Słowo zbrodnią się stało

Słuchanie przekazu TVP info i innych rządowych mediów nie należy do przyjemnych.

Czuję się jak idiota, albo że ci propagandziści chcą idiotę ze mnie zrobić. Komentarze odredakcyjne na temat zabójstwa prezydenta Adamowicza sprowadzone jest tylko do relacji: zabójca psychopata – nieudolna ochrona – dzielna policja – prokuratura która zrobi wszystko, by sprawę wyjaśnić. …”Psychopata mógł zabić nawet prezydenta Polski, bo był pod pałacem prezydenckim, choć tego sam pałac nie potwierdza”…. Zabójstwo prezydenta miasta jest więc, być może, mniejszą tragedią. Sam minister Ziorbo o takiej ewentualności w TVP Info zdaje relację co kilkanaście minut.
Nie ma w tych mediach żadnego odniesienia do znamiennych słów ojca Wiśniewskiego, który w trakcie uroczystości pogrzebowej powiedział, „Człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji”. Nie wymienił nikogo z nazwiska, ale na prawicy jest takich wielu, szczególnie wyróżnia się jeden. Dla ułatwienia o kogo chodzi dodam, że nie było go na pogrzebie. Nie wspomina się słowem o wyrokach śmierci na polityków, wydawanych przez straż przyboczną PiS-u, o wieszaniu portretów polityków PO na szubienicach.
Europoseł Legutko uważa, że w Polsce starcia polityczne odbywały się w kategorii werbalnej. Tymczasem słowo zbrodnią się stało. Całe wcześniejsze szczucie, wyzywanie, oskarżanie nie miało nic wspólnego z tragicznym wydarzeniem. Nikt tam nie ma prawa powiedzieć, ani pomyśleć, że ta zbrodnia jest kumulacją tych wcześniejszych werbalnych – jak to określił europoseł – walk politycznych.
Refleksja owszem jest. Trzeba bardziej chronić vipów i lepiej organizować masowe imprezy. I to wszystko.
Przypomnę na koniec, że to postsolidarnościowa prawica sprawiała w ostatnich dziesięcioleciach, że część społeczeństwa ma wykrzywione ze złości twarze i życzy współobywatelom, inaczej myślącym, wszystkiego najgorszego z szubienicami włącznie.
Refleksji u wyborców kto sprawił, że jest u nas tylu obywateli kipiących nienawiścią nie widzę. Prawica jest na topie. I wolę, na razie, tego wątku nie rozwijać bo wnioski byłyby nieprzyjemne.

Kura zagrożony?

