można zdiagnozować atak faszystów na pokojowy marsz równości. Poza oczywiście wspomnianą wcześniej chęcią prawie legalnej zadymy. Większość stadionowych chuliganów doskonale wie, że mandat, który ewentualnie dostaną nie jest żadną karą i wcale nie muszą go płacić. Po roku się przedawnia. Tak, do trzech mandatów rocznie spokojnie można olać. Zgodnie z prawem po roku mamy znowu czystą kartę. Więc jeśli ktoś się cieszy, że przynajmniej napastnicy dostaną po kieszeni – jest w błędzie. Oni pozostaną bezkarni. Chyba, że będzie to grzywna, ale już większość wyłapanych napastników odeszła z mandatami, które wylądowały w najbliższym koszu na śmieci.
Wielokrotnie pisałem, że nie jestem zwolennikiem tej formy protestu jakim jest marsz, czy demonstracja, ponieważ jeszcze nigdy niczego to nie zmieniło. Przynajmniej w Polsce.
Pomimo tego, że zaangażowane w to środowiska polityczne są zupełnie nie z mojej bajki, to wybieram się w sobotę na marsz „Warszawa przeciw przemocy. Solidarni z Białymstokiem”.
Przemoc i nienawiść to jedyne co może skłonić mnie bym ruszył w jednym szeregu z ludźmi, których na co dzień nie darzę sympatią. Taka koalicja antyfaszystowska. Chociaż doskonale pamiętam jak większość „oburzonych” sytuacją w Białymstoku nie miała nic przeciwko, gdy w latach dziewięćdziesiątych leciały w nas różne przedmioty podczas pochodów pierwszomajowych czy lewicowych demonstracji, mało tego, niektórzy brali w tym czynny udział, a telewizja oczywiście jakoś te najdrastyczniejsze momenty ominęła. Podobnie jak próżno było szukać w internetowym serwisie TVN informacji o zamieszkach w Białymstoku.
Wybieram się również z innego powodu. Przez chwilę również myślałem, że jest to problem marginalny, taki buraczany folklor, gdzie wystarczy napisać kila postów sprzeciwu, felieton pełen oburzenia, bo jak pisałem wyżej: przecież żyjemy w Europie w XXI wieku… i wtedy przypomniały mi się słowa doktora Kaciuby „Niech nie zgubi cię pewność siebie”.

Drogi ku niepodległości

…prowadzą do upragnionego celu dzięki kulturze, stanowiącej istotny element świadomości narodowej.

 

W polskiej tradycji niepodległościowych wysiłków wyróżniała się walka zbrojna, a w latach 1914-1918 wymodlona przez Mickiewicza „wojna powszechna”, która rzeczywiście przyniosła „wolność ludom”. Co prawda inne narody odzyskiwały w tamtym czasie niezawisłość nie koniecznie wysiłkiem militarnym, ale wszystkie, jak i Polacy, staraniami o niepodległość.

 

Pojęcie niepodległość

oznacza niezależność państwa od formalnego i nieformalnego wpływu innych jednostek politycznych, ale można także rozumieć je, jako pewien stan świadomości i działań przejawiający się w dążeniu do uzyskania niepodległości, rozszerzenia albo jej utrzymania przez społeczność, jaką jest naród.
Wśród licznych definicji narodu powtarza się, jako jej nieodzowny element, pojęcie więzi łączącej daną społeczność, a ta z kolei rodzi się poprzez wspólnotę kulturową zawierającą kulturę, język, historię, religię czy też pochodzenie. Państwo narodowe opiera się przede wszystkim na tych właśnie elementach, tworzących w konsekwencji świadomość narodową, przejawiająca się w postawach patriotycznych, czyli w poczuciu przynależności, odpowiedzialności, pracy i obrony swojej ojczyzny.
Można wiec stwierdzić, że nieodzownym, acz nie jedynym, warunkiem dla gwarancji istnienia niepodległego państwa jest kultura jako całokształt duchowego i materialnego dorobku danego społeczeństwa.

