„Trybunę” założyliśmy w stanie oblężenia

Prezentowaliśmy w „Trybunie” przede wszystkim zdrowy rozsądek i poglądy lewicowe, choć w tamtych warunkach lewicowość jako taka nie miała większego znaczenia, liczył się opór przeciw władzy, która chciała nas wraz z całym dorobkiem PRL zdeprecjonować i zniszczyć – z Markiem Siwcem, b. parlamentarzystą krajowym i europejskim SLD, szefem BBN, członkiem KRRiTV b.wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego, w latach 1990-1992 redaktorem naczelnym „Trybuny” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Moment polityczny, w którym objął Pan, w styczniu 1990 roku, funkcję redaktora naczelnego najpierw „Trybuny Kongresowej”, a następnie gazety codziennej „Trybuna” był dla lewicy przełomowy, kluczowy, trudny, a do pewnego stopnia dramatyczny. Po wyprowadzeniu z Sali Kongresowej sztandaru PZPR, powstała Socjaldemokracja RP, a „Trybuna Ludu” została przekształcona w „Trybunę”. Jak to się stało, że „padło” akurat na Pana? Przed jakimi wyzwaniami politycznymi, personalnymi, organizacyjnymi i ekonomicznymi Pan stanął?
SdRP przejęła aktywa po PZPR i wśród nich była „Trybuna Ludu”. Byłem rzecznikiem zjazdu partii, swego czasu prowadziłem w telewizji „Studio Otwarte” i byłem redaktorem naczelnym tygodnika „ITD”, a poza tym mogłem być nowym obliczem nowej partii, więc spore grono działaczy, a w szczególności Aleksander Kwaśniewski uznało, że powinienem tę funkcję objąć. Co prawda byli też i tacy, którzy uważali, że tę funkcje powinien objąć ktoś ze starej ekipy, ale stało się tak, jak się stało. Obejmowałem redakcję „Trybuny” z mieszanymi uczuciami, bo trzeba było stworzyć coś nowego, z nowymi ludźmi. Nie zmienia to faktu, że mimo politycznego smrodku miałem wiele szacunku dla instytucji jaką była „Trybuna Ludu”. Była to znakomicie zorganizowana, zasobna redakcja, ze świetnym zespołem dziennikarskim, z licznymi korespondentami zagranicznymi, jak Waldek Kedaj, Zygmunt Broniarek, Zygmunt Słomkowski i wielu innych. „Trybuna Ludu” była gazetą dość nowocześnie zorganizowaną, z tzw. długim stołem, przy którym każdego dnia na tzw. planowanie zbierali się wszyscy odpowiedzialni dziennikarze pod dowództwem redaktora naczelnego i sekretarza redakcji. Musiałem wyważyć, ile z tego zachować, a ile wprowadzić nowego, ale wiedziałem, że gazeta musi być przede wszystkim nowoczesna. Do aktywów zostawionych nam przez „Trybunę Ludu” należały m.in. znakomite działy kultury i sportu. Zachowaliśmy markę „Trybuna”, bo to była marka mająca wielu zwolenników, ale bez „Ludu”, na znak zmiany. Przyjąłem dewizę: „Jesteśmy inni, ale chcemy być lepsi”. Nasz przywilej polegał na tym, że byliśmy pierwszą i jedyną wtedy gazetą opozycyjną. Jednocześnie nie wiedzieliśmy jeszcze jak korzystać z licencji na opozycyjność, zwłaszcza, że SdRP byłą partią poza parlamentem i niewielu jej członków było posłami, jako dotychczasowi posłowie Klubu Parlamentarnego PZPR. Żyliśmy też z wiszącym nad nami wyrokiem śmierci, bo chciano nas uśmiercić jako formację postkomunistyczną, wyrzucono nas z budynku przy placu Starynkiewicza, w którym pracowała „Trybuna Ludu”. Gdy skończyły się nam zasoby RSW „Prasa-Książka-Ruch”, przeszliśmy na finansowanie z dotacji partii, a te nie były duże. Byliśmy uzależnieni od szefów partii, z których jedni dawali, a inni nie. Zaczął się więc powolny, krok po kroku, upadek gazety. Wrócę jeszcze do emocji pierwszych dni i tygodni po powstaniu „Trybuny”. Były ogromne, bo chcieliśmy się przebić do świadomości społecznej, zachować jak największą część czytelników „Trybuny Ludu” i jednocześnie zdobyć nowych. Pamiętam dylemat, czy wychodzić w dużym formacie, czy w modnym już wtedy formacie zmniejszonym, jak „Gazeta Wyborcza”. Na jakiś czas zwyciężył pogląd, że poważna gazeta powinna wychodzić w dużym formacie. Projekt winiety opracował dla nas za darmo zawodowy grafik, brat reżysera Feriduna Erola. Całość była przedsięwzięciem iście happeningowym. Z rzeczy zabawnych zapamiętałem uczucie typu „i smieszno i straszno”, gdy wszedłem do gabinetu opuszczonego przez ostatniego redaktora naczelnego „Trybuny Ludu”, Jerzego Majkę, który jak mi się wydaje, do końca liczył, że pozostanie na stanowisku. Pamiętam na Placu Starynkiewicza, na II piętrze wnętrze jego gabinetu, pełne pamiątek w rodzaju wielkiej bryły węgla od górników czy dyplomów z wyrazami wdzięczności robotników różnych zakładów pracy dla redakcji. Na ścianie wisiał socrealistyczny obraz olejny pod tytułem „Społeczeństwo z „Trybuną Ludu” podczas pochodu 1 Maja”. I w takie postkomunistyczne realia weszła nowa ekipa, z takimi świetnymi dziennikarzami jak Darek Szymczycha, Staszek Ćwik, Piotrek Gadzinowski czy Zbysław Rykowski, dzięki czemu bardzo dobrze dawała sobie radę.
W jakich okolicznościach i jakim gronie uformowała się linia polityczna, ideowa, tematyczna „Trybuny”, jej zespół redakcyjny i grono współpracowników? Czy liderzy SdRP chcieli mieć, względnie mieli wpływ na zawartość, na przekaz gazety?