Czwartkowa „Rzeczpospolita” donosi, że wniosek Grzegorza Podżornego pozostanie bez dalszego biegu, a Jacek Kurski kolejny raz ocali głowę. Kaczyński chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie straty wizerunkowe przynosi jego partii TVP.
Do wyborów jeszcze dziewięć miesięcy – przez ten czas PiS zdążyłby jeszcze nadrobić stracone punkty, ale warunek jest jeden: odsunięcie Kurskiego od mediów publicznych i uderzenie się w pierś (choćby na pokaz) po śmierci Pawła Adamowicza.
Mają zapewne rację dziennikarze „Rzepy”, że nic z tego nie będzie, ale odnotowują, że prezes dostrzega problem: „W środę Sejm miał zająć się projektem ustawy, który zapewniłby mediom publicznym ponad miliard złotych rekompensaty. Niespodziewanie jednak w środę rano okazało się, że projekt spadł z porządku obrad” – pisze red. Michał Kolanko.
Poniedziałkowych „Wiadomości” nie jest w stanie obronić nikt, nawet prorządowi publicyści.
Przypomnijmy, że w środę 16 stycznia zawieszono proces gdańskiego ratusza wytoczony przeciwko TVP za inny zmanipulowany materiał, stawiający w złym świetle zmarłego prezydenta – pokazano tam Pawła Adamowicza jako zwolennika ściągania do Polski agresywnych, niebezpiecznych band uchodźców. Miasto stwierdziło, że naruszono jego dobre imię. Poszła skarga do KRRiT, Rady Mediów Narodowych i do sądu. Postępowanie zostanie wznowione, kiedy rządy obejmie komisarz Aleksandra Dulkiewicz. Telewizja tłumaczyła się dość mętnie, choć przyznała, że to co wyemitowano, nie było w porządku:
„Do naruszenia (…) dobrego imienia, wiarygodności i zaufania społecznego Gminy Miasta Gdańsk nie mogły przyczynić się nawet ewentualne, drobne nieprawidłowości związane z montażem audycji, które zostały niezwłocznie naprawione” – pisał Piotr Lichota, ówczesny dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej TVP. W lipcu 2017 Kurski spuścił z tonu. Podpisał się pod wyjaśnieniami szefa TAI, w których możemy przeczytać: „W trakcie postępowania wyjaśniającego stwierdzono pewne uchybienia warsztatowe. W związku z tym, zarówno autor materiału, jak i wydawca programu zostali decyzją władz TVP SA zawieszeni w obowiązkach na okres jednego miesiąca, a przedmiotowy materiał został usunięty z mediów społecznościowych”. Jak się okazało, materiał z 2016 był tylko przygrywką do tego, co „Wiadomości” pokazały w ostatni poniedziałek.
W środę wieczorem pod redakcją TVP Info przy Pl. Powstańców Warszawy odbył się protest „Stop propagandzie nienawiści”.
Ps. z ostatniej chwili: Jak możemy się dowiedzieć z oświadczenia wydanego po ostatnim proteście, to TVP czuje się ofiarą nagonki. Podkreślono w nim, że pracownicy i współpracownicy TVP stali się ofiarami „niczym nieuzasadnionej nagonki i agresji”, a „pod adresem niektórych z nich i ich rodzin kierowane są groźby. Zarząd TVP informuje, że wszelkie tego typu zachowania są zgłaszane do właściwych organów”.

Bitwa o media My, socjaliści

W ramach wojny o zawładnięcie Polską, poza bitwą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, toczy się bitwa o opinię publiczną, którą kształtują media.

 