 

Kultura stanowi niewątpliwie

zjawisko ciągłe, nawarstwiane pracą oraz wysiłkiem intelektualnym i twórczym wielu pokoleń. Przekazywana jest kolejnym generacjom w postaci materialnej i duchowej, także jako zbiory określonych wartości. W procesie historycznym zmieniają one swoje znaczenie, jedne zanikają, inne rodzą się, a kolejne trwają niezmiennie bądź ulegają przekształceniom. Co prawda kultura konstytuuje państwo narodowe ale jej związek z tą polityczną instytucją, a przede wszystkim z jej ustrojem jest unikatowy. Może mu w jakiejś części służyć, może być pozbawiona utylitarnego charakteru, może redukować czy też nawet zwalczać jego niektóre wpływy, ale równie często posiada ponad ustrojowy charakter.

 

Na polskich drogach do niepodległości

kultura, w tym szczególnie kultura artystyczna, a poza nią jeszcze myśl naukowa, działalność oświatowa i publicystyczna, odegrały rolę nie do przecenienia stanowiąc filary rozszerzającej się w miarę upływu czasu, na kolejne części społeczeństwa, narodowej tożsamości Polaków.
Odzyskane, także dzięki wszechstronnym wysiłkom w sferze kultury w XIX wieku i na początku XX, niepodległe państwo polskie, było spełnieniem marzeń wielu pokoleń i emanacją niepodległości. Prowadziło, w poważnej mierze dzięki demokratycznym decyzjom u jej zarania i postanowieniom zawartym w Konstytucji marcowej z 1921 roku, działalność obejmującą zdecydowaną większość swoich obywateli, umacniając w nich dumę z odzyskanej ojczyzny i patriotyzm. Towarzyszyły tym poczynaniom, w ograniczonym z wielu powodów stopniu, ówczesne instytucje kultury, acz największy i powszechny wpływ miała niewątpliwie edukacja szkolna.
W latach II wojny światowej to przywiązanie do niepodległości i głęboki patriotyzm zdecydowanej większości naszego społeczeństwa zaowocował nie tylko udziałem w walce zbrojnej w kraju i na licznych frontach, ale jedyną w okupowanej Europie sytuacją, bowiem w Polsce nie miały miejsca formy politycznej, ideologicznej czy też wojskowej kolaboracji.

 

W nowej rzeczywistości,

naznaczonej jałtańskimi decyzjami i zwycięstwem lewicy, w sytuacji rozziewu społecznej akceptacji wobec kształtu ustrojowego odrodzonej Polski i jej sojuszy, ludzie kultury, po doświadczeniach II Rzeczpospolitej, dostrzegli wyjątkową szansę.
Mało kto wie, że już w kwietniu 1945 roku, w czasie trwającej jeszcze wojny, nowa władza podjęła decyzję o powołaniu Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, którego twórcą został Tadeusz Ochlewski – skrzypek, pedagog i przedwojenny wydawca muzyczny. Takie postawy były powszechne w świecie kultury, przedkładające, nad leśny zbrojny protest, oczekiwane od dawna, poważne państwowe wsparcie. Kultura – jej rozwój i powszechna dostępność – stała się jednym z priorytetów ludowego państwa, który został zrealizowany.
W pierwszym okresie Polski Ludowej kierunek działania władz, poparty wielkim wysiłkiem społeczeństwa skupił się na odbudowie zniszczonych przez wojnę dóbr kultury, w tym także zabytkowych centrów Warszawy i Gdańska, Ale w jeszcze większym stopniu na budowie podstaw uczestnictwa w kulturze poprzez likwidację analfabetyzmu, rozwój oświaty powszechnej i dostępność do polskiej książki drukowanej masowo, sprzedawanej za grosze, tłumnie wypożyczanej w bibliotekach. Późniejszy okres socrealizmu stanowił niewątpliwie poważne ograniczenie dla twórców, acz nie zahamował trendu współuczestnictwa szerokich mas w dobrach kultury wyrażających się również w tradycyjnych, majowych kiermaszach książki w całym kraju.

 

Po październikowych przemianach

zbudowana została, mająca wręcz historyczny charakter, baza polskiej oświaty w postaci ponad tysiąca szkół, co niewątpliwie, poza wcześniejszą otwartością nauki i kształcenia dla dzieci chłopów i robotników, stworzyło warunki dla powszechnego i rzeczywistego awansu społecznego, poprzez wejście klas dotąd nieuprzywilejowanych do kultury narodowej. Wydarzenia krytycznie tamten okres ilustrujące, także w formie protestacyjnych listów ludzi kultury, nie miały zasadniczego znaczenia na kontynuowany proces szerokiego mecenatu państwa nad kulturą.

