Niewdzięczność

Poskarżył się we Wrocławiu prezes Kaczyński, że polskojęzyczne media są chętniej słuchane niż te prawdziwe, polskie, nadzorowane przez PiS. …Tych niedobrych i siejących nieprawdę jest więcej, choć jest z naszymi (rządowymi) coraz lepiej…. Jednak prezes często, tak i w tym przypadku, oszczędnie gospodaruje prawdą. Dawna telewizja publiczna dysponuje kilkoma, szeroko dostępnymi kanałami. Publiczne radio emituje kilka programów ogólnopolskich i do tego 17 programów regionalnych. Media te zasilane są miliardami z publicznej kasy, bo obywatele nie chcą płacić abonamentu. Przypomnę, że z abonamentu nie korzystają stacje prywatne.
Przed kamerami i mikrofonami zasiadają wyselekcjonowani dziennikarze i funkcjonariusze PiS-owskiej propagandy. Na zapleczu czujni cenzorzy decydują o czym ma być mowa. Mimo tych zabiegów słuchalność i oglądalność mediów publicznych bardzo spada, szczególnie stacji radiowych. TVP nadrabia te spadki transmisjami sportowymi i sylwestrami w Zakopanem.
Prawicowe gazety zasilane są setkami milionów złotych ze spółek skarbu państwa. Bez tego błyskawiczne zakończyłyby swój żywot. Zamieszczane tam reklamy to dla spółek wyrzucanie pieniędzy w błoto, ale z tego żyją redakcje. Owe gazety są mocno eksponowane w kioskach i sklepach lub stacjach benzynowych. Tymczasem odnotowują one gwałtowny spadek sprzedaży. Zatem media prezesa Kaczyńskiego mają zdecydowaną liczebną przewagę w eterze. Piszę oczywiście o programach produkowanych i emitowanych w kraju. Jednak niewdzięczni obywatele biorą swoje 500+, a oglądać i słuchać rządowych mediów nie chcą. Wolą te polskojęzyczne. I to bardzo boli prezesa.

Prawda ekranu

Problem, z którym zmaga się polski przemysł rozrywkowy, nie nazywa się Filip Chajzer. Nazywa się „późny kapitalizm”.

 

Moda na programy zbudowane na fundamentach ze stereotypów, ośmieszania, doprowadzania uczestników do stanów nerwicowych, stosowania wymyślnych form zakamuflowanej przemocy – to plaga trawiąca wszystkie stacje, nie tylko TVN, choć ten ma niewątpliwie najbardziej rozpoznawalne formaty. To zresztą słynna maksyma Edwarda Miszczaka: „trzeba znaleźć normalsa, postawić go w trudnej sytuacji i filmować”. I o ile nikt nie ma do kultury popularnej pretensji o to, że wprowadził do telewizji figurę tzw. zwykłego człowieka obok gwiazd i komentatorów „dyżurnych” (przełomowym w polskiej świadomości okazał się „Big Brother” ze swoim niewątpliwym potencjałem socjologicznym) – to niestety coraz częściej programy te przybierają formę okrutnego rytuału przeczołgiwania w imię świętej oglądalności (znów, Edward Miszczak w kontekście pierwszej edycji „Top Model” określił to „koniecznością wykazania się wystarczającą odpornością fizyczną, psychiczną i umysłową”).
W niektórych formatach nadawca i odbiorca są ściśle określeni, w niektórych granica ta się zaciera, jeszcze w innych zapętla. Oglądamy piosenkarzy w roli kucharzy, kucharzy w roli sportowców i podróżników, podglądamy aspirujących do i uciekających od. Niezależnie jednak od tego, jaka jest konwencja danego show, przestaje być niestety aktualne stwierdzenie prof. Wiesława Godzica, że „od normalsa w telewizji nie oczekujemy mądrości, oczekujemy ciepła, sympatii i takiego bycia razem”. Coraz częściej oglądamy, żeby poczuć się lepiej – jego kosztem.