To władza nad mediami i treściami medialnymi jest przedmiotem rozgrywki. Ma ona charakter międzynarodowy, bowiem polskie media w znaczącej części sprywatyzowane już w latach 90. są dziś w rękach kapitału międzynarodowego.
Praktyka wskazuje, że poza kwestami ekonomicznymi i walką o zysk, istotną sprawą jest charakter i treść przekazów medialnych.
Jednym z fundamentów demokracji liberalnej, którą uprawiamy, przynajmniej teoretycznie, są wolne media i komunikacja społeczna w mediach i poza nimi. Zasadne jest więc pytanie jaka demokracja, zarówno w sensie ideowym, jak i swoistych mechanizmów realizacji, jest potrzebna. Wielu autorów twierdzi, że od dłuższego czasu znajdujemy się w erze postdemokracji, czyli sytuacji, w której nasze instytucje polityczne są trwale niezdolne do umożliwienia ludziom wywarcia rzeczywistego wpływu na politykę.
W latach 80. XX wieku w obszarze naszej cywilizacji zaczęła dominować zarówno w ekonomi, stosunkach społecznych jak i w praktyce państwa wizja neoliberalna. W doktrynalnym ujęciu neoliberalnym decyzje dotyczące gospodarki i finansów nie podlegają publicznym rozstrzygnięciom. Jednocześnie neoliberalizm podporządkowuje politykę jednej podstawowej zasadzie – konkurencyjności. Tym samym podkopuje i pozbawia dotychczasowe procedury demokratyczne wszelkiej treści. Demokracja to możliwość wyboru pomiędzy różnymi i odmiennymi orientacjami oraz zasadami organizującymi społeczeństwo. Neoliberalizm ten wybór uniemożliwia, tym bardziej, że jako doktryna konstruktywistyczna aktywnie przekształca państwo i społeczeństwo, by dostosować je do swojej wizji. Państwo musi zachować się jak podmiot rynkowy i przy podejmowaniu wszelkich działań uwzględniać rachunek zysków i strat oraz podejmować kryterium efektywności ekonomicznej. Tymczasem do żadnej z podstawowych instytucji czy wartości demokracji liberalnej – wolne wybory, demokracja przedstawicielska, swobody obywatelskie, udział społeczeństwa w procesie demokratycznym i procesie rządzenia – nie można odnieść zasad konkurencyjności gospodarczej, bądź rachunku zysków i strat.
Stąd też od wielu już lat i w Polsce, ale też w skali naszej sfery cywilizacyjnej, mamy do czynienia z kryzysem systemowym, upadkiem zasad i ograniczeniem wielu funkcji demokracji. Sytuacja ta ma poważny wpływ na media. Stały się one bowiem podmiotami rynkowymi. Są też efektem porozumienia i kompromisu pomiędzy potężnymi siłami politycznymi i gospodarczymi. Zagadnienie wolności i niezależności mediów w systemie demokratycznym uznawane jest za kluczowe. Zasadniczą cechą demokracji liberalnej jest wolny dostęp do informacji, ich wymiana i upowszechnienie.
Do analizy związków mediów masowych i mechanizmów komunikacji społecznej z demokracją mają bezpośrednio znaczenie dwa z przedstawionych warunków, a mianowicie: warunek dotyczący wolności wypowiedzi oraz istnienie alternatywnych źródeł informacji.
Dziś większość świata polityki, biznesu i mediów zgadza się co do centralnej roli mediów w procesie politycznym, w przekazywaniu i interpretowaniu obiektywnych wydarzeń w sferze politycznej oraz ułatwianiu subiektywnego ich postrzegania w szerszej sferze publicznej. Z tego powodu stronniczość ma kluczowe znaczenie polityczne, choć wiadomo powszechnie, że jest ona dość powszechnym zjawiskiem. Obiektywnych, nieprzypisywanych do poszczególnych partii politycznych czy nurtów ideowych mediów można szukać długo. Wiadomo bowiem, że prowadzenie jakiejkolwiek polityki – demokratycznej, czy niedemokratycznej – na poziomie narodowym i międzynarodowym jest coraz bardziej uzależnione od mediów.
W Polsce trwa dziś debata i spór o rolę mediów w dzisiejszym kształcie polskiej demokracji. Wielu upatruje duże ich znaczenie dla kształtowania opinii publicznej, wielu widziałoby media jako jeden z kilku filarów władzy. Odpowiedź na pytanie, czy media są, czy nie są czwartą władzą, nie jest prosta i jednoznaczna. W sensie formalnym i prawnym media władzą nie są. Media mogą mieć władzę, kiedy są wolne od presji politycznej, czy ekonomicznej, także kiedy formułują niezależne sądy i opinie. Ta niezależność pozwala im także na kontrolę innych władz – ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej. Media są władzą jeszcze w jednym ważnym aspekcie. Wiąże się on z procesami kształtowania świadomości społecznej, z wpływem na umysły odbiorców, ich postawy, zachowania, preferencje, oczekiwania, gusty, życzenia i zainteresowania.
Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że dziś w Polsce trwają trzy bitwy o media: pierwsza o formalną władzę nad mediami i wygaszenie niektórych funkcji demokracji, które dotyczą mediów m.in. swobody dostęp do informacji i wielość źródeł informacji alternatywnej. Na tym tle istotna jest orientacja społeczna wobec takich zjawisk jak lawina informacyjna, wykluczenie cyfrowe i postprawda. Druga – walka o cofnięcie procesów prywatyzacyjnych lat 90., które zachodziły z dużym udziałem kapitału zagranicznego. Dziś ponad 80 proc. instytucji medialnych jest w Polsce w rękach kapitału zagranicznego, przeważnie niemieckiego. Stan taki odnotowuje się wyłącznie w krajach postkolonialnych. Trzecia – to bitwa o podmiotowość środowiska dziennikarskiego i niezależność opinii, nastąpiło bowiem powszechne urynkowienie, co stawia interes kapitału i zysk ponad wartościami społecznymi.
Konstatując trzeba stwierdzić, że jednym z kanonów lewicy są wolne media i walka o ich demokratyczny kształt, dające społeczeństwu obiektywizm opinii.

