Niech się święci 1 Maja!

W imieniu organizatorów – Społecznego Forum Wymiany Myśli w Warszawie zapraszamy na demonstrację z okazji Święta Pracy.

„W imieniu organizacji tworzących Społeczne Forum Wymiany Myśli (Fundacja „Naprzód”, Fundacja „Stop Wykluczeniu i Degradacji Planety”, Kampania Historia Czerwona, portal strajk) informujemy, iż naszą demonstracją pragniemy połączyć odbywające się tradycyjne zgromadzenia organizowane przez środowiska lewicy oraz zaakcentować przywiązanie do tradycji ruchu robotniczego. Stąd wynika trasa i program naszych obchodów” – piszą Piotr Ciszewski oraz Czesław Kulesza.
„Demonstracja rozpocznie krótki wiec na Rondzie de Gaulle’a, potem przejdziemy ul. Nowy Świat, z której skręcimy w ul. Warecką aby złożyć kwiaty pod kamieniem upamiętniającym przedwojenną siedzibę władz naczelnych PPS i redakcję „Robotnika”. Pochód zakończymy pod kamieniem przypominającym o pierwszej na ziemiach polskich zbrojnej demonstracji robotniczej 1904 roku”.
Jeszcze raz serdecznie zapraszamy czytelników Dziennika Trybuna!

Wystarczy nie kraść

Byłem na nagraniu w lokalnej TVP. Oczekując na panią, która przypudruje mi łysinę, by nie „blikowała” na wizji, wziąłem do ręki zestaw gazet obowiązujący w ośrodku. A tam: tygodniki „Do Rzeczy” i „Wprost”. Wprost dołuje wśród tygodników (ok. 14 tys. sprzedanych tygodniowo egzemplarzy). Kilka dni temu wydawca tych dwóch, prawicowych tygodników, Michał Lisiecki, został aresztowany z podejrzeniem popełnienia poważnych przestępstw skarbowych na kwotę 29 mln. złotych. Musiało być „grubo”, bo za zwolnienie z aresztu zażądano 500 tys. złotych kaucji. W zestawie była też „Rzeczpospolita”. Dziennik z górnej półki. Dla zrównoważenia był tam też dziennik z dolnej półki. „Gazeta Polska Codziennie” (13 tys. sprzedawanych egzemplarzy”. Jest ona liderem w spadkach sprzedaży. – 22 proc. porównując rok do roku. Tak oto polityczny nadzór w ośrodku funduje dziennikarzom jednostronny przekaz dnia. Biedni dziennikarze, zarobki mizerne i sami pewnie gazet nie mają za co kupić. „Gazeta Polska Codziennie” godna jest oglądnięcia, bo czytać tam nie ma specjalnie czego. Sam fakt, że drukowana jest dużą czcionką, a odstępy między wierszami są jeszcze większe wskazuje na brak tematów i marność dziennikarzy, których jest tam aż nadto. Godna uwagi jest natomiast ilość reklam tam zamieszczonych. Brylują w płatnych ogłoszeniach spółki skarbu państwa i różne instytucje związane z centralną władzą. Tak więc pisanie marne, kupować gazety nie chcą, a reklamy wylewają się ze szpalt. Oto fenomen gazety.
Wydawcą tego dziennika jest Grzegorz Tomaszewski, krewniak prezesa Kaczyńskiego. To on na nagraniach Birgfellnera skarżył się, że mu się budżet w gazecie nie spina i trzeba będzie interes zamknąć. Pewnie poszły polityczne wytyczne, by reklam było jeszcze więcej, to może będzie mniej źle. Grupa marnych dziennikarzy płodzi gnioty, których nikt nie czyta, ale kieszenie ma pojemne. I dlatego budżet się nie spina. By ratować sytuację trzeba więc za spółek transferować pieniądze do prawicowych gazet i z budżetu państwa miliardy do tzw. publicznej telewizji. Tak oto w praktyce wygląda PiS-owskie hasło „Wystarczy nie kraść”. Dla porządku dodam, że szefem rady nadzorczej wydawnictwa jest europoseł Czarnecki. Ostatnio kluby „Gazety Polskiej”, specjalnym pociągiem i z wielką pompą zorganizowały sobie wyjazd do Budapesztu. To nie są małe pieniądze, jak powiada Ferdek Kiepski, a których marna gazeta sama nie jest w stanie wypracować. Trzeba więc reklam jeszcze więcej. Firmy pod politycznym przymusem finansują gazetę, która jest politycznym orężem PiS, ale czytelnicy jakoś się nie garną. Swego czasu, na podwrocławskiej wsi, poszukując „Trybuny”, zobaczyłem jak starsza pani kupuje dwa egzemplarze „Gazety Polskiej”. Ciekawa gazeta? Zagadnąłem.. „Ja tego panie nie czytam. Proboszcz prosił, aby kupować ile kto może….”.
A ja od lat namawiam, by ludzie lewicy kupowali „Trybunę”. Ale jakoś moje namawianie za bardzo nie skutkuje. Z czego wniosek, że my Polacy, od prawa do lewa, czytać nie lubimy i czytamy coraz mniej. I takie to były moje refleksje po nagraniu w telewizji.