 

Uprzedmiotowienie

„Ameryka Express” osiągnęła status fenomenu, w którym występuje gradacja „użycia”: mieszkańcy Ameryki Łacińskiej są „używani” przez polskich uczestników, polscy uczestnicy – przez scenarzystów, wymyślających płonące obręcze i piłeczki do podrzucania. Czasem komuś się ulewa. „Afera Chajzera” obiegła na początku listopada ogólnopolskie media i skończyła się skargami do KRRiT.
– Główne zarzuty przedstawione w tych skargach to nieetyczny scenariusz audycji, propagowanie szkodliwych schematów kulturowych, przejaw molestowania w przestrzeni publicznej – powiedziała rzeczniczka Rady Teresa Brykczyńska.
Jednym z zadań uczestników programu było pocałowanie w usta trzech przypadkowych osób płci przeciwnej na ulicach Limy (akcja feralnego odcinka 10 rozgrywała się w Peru). Przypadek chciał, że akurat ten odcinek obejrzałam „w gościach” i już wtedy przeczuwałam, że będzie z tego medialna afera, poszła ona jednak w innym kierunku, niż przewidywałam. Sądziłam, że oprócz molestowania w przestrzeni publicznej, równie mocno napiętnowany zostanie neokolonialny sznyt programu, który wbrew temu, jak chciałaby przedstawiać go prowadząca Agnieszka Woźniak-Starak („to fantastyczny format, w którym oglądamy nie tylko zmagania uczestników, ale również najpiękniejsze zakątki świata i w luźnej, rozrywkowej formie staramy się przybliżyć inne kultury”), jest przesycony stereotypowymi obrazkami „dzikich” – prostych, lecz o złotym sercu (widać to zresztą doskonale w tym samym odcinku, kiedy nawet lektor ma ubaw z grupy zachwyconych latynoskich kobiet skupionej wokół Tomasza Karolaka). Sam zresztą koncept naciągania miejscowych na darmowy nocleg przez Europejczyków z kamerą jest mocno chwiejny etycznie, zwłaszcza, że nie pukają do drzwi lokalnych bogaczy, lecz są ugaszczani przez wielodzietne rodziny lub drobnych ciułaczy, dla których dwie gęby przy stole więcej będą odczuwalne przez najbliższe tygodnie.
Całowanie przypadkowych przechodniów było więc nie tylko naruszeniem granic drugiego człowieka, było ordynarnym wkroczeniem w intymną sferę przez białą kulturę, przekonaną, że jej się należy, że może sobie wziąć, rozepchnąć się w ubogim kraju, bo i tak nie rozumie po hiszpańsku-peruwiańsku i jej też nie zrozumieją, ergo nie zaprotestują. Niektórzy całujący odkryli magiczny przepis na sukces, (w pewnych kręgach nazywa się on „consent”), inni – w tym Filip Chajzer właśnie – ruszyli na podbój ust przypadkowych Peruwianek niczym szarżujące byki z rodeo. I wtedy paradoksalnie zaistniało ryzyko autentycznego poniesienia uszczerbku na zdrowiu bohaterów na wizji, bo o ile osobiście nie jestem zwolenniczką internetowej retoryki pt. „Filip Chajzer i ludzie jego pokroju to chujki zasługujące jedynie na kopnięcie w genitalia”, to niewykluczone, że właśnie w ten sposób – lub głośnym krzykiem – zareagowałabym, gdyby nieznajomy na ulicy zaczął naruszać moje granice, wymuszając stricte erotyczny gest. Zastanawia też, że żadnemu z celebrytów nie przyszło zupełnie do głowy, iż za chwilę może zwyczajnie dostać po pysku od męża lub brata całowanej, który wyskoczy gdzieś zza winkla.
Na Filipa Chajzera spadło odium internetowego, słusznego gniewu, który celebryta dodatkowo spotęgował, wklejając na swoim Facebooku zdjęcie Heleny Łygas, dziennikarki Wirtualnej Polski, która opisała na portalu przebieg odcinka. Tekst red. Łygas napisany był w tabloidowej manierze, która kazała nazwać Chajzera „królem babcinych serc” i „ulubieńcem cioć”, zwracał jednak uwagę na ważny problem – jak na razie bodaj jako jedyna autorka WP dała do zrozumienia, że oprócz naruszania granic kobiet chodziło o uprzywilejowaną pozycję białych, majętnych mężczyzn z centrum Europy. Na koniec napisała też zdanie, które powinno obiec wszystkie media społecznościowe, ale niestety utonęło, tak jak i reszta pogłębionej dyskusji w oburzeniu faktem umieszczenia zdjęcia dziennikarki na Facebooku: „Telewizja, czy ją poważamy, czy nie, mimowolnie wychowuje społeczeństwo. Pokazując, że mężczyzna może znienacka pocałować kobietę bez jej pozwolenia, winduje takie zachowanie do poziomu normy społecznej”.
Żeby nie było – absolutnie nie mam zamiaru bagatelizować tego, co zrobił Filip Chajzer w social mediach. Kiedy zamierzasz wejść w dyskusję z autorem, jasne jest, że linkujesz jego tekst, nie zaś pokazujesz fanom jego gębę, pragnąc odwrócić uwagę od istoty sprawy. Czy Wirtualna rzeczywiście prowadzi – jak twierdzi Chajzer junior – personalną nagonkę na niego i na jego rodzinę, nie mam zamiaru wnikać. Jego zachowanie w ogólnopolskim programie rozrywkowym ma prawo być komentowane. Uciekła nam jednak w tym wszystkim ważna konkluzja, że zagoniono nas w kozi róg z formatami, na potrzeby których uczestnicy podpisują kontrakty i zobowiązują się niejako in blanco do wykonywania możliwie najbardziej zawstydzających poleceń wymyślonych przez scenarzystów. Później, nękani widmem kary finansowej, usiłują uwieść pracownice hotelu w celu zapewnienia sobie darmowego pobytu bądź jedzą łyżkami chrabąszcze świeżo upieczone nad ogniskiem. Nie namawiam do heroicznego opuszczania programu, na którym chciało się w założeniu zarobić. Gdyby jednak komuś zaświtała w głowie taka straceńcza myśl, to zapewne stacja byłaby w kłopocie, musząc tłumaczyć się z decyzji celebryty, który odmówił łamania praw człowieka. Gdyby wykonania dyskryminującego zadania odmówiła solidarnie nawet połowa uczestników, mielibyśmy już do czynienia z trendem, nie precedensem.