Lotto Ekstraklasa: Kontrakt mocno przepłacony

Fot. Nasza piłkarska ekstraklasa oprawą dorównuje najlepszym ligom w Europie, ale poziomem sportowym od nich odstaje

 

 

Zarządzająca rozgrywkami piłkarskimi w najwyższej klasie rozgrywkowej spółka Ekstraklasa SA odniosła sukces – podpisała dwuletni kontrakt z nC+ i Telewizją Polską o wartości pół miliarda złotych. Umowa zacznie obowiązywać od sezonu 2019-2020.

 

Obecny kontrakt na prawa telewizyjne do pokazywania meczów naszej piłkarskiej ekstraklasy wygasa z końcem obecnego sezonu. Umowa obowiązuje od edycji rozgrywek 2015-2016 i na jej podstawie sześć meczów w każdej kolejce ligowej pokazywane jest na żywo w kanałach nC+, natomiast dwa (pierwszy piątkowy oraz poniedziałkowy) – w Eurosporcie. Prawo do transmisji dwóch wybranych spotkań w sezonie ma również TVP. Łączna wartość tego czteroletniego kontraktu wynosi około 600 mln złotych, co oznacza, że za każdy sezon na konto spółki Ekstraklasa SA nadawcy przekazują około 150 mln złotych. Zważywszy na żenujące wyniki polskich zespołów uzyskiwane w europejskich pucharach w tym okresie oraz na ogólny regres jaki panuje ostatnio na rynku praw telewizyjnych w Europie, nowy dwuletni kontrakt został przez nabywców przepłacony. Platforma nC+ na spółkę z TVP zgodziły się płacić Ekstraklasie SA około 250 mln złotych za sezon, co potwierdził prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. „Wartość dwuletniego kontraktu opiewa na pół miliarda złotych, co oznacza, że jest to najwyższy kontrakt medialny w historii polskiej ligi”.

Z przekazanych do publicznej wiadomości informacji wynika, że wszystkie mecze w sezonie (296) będą transmitowane przez nC+. TVP pokaże 37 meczów, po jednym spotkaniu z każdej kolejki rozgrywanym w sobotę lub niedzielę o godz. 17.30. Prezes TVP Jacek Kurski rzecz jasna uznał to za sukces. „Po zakupie praw do reprezentacji Polski, mistrzostw świata i Europy, po tym jak TVP Sport jest kanałem ogólnodostępnym, przyszedł czas na ostatni element. Jeden mecz w każdej kolejce ekstraklasy przez dwa sezony to spełnienie marzeń, a także oczekiwań naszych wiernych widzów, którzy na to czekali. Spełniamy obietnice, nie rzucamy słów na wiatr. Nigdy wcześniej ekstraklasa nie była obecna w takim wymiarze w Telewizji Polskiej. Widzowie TVP będą mogli oglądać mecze na żywo, nie tylko w TVP Sport, lecz także w TVP1 czy w TVP2” – chwalił się Kurski. Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że TVP zamierza wybierać z tego tortu tylko mecze z udziałem najbardziej medialnych zespołów – Legii Warszawa, Lecha Poznań i ze względu na kibicowską sympatię prezesa Lechii Gdańsk.

Głównym nadawcą telewizyjnym z meczów piłkarskiej ekstraklasy jest platforma nC+, która przejęła prawa po fuzji z Canal+, który był ich właścicielem od 1995 roku. W 2008 roku Canal+ na spółkę z Orange Sport zapłaciły za trzyletnią umowę z Ekstraklasą SA 360 mln złotych (120 mln zł za sezon), ale wysokość kolejnego czteroletniego kontraktu zmniejszono do 90 mln zł za sezon. To dowodzi, że przy słabych wynikach w Europie można się z ekstraklasą skutecznie targować.