Zaproszenie Łódzkiego Klubu Miłośników Prasy Lewicowej

Łódzki Klub Miłośników Prasy Lewicowej
(TRYBUNA, PRZEGLĄD)

zaprasza na swe spotkanie
w dniu 19 września 2018 r o godz.16.30
w siedzibie Rady Miejskiej SLD
w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 203/205 (I piętro).

Tematem spotkania będzie prelekcja
dr Krzysztofa Gawkowskiego na temat

„Niepodległa Polska w swe stulecie”

 

Zapraszamy naszych członków i osoby chętne wysłuchania ciekawego odniesienia historycznego,
zaprezentowane przez czołowego polityka lewicy.

Sztab Klubu

Citius, altius, fortius

Przed udaniem się na plażę zaopatruję się w zestaw gazet, bo jakoś te kilka godzin trzeba przeżyć. Czy jest „Trybuna”? Pytam, bez nadziei na pozytywną odpowiedź, w kiosku.

 

Oczywiście, odpowiada pani. Czy jest „Gazeta Polska” – ta zawsze musi być, odpowiadam sobie w myśli. W moim kiosku we Wrocławiu starsze panie kupują ją, bo ksiądz tak nakazuje. Niestety zabrakło „Polityki”. ….Dostałam tylko jeden egzemplarz i już zszedł…. W poszukiwaniu „Polityki” udałem się na główną promenadę nadmorską w Ustce. Tam ją znalazłem. Na blacie leżały wszystkie dzienniki krajowe, a nie ma ich za wiele. Wśród nich także „Trybuna”. Leżała sobie skromnie obok „Gazety Polskiej”. Dobrze że są to tylko papierowe nośniki informacji, bo gdyby myślały to wojna w kiosku byłaby gotowa. „Trybuna” skromna, szczupła. Wiadomo, na opozycyjnej diecie. „Gazeta Polska” ociekająca tłustymi reklamami spółek skarbu państwa. Tak oto odbywa się wyprowadzanie pieniędzy z naszej kieszeni i zasilanie gazet tworzących front ideologiczny prawicy. Pamiętam że kiedy lewica była u władzy Trybuna także nie była rozpieszczana reklamami. Reklamowanie się w lewicowej gazecie uchodziło za obciach. Lewicowa władza wstydziła się lewicy.
Niestety na rynku gazetowym po lewej stronie nadal jest źle. Kiedy pytam znajomych, czy czytają „Trybunę” lub „Przegląd”, powiadają, że nie można ich kupić. Jest to bzdura. Kupić można, tylko się nie chce. Na lewicy panowało i nadal panuje intelektualne lenistwo. Widać to po marnej sprzedaży lewicowych czasopism. Kupowanie lewicowej prasy to także finansowy wkład w budowanie prasowego rynku po lewej stronie. Widać, że skromne poparcie dla lewicy koresponduje z marnym zainteresowaniem w zakupie lewicowej prasy. Obserwuję wielu znajomych i zagaduję na temat czytelnictwa. Oj niedobrze, niedobrze się dzieje na lewicy. Nie czytają prasy ci, którzy naprawdę powinni. Nic dziwnego, że prawica lepiej jest przygotowana do debat, do poszukiwania nowych idei, do zwyczajnego atakowania lewicy. A co na to lewica? Często nie za bardzo wie, co odpowiedzieć. Dała się zagonić do kąta, nie uczy się, nie czyta, nie pisze, a myśli, że posiadła wrodzoną mądrość.
W polityce jest tak jak w sporcie, Nie trenujesz, tracisz kondycję i umiejętności, spadasz do niższej ligi i w końcu odpadasz z rywalizacji. Dlatego szanowna Lewico trenuj. Czytaj, pisz, kupuj gazety, dyskutuj, poszukuj nowych rozwiązań. Czekanie na Mesjasza lewicy to strata czasu. Wykonywanie mechanicznych ruchów, budowanie struktur bez klarownej idei i wiedzy skazane jest co najwyżej na wegetację.