 

Dekadę Edwarda Gierka

najlepiej przedstawia kronika wydarzeń pt. „Kultura artystyczna w Polsce” autorstwa Grzegorza Wiśniewskiego — znanego historyka kultury, eseisty i publicysty. Autor pisze we wstępie: „Niniejsza kronika dokumentuje najważniejsze wydarzenia kulturalne w Polsce…od początku roku 1971 do lata roku 1980. Wraz z poprzedzającym je piętnastoleciem okres ten stanowi ćwierćwiecze w dziejach polskiej kultury szczególnie owocne, oznaczające w naszej powojennej historii najwyższy jej wzlot. Budzi też wówczas polska kultura wyjątkowe zainteresowanie i zdobywa szczególną pozycję także poza granicami naszego kraju, czego świadectwem stają się choćby powszechnie funkcjonujące określenia: „polska szkoła filmowa”, „polska szkoła kompozytorska” czy „polska szkoła plakatu”.
Chronologicznie, rok po roku, przedstawia autor dokonania artystyczne w zakresie: literatury, teatru, filmu, muzyki i baletu, sztuk pięknych, radia i telewizji, innych wydarzeń kulturalnych, a także nagród państwowych za tę działalność. I dodaje: „Niemała, bo sięgająca dwóch tysięcy, liczba wydarzeń, które tu przypomniano, służy poświadczeniu bogactwa i różnorodności życia kulturalnego owych lat, choć zarazem sprawia, że oprócz utworów i wydarzeń bezdyskusyjnie wybitnych i nadzwyczajnie ważkich ujęte zostały i te zaledwie bardzo dobre lub bardzo dobrze przyjęte…poza zapisami niniejszej kroniki znalazły się i ruch amatorski, i szkolnictwo artystyczne, i poza skromnymi wyjątkami, refleksja historyczna i teoretyczna o kulturze.”

 

Uczestnictwo Polaków w kulturze

obrazuje w Kronice wyciąg z przywołanego „Rocznika Statystycznego” i warto przytoczyć kilka danych w odniesieniu do lat 1979 i 2012 (wszystkie w milionach). Nakłady literatury pięknej – 57,2 i 28,6, wypożyczenia w bibliotekach – 147,6 i 122,0, widzowie w teatrach – 9,1 i 5,0, w kinach – 107,9 i 37,5, słuchacze w instytucjach muzycznych – 8,3 i 5,3.
Wyrazić należy szacunek za benedyktyńską pracę Grzegorzowi Wiśniewskiemu, ale także uznanie za odwagę, bowiem przypominanie laureatów państwowych nagród z okresu PRL nie koniecznie wszystkich twórców zachwyci. Warto także namówić autora, z racji jego wyjątkowych kompetencji w sferze kultury i nabytych doświadczeń, do kontynuowanie tej kroniki, ale obejmującej cały okres Polski Ludowej. W normalnym kraju Ministerstwo Kultury i [tu podkreślam !!!] D z i e d z i c t w a Narodowego powinno być nadzwyczaj zainteresowane tego rodzaju opracowaniem. W dzisiejszej Polsce liczyć jedynie można na sponsorów.

 

Résumé tych rozważań

stanowi stwierdzenie, że lata Polski Ludowej były dla naszej kultury nie tylko czasem szczególnie owocnym, ale nadto umocniły i rozszerzyły jej narodowy charakter. Nie ma też żadnych wątpliwości co do afirmacji polskości w tamtym okresie, także poprzez dzieła kultury. Stąd zapewne różni krytycy PRL-u tę sferę działalności omijają szerokim łukiem.
Nadto dodać koniecznie należy, że nawet walczący o obecną Polskę, bez względu na to co nie w teorii, a w praktyce oznacza niepodległość – z jej współczesnymi europejskimi, atlantyckimi i geopolitycznymi uwarunkowaniami – wiele zawdzięczają naukom, przemyśleniom i doznaniom, które wynieśli z percepcji kultury w tamtych, minionych czasach. Niestety nie wielu, ale to już zupełnie inna sprawa.