 

Prawda najprawdziwsza

Ciągle jeszcze wolne media uwierają prezesa Kaczyńskiego niczym cierń w bucie. Gdyby nie one, media rządowe czyli dawniej publiczne radio i telewizja bez przeszkód krzewiłyby prawdę wg PiS, choć jest ona bardzo nieprawdziwa.
Media niezależne podają swoja wersję wydarzeń, też często subiektywną, ale i tak bardziej obiektywną niż magma informacyjna wydalana przez dziennikarzopropagandzistów w PiS-owskich mediach. Walka informacyjna zaostrza się i nie media rządowe są w niej górą. Widać to po wynikach oglądalności i słuchalności. Stacja radiowa RMF FM, będąca własnością zagranicznego kapitału me słuchalność wyższą niż wszystkie programy publicznego radia razem wzięte. Słuchalność radia publicznego leci na łeb na szyję, a to oznacza, że słuchacze mają dość rządowej propagandy. Podobnie spada oglądalność publicznej telewizji. I nawet nie wiem jak Kurski by się natężał to ciężaru kłamstwa nie udźwignie, taki to ciężar.
W punktach sprzedaży zalegają stosy Gazety Polskiej, a kupowany jest tabloid Fakt wydawany przez niemieckiego właściciela. Podobny jemu treścią, z krajowym kapitałem, tabloid Superekspres, puszczający oko do PiS, pozostaje daleko w tyle. PiS-owskie czasopisma żywią się reklamami spółek skarbu państwa, a ich propagandowy personel pławi się w luksusach. Ten przepływ czytelników, słuchaczy i oglądaczy w kierunku mediów niezależnych jest dla PiS groźny. Pokazuje on, że do obywateli dociera świadomość, że są, za pomocą rządowej propagandy, manipulowani i stymulowani. Ta świadomość narasta powoli, ale narasta.
Obywatel zadaje sobie pytanie. Skoro PiS mówi tylko prawdę, a reszta to kłamcy to dlaczego ta prawda jest coraz częściej kwestionowana i budzi coraz więcej pytań i do owych kłamców czyli mediów nie PiS-owskich obywatel zwraca się w poszukiwaniu prawdy.
Nie oznacza to, że media niezależne promieniują sama prawdą. Do tego im także daleko, ale bliżej niż PiS-owi i jego propagandowym służbom.

Walka w Lidze Mistrzów rozpoczęta

Liga Mistrzów rozpoczęła rozgrywki sezonu 2018-2019. Tytułu broni Real Madryt, który mimo odejścia Cristiano Ronaldo zamierza wygrać rywalizację w europejskiej elicie klubowej po raz czwarty z rzędu. W tym sezonie nie będzie to jednak łatwe zadanie.

 

Real Madryt ma już na koncie serię pięciu kolejnych triumfów w tych rozgrywkach – w latach 1956-60 „Królewscy” zwyciężyli w pierwszych pięciu edycjach. Teraz są bliscy powtórzenia tego wyczynu, chociaż po odejściu Cristiano Ronaldo mało kto daje im szanse na wygranie Ligi Mistrzów po raz piąty z rzędu. Zwłaszcza że klub opuścił także trener Zinedine Zidane, pod wodzą którego „Galaktyczni” byli najlepsi w trzech ostatnich edycjach. Ale i tak dokonania Realu budzą podziw. Żaden inny klub nie dorównuje mu w liczbie trofeów. Po trzy triumfy z rzędu mają jeszcze tylko Ajax Amsterdam i Bayern Monachium. W sumie „Królewscy” wygrywali te elitarne rozgrywki aż 13 razy. W tym sezonie Ligi Mistrzów „Królewscy”, już prowadzeni przez nowego trenera, Julena Lopeteguiego, trafili do grupy G z AS Roma, CSKA Moskwa i Viktorią Pilzno.

Który zespół może przerwać dominację potentata z Madrytu? Od 2014 roku tylko hiszpańskie kluby wygrywały Ligę Mistrzów, więc do grona pretendentów trzeba w pierwszej kolejności zaliczyć Barcelonę i lokalnego rywala „Królewskich, Atletico. Na pewno zdolne do przełamania hiszpańskiej dominacji są angielskie kluby, z finalistą poprzednich rozgrywek Liverpoolem i Manchesterem City Pepa Guardioli na czele. Taki cel arabscy szejkowie stawiaj też przed naszpikowaną gwiazdami ekipą Paris Saint-Germain, z Cristiano Ronaldo w składzie w rywalizacji o z pewności będzie się liczył także Juventus Turyn. Niewykluczone, że do gry o najwyższe laury włączy się też Bayern Monachium, który pod wodza nowego trenera Niko Kovaca jeszcze w tym sezonie nie przegra meczu.