 

Przymus

Józia Obrochta, góralka z Kościeliska, to bohaterka jednego z odcinków programu „Damy i wieśniaczki” emitowanego w TTV. Rosyjski format różni się od polskiego in plus – przede wszystkim ma większą rację rację bytu w kraju, gdzie różnice kulturowe i geograficzne (a przede wszystkim nierówności majątkowe) są tak ogromne, że zamiana ról na 5 dni dla obu bohaterek staje się egzotycznym doświadczeniem. Przede wszystkim jednak w Rosji większy nacisk położono na walor edukacyjny i poznawczy: jedni uczą się, jak smakuje praca, inni – że mogą i powinni – zadbać o swój odpoczynek i pozytywne wzmocnienie. Jeśli zaś idzie o polską edycję, trudno pozbyć się wrażenia, że pomimo całego szumu wokół „zaganiania” do pracy warszawskich celebrytek, chodzi głównie o przedstawienie w krzywym zwierciadle kobiet ze wsi i prowincji. Dla Józi pobyt w Warszawie okazał się męczarnią, z której, oglądając odcinek wyemitowany 6 października, przez cały przerywany reklamami czas najszczerzej pragnęłam ją wyrwać.
Oto, jak stacja zapowiedziała odcinek: „Wieśniaczka sprawia wrażenie pogodnej osoby, ale pod uśmiechem skrywają się niepewność, kompleksy i zmęczenie Jak góralka z krwi i kości odnajdzie się w stolicy? Czy pobyt w Warszawie pozwoli jej odzyskać pewność siebie? Czy zgodzi się na inwazyjny zabieg upiększający, którego efekty będzie musiała pokazać po powrocie mężowi?”.
Ileż śmiechu musiało wywołać, gdy krzepką góralkę stołeczne przyjaciółki Damy – Sylwii Bomby – zaprowadziły na lekcję tańca brzucha i ubrały w „jakieś islamskie gacie”. Kobieta zaczęła pomstować, odgrażać się, że zaraz się spakuje i pojedzie do domu, że to obce, dziwne, nie dla niej. Przyjaciółki skonsternowane: co ta prowincjuszka wymyśla? W końcu jednak Józia skapitulowała i przetańczyła z nimi swoją pańszczyznę przy arabskich rytmach. Jak ją ostatecznie do tego przekonały, do końca nie wyjaśniono.
Za to dobitnie pokazano, co grozi krnąbrnym uczestniczkom w kolejnej scenie, która zmroziła mi krew w żyłach. „Inwazyjnym zabiegiem”, o którym stacja wspomina w zajawce, okazało się powiększenie ust. Bo właśnie takimi dysponuje Dama. Więc najwyraźniej i Wieśniaczka powinna, jeśli nie chce złamać warunków kontraktu. Kobieta wyraźnie komunikowała pracownicom kliniki, do której ją zabrano, że nie życzy sobie zabiegu, boi się go, uważa go za szkodliwą ingerencję w jej ciało, nie będzie chciała go powtarzać. Zawołano prowadzącą, aby interweniowała. Siła tego, co niewypowiedziane, a co zapisane w kontrakcie z medialną korporacją, jest wielka. Na moich oczach, a przy okazji na oczach tysięcy odbiorców, odbyło się łamanie charakteru.
Czy interwencja prowadzącej program była konieczna? W moim przekonaniu tak, lecz w zupełnie innym kontekście. Sytuacja z „islamskimi gaciami” ujawniła potencjał programu do rozładowania uprzedzeń (a to jeden z pozytywnych przykładów oddziaływania wpływu dużego miasta). Zamiast porozumiewawczych uśmiechów ponad głową spanikowanej bohaterki, twórcy programu mogli zaproponować rozmowę na temat historii tańca, pokazać, że jest dziś wyzwalającą, emancypującą rozrywką kobiet z różnych stron świata. Jednak pokusa zrobienia z góralki Józi „tej głupiutkiej” zwyciężyła i skradła show.