Linia polityczna gazety sprowadzała się do reakcji na rzeczywistość polityczną, którą kreował obóz „Solidarność”. To była bieżąca walka o nasze racje, o nasze życiorysy, o zdrowy rozsądek. Tak jak naszą formację polityczną określiłbym jako formację polityczną w stanie kreatywnego powstawania, tak samo było z naszą gazetą. Prezentowaliśmy przede wszystkim zdrowy rozsądek i poglądy lewicowe, choć w tamtych warunkach lewicowość jako taka nie miała większego znaczenia, liczył się opór przeciw władzy, która chciała nas wraz z całym dorobkiem PRL zdeprecjonować i zniszczyć. Bo dorobek po PRL pozostał, choć był też i ten zły bagaż, nawet ohydna część jej spuścizny. My broniliśmy tej dobrej, broniliśmy ludzi, którzy zrobili coś dobrego dla kraju, a którzy byli piętnowani i tępieni. To wywoływało furię u prominentnych ludzi „Solidarności” i u Wałęsy. Co do drugiej części pytania, to byłem członkiem władz SdRP i wiem, że na co dzień partia nie wcinała się w to, co robiliśmy, z jednym wyjątkiem, jakim był kolega Czesiek Rowiński, który bardzo dbał o to, aby partia była dobrze poinformowana o naszej pracy, a on sam był mocno stymulowany w sprawach mniejszych i większych przez „wysokie władze partyjne.” Jednak na pewno nie można powiedzieć, że gazeta jako całość była przez partię reżyserowana. Często wyrywaliśmy się do przodu przed partię, w różnych sprawach.
Jak rozwijała się sytuacja po „rozkręceniu” się gazety? „Trybuna” zaczęła działalność w innych warunkach społeczno-politycznych niż te, w których działała „Trybuna Ludu”. Tymczasem „Trybunie” przyszło działać w ramach oficjalnego już pluralizmu politycznego, pośród innych tytułów reprezentujących rozmaite opcje, środowiska i partie polityczne. Jakie to stawiało wyzwania przed gazetą?
Nasza gazeta nie miała problemu z pluralizmem, bo w Polsce nie było pluralizmu. Był wielki obóz „Solidarności” i była opozycja, czyli my. Był to więc układ bipolarny, realnie nie było systemu wielopartyjnego. Monopol prasowy obozu „Solidarności” był tworzony poprzez prywatyzację i tworzenie tytułów przejmowanych z RSW, które najpierw doprowadzano do upadłości, a następnie sprzedawano w ręce zagraniczne, n.p. włoskie. Obóz „Solidarności” był hegemonem nad całością prasy, z wyjątkiem poletka, które zajmowała „Trybuna”. My to błyskotliwie odkryliśmy i wyciągnęliśmy z tego pożytki. Rozmawiałem wtedy z pewnym wysokiej rangi dyplomatą amerykańskim nazwiskiem Terry Snell, który był jednym z ważnych organizatorów pomocy dla „Solidarności” w latach przed Okrągłym Stołem i przed upadkiem PZPR. Zapytałem go, po co mu kontrakt z marginalną gazetą i formacją, którą reprezentuję, a on popatrzył mi głęboko w oczy i powiedział: „W Polsce zawsze dobrze wychodziliśmy na kontaktach z opozycją”. Miał rację.
Czy po odejściu z funkcji czytał Pan „Trybunę” i obserwował Pan jej profil, a także jej relacje z kierownictwem najpierw SdRP, a potem SLD (wspomnę tylko konflikt między Januszem Rolickim a Leszkiem Millerem w 1997 roku, który doprowadził do dymisji redaktora naczelnego)? Jak ją Pan oceniał w kolejnych latach aż do 2009 roku?
„Trybunę” czytałem, ale sprawy biegły tak szybko, że „Trybuna” przestała interesować się mną. Niebawem, jako poseł na Sejm, zostałem rzecznikiem SLD. Tak było za kolejnych panów redaktorów naczelnych, Rolickiego, Szymczychy, Barańskiego i innych. Niespecjalnie dbali o kontakty z redaktorem-założycielem, więc uległy one ostudzeniu.
Pod koniec 2009 roku „Trybuna” została zamknięta. Czytelnicy o poglądach lewicowych stracili swoją codzienną gazetę. Pojawiły się pytania o perspektywy dla mediów lewicowych, w tym o stosunek struktur partyjnych do tej kwestii. Pytania te stawiano w sytuacji rozkręcającej się ofensywy medialnej środowisk prawicowych, które zakładały swoje pisma, portale, think tanki. One bardzo pomogły prawicy (PiS) wygrać wybory parlamentarne zarówno w 2005, 2015, jak i 2020. Jak dziś ocenia Pan sytuację i perspektywy mediów, w tym prasy lewicowej? Jak ocenia Pan „Dziennik Trybuna”, który choć z formalno-prawnego punktu widzenia nie jest bezpośrednią kontynuacją „Trybuny”, to jednak w wymiarze ideowo-politycznym taką kontynuacją jest?
SLD nigdy nie miała dobrego pomysłu na stworzenie porządnego, samofinansującego się wydawnictwa, choć wokół tej partii w latach 1993-1997 i 2001-2005 krążyło dużo pieniędzy. Myślę, że działo się tak dlatego, że partii wygodniej było trzymać gazetę na krótkiej smyczy i wymagać od niej tego, co niezbędne. Przyniosło to dużo szkody, bo niszczyło to, co zostało przez nas wyrąbane w 1990 roku, gazetę z własnym profilem, trafiającą nie do sentymentów, lecz do nowej rzeczywistości politycznej w Polsce. Ta nisza nigdy nie została wykorzystana przez partię. W czasach Leszka Millera próbowano stworzyć tygodnik pod redakcją Artura Howzana, zamiast najpierw zadbać o „Trybunę”. Dlatego gdy rozmawiamy z okazji 30 rocznicy powstania „Trybuny” dla gazety, która nazywa się „Dziennik Trybuna’, to chcę powiedzieć, że trzeba pomyśleć o tym, jak zaistnieć w internecie, by choć w ten sposób odbić się od kolejnego dna, do którego wszyscy doszliśmy, i dziennikarze i politycy lewicy, do momentu, w którym ludzie i zwolennicy lewicy mają niewiele tytułów do czytania. Pozdrawiam wszystkich czytelników „Dziennika Trybuna” w imieniu założycieli „Trybuny”, którzy jeszcze żyją i dobrze tamte czasy wspominają.
Dziękuję za rozmowę.