Władza mówi. „Trybuna” tłumaczy

Pan premier – milioner Mateusz Morawiecki, podczas spotkań z protestującymi sadownikami i plantatorami owoców, winą za obecną zmowę cenową i monopolistyczne praktyki przedsiębiorstw skupu i przetwórstwa owoców obarczył minioną władzę. Czyli rządzących od 1990 roku. A także zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Sługa wyzyskiwaczy

Nie obarczył tym razem „komunizmu” i „PRL”, co zwykle czyni. Może przypomniał sobie, że w Polsce Ludowej, z wyjątkiem krótkiego okresu stalinowskiego, sadownicy i plantatorzy należeli do bogatych grup społecznych.
Pan premier milioner nie wspomniał, że w 1998 roku trafił do elit władzy. Był dyrektorem Departamentu Negocjacji Akcesyjnych Komitetu Integracji Europejskie, gdzie silnie pracował nad szybkim wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Od 2010 roku był prominentnym członkiem Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku.
Od 2015 roku był ministrem w rządzie pani premier Beaty Szydło, obecnie sam jest premierem.
W 1995 roku obecny premier – milioner odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Ważnym centrum zagranicznych kapitalistów – wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.
Zdobytą tam wiedzę i wyzyskiwacze umiejętności wykorzystywał pracując w bankach. Od 2001 roku był członkiem Zarządu Banku Zachodniego WBK, wówczas należącego do irlandzkich kapitalistów wyzyskiwaczy Narodu Polskiego. Od 2007 do 2015 roku był prezesem tegoż banku, który w międzyczasie zmienił właścicieli.
Irlandzcy wyzyskiwacze Narodu Polskiego sprzedali go hiszpańskim wyzyskiwaczom Narodu Polskiego.
Na służbie u irlandzkich i hiszpańskich wyzyskiwaczy Narodu Polskiego pan Mateusz Morawiecki zarobił przynajmniej sto milionów złotych. Jest najbogatszym premierem od 1918 roku, czyli najbogatszym premierem w historii Polski.
Dzięki pracy w rządzie i przede wszystkim pracy dla wyzyskiwaczy Narodu Polskiego.

 

Głowa anonimowa

Rośnie nam nowy kult jednostki – kult Lecha Kaczyńskiego. W czasie kropienia i odsłaniania pomnika Lecha Kaczyńskiego w Kraśniku odczytano List od jego brata, pana sułtana Jarosława Kaczyńskiego.
Wśród licznych zasług ofiary katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, brat Jarosław wymienił posadę „ministra głowy państwa”. Chodziło o ministra prezydenta Lecha Wałęsy. Ale jak widać „prezydent Lech Wałęsa” nie przechodzi przez gardło obecnego pana sułtana Kaczyńskiego i zastępuje go enigmatyczną „głową państwa”.
W czasie stanu wojennego cenzura nie pozwalała na wymienianie w środkach masowego przekazu nazwiska Lech Wałęsa, zwłaszcza jako przewodniczącego zdelegalizowanej NSZZ „Solidarność”. Taka decyzja była powodem do wielu kpin. Jacek Federowicz narysował portret Lecha Wałęsy i podpisał „Portret nieznanego mężczyzny z końca XX wieku”. Nie minęło 40 lat i znów ta karykatura staje się aktualna.
Czy oznacza to, że mamy już wstęp do kolejnego stanu wojennego?

Magdalena Ostrowska (1978-2017)

Pojutrze minie rok od śmierci naszej redakcyjnej koleżanki.