 

Seksualizacja

Guru światowej mody, Karl Lagerfeld, powiedział: „Jak któraś nie chce zdjąć majtek, to zamiast pracować jako modelka, niech idzie do klasztoru”. I twórcy programu „Top Model: zostań modelką” najwyraźniej wzięli to sobie do serca, wyrzucając Magdalenę Roman, która nie zgodziła się na rozbieraną sesję. Paradoksalnie, dziś pozuje m.in. dla Chanel, na sprzeciwie wyrobiła własną markę.
Program jest emitowany na antenie TVN od września 2010. Już po pierwszej edycji KRRiT została zasypana skargami na epatowanie erotyzmem i wulgarność. Przeciwko zdjęciom do drugiej edycji protestowali Piotr Szumlewicz i Agnieszka Mrozik – oprócz rozseksualizowania zwrócili uwagę na kwitnącą w programie mowę nienawiści.
„Istotą programu było systematyczne upokarzanie i obrażanie uczestniczących w nim osób. Prowadzący traktowali uczestniczki programu pogardliwie. W audycjach często pojawiały się bardzo obraźliwe wypowiedzi dotyczące ich urody, wieku czy inteligencji” – alarmowali publicyści. Udokumentowali swoje zarzuty, przytaczając przykłady wypowiedzi jurorów kierowanych do uczestniczek: „Przyznaj się do cycków – robiłaś je czy nie?”, „Pobaw się balonami”, „Zdejmij stanik to przejdziesz dalej”, „Twój biust wygląda jak rozmiar D i wisi ci jak u starej Murzynki”; „Wyglądasz jak słoń morski wylegujący się na plaży”; „Mamy tu młodą twarz i stare dłonie robola”. Wielokrotnie na ekranie padały wyzwiska: „pustaki”, „świnki”.
Oburzenie sięgnęło zenitu, kiedy projektant Dawid Woliński na wizji postanowił sprawdzić organoleptycznie, czy piersi 26-letniej Angeliki Fajcht są naturalne, czy „zrobione”. Szef KRRiT uznał, że ten wybryk powinien kosztować stację 200 tys. zł. Ostatecznie sprawa otarła się o sąd: TVN wywalczył w apelacji zmniejszenie kary do 150 tys. za „treści naruszające godność ludzką”. Stacja broniła się, iż sama uczestniczka „nie sprawiała wrażenia, jakby jej godność została naruszona”.
– Program miał pokazywać osoby, które oprócz pięknego ciała mają do zaoferowania również ciekawą osobowość. Jurorzy powinni pomagać dziewczynom w rozwoju, by stały się świadome własnego ciała, by je szanowały – komentował wówczas prof. Godzic. – Rolą jurorów w tym programie miało być postrzeganie kobiecego ciała jako dzieła sztuki, a nie obiektu seksualnego.
Angelika Fajcht została zresztą przez stację wystawiona na pośmiewisko internautów po raz kolejny: zaproszono ją do „Dzień dobry TVN”, gdzie razem z zespołem Patty wystąpiła w roli gitarzystki z playbacku („Gitara była dla ozdoby, wykonałam zadanie perfekcyjnie!” – broniła się modelka”). I wiecie co, przy tej okazji powiedziała też coś niezwykle mądrego (choć nie widziałam, by akurat tę wypowiedź TVN chętnie cytował): „Pokazałam że nawet modelka, która nie gra na gitarze, może wystąpić, a i tak większość rzeczy leci z playbacku. Tak to jest, że dziś jesteś na topie, a jutro może już świat o tobie nie pamiętać. Zwłaszcza, że telewizja zje, przegryzie, a jak jesteś niepotrzebna, wypluje, to znaczy zwolni…”

 

