Awanturka o Szpakowskiego

W ostatniej chwili TVP dokonała zmiany komentatorów finałowego meczu Euro 2020/21 Włochy – Anglia. 70-letniego Dariusza Szpakowskiego zastąpił 48-letni Mateusz Borek, a decyzję o zmianie podjął 38-letni dyrektor TVP Sport Marek Szkolnikowski. Nie wszyscy uznali tę roszadę jako skutek naturalnej wymiany pokoleniowej.

Nie ma chyba definicji idealnego komentatora sportowego. Generalnie odbiorcy oczekują od nich przede wszystkim twórczego towarzystwa przy oglądaniu sportowych wydarzeń, czyli żeby się znali na dyscyplinie sportu, którą komentują, mieli dobry głos, odpowiednią dykcję, umieli ciekawie opowiadać o aktorach widowiska i w przystępnych słowach tłumaczyć to co się wydarzyło lub za chwilę może lub powinno wydarzyć na boisku. Wbrew pozorom nie jest to najłatwiejsze zajęcie, ale też nie aż tak trudne, żeby wymagało studiów uniwersyteckich. O hierarchii w tej profesji powinni decydować odbiorcy, ale faktem jest, że od dekad są skazani na wysłuchiwanie tych samych głosów, szczególnie w piłce nożnej.
Pierwsza realizacja telewizyjna na żywo z wydarzenia piłkarskiego miała miejsce już we wrześniu 1937 roku w Wielkiej Brytanii, ale w Polsce kibice na taki przekaz musieli poczekać do 10 marca 1957 roku, kiedy to Telewizja Polska pokazała towarzyski mecz dwóch warszawskich drużyn – Polonii i Gwardii. Mecze ligowe TVP zaczęła pokazywać od 7 kwietnia 1957 roku, a reprezentacja zadebiutowała na antenie telewizyjnej w czerwcu tego roku. Od lat 60. ub. wieku do 1982 roku wzorcem komentatorskim dla starszych pokoleń kibiców był Jan Ciszewski, którego głos towarzyszył relacjom z najważniejszych sukcesów odnoszonych w tym okresie przez polskich piłkarzy. Po 1982 roku schedę po Ciszewskim przejął Dariusz Szpakowski, który od 1984 roku aż do teraz we wszystkich najważniejszych wydarzeniach piłkarskich był główną twarzą TVP. Słyszeliśmy go relacjach z finałów pięciu mistrzostw świata i czterech mistrzostw Europy. Tylko w jednym turnieju był nieobecny, w Euro 2008, bo prawa telewizyjne do tej imprezy wykupił Polsat, a wtedy w tej stacji komentatorem numer 1 był Mateusz Borek. Potem wszystko wrócił do normy, ale piątego w karierze finału europejskiego czempionatu już jednak Szpakowskiemu nie dane było skomentować, chociaż jego nazwisko oraz nazwisko współkomentującego z nimi Andrzeja Juskowiaka były awizowane przez TVP jako komentatorów finałowego meczu Włochy – Anglia na Wembley.
W piątek jednak, dwa dni przed meczem, dyrektor TVP Sport Marek Szkolnikowski poinformował za pośrednictwem Twittera, że dokonał zmiany w obsadzie i zamiast Szpakowskiego i Juskowiaka do skomentowania finału wyznaczył duet Mateusz Borek – Kazimierz Węgrzyn. Co było powodem? Tu wersje są różne i przez każdą ze stron modyfikowane wraz z rozwojem sytuacji. A ona zmienia się dynamicznie, bo chociaż wielu kibiców miała mnóstwo pretensji do jakości komentarzy Szpakowskiego i Juskowiaka, czemu tu i ówdzie dawało wyraz, to takie nieeleganckie, wręcz upokarzające odesłanie na boczny tor legendarnego przecież sprawozdawcy nie spodobało się chyba nikomu. I wywołało lawinę krytyki.
Najbardziej chyba radykalnie w obronie Szpakowskiego wypowiedzieli się dziennikarze „Rzeczpospolitej” Stefan Szczepłek i Mirosław Żukowski. „Dariusz Szpakowski nie komentował finału Euro, bo tak zadecydował szef sportu w TVP, wiedząc, jak ważna to sprawa dla człowieka, którego głos przez kilkadziesiąt lat był głosem polskiego futbolu. Tak się z ludźmi nie postępuje.
Szpakowski w TVP pracuje od roku 1982, sprowadzony na Woronicza przez Jana Ciszewskiego widzącego w nim swojego następcę. Wcześniej uczył się fachu w Polskim Radiu od Bohdana Tomaszewskiego i Bogdana Tuszyńskiego.