Nie zarażamy

Kochani Czytelnicy!
Chcemy być z Wami. To trudne w warunkach domowych kwarantann. Jak wszyscy chroniąc się przed zarazą ograniczyliśmy nasze wyjścia z domu do minimum. Do indywidualnych spacerów. Do niezbędnych zakupów. Pamiętajcie wtedy o nas. Chcemy być z Wami, choć nie zawsze, nie wszędzie łatwo jest dostać „Trybunę”.
Bądźcie z nami. My nie zarażamy.

Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Trzykrotnie rozwiedziony

W młodości nie byłem fanem „Trybuny Ludu”. Strasznie drętwa była, no i z góry było wiadomo, co „oni” napiszą. Poza tym wtedy to Krzyszkowiak, Szewińska, Kulej, Szurkowski i Lubański byli bohaterami naszej wyobraźni, a nie Gomułka czy Gierek.

Los jednak sprawił, że choć marzyłem o dziennikarstwie sportowym, zająłem się polityką. Potrafiła być równie pasjonująca jak pojedynek Pietrzykowskiego z Clayem, ale też jak – na tych samych igrzyskach olimpijskich – bitwa Walaska z Crookiem. To znaczy przegrywałem planowo, bo byli lepsi, ale też przegrywałem niesprawiedliwie.
Wszedłem do zespołu, kiedy był on już w zasadzie skazany na porażkę. Do dziś uważam, że czas, kiedy „Trybunę Ludu” można było jeszcze wykorzystać z pożytkiem dla lewicy, został zmarnowany. Nie jestem w stanie z pęsetą w ręku oddzielić przyczyn obiektywnych od subiektywnych, ale mam poczucie, że „Trybunę Ludu” odpuszczono sobie, po prostu. Otrzepano się niej ostentacyjnie, nawet z niejakim obrzydzeniem. Tymczasem rynek wolnej prasy w państwie demokratycznym był w powijakach. Raczkował bardzo dzielnie, ale to nie był jeszcze galop. Wyścig po czytelnika dopiero się zaczynał. Jeszcze był czas, żeby samemu się włączyć i to wcale nie z perspektywą klęski. Jednak właśnie wtedy, kierownicy „Trybuny Ludu” zostali w dołkach startowych. Nie rozstrzygnę – czy tak chcieli, czy trzymano może ich za uzdę, w każdym razie, gdy najjaśniejsza gwiazda prasy lat 90-tych, „Gazeta Wyborcza” rozkręcała się z miesiąc na miesiąc, „Trybuna Ludu” drobiła w miejscu. Nie przyciągała młodych dziennikarzy o lewicowych przekonaniach, nie potrafiła otworzyć okien w pokojach redakcyjnych, żeby wpuścić świeże powietrze, była po staremu drętwa, bojaźliwa, obrzędowo-rytualna, no i skupiała się na „pożegnaniu z ludem” – zgodnie z hasłem ostatniej redakcyjnej wódki w „Trybunie Ludu”. Jakby w ogóle odrzucenie trybuno-ludowej przeszłości było możliwe! Niemniej z woli politycznej i zamysłu swych kierowników stała się po prostu „Trybuną”. Jaką? Nie mnie oceniać. Wiem jedno – to nie po „Trybunę” w pierwszej kolejności wyciągały się ręce w siedzibach PZPR, a wkrótce SdRP. „Trybunę” odkładano „na potem”, dzień zaczynano od „Wyborczej” – co napisali? Czy o nas? Czy o mnie?…
Nikt nie protestował, gdy „Wyborczą” wspomagano rządowymi zamówieniami, (po 1993 roku zamówieniami rządu lewicowego), ale za to „Wyborcza” pierwsza darła się wniebogłosy, gdy jakaś państwowy obstalunek ogłoszeniowy, czy reklamowy pojawiał się W „Trybunie”. Wrzask o „sponsorowaniu” przez „komunę” z państwowych pieniędzy „post-komunistycznej” prasy rozbrzmiewał w całym kraju. Wszyscy lewicowi „święci” natychmiast bili się w piersi i obiecywali, że to się nie powtórzy. W efekcie „Trybuna” zaczęła przedrukowywać artykuły z „Wyborczej”… Po co komu podróbka, skoro mógł mieć oryginał? „Trybuna” dziarsko zajęła miejsce na równi pochyłej.


Moje pierwsze spotkanie z właścicielem „Trybuny”, było dosyć charakterystyczne. Właściciel rezydował jeszcze galantnie – w wieżowcu „Universalu”. Przetrzymał mnie w pokoju „oczekiwań”, że niby taki zajęty. Po dobrych kilkunastu minutach zostałem dopuszczony przed oblicze. Gabinet wypełnił zapach cygar i pustka. Oczywiście nikogo przede mną nie było. Rozmowa była zdawkowa, praktycznie bez znaczenia. Podobno w okolicznościach politycznie skomplikowanych, kupił prawo do tytułu, co dawało mu poczucie bycia polskim Murdochem. Tymczasem, jako biznesmen mógłby za Agorą wodę nosić i to w dużej odległości. Agora wykorzystała wszelkie możliwości biznesowe, prawne i towarzyskie, żeby rosnąć w siłę, on nie wykorzystał żadnej, zresztą chyba żadnej tak naprawdę nie miał. Jego biznes był jak jego gabinet – bardziej udawany niż prawdziwy. Zresztą późniejszy proces w sprawie FOZZ, wyrok, ucieczka do USA, handel – jeśli dobrze pamiętam doniesienia telewizyjne – akcesoriami żelaznymi, gwoździami itp. lokowały go raczej w kategorii sklepikarza niż biznesmena.