Pogarda

TVN może odetchnąć, na chwilę przeniesiemy się do sąsiedniego koncernu – właśnie trwa 14. seria „Chłopaków do wzięcia” Polsatu. Dokument twórców „Czekając na sobotę” oraz „Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym” o mężczyznach ze wsi i zbiedniałej prowincji, szukających życiowych partnerek, formalnie jest pejzażem socjologicznym, ale w praktyce oglądany jest jako kryptokabaret.
„Musi umieć ugotować, uprać, pozmywać, posprzątać. Wtedy to jest lux kobieta. Do tańca i do różańca. Wszystko zrobi. Do wszystkiego” – mówi „kawaler” z prowincji, a widzowie z Warszawy, Poznania czy Gdańska chrupią popcorn. Temu brakuje połowy zębów, ów próbuje wysyłać seksowne SMS-y z błędami ortograficznymi w drodze do pośredniaka. I nie zdaje sobie sprawy, że funkcjonuje jako zupełnie inny „pan z telewizji” niż Krzysztof Ibisz czy Hubert Urbański.
W styczniu 2018 na producentów posypały się gromy po śmierci jednego z chłopaków do wzięcia, 31-letniego Romka „Napoleona” Paszkowskiego. Szefowa PR Polsatu wysłała redakcjom kuriozalną informację, jakoby „bohater zmarł śmiercią naturalną, prawdopodobnie na zawał serca”. Widzowie komentujący w internecie nie mieli litości: „na waszych oczach umierał człowiek”, „przez Polsat wpadł w dołek jeszcze głębiej”.
Tajemnicą poliszynela było, że zmarły mężczyzna miał problemy z alkoholem, bezskutecznie walczył z uzależnieniem, ponoć również z zaburzeniami osobowości. Gminny OPS w Sońsku wysłał go na staż w porozumieniu z Urzędem Pracy. Po kilkukrotnym przedłużaniu go w czasie, ostatecznie Romek całkowicie go porzucił. Pojawiły się głosy pracowników socjalnych, że udział w programie okazał się dla niego mimo wszystko niedźwiedzią przysługą: kiedy dostawał ok. 500 zł po nakręceniu odcinka, natychmiast zaczynali krążyć wokół niego koledzy od kieliszka. Wówczas przestawał pojawiać się w pracy. W międzyczasie wdawał się w awantury, trafił nawet na warszawską wytrzeźwiałkę. Producent Jerzy Morawski twierdził, że było zupełnie inaczej: „Nigdy Romka nie widziałem pijanego. Alkohol występował tylko w jego opowieściach. Według mnie był bardzo obowiązkowy, czasem odmawiał nagrania, bo mówił, że ma pracę”. Część internautów upierała się jednak, że nawet na wizji występował ewidentnie „pod wpływem”. Po dramatycznym zwrocie akcji padły w mediach społecznościowych propozycje, by od nowego sezonu zmienić formułę programu – tak, aby nastawiony był na pomoc uczestnikom, nie tylko pokazywanie ich miłosnych dylematów i tęsknot okiem chłodnego obserwatora.

 