Szpak” skończył w maju 70 lat i Euro, a finał przede wszystkim, miało stanowić ukoronowanie jego pracy, być może nawet pożegnanie. Dyrektor TVP Sport Marek Szkolnikowski publicznie mówił, że na Euro Szpakowski kończy karierę, chociaż jego samego o tym nie poinformował. Dyrektor żyjący w twitterowej bańce wziął pod uwagę internetową krytykę pod adresem Szpakowskiego i pod wpływem nieznanych (a być może zorganizowanych) hejterów oraz dobrze znanych doradców pozbawił komentatora szansy na godne pożegnanie z mikrofonem.
Szkolnikowski otrzymał jedną z najważniejszych funkcji w dziennikarstwie sportowym, mimo że wcześniej nie był znany jako dziennikarz ani menedżer. Wraz z przejęciem telewizji przez PiS dostał władzę i pieniądze. Gdyby Włodzimierz Szaranowicz chciał opowiedzieć, w jakich okolicznościach Szkolnikowski zajął jego miejsce, bylibyśmy zdziwieni, że tak można.
Zamiast Szpakowskiego i Andrzeja Juskowiaka finał Euro skomentowali Mateusz Borek i Kazimierz Węgrzyn. I tu wylał się ocean hipokryzji i cynizmu. Borek zawsze publicznie wyrażał się o Szpakowskim z szacunkiem, tyle że słowa nic nie kosztują. Kiedy miał szansę powiedzieć: nie, dziękuję, ja w tej sytuacji Darka nie zastąpię – szybko propozycję przyjął. Zamiana Szpakowskiego i Juskowiaka na Borka i Węgrzyna była tym bardziej dziwna, że dwaj ostatni tworzyli najsłabszą parę komentatorów na Euro. Pobili rekord pod względem liczby wypowiedzianych słów, z których trzy czwarte było niepotrzebnych.
Węgrzyn jest też ciekawym przykładem medycznym człowieka, który mówi bez przerwy przez półtorej godziny, porusza się wyłącznie w wysokich rejestrach, nie łapie oddechu, a mimo to szczęśliwie przeżywa. Przy innych ekspertach, byłych piłkarzach: Andrzeju Juskowiaku, Kamilu Kosowskim i Marcinie Żewłakowie, Węgrzyn jest trampkarzem. Jeśli traktować komentowanie finału jako nagrodę za dobrą i długoletnią pracę, to Maciej Iwański czy Jacek Laskowski – od lat związani z TVP – bardziej na to zasłużyli.
Szkolnikowski zamienił dziennikarza, który pracuje od blisko czterdziestu lat w telewizji publicznej, na takiego, który dopiero tam przyszedł i nie tylko nie jest lepszy, ale już uczynił dziennikarstwu sportowemu wielkie szkody. Pracując jeszcze w telewizji Polsat, Borek reklamował zakłady bukmacherskie i komentował walki bokserskie, które sam organizował. W Polsacie długo to tolerowano, a Szkolnikowskiemu to wszystko nie przeszkadza. Pozwolił by zarówno Borek jak i Szpakowski w przerwach meczów reklamowali tę samą firmę, daje antenę wielu takim słupom reklamowym, np. twórcom napędzanego hazardowymi pieniędzmi Kanału Sportowego, promuje jego dziennikarzy – jest wśród nich także Borek – i ich produkt. Szkolnikowski może czuć się pewnie, bo w kierownictwie TVP, które na niego postawiło, nie ma miejsca na przyzwoitość i rachunek sumienia. Dopóki na Woronicza nie zaczną rządzić inni ludzie, nic się nie zmieni”.(…)
Szkolnikowski na krytykę zareagował na Twitterze: „Szczepłek i Żukowski to od dawna dinozaury dziennikarstwa, ale poziom cynizmu i hipokryzji przebili od dna. Syndrom odstawienia od koryta i realizacji faktu, że pociąg już dawno odjechał. Kółko wzajemnej adoracji nadal żywe” – napisał szef sportu w TVP, któego wpis skomentował brutalnie naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis: „Żaden z obu panów nigdy nie był przy żadnym korycie. Obaj osiągnęli w zawodzie bardzo wiele, obaj zawsze demonstrowali klasę. Żadna z tych rzeczy Pana z nimi nie łączy”.
Również na Twitterze na atak felietonistów „Rzepy” zareagował Mateusz Borek: „Byli wrogowie MK (Mariana Kmity, szefa sportu w Polsacie? – przyp. red.) są teraz w łaskach. Najpierw wywiad na zlecenie, teraz ten paszkwil. Nie ma problemu. Ja dam sobie radę tylko publicznie mam prośbę. Niech nigdy Ci panowie nie podchodzą do mnie na stadionie i nie wyciągają ręki. Tylko tyle i aż tyle”.
Emocje jak widać buzują, ale też i walczyć jest o co, bo popularność i miejsce w komentatorskiej hierarchii przekłada się na kontrakty reklamowe. Awantura może jednak awanturującym wyjść bokiem, bo niewykluczone, że teraz na Woronicza ktoś się uważnie przyjrzy co oni reklamują i gdzie jeszcze poza TVP zarabiają.