Piłkarze w Lidze Mistrzów będą walczyć nie tylko o sławę, ale też o duże pieniądze. Triumfator tej edycji Champions League może zarobić nawet 82,5 mln euro, jeśli wygra wszystkie mecze fazy grupowej. To znacznie większa suma w porównaniu do poprzedniego sezonu, gdy za tę sam boiskową pracę UEFA płaciła 57,5 mln euro. W rozpoczętej we wtorek 18 września fazie grupowej Ligi Mistrzów można zarobić nawet 31,5 mln euro, ale trzeba wygra wszystkie sześć meczów. Premia za awans do 1/8 finału wynosi 9,5 mln euro, za ćwierćfinał 10,5 mln, za półfinał 12 mln euro. Przegrany w finale otrzyma 15 mln euro, a zwycięzca 19 mln euro.

W tym sezonie nastąpiła zmiana nadawcy Ligi Mistrzów w Polsce. Przez trzy lata wszystkie mecze będzie pokazywać Polsat w kanałach kodowanych, w środy jeden mecz (o 21.00) pokaże TVP. W pierwszej kolejce polscy kibice będa mogli obejrzeć spotkanie Realu Madryt z AS Roma.

 

Przemysł pogardy

Odkrywszy w sobie odrobinę masochizmu, od trzech lat dość uważnie i systematycznie śledzę prawolskie, propisowskie portale. I klnę się na Boga, w którego nie wierzę, że ten hejt, który kierowany jest w stronę PiS, to istny śpiew słowika w porównaniu z kloacznym rynsztokiem i przemysłem pogardy, jaki wylewa się ze strony zwolenników „dobrej zmiany”.

 

Jeśli PiS wygra najbliższe starcia wyborcze uzyskując samodzielną większość, to rozpęta takie piekło, że obecną kadencję wspominać będziemy rozrzewnieniem jako łagodny czas poszanowania demokracji, praw i wolności obywatelskich.

 

Przemysł pogardy

Zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” pisowcy zawsze podnoszą głośne larum, gdy spotka ich jakakolwiek krytyka z drugiej strony. Cechuje ich w tej mierze hiperwrażliwość na miarę andersenowskiej księżniczki na ziarnku grochu – uwiera ich nawet małe ziarnko umieszczone pod stosem poduszek. W tym celu wymyślili określenie „przemysł pogardy”. Kilka lat temu ukazały się dwie książki zorientowanego propisowsko autora Przemysława Kmiecika o „przemyśle pogardy”, który po 10 kwietnia 2010 roku miał być skierowany przeciwko osobie Lecha Kaczyńskiego i przeciwko środowisku politycznemu jego brata. Nie wiem, kto je wymyślił, ale w środowisku pisowskim bardzo się ono przyjęło i chętnie jest przywoływane. Bardzo dobrze pamiętam jednak, że to, co nazywali i nazywają „przemysłem pogardy”, było na ogół w gruncie rzeczy ostrą krytyką, czasem satyrą z akcentami szyderstwa, co najwyżej w wyższej strefie stanów średnich natężenia. Poza Januszem Palikotem, który pozwalał sobie na znacznie od przeciętnej ostrzejszą „szyderę”, pozostałe treści antypisowskie i czy antykaczystowskie mieściły się w szeroko pojętej normie politycznej satyry. Tymczasem kaczyści, co rusz wołając: „przemysł pogardy” i „łapaj złodzieja” otworzyli szeroko tamy takiemu kloacznemu rynsztokowi za którym jest już tylko zapach krwi i prochu.