Więcej pogardy

Szczyt klasizmu i publicznego upokarzania? Mamy go: to oparty na brytyjskim formacie „Projekt Lady”, gdzie młode kobiety z dołów społecznych przechodzą bolesne metamorfozy pod okiem trenerki rozwoju osobistego i specjalistki od savoir-vivre’u. Podobnie jak w przypadku „Dam i wieśniaczek”, format ten ma zanurzenie w realiach kraju, w którym powstał. W Wielkiej Brytanii, monarchii z silną tradycją stanową i tęsknotami za dawną arystokracją wyrażającą się w zaciszach prywatnych szkół, gdzie po godzinach grywa się w krykieta, noszenie pereł, anglezowanie, wbijanie w mundurek – w codziennym życiu pracownicy sklepu spożywczego jest wprawdzie podobnie bezużyteczne, odwołuje się jednak do wzorców oswojonych i znanych Brytyjkom, w tamtych realiach może więc nieść emancypacyjny w jakimś stopniu potencjał. W polskiej, postpeerelowskiej rzeczywistości zakrawa wyłącznie na – jak słusznie nazwał to Stanisław Chankowski w „Kontakcie” – wyzwolenie do przymusu.
Dziewczyny z alkoholowych, przemocowych rodzin, z domów dziecka, z dziedziczonej biedy, mają poznać zbawienną moc zasad i regulaminów. Przestrzeganie zasad samo w sobie miewa pozytywny wpływ, poprawne posługiwanie się sztućcami zapewne również może się niekiedy w życiu przydać, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że według twórców wystarczy sam „remont fasady”, by dalsza część pozytywnych zmian zadziała się magicznie (na tej samej zasadzie działają formaty w stylu „Perfekcyjnej pani domu”). Fajnie jest sprezentować luksusowego fryzjera i manicure młodej kobiecie, która tego pragnie, nie zapewni to jednak kompleksowej opieki psychologicznej i socjalnej. To, że po powrocie do domu, zamiast zrobić kanapkę, bohaterka będzie skubała bułkę opuszkami palców, narazi ją co najwyżej na kpiny.
Prócz tego program spełnia taką samą rolę cyrkowej areny, jak wspomniana wyżej produkcja Polsatu. Filmujemy wyprawę do SPA, gdzie spuszczone ze smyczy imprezowiczki upijają się i robią burdę, towarzyszymy im w klubie i wyczekujemy w napięciu, która pierwsza pójdzie w tango lub rzuci na wizji „kurwą”. Wyjątkowo nieetycznego „eksperymentu” dopuściła się jedna z jurorek w ubiegłym roku, w 2. sezonie programu.
Tatiana Mindewicz-Puacz kazała uczestniczkom odczytywać na głos ankiety, sporządzone przez studentów Collegium Civitas. Studenci otrzymali od wykładowcy zdjęcia uczestniczek i anonimowo podzielili się opiniami na ich temat. Jakie to były opinie? „Wulgarna, tandetna laska”, „towar wielokrotnie macany staje się nieatrakcyjny”, „Czy ona pracuje jako prostytutka?”. Michał Przymusiński, na którego powołano się w programie, odpowiedział: „Przekaz dotyczący mojej osoby jest manipulacją. (…) Nie miałem cienia wątpliwości, że ankiety są zbierane za zgodą i wiedzą osób ocenianych, ponieważ tak mi to zostało przedstawione; powiedziano mi, że opinie te będą wyłącznie do wiadomości osób ocenianych i pomogą im w samodoskonaleniu i pracy nad wizerunkiem – dlatego ankiety były anonimowe i przekazane od razu członkom ekipy; Podczas nagrania nie było mowy o publicznym wykorzystaniu ankiet, ani koncepcji programu czy jakiejkolwiek rozmowy nt. scenariusza programu”.
Negatywne konsekwencje działań stacji poniosły więc nie tylko uczestniczki, ale również wykładowca oraz uczelnia, na którą się z lubością powoływano. Z serii „strategie rozwoju osobistego”: jeśli chcesz dać komuś „motywacyjnego kopa”, powiedz mu, że wygląda jak kupa gówna.

 

***

Opcja „wyrzucić telewizor” to niestety za mało. Jeśli po prostu uznamy, że kultura masowa nas nie dotyczy, bo jesteśmy ponad, nie znaczy, że automatycznie przestanie istnieć w swojej obecnej formie. Opcja „nie oglądać” sprawi, że jedne sensacyjne i przemocowe formaty, które okazały się niedochodowe, będą zastępowane podobnymi. Gigantów medialnych na to stać. Nie ma odpowiedzi szybkiej, prostej i na dziś, kiedy w sformułowaniu „rynek rozrywki” kluczową składową jest „rynek”. Odpowiedź jest (niestety) w edukacji, w nagłaśnianiu złych praktyk, apelowaniu do telewizyjnych gigantów, naciskach na celebrytów i medioznawców w social mediach, a przede wszystkim tworzeniu i promowaniu rozrywki etycznej, poszerzającej horyzonty. Bo nieprawdą jest, że nie ma za co chwalić. Androgeniczny Michał Szpak, którego odkrył TVN („X-Factor”), a przechwyciła Telewizja Polska, udowadnia teraz z powodzeniem, że strach przed okropnym potworem dżenderyzmu ma jedynie wielkie oczy. I to w telewizji Jacka Kurskiego!

Granatowe na szarym w TVN

Może być zresztą każde inne zestawienie kolorów, ale nie czarno na białym, bowiem tak nazwany program telewizyjny – w założeniu obiektywny – w stosunku do SLD okazał się najzwyklejszą manipulacją.

Sojusz Lewicy Demokratycznej, przez długi czas lekceważony i pomijany, wraca na radiowe i telewizyjne anteny. Ale bez szału, z konieczności, bo procenty poparcia mu rosną i coś z tym, dla bardzo wielu niechcianym faktem, trzeba zrobić, czyli jednak pokazać. I tak też się stało 17 maja w programie TVN „Czarno na białym”, którego tematem były możliwości powstania ponadpartyjnej opozycji, dążącej do odsunięcia PiS od władzy. Ale jej autorom i realizatorom pomyliły się kolory – białym pomalowano Platformę Obywatelską i, z nieukrywanym żalem, dodano go Nowoczesnej, a czarnym wcale nie Prawo i Sprawiedliwość, a SLD.