Euro 2020/21: TVP wzięła wszystko

Rozpoczynające się w piątek piłkarskie mistrzostwa Europy na terenie Polski będzie można oglądać wyłącznie na antenach Telewizji Polskiej, która pokaże wszystkie 51 meczów w kanałach otwartych.

Nadawca publiczny wykupił pełnię praw telewizyjnych do turnieju Euro 2020/21 i nie zdecydował się na podzielenie się nimi ze stacjami komercyjnymi, choćby tak, jak to zrobił to Polsat w poprzednich mistrzostwach Europy, sprzedając sublicencję na 11 spotkań TVP. Wszystkie mecze tegorocznego turnieju będą pokazywane w kanałach otwartych TVP 1, TVP 2 i TVP Sport. W początkowej części turnieju, podczas pierwszych dwóch kolejek fazy grupowej, rozgrywane będą po trzy mecze dziennie. Rozpoczynać się będą codziennie o godzinach 15:00, 18:00 i 21:00.
Kierownictwo redakcji sportowej TVP ustaliło już skład zespołu komentatorów. Znaleźli się w nim: Dariusz Szpakowski, Jacek Laskowski, Mateusz Borek, Maciej Iwański, Michał Zawacki i Sławomir Kwiatkowski. Znacznie liczniejsze będzie grono ekspertów, ale jego trzon stanowić będą osoby wcześniej regularnie współpracujące z TVP Sport: Sebastian Mila, Maciej Szczęsny, Marcin Żewłakow, Andrzej Strejlau, Robert Podoliński, Kazimierz Węgrzyn, Jakub Wawrzyniak, Jan Tomaszewski, Michał Listkiewicz, Jacek Krzynówek. Wśród nowych twarzy zobaczymy m.in. byłego selekcjonera reprezentacji Polski, a obecnie trenera Piasta Gliwice Waldemara Fornalika i trenera aktualnego wicemistrza Polski Rakowa Częstochowa Marka Papszuna.
Pierwszy występ biało-czerwonych na Euro 2020/21, czyli poniedziałkowy mecz ze Słowacją (14 czerwca, godz. 18:00) skomentują Mateusz Borek i Kazimierz Węgrzyn. Spotkanie Polski z Hiszpanią (19 czerwca, godz. 21:00) przypadło duetowi Jacek Laskowski – Robert Podoliński, a Polski ze Szwecją Dariuszowi Szpakowskiemu i Andrzejowi Juskowiakowi. Pozostałe pary komentatorów to Maciej Iwański i Marcin Żewłakow, Michał Zawacki i Andrzej Strejlau oraz Sławomir Kwiatkowski i Jacek Zieliński. Studio poprowadzą m.in. Jacek Kurowski, Rafał Patyra czy Przemysław Babiarz.