Podobnie podchodził do gazety. Tak sobie pa latach myślę, że część kłopotów finansowych pisma w nim ma swe źródło. Nikt poważny bowiem nie chciał mieć z nim jakichkolwiek związków, co oczywiście z góry przekreślało wszelkie kalkulacje kapitałowe. Ktoś, kto chciałby zrobić interes z „Trybuną” musiał mieć świadomość, że być może jego pieniądze spożytkowane zostałyby na gazetę, ale przecież niekoniecznie. Właściciel zawsze mógł mieć jakiś inny pomysł. Zwłaszcza, że wcale nie zamierzał być udziałowcem mniejszościowym. Ta sytuacja skutecznie wiązała ręce wszystkim, którzy byliby skłonni nie przeznaczać jeszcze „Trybuny” na straty.
Także Leszkowi Millerowi, jedynemu liczącemu się politykowi lewicy, który rozumiał, jak ważna jest prasa – nie tyle czysto partyjna, co w stosunku do lewicy przynajmniej obiektywna. Pomagał, jak mógł, niestety mógł coraz mniej. Lewica była wtedy bita z każdej strony, ciosy padały nawet z własnych szeregów. Bywało, że i z łamów „Trybuny”, gdyż zdarzali się tacy naczelni, którzy nie chcieli odstępować na krok z pierwszego szeregu „nowych patriotów”, „demokratów” i liberałów”, podających ton całej prasie. Miller był w swej postawie osamotniony, a nawet odbijał się od muru niechęci, bo pomaganie „Leszkowi”, drażniło „Olka”.
Tak więc, nawet, jeśli od czasu do czasu pojawiał się pomysł, żeby pomóc gazecie wzbić się na wyższy poziom, to na ogół na przeszkodzie stawała polityka i zawsze ciągły brak pieniędzy. Jeśli chodzi o finanse, Sojusz przeczołgany przez komisje, prokuratury, sądy i wielokrotnie spostponowany w prasie, był ortodoksyjnie ostrożny. Gdy czytam, ile pieniędzy w formie reklam, zamówień rządowych, ogłoszeń, dostawali ci, z którymi „Trybuna” próbowała konkurować, to uśmiecham się z politowaniem nad sobą.
Np. z raportu przedstawionego przez zespół parlamentarny wynika, że w latach 2008-2012 rząd Donalda Tuska wydał na reklamę, ogłoszenia i marketing niemal 125 milionów zł. Najwięcej z tego tortu (51,6 proc.) popłynęło do „GW”…
Przypominam sobie, że gdy nastał rząd AWS/PO Totalizator Sportowy lokował u nas maleńką reklamę tzw. kumulacji. Za każdy razem było to 3 tys. złotych. Nie trwało dłużej niż tydzień, jak po zaprzysiężeniu rządu Buzka tę reklamę nam zabrano i jednocześnie wycofano „Trybunę” z pokładów samolotów PLL LOT…
Dziś, kiedy do władzy dorwali się ludzie Kaczyńskiego, puściły wszelkie hamulce. Dziś się bierze ładowarką – na „gale”, na „swoje” tygodniki, „swoje” fundacje, na telewizję… Detalicznie, w siatkach, wynosi się pieniądze tylko z CBA… Jeśli chodzi o robienie medialnych interesów, lewica z tamtych czasów, to były cienkie Bolki… Ale może to i dobrze – przynajmniej śpię spokojnie.
Gdy jednak starzy działacze, a także długoletni Czytelnicy „Trybuny” pytają, dlaczego jest tak biednie, mówię: winy należy przede wszystkim szukać u siebie. I nie chodzi bynajmniej wyłącznie o kierownictwo lewicy, które na początku lat 90. nie rozpoznało znaków czasu i popełniło grzech zaniechania. Chodzi o Czytelników właśnie. Przecież najprostszą pomocą dla gazety, taką, która jest w zasięgu ręki, jest jej kupowanie. SLD zawsze miał rozbudowane struktury w terenie – wystarczyło zaprenumerować odpowiednią ilość, założyć klub czytelniczy, promować „Trybunę” na zebraniach, kupować „dla zasady”, żeby wspomóc swoją prasę… Nigdy nie udało się to na większą skalę. SLD-owskie masy nigdy nie czuły takiej potrzeby. Wydawano tysiące pism ulotnych, gazetek lokalnych, poselskich – gdyby to wszystko zebrać do kupy, byłaby niezła sumka. Niestety. Wydawanie zaś gazety bez pieniędzy jest jak jazda po roztopionym torze saneczkowym – wysiłek duży, przyjemność taka sobie, no i w każdej chwili można upaść na twarz i nieźle się poharatać.