Białym, czyli dobrym

jest Platforma Obywatelska organizująca pokazywane manifestacje, oraz Grzegorz Schetyna mówiący jedynie o wspólnym antypisowskim froncie. Ani słowa więcej, gdyż wg. TVN dobry nie musi nic więcej mówić, ani tym bardziej się tłumaczyć, bowiem jest przecież dobry. Jeżeli by dziś szukać tego dobra w Platformie, to wyraża się ono tylko w dwojaki sposób: niewątpliwie jest największą, po PiS, partią polityczną, i także niewątpliwie chce klęski PiS. Pozostaje jednak cała reszta tego „dobra”, które poznaliśmy w okresie minionych dwóch kadencji rządów PO, że wymienię tylko: mitologizację problemów finansowych państwa wyrażającą się w lekceważeniu potrzeb i warunków życia obywateli, ustawę dezubekizacyjną z 2009 roku, akceptację funkcjonowania Instytutu Pamięci Narodowej, krętactwa wokół członkostwa w Trybunale Konstytucyjnym, nie oddanie pod Trybunał Stanu Zbigniewa Ziobro za jego wcześniejsze ministerialne decyzje, i szereg innych, powszechnie znanych. W tamtym okresie pan Schetyna zajmował prominentne stanowiska nie tylko w swojej partii ale i w rządzie, jednak jakoś do głowy mu nie przychodzi przeprosić obywateli za złe, minione czyny Platformy, nie mówiąc o zobowiązaniu stosownego ich naprawienia. Ta partia, w odróżnieniu od SLD, który za swoje błędy zapłacił utratą miejsca w Sejmie, nie chce publicznie dokonać rachunku sumienia. Natomiast jej program na przyszłość – niejasny, ciągle ulegający zmianie i w sumie pokrętny – daleko odbiega od rzeczywistych potrzeb państwa i oczekiwań obywateli, niosąc w sobie możliwość powtórki z niedalekiej przeszłości. I z takim to „dobytkiem” chce PO stać na czele antypisowskiej opozycji.
Okazuje się więc, że nie tylko miłość jest ślepa, ale również polityczne sympatie i wybory dziennikarzy TVN.

Nie krokodyle łzy,

ale szczere wylewają autorzy „Czarne na białym” nad losem – czytaj upadkiem – Nowoczesnej, również białej-dobrej. Tej – jak mówiono w programie – wielkiej nadziei na polskiej scenie politycznej, poświęcono gros programu, w którym wielokrotnie, bardzo obszernie i absolutnie nieprzekonująco, wypowiadały się liderki wrogich opcji w „N”. Był też Ryszard Petru – jak mówi, rozmawia, maszeruje i odchodzi – bardzo przystojny mężczyzna, zawsze nadzwyczaj elegancki, wzbudzający sympatię. Twórca partii, która właśnie spada w przepaść, a on w aktualny polityczny niebyt, zapoczątkowanych wypraniem „N” z idei, a zakończony szkolnym błędem, czyli zagraniczną wycieczką z osobą towarzyszącą oraz buntem niewdzięcznych pań.
Smutną konstatacją, że Nowoczesna mogłaby nawet zastąpić Platformę, i że byłaby liczącą się antypisowska siłą, tak się wzruszyłem, że prawie pociekły mi łzy.

Czarny charakter, a może koń?