 

Magda była osobą niezwykłą. Była świetną dziennikarką, ale zupełnie nie pociągało Jej dziennikarstwo „polityczne”, relacjonowanie wydarzeń z życia politycznego jako rodzaj przedstawianie w którym jeden pan (lub pani) drugiemu panu (względnie też pani) powiedział (powiedziała). Z dwóch, zasadniczych Jej zdaniem powodów. Po pierwsze, dlatego że brzydziła się polityką zredukowaną do poziomu utarczek słownych czy mniej lub bardziej finezyjnych rozgrywek. Taktycznymi sojuszami i gierkami mającymi zapewnić doraźne korzyści. Wzrost słupków, możliwość zawarcia aliansu, utrącenia inicjatywy przeciwników, nie mówiąc już o sprawach zaspokojenia własnych ambicji polityków. Mierziło Ją to. Ale drugi powód był jeszcze istotniejszy niż wstręt do politycznej kuchni – uważała, że takie relacjonowanie polityki służy pogłębianiu oderwania jej od tego, co w Jej rozumieniu było naprawdę istotne: od fundamentalnego konfliktu pomiędzy wyzyskującym a wyzyskiwanym. Bo Magda była prawdziwą marksistką i rewolucjonistką z przekonania. Dla Niej wszystkie inne podziały i identyfikacje , mówiąc językiem marksistowskim, dokonujące się tylko w obrębie nadbudowy, były nie dość że bez istotnego znaczenia, to były wręcz szkodliwe, bo odwracały uwagę od tego, co naprawdę ważne, służyły temu, aby zaciemniać zrozumienie tego, co stanowi absolutną podstawę stosunków społecznych. Swoje dziennikarstwo traktowała więc jako misję, chodziło Jej bowiem nie o to, aby relacjonować igrzyska, ale by tłumaczyć świat. I być zawsze po stronie pokrzywdzonych.

Podobnie rozumiała swoje drugie posłannictwo, którym była edukacja – równolegle z pracą dziennikarską pracowała jako nauczyciel akademicki. Nie szukała kariery, nie dbała o granty i tytuły. Jej niegdyś zaczęty doktorat do tej pory leży w kartonowym pudle. Nigdy go nie dokończyła, bo miała ważniejsze sprawy. Wolała uczyć, a w Jej rozumieniu znaczyło to też przede wszystkim objaśniać i inspirować.

Jej domeną były więc przede wszystkim konflikty socjalne. Nie „sprawy socjalne” będące w swojej istocie pojęciem przejętym przez niektóre nurty lewicy, w szczególności socjaldemokratów, a wywodzące się z myśli chadeckiej, lecz właśnie „konflikty”. Bo każdą z opisywanych przez siebie spraw właśnie jako konflikt postrzegała.

Nietrudno zdać sobie sprawę, jak trudno komuś z takim nastawieniem znaleźć dla siebie miejsce. Bo też ciągle komuś wchodziła w drogę. Swoją misję rozpoczynała z entuzjazmem, tracąc po drodze chyba wszystkie złudzenia, jakie można było mieć i stracić – do polityków z gębami wypchanymi frazesami lecz skłonnych traktować głoszone przez siebie poglądy jako przedmiot przetargu, do związkowców skłonnych poświęcać pracowniczy interes w imię politycznej kalkulacji, do mediów godzących się na swoją dyspozycyjność wobec finansowych i politycznych sponsorów. I wiedziała też, że w tym świecie nie da się działać bez chodzenia na kompromisy, choć to słowo nie miało dla Niej pozytywnych odcieni bycia synonimem jakiegoś „złotego środka”. Znaczyło tylko „musieć z czegoś zrezygnować, aby coś ocalić”. I aby móc pisać.

Choroba uniemożliwiła Jej pisanie już kilka miesięcy przed śmiercią. Dla Niej, osoby dla której było ono sensem życia, to poczucie niemocy było wręcz niewyobrażalnie dotkliwe. Ale do końca starała się nie poddawać, przekuwać swoją niemoc i swój gniew w jakieś konstruktywne działania. Sparaliżowana, dzień w dzień czyniła wielki wysiłek, aby nauczyć się poruszać na wózku, aby znów móc siąść przed klawiaturą komputera.

Nie udało się. Choć chorowała długo, Magda odeszła nagle i niespodziewanie. Niewiele ponad tydzień po swoich 39-tych urodzinach. Banalne i niestosowne jest stwierdzenie, że to za wcześnie. Od roku świat nie jest już taki sam jak przedtem. I nigdy już nie będzie.