A jednak z „Trybuną” wiążą mnie wyłącznie dobre wspomnienia. To niewiarygodne, że tak niewielu potrafiło zrobić tak wiele. Przełamaliśmy swoisty ostracyzm, bywaliśmy cytowani w największych mediach elektronicznych, toczono z nami zaciekłe spory. Jako pierwsi w Polsce napisaliśmy, że „afera Rywina”, pachnie lipą. Po latach, kiedy zostały z niej wióry, jej sprawcy najchętniej zapomnieliby o niej w ogóle. Włodek Czarzasty, lider, których przełamał zły czas, wprowadził SLD na powrót na Wiejską i został wicemarszałkiem Sejmu, jest codziennym wyrzutem sumienia macherów, którzy wtedy z tego piasku bicz na lewicę ukręcili. Dziwicie się, nie raz, że jest obcesowy w stosunku do „bohaterów”, którzy na takich kłamstwach jak „afera Rywina” wdrapali się do władzy? Ja się nie dziwię. On i tak jest wyjątkowo spokojny, że po tym, jak w jego własnym domu rzucili go na podłogę i przyłożyli lufę głowy z uprzejmym: „tylko się kurwa podnieś, to ci łeb rozwalę”, może spokojnie siedzieć w tym samym Sejmie co Ziobro i reszta.
Co zostało z innych oskarżeń pod adresem SLD? Niegdyś sprawy „głośne”, „niebywałe”, „oburzające” dawno umorzono, oddalono w sądach lub po prostu zasypano niepamięcią. Na sprawiedliwość czeka jeszcze Zbyszek Sobotka, którego też broniliśmy do końca. Mam nadzieję, że się doczeka.
Redaktorem naczelnym „Trybuny” byłem trzy razy. Za każdym razem apelowano do mojego poczucia solidarności, do mojej lojalności, koleżeńskości, do mojej pasji, żebym przyjął tę robotę. Za każdym razem dałem się „wziąć pod włos” i przystawałem na proponowane warunki – nota bene coraz marniejsze finansowo. Lubiłem tę robotę. Wszystkich redaktorów „Trybuny” szczerze podziwiam. Znają swoje rzemiosło, choć prawdę mówiąc wątpię, czy kiedykolwiek dana im będzie należna satysfakcja. Co najwyżej będą mogli spokojnie stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie – zrobiłem, co mogłem.
Jako redaktor i jako człowiek, mam satysfakcję, że również starzy dziennikarze, ci z dawnej „Trybuny Ludu” traktują mnie jak swojego kolegę. Życie ich przemieliło, zdrowie już szwankuje, albo nawet bardzo szwankuje, ale spotykają się co roku na małej wódce i dużej pogawędce. Gdy zaczynali te spotkania było ich 200. Na ostatnie przyszło trzydzieścioro kilkoro. Od jakiegoś czasu zapraszają mnie co roku… A przecież nie muszą. Niewielu z nich wytrwało w zawodzie do dnia, kiedy przyszedłem do redakcji jako naczelny. Z większością nigdy bezpośrednio nie pracowałem. Zawsze jednak jestem. W końcu jakże wielu, z którymi pracowałem, dziś już nigdzie mnie nie zaprasza…