Jak przystało, w od lat uprawianej postsolidarnościowej retoryce i propagandzie, w roli czarnego charakteru występuje w tym programie SLD.
Po pierwsze – zarzuca się SLD, że nie chce uczestniczyć, u boku Platformy, w koalicji przeciw PiS. Prezentowane były wielokrotnie krytyczne wypowiedzi Czarzastego pod adresem Schetyny, ale brak wyjaśnienia ich przyczyn. Jak na dociekliwość dziennikarzy ze stacji TVN to co najmniej elementarny błąd. A może po prostu wcale nie chodziło o to aby przedstawić telewidzom racje lidera, a tylko zapisać w ich pamięci przekonanie, że SLD jest partią nieodpowiedzialną, bo nie chce uczestniczyć we wspólnym froncie? Czarzastemu, w odróżnieniu od rozgadanych pań z Nowoczesnej, nie dano szansy.
Po drugie – pewność wyborczego sukcesu lidera partii i Sojuszu, poprzez odpowiedni dobór materiału i w kontekście do losu Nowoczesnej, telewidz odczytać może bez kłopotu, jako zbyt pochopną, a nawet wątpliwą.
Po trzecie – prezentacja osoby Włodzimierza Czarzastego, jego zachowanie, rodzaj dobranych wypowiedzi, i nawet bzdurne szczegóły dotyczące kolorowego sweterka – kto zna się choć trochę na telewizyjnej „kuchni” to zauważył – miały go dezawuować jako przywódcę partii, a co za tym i lidera lewicy. Sam zresztą o sobie mówi: „to komuch jest, cholera. On jest nieestetyczny”. Niewątpliwie Czarzasty nie posiada charyzmy, nie wszedł by nadto nawet do eliminacji konkursu na Mister Poland, ale, jak wielokrotnie potwierdziła to historia, ważniejsze przymioty wyznaczały sukces rządzących na tym świecie.
Włodzimierz Czarzasty w ostatnim okresie wielokrotnie zabierał głos w debacie publicznej, ale na szczególną uwagę zasługuje jego rozmowa z Łukaszem Pawłowskim i Filipem Rudnikiem na łamach internetowej Krytyki Liberalnej (Nr 488 z 15.05.2018). Program SLD prezentowany przez Czarzastego (sześć punktów, które powinny być dobrze znane nie tylko członkom partii, ale nadto wszystkim obywatelom) jest racjonalny, odpowiadający nie tylko oczekiwaniom większości Polaków ale także polskiej racji stanu w obecnym czasie. Zwraca także uwagę szacunek dla pozostałych ugrupowań lewicy, otwartość na wyborców innych partii, krytyczne opinie o PO, a konstruktywne o minionych błędach SLD.
Warto z tej wypowiedzi zacytować chociaż skromne, acz bardzo ważne i charakterystyczne fragmenty:
– Uważamy, że bogaci powinni płacić większe podatki, biedniejsi niższe, a progów podatkowych powinno być pięć – od 15 proc. dla tych, którzy zarabiają poniżej 30 tys. złotych rocznie, do 40 proc. dla tych, którzy zarabiają powyżej 200 tys. złotych. Dlaczego? Bo uważamy, że różnica między najwyższym wynagrodzeniem a najniższym powinna być jak najmniejsza.
– Silna Europa. To jedyna szansa dla Polski. Jestem przedstawicielem partii, która jest absolutnie euroentuzjastyczna – i taka będzie. Jesteśmy ortodoksyjni w tej sprawie. Włącznie z wprowadzeniem euro. Każdy, kto uważa, że po wejściu do UE w Polsce się nie polepszyło, musi być albo głupi, albo z aparatu partyjnego Prawa i Sprawiedliwości. To się zresztą często nie wyklucza.
– Ale nie każda partia mówi prawdę. Ja mówię na przykład o żołnierzach wyklętych, że to fantastyczni ludzie walczący o swoje ideały i o wolność, ale również mordercy, bo i tacy wśród nich byli, gwałciciele, bo byli tacy, złodzieje i sku***syny. Jaruzelski był dobry i zły. Nie zależy mi, by z kimś się na siłę zgadzać – ja mam swoje poglądy.
– Pan ode mnie nie usłyszy ani jednego złego zdania na temat któregokolwiek polityka i polityczki lewicy, niezależnie od tego, czy jest w SLD, czy nie. Na temat żadnej partii lewicowej też złego zdania nie powiem.
Nie tylko ta wypowiedź, wśród wielu innych, ale także olbrzymia, codzienna praca organiczna od podstaw, aby przywrócić lewicowej partii konieczne i należne miejsce na polskiej scenie politycznej dowodzą, że Czarzasty jest dziś rzeczywistym i bardzo poważnym partnerem politycznym.
To ostatnie zdanie adresuję także do dziennikarzy z TVN.

W roli gwoździa

do trumny eseldowskiego wstrzymania się od wspólnego frontu z PO wystąpił w tym programie Grzegorz Napieralski, były szef SLD, który musiał zrezygnować z przywództwa po porażce partii w wyborach w 2011 roku. Abstrahując już od faktu, który w kontekście obecnego wzrostu sondaży SLD wygląda na najzwyklejszą zazdrość, dodać koniecznie trzeba, że do dobrego tonu należy wstrzymywanie się z krytycznymi opiniami na temat następców. Nawet „parcie na szkło” i chęć jakiegokolwiek zaistnienie w przestrzeni publicznej tego nie usprawiedliwia.
Natomiast wypowiedź, także w tym programie, Włodzimierza Cimoszewicza, o koniecznym jednoczeniu sił antypisowskich przyjmuję ze zdziwieniem, bowiem do dziś przekonany byłem o krytycznej opinii byłego marszałka Sejmu, premiera, ministra i senatora na temat Platformy Obywatelskiej, która stworzyła, przez swoje poczynania, dobry początek dla aktualnych rządów PiS.
I tak to się na końcu okazuje, że nie koniecznie czarne jest na białym, a białe ma czarnym.