Będą skakać i rzucać w TVP

Telewizja Polska we współpracy z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki zamierza przeprowadzić cykl nietypowych mityngów, bo organizowanych w warszawskiej siedzibie TVP przy ulicy Woronicza 17. Pierwsza z sześciu imprez „Lekkoatletyczne czwartki – ORLEN TVP Sport Cup” odbędzie się 18 czerwca.

Udział w mityngach zapowiedziały już największe gwiazdy polskiej lekkoatletyki w skoku o tyczce (Piotr Lisek, Paweł Wojciechowski), skoku wzwyż (Kamila Lićwinko, Sylwester Bednarek) i pchnięcia kulą (Konrad Bukowiecki i Michał Haratyk). Prezes PZLA Henryk Olszewski zapewnia, że zawodnicy już nie mogą doczekać się tych startów. „To będzie dla nich świetna rozgrzewka przed sezonem, który z powodu pandemii wyjątkowo rozpocznie się w sierpniu, a zakończy w połowie października” – przekonuje sternik naszej „królowej sportu”. Z kolei dyrektor TVP Sport Marek Szkolnikowski podkreśla wyjątkowość tego przedsięwzięcia w skali Europy. „W niestandardowych czasach trzeba czasami podejmować niestandardowe działania. Na razie zaplanowaliśmy sześć mityngów, ale liczymy, że nasz pomysł spotka się z zainteresowaniem widzów. Jeśli pomysł chwyci, nie wykluczamy, że zagości na stałe na naszych antenach” – przyznał Szkolnikowski.
O szczegółach więcej powiedział natomiast wiceprezes PZLA Sebastian Chmara. „Robimy coś takiego po raz pierwszy, ale wszystko będzie wyglądało profesjonalnie. Na parkingu przed siedzibą Telewizji Polskiej odbędą się zawody w skoku o tyczce i pchnięciu kulą, natomiast w studiu numer 1 skok wzwyż. Wierzymy, że wszystko się uda, chociaż to wielkie wyzwanie, bo nikt jeszcze nie próbował przenosić lekkoatletycznych zawodów na taką skalę do siedziby telewizji” – stwierdził Chmara.
Na razie nie ma szans, żeby mityngi odbywały się z udziałem kibiców, więc PZLA zabiega chociaż o to, żeby zapewnić wstęp na zawody przedstawicielom innych mediów. Pierwsze czwartkowe zawody przed budynkiem Telewizji Polskiej na żywo transmitowane będą na antenie TVP Sport.
Dla kulomiotów i tyczkarzy starty w takich nietypowych miejscach nie są nowością. Dla Kamili Lićwinko skakanie w studio telewizyjnym będzie nowym doświadczeniem. „Przez kontuzję straciłam część sezonu halowego, potem była przymusowa przerwa z powodu koronawirusa, więc jestem spragniona startów i rywalizacji. Nie mogę już doczekać się udziału w tym projekcie. O swoja formę jestem spokojna” – zapewnia halowa mistrzyni świata z 2014 roku.

Prawa telewizyjne kością niezgody

W tej chwili wszystko przemawia za tym, że nasza piłkarska ekstraklasa pod koniec maja wznowi rozgrywki. Jeśli tak się stanie, na konta 16 klubów wpłyną pieniądze z ostatniej transzy za prawa medialne. Nadawcy chcą jednak renegocjować umowę, co w ekstraklasie wzbudziło lekką panikę.