Nasi w Ostrołęce

– Pragnę Polski opartej na współpracy, tolerancji i wzajemnym szacunku, takiej, w której wszyscy będziemy stanowić jedną wspólnotę. Obiecuję także stały kontakt z wyborcami w każdym powiecie naszego siedlecko – ostrołęckiego okręgu wyborczego.

Tak mówi Maria Magdalena Parzychowska – Kurpiewska inicjując kolejny Klub Przyjaciół „Trybuny”. W Ostrołęce znaną jest, bo przez wiele lat uczyła przedmiotów ekonomicznych w ZSZ nr 3. W latach 2003-2008 była prodziekanem i wykładowcą w
Wyższej Szkole Ekonomiczno – Społecznej w Ostrołęce.
Napisała wiele publikacji naukowych i popularnonaukowych w pismach naukowych. Zajmowała się też popularyzacją nauki. Współpracowała z „Trybuną”. Jest członkiem ZNP. Odznaczona została medalem KEN oraz licznymi nagrodami władz oświatowych.
Teraz kandyduje do Sejmu RP. Z listy Lewicy rzecz jasna.
Pytana przez nas o swoje plany poselskie, wymienia najważniejsze:
– Dla młodych – praca, płaca, mieszkania,
– przyjazne warunki nauki dla uczniów oraz godną pracę i płacę nauczycieli,
– prawdziwą reformę służby zdrowia – mniejsze kolejki do lekarzy, leki na receptę za 5 zł,
– utrzymanie wsparcia dla najbiedniejszych rodzin, 500+ na każde dziecko, w zależności od średnich dochodów w rodzinie,
– godną rentę socjalną dla dorosłych niepełnosprawnych bez kryterium dochodowego,
– proste i czytelne prawo dla przedsiębiorców,
– bezpłatne ubezpieczenia dla rolników na wypadek klęsk żywiołowych,
– wsparcie działalności OSP, KGW, LZS,
– czyste i zdrowe środowisko poprzez rozwój alternatywnych metod produkcji energii,
– godną i spokojną starość dzięki podniesieniu najniższych emerytur do kwoty płacy minimalnej
– przywrócenie emerytur odebranych z naruszeniem konstytucyjnych praw człowieka,
– stałą 13-tą emeryturę,
– odpolitycznienie sądów i prokuratury.
A także spotkanie Kluby Przyjaciół „Trybuny” zaraz po wyborach parlamentarnych.

Wynik Sojuszu na piątkę

W wyborach, jak w sporcie, najważniejszy jest wynik. SLD wprowadziło do Parlamentu Europejskiego pięciu swych reprezentantów.
Patrząc na rezultat liczbowy, to trzeci wynik w skali kraju.
I dlatego trzeba gromko pogratulować kierownictwu SLD takiego rezultatu.
Ten dobry, lecz jednocyfrowy, wynik pokazuje jednocześnie wielką różnicę poparcia społecznego pomiędzy wygranym PiS i trzecim SLD. Jedyną polską partią lewicową, która będzie miała swych reprezentantów w Parlamencie Europejskim.
Porównując tegorocznym wynik z uzyskanym podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego z 2014 roku można rzec, że SLD osiągnęła nieco lepszy rezultat.
Wtedy koalicja SLD- UP zdobyła też pięć mandatów, lecz barwy SLD reprezentowała czwórka euro deputowanych, bo Adam Gierek był z Unii Pracy.
Do końca kadencji w SLD wytrwała trójka euro deputowanych: Krystyna Łybacka, Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke. Dziękujemy im i Adamowi Gierkowi z UP.
Ten dobry wynik kandydatów SLD został osiągnięty dzięki wspólnej wyborczej liście Koalicji Europejskiej.
Decyzja o kandydowaniu na wspólnej liście z PO i PSL była żywiołowo krytykowana przez przeróżnych „patriotów SLD”. W Internecie przewodniczący Czarzasty był regularnie obrzucany najgorszymi obelgami przez domorosłych speców od wygrywania wyborów. Zarzucano mu, że „SLD straci swą tożsamość” w efekcie mariażu wyborczego z PO.
Wynik wyborczy przeczy tym obawom.
Czy teraz ci „patrioci SLD” chociaż przeproszą przewodniczącego SLD za tamte obelgi?
Ten dobry wynik został osiągnięty dzięki dobrym, wyrazistym i popularnym wśród lewicowych wyborców kandydatom wystawionym przez SLD.
To nauczka i wskazówka na jesienne wybory parlamentarne.
Warto też pamiętać, że kilku pozostałym kandydatom SLD, Januszowi Zemke, Małgorzacie Szmajdzińskiej-Sekule, Andrzejowi Szejnie do zdobycia mandatów niewiele zabrakło.
I pewnie ten dobry wynik wyborczy został też osiągnięty, bo kandydaci SLD często i wyczerpująco prezentowali swe poglądy i programy wyborcze. Wszyscy wygrani wypowiadali się też w czasie kampanii na łamach „Trybuny”.
I obiecali naszym Czytelnikom stałą obecność na naszych łamach już jako posłowie Parlamentu Europesjkiego.

Wygranym: Markowi Baltowi, Markowi Belce, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, Bogusławowi Liberadzkiemu i Leszkowi Millerowi serdecznie gratulujemy sukcesu wyborczego.
Dziękujemy pozostałym kandydującym. Zapewne wielu z nich wystartuje w jesiennych wyborach parlamentarnych.
Nasze łamy są dla nich otwarte.

Niech się święci 1 Maja!

W imieniu organizatorów – Społecznego Forum Wymiany Myśli w Warszawie zapraszamy na demonstrację z okazji Święta Pracy.

„W imieniu organizacji tworzących Społeczne Forum Wymiany Myśli (Fundacja „Naprzód”, Fundacja „Stop Wykluczeniu i Degradacji Planety”, Kampania Historia Czerwona, portal strajk) informujemy, iż naszą demonstracją pragniemy połączyć odbywające się tradycyjne zgromadzenia organizowane przez środowiska lewicy oraz zaakcentować przywiązanie do tradycji ruchu robotniczego. Stąd wynika trasa i program naszych obchodów” – piszą Piotr Ciszewski oraz Czesław Kulesza.
„Demonstracja rozpocznie krótki wiec na Rondzie de Gaulle’a, potem przejdziemy ul. Nowy Świat, z której skręcimy w ul. Warecką aby złożyć kwiaty pod kamieniem upamiętniającym przedwojenną siedzibę władz naczelnych PPS i redakcję „Robotnika”. Pochód zakończymy pod kamieniem przypominającym o pierwszej na ziemiach polskich zbrojnej demonstracji robotniczej 1904 roku”.
Jeszcze raz serdecznie zapraszamy czytelników Dziennika Trybuna!

Wystarczy nie kraść

Byłem na nagraniu w lokalnej TVP. Oczekując na panią, która przypudruje mi łysinę, by nie „blikowała” na wizji, wziąłem do ręki zestaw gazet obowiązujący w ośrodku. A tam: tygodniki „Do Rzeczy” i „Wprost”. Wprost dołuje wśród tygodników (ok. 14 tys. sprzedanych tygodniowo egzemplarzy). Kilka dni temu wydawca tych dwóch, prawicowych tygodników, Michał Lisiecki, został aresztowany z podejrzeniem popełnienia poważnych przestępstw skarbowych na kwotę 29 mln. złotych. Musiało być „grubo”, bo za zwolnienie z aresztu zażądano 500 tys. złotych kaucji. W zestawie była też „Rzeczpospolita”. Dziennik z górnej półki. Dla zrównoważenia był tam też dziennik z dolnej półki. „Gazeta Polska Codziennie” (13 tys. sprzedawanych egzemplarzy”. Jest ona liderem w spadkach sprzedaży. – 22 proc. porównując rok do roku. Tak oto polityczny nadzór w ośrodku funduje dziennikarzom jednostronny przekaz dnia. Biedni dziennikarze, zarobki mizerne i sami pewnie gazet nie mają za co kupić. „Gazeta Polska Codziennie” godna jest oglądnięcia, bo czytać tam nie ma specjalnie czego. Sam fakt, że drukowana jest dużą czcionką, a odstępy między wierszami są jeszcze większe wskazuje na brak tematów i marność dziennikarzy, których jest tam aż nadto. Godna uwagi jest natomiast ilość reklam tam zamieszczonych. Brylują w płatnych ogłoszeniach spółki skarbu państwa i różne instytucje związane z centralną władzą. Tak więc pisanie marne, kupować gazety nie chcą, a reklamy wylewają się ze szpalt. Oto fenomen gazety.
Wydawcą tego dziennika jest Grzegorz Tomaszewski, krewniak prezesa Kaczyńskiego. To on na nagraniach Birgfellnera skarżył się, że mu się budżet w gazecie nie spina i trzeba będzie interes zamknąć. Pewnie poszły polityczne wytyczne, by reklam było jeszcze więcej, to może będzie mniej źle. Grupa marnych dziennikarzy płodzi gnioty, których nikt nie czyta, ale kieszenie ma pojemne. I dlatego budżet się nie spina. By ratować sytuację trzeba więc za spółek transferować pieniądze do prawicowych gazet i z budżetu państwa miliardy do tzw. publicznej telewizji. Tak oto w praktyce wygląda PiS-owskie hasło „Wystarczy nie kraść”. Dla porządku dodam, że szefem rady nadzorczej wydawnictwa jest europoseł Czarnecki. Ostatnio kluby „Gazety Polskiej”, specjalnym pociągiem i z wielką pompą zorganizowały sobie wyjazd do Budapesztu. To nie są małe pieniądze, jak powiada Ferdek Kiepski, a których marna gazeta sama nie jest w stanie wypracować. Trzeba więc reklam jeszcze więcej. Firmy pod politycznym przymusem finansują gazetę, która jest politycznym orężem PiS, ale czytelnicy jakoś się nie garną. Swego czasu, na podwrocławskiej wsi, poszukując „Trybuny”, zobaczyłem jak starsza pani kupuje dwa egzemplarze „Gazety Polskiej”. Ciekawa gazeta? Zagadnąłem.. „Ja tego panie nie czytam. Proboszcz prosił, aby kupować ile kto może….”.
A ja od lat namawiam, by ludzie lewicy kupowali „Trybunę”. Ale jakoś moje namawianie za bardzo nie skutkuje. Z czego wniosek, że my Polacy, od prawa do lewa, czytać nie lubimy i czytamy coraz mniej. I takie to były moje refleksje po nagraniu w telewizji.