Jeśli uda się wznowić rozgrywki PKO Ekstraklasy w wyznaczonym terminie, czyli w dniach 28-30 maja, to pozostałe do zakończenia sezonu 11 kolejek ligowych udałoby się rozegrać do 20 lipca. Jeżeli tak się stanie, to TVP wypłaci Ekstraklasie SA wszystkie należności, zawarte w umowie dotyczącej pokazywania jednego spotkania ligowego w każdej kolejce. „Zgodnie z zawartym kontraktem mamy jeszcze do końca rozgrywek 11 meczów. Od początku powtarzam, że przy odwołaniu sezonu wypłacenie całej kwoty z kontraktu telewizyjnego byłoby niegospodarnością, bo zamówiona usługa nie została przecież wykonana, w czym nie ma winy TVP. Jeżeli jednak zamówione przez nas mecze się odbędą, to telewizja wywiąże się ze wszystkich zobowiązań. Jestem w tej sprawie w stałym kontakcie z Ekstraklasą SA i stacją Canal+, z którą czujemy się wspólnie odpowiedzialni za ten produkt. Jeśli rozgrywanie meczów okaże się niemożliwe, będziemy rozmawiać. Albo kontrakt będzie renegocjowany, albo za każdy nieodbyty mecz będziemy potrącać pieniądze. Wydaje mi się jednak, że w tej chwili sytuacja zmierza w dobrym kierunku. Kluby chcą grać, piłkarze chcą grać, jest wsparcie premiera, dlatego jestem dobrej myśli” – powiedział Szkolnikowski.
Wygląda jednak na to, że po drugiej stronie barykady podjęto pierwsze działania na wypadek niepowodzenia restartu rozgrywek. Po przeprowadzonych zdalnie, ale ponoć dość burzliwych naradach Rada Nadzorcza Ekstraklasy SA upoważniła jej prezesa, Marcina Animuckiego, do rozmów w sprawie ewentualnych zmian w obecnie obowiązującym kontrakcie telewizyjnym, który w tym sezonie i następnym (2020/2021) gwarantuje klubom 250 milionów złotych za sezon, ale także do podjęcia negocjacji warunków nowego kontraktu telewizyjnego, który zacznie obowiązywać od sezonu 2021/2022. Personalną rozgrywkę w tej istotnej kwestii wygrał właściciel Legii Dariusz Mioduski, który nie tylko poparł reprezentującego w radzie interesy Lecha Poznań Amunickiego, ale pozyskał też dla niego poparcie przedstawicieli Lechii Gdańsk i Jagiellonii Białystok.
Piast na czele niezadowolonych
Nie spodobało się to działaczom klubów, które nie mają swoich przedstawicieli w Radzie Nadzorczej, co nie dziwi zważywszy na fakt, że nie zostali nawet poinformowani o decyzjach, jakie zapadły podczas narady. Także na oficjalnej stronie internetowej Ekstraklasy nie pojawił się w tej sprawie żaden komunikat. A przecież chodzi o kluczową dla wszystkich klubów sprawę i poważne pieniądze. Tu i ówdzie pojawiły się spekulacje, że grupa najsilniejszych klubów, która zgarnia największą część medialnego tortu, jest gotowa złożyć obecnym partnerom telewizyjnym czyli Canal+ i TVP propozycję przedłużenia wygasającej w czerwcu przyszłego roku umowy w zamian za stuprocentową wypłatę ostatniej transzy z tego sezonu, opiewającej na wspomniane już 70 mln złotych.