Zaproszenie Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej

Łódzki Klub Miłośników Prasy Lewicowej
(TRYBUNA, PRZEGLĄD)

zaprasza na swe spotkanie
w dniu 19 września 2018 r o godz.16.30
w siedzibie Rady Miejskiej SLD
w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 203/205 (I piętro).

Tematem spotkania będzie prelekcja
dr Krzysztofa Gawkowskiego na temat

„Niepodległa Polska w swe stulecie”

 

Zapraszamy naszych członków i osoby chętne wysłuchania ciekawego odniesienia historycznego,
zaprezentowane przez czołowego polityka lewicy.

Sztab Klubu

Citius, altius, fortius

Przed udaniem się na plażę zaopatruję się w zestaw gazet, bo jakoś te kilka godzin trzeba przeżyć. Czy jest „Trybuna”? Pytam, bez nadziei na pozytywną odpowiedź, w kiosku.

 

Oczywiście, odpowiada pani. Czy jest „Gazeta Polska” – ta zawsze musi być, odpowiadam sobie w myśli. W moim kiosku we Wrocławiu starsze panie kupują ją, bo ksiądz tak nakazuje. Niestety zabrakło „Polityki”. ….Dostałam tylko jeden egzemplarz i już zszedł…. W poszukiwaniu „Polityki” udałem się na główną promenadę nadmorską w Ustce. Tam ją znalazłem. Na blacie leżały wszystkie dzienniki krajowe, a nie ma ich za wiele. Wśród nich także „Trybuna”. Leżała sobie skromnie obok „Gazety Polskiej”. Dobrze że są to tylko papierowe nośniki informacji, bo gdyby myślały to wojna w kiosku byłaby gotowa. „Trybuna” skromna, szczupła. Wiadomo, na opozycyjnej diecie. „Gazeta Polska” ociekająca tłustymi reklamami spółek skarbu państwa. Tak oto odbywa się wyprowadzanie pieniędzy z naszej kieszeni i zasilanie gazet tworzących front ideologiczny prawicy. Pamiętam że kiedy lewica była u władzy Trybuna także nie była rozpieszczana reklamami. Reklamowanie się w lewicowej gazecie uchodziło za obciach. Lewicowa władza wstydziła się lewicy.
Niestety na rynku gazetowym po lewej stronie nadal jest źle. Kiedy pytam znajomych, czy czytają „Trybunę” lub „Przegląd”, powiadają, że nie można ich kupić. Jest to bzdura. Kupić można, tylko się nie chce. Na lewicy panowało i nadal panuje intelektualne lenistwo. Widać to po marnej sprzedaży lewicowych czasopism. Kupowanie lewicowej prasy to także finansowy wkład w budowanie prasowego rynku po lewej stronie. Widać, że skromne poparcie dla lewicy koresponduje z marnym zainteresowaniem w zakupie lewicowej prasy. Obserwuję wielu znajomych i zagaduję na temat czytelnictwa. Oj niedobrze, niedobrze się dzieje na lewicy. Nie czytają prasy ci, którzy naprawdę powinni. Nic dziwnego, że prawica lepiej jest przygotowana do debat, do poszukiwania nowych idei, do zwyczajnego atakowania lewicy. A co na to lewica? Często nie za bardzo wie, co odpowiedzieć. Dała się zagonić do kąta, nie uczy się, nie czyta, nie pisze, a myśli, że posiadła wrodzoną mądrość.
W polityce jest tak jak w sporcie, Nie trenujesz, tracisz kondycję i umiejętności, spadasz do niższej ligi i w końcu odpadasz z rywalizacji. Dlatego szanowna Lewico trenuj. Czytaj, pisz, kupuj gazety, dyskutuj, poszukuj nowych rozwiązań. Czekanie na Mesjasza lewicy to strata czasu. Wykonywanie mechanicznych ruchów, budowanie struktur bez klarownej idei i wiedzy skazane jest co najwyżej na wegetację.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?