Z tej puli najwięcej otrzymają trzy czołowe zespoły, ale głównym beneficjentem będzie ekipa mistrza ligi. W tej chwili pewniakiem do zdobycia tego tytułu jest Legia, która ma na koncie 51 pkt i wyprzedza drugiego w tabeli Piasta Gliwice o osiem „oczek”. Jeśli legioniści utrzymają pierwsze miejsce do końca rozgrywek, stołeczny klub zgarnie z owych 70 mln złotych aż 19 milionów. Ta kwota pozwoli Mioduskiemu utrzymać płynność finansową i jakoś przetrwać „czas zarazy”. Takie rozwiązanie byłoby korzystne także dla dwóch kolejnych zespołów, które dostaną odpowiednio 13 i 10 mln złotych. Za zajęcie miejsca poza podium z tej puli wypłaty będą mniejsze, bo za czwartą lokatę jest to 6,1 mln złotych, za piątą 5,2 mln, szóstą 2,8 mln, siódmą 2,4, a ósmą 1,7 mln złotych.
Kiepsko na podziale wyjdą natomiast zespoły z grupy spadkowej. Najlepsza w tym towarzystwie drużyna, czyli dziewiąta w stawce, dostanie 1,4 mln złotych, ale im niżej, tym gorzej – od 12. miejsca wypłaty nie przekroczą pół miliona. W podziale pozostałej do wypłaty transzy uwzględniono premie dla klubów, które zakwalifikują się do europejskich pucharów (31,5 mln zł), fundusz solidarnościowy dla zespołów z dolnej ósemki (1,2 mln) i tzw. parasol ochronny dla spadkowiczów (2,3 mln zł). Termin wypłaty ostatniej transzy wyznaczony jest na lipiec, ale warunkiem jest zakończenie rozgrywek i ustalenie ostatecznej kolejności w tabeli.
To pobieżne zestawienie pokazuje, że zakulisowe działania w radzie nadzorczej mogły nie spodobać się głównie klubom z dolnych rejonów tabeli. I to jest prawda, ale o dziwo raban podnieśli działacze Piasta Gliwice, domagając się przestrzegania w tym trudnym czasie solidarności klubowej, czyli działania w interesie wszystkich.
Nikt nikomu nie robi łaski
Po stronie buntujących się przeciwko dyktatowi potentatów „klubom środka” nieoczekiwanie stanął PZPN, czyli de facto prezes Zbigniew Boniek. Sternik naszego futbolu skomentował sprawę krótko: „Negocjacje czy renegocjacje kontraktu na prawa telewizyjne w tej chwili są kompletnym nieporozumieniem. Kontrakt, który obowiązuje, stanowi jasno, że pieniądze z ostatniej transzy i tak muszą być wypłacone. Nikt nikomu łaski nie robi. Zajmowanie się teraz czymkolwiek innym niż restart ligi to zawracanie głowy”.
Widać jednak ktoś już teraz zamieszał w tym „kociołku”. I bynajmniej nie bez powodu. Nie wiadomo przecież kiedy kibice wrócą na stadiony, więc nadawcy telewizyjnie zyskali dodatkowy argument w negocjacjach i z pewnością nie będą chcieli podwyższyć obecnej oferty opiewającej na 250 mln złotych za sezon. Zatem przedłużenie umowy za ćwierć miliarda o dodatkowy sezon, a nawet dwa, może okazać się najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Tajner napadł na Małysza

Adam Małysz w wywiadzie dla TVP Sport napomknął tylko o finansowych kłopotach PZN, ale mimo to sprowokował medialne starcie z prezesem związku Apoloniuszem Tajnerem, który także w mediach bezceremonialnie się po Małyszu za tę jego wypowiedź „przejechał”.

Małysz, który w Polskim Związku Narciarskim pełni funkcję dyrektora ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej, w rozmowie z TVP sport o sytuacji w tych sportach w czasie pandemii, skupił się na sprawach należących do jego kompetencji. Opowiadał więc, że w tej chwili prowadzi intensywne rozmowy z trenerami poszczególnych reprezentacji – Michalem Doleżalem (trener kadry A), Maciejem Maciusiakiem (trener kadry B) i Wojciechem Toporem (trener kadry juniorskiej). Od zakończenia Pucharu Świata w skokach narciarskich minęło już prawie 1,5 miesiąca. Polscy skoczkowie jednak nie próżnują i wszystkie kadry już dawno wznowiły treningi. Zawodnicy mają w nogach naprawdę mocne zajęcia, a nawet Kamil Stoch w rozmowach z mediami wielokrotnie przyznawał, że w pewnym okresie miał nawet problemy z siadaniem. W tle trwają jednak rozmowy, które mają zdecydować, jak będzie wyglądał kształt kadr narodowych na nadchodzący sezon 2020/2021. Jedno jest pewne, Małysz, Doleżal, Maciusiak i Topór nie mają teraz czasu na głupoty, bo ustalają ważne rzeczy dla wielu ludzi. I mają problemy, bo z powodu nagłego zakończenie sezonu Pucharu Świata, a także odwołania mistrzostw Polski, kilku skoczków nie wypełniło minimów sportowych. Nie mają z tym problemów Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Maciej Kot, Stefan Hula, a z młodych zawodników Paweł Wąsek i Kacper Juroszek, ale już Jakub Wolny, Aleksander Zniszczoł, Klemens Murańka, Andrzej Stękała czy Tomasz Pilch ustalonych kryteriów wynikowych nie wypełnili. W tej skomplikowanej sytuacji zarząd PZN, po konsultacjach ze sztabem szkoleniowym, może powołać do kadry zawodnika, który nie spełnił w stu procentach kryterium. Takie ustalenia przy zielonym stoliku zawsze jednak są kontrowersyjne.
Tym bardziej w czasie zarazy, gdy niepewne są dotychczasowe źródła finansowania. Na ten aspekt zwrócił właśnie uwagę Adam Małysz. „Cięcia wydatków szykują się również w PZN. Są już pierwsze zwolnienia, a umowy dla niektórych trenerów nie są podpisywane. Musimy się liczyć, że nie będziemy mieli tyle pieniędzy, co zawsze” – stwierdził we wspomnianym wywiadzie dla TVP Sport. W innych federacjach sytuacja jest podobna, więc to stwierdzenie Małysza nie było jakimś wielkim szokiem.
Mimo to prezes PZN Apoloniusz Tajner uznał za stosowne skorygować wypowiedź dyrektora i w wywiadzie dla portalu Interia.pl przedstawił sytuację następująco: (…) „Adam nie jest do końca zorientowany w całościowych sprawach, dotyczących związku, ponieważ działa na wąskim odcinku skoków i kombinacji norweskiej. Dlatego to, co on uważa za pewnik, że mamy jakieś problemy, muszę zdementować. Czytałem jego ostatnie wypowiedzi, których on ze mną nie konsultował. To są jego, powiedzmy, przemyślenia lub może nawet jakaś wiedza, ale jego na co dzień w związku nie ma i on tych spraw po prostu dokładnie nie zna. Mogę uspokoić, że sytuacja na pewno nie wygląda aż tak źle, co nie znaczy, że wygląda całkiem dobrze. Z Ministerstwa Sportu mamy już pewną informację, że środki budżetowe na fundusz rozwoju kultury fizycznej, które zostały przyznane dla kadry olimpijskiej i na kadry młodzieżowe, nadal obowiązują, a umowy są podpisane. Jedyna informacja z ministerstwa jest taka, że do 31 maja zawieszone jest korzystanie z tych pieniędzy, jeżeli chodzi o organizację zgrupowań i wyjazdów. To zresztą jest w pełni zrozumiałe. Jeśli chodzi o finanse z ministerstwa, to tylko te wydatki, które są związane z wynagrodzeniami sztabów szkoleniowych i stypendiami dla zawodników, zostały uwzględnione na kwiecień i maj. Natomiast wszystkie zgrupowania skasowane, a środki przesunięte na dalszą część sezonu. Wobec tego ja patrzę na sytuację odwrotnie, a mianowicie do tej pory zawsze korzystaliśmy z dofinansowania ministerstwa, bo w ostatnich miesiącach roku zawsze brakowało nam pieniędzy. Teraz jednak nie wykorzystując ich w kwietniu i maju prawdopodobnie po raz pierwszy nie będziemy musieli korzystać z dofinansowania z ministerstwa w ostatnim kwartale, o które w tym roku zresztą może być nawet trudniej” – zapewnia prezes Tajner, który na czele PZN stoi od 2006 roku, więc na pewno wie, co mówi.
Inna sprawa, że mógłby to powiedzieć Małyszowi przez telefon albo w trakcie wideokonferencji, a tak wyszło z tego niepotrzebne spięcie między najważniejszymi postaciami w polskich skokach.