 

Dwa przykłady

W swoim programie „Nie ma żartów” Eliza Michalik rozmawiała kilka dni temu z pisarką Marią Nurowską. „Dla mnie Kaczyński jest wydestylowanym złem”, „Kaczyński ma jedno zadanie: zemsta. Mści się na nas za to, że mu zabito brata. Zabili mi brata, to teraz ja ich wykończę”, „strasznie mnie razi u nich prostactwo i brak poczucia humoru”, „PiS kieruje ofertę do ludzi nieinteligentnych, do dołów społecznych, te ich doły społeczne przekupili 500 plus”, „oni ten pisowski reżim zbudowali na kłamstwie” – to niektóre tylko cytaty z wypowiedzi Nurowskiej. Można się zgadzać z tymi wypowiedziami, można nie, można mieć co do niektórych wątpliwości, ale mimo to powyższe sformułowania mieszczą się w ramach kultury słowa, bez inwektyw czy wulgaryzmów, nawet bez ostrego, dojmującego szyderstwa. Z całą pewnością mieści się w normie polskiej, a w zestawieniu z poziomem emocjonalnym i retorycznym debaty są wręcz nader umiarkowanie. Do tej rozmowy nawiązuje portal braci Karnowskich „w polityce” i rozdziera szaty w stylu: „Ach, cóż za straszna pogarda w słowach Nurowskiej, jaka nienawiść bez granic”. Zaglądam do innego propisowskiego portalu o nazwie „niezależna” i sięgam po materiał poświęcony niedawnemu protestowi przeciw wycofaniu się PiS z projektów rozwiązań ustawowych, które miały na celu poprawę losu zwierząt, zarówno tych tzw. hodowlanych, na futra i skórę, jak i domowych (psy na uwięzi). W proteście, który odbył się pod hasłem „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?” wzięły udział m.in. znane aktorki i celebrytki. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Agata Buzek, i to one zostały wzięte pod but przez pisowskich trolli. A oto próbki komentarzy pod tym materiałem: „Baby to jednak w większości debilki”, „jedna paskuda i beztalencie mniej” (to o Mai Ostaszewskiej), „Rubik, ta szkapa jeszcze żyje?”, „matko, jaka ona szkaradna szok”, „sfrustrowane pudernice na śmietnik z nimi”, „stare rury, z kilkoma co najwyżej komórkami w tych pustych łbach”, „na zdjęciu okropne kobiety: Buzkówna, Ostaszewska, Rubikówna coś potwornego”, „zwymiotowałem gdy zobaczyłem zdjęcie Rubikowej”, „sfiksowana brzydula na jej widok robi się niedobrze”, „ta jakaś wychudzona modelka Rubik wstrętna jak kupa po kacu”. Wystarczy? Nie da się ukryć, ta prawda jest naga: miażdżąca większość oszalałego z nienawiści rynsztoku spływa z pisowskich kanałów.

 

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Jak na dłoni widać tu najohydniejszy, mizoginistyczny rynsztokowy seksizm, bo przecież na tej demonstracji było także wielu mężczyzn, a o nich jednak ani słowa. Prawie nic też o smutnych „bohaterach” tej demonstracji czyli o zwierzętach, które tak kocha Jarosław Kaczyński. A gdyby tak zastosować podobne epitety do kobiet (skoro o kobietach tu mowa) do pań Pawłowicz czy Sobeckiej („stare rury”, „na śmietnik z nimi”), to co byście na to powiedzieli pisowscy trolle o niewyparzonych językach? A gdyby tak do nich i do kobiet PiS zastosować te skatologiczne epitety z ekskrementami i rzygowinami? Jednak nie róbmy tego. Niech to ONI zadławią się tym rynsztokiem. Jednak wychowany w żoliborskim domu na staromodnego damskiego galanta („całuję rączki”) Jarosław Kaczyński ani razu nie zajął publicznie głosu i nie wezwał swoich zwolenników do powstrzymania się od takiego języka w stosunku do kobiet. To co prawda nie powstrzymałoby tego rynsztoku, ale przynajmniej wystawiłoby jemu samemu choć jedno dobre świadectwo. Ale on już jest po drugiej stronie, na śmierć i życie, więc nie ma już żadnego powodu ani interesu by się uczciwie zachować. Jednak, trzeba mieć i to na uwadze, że zgodnie z regułą sformułowaną przez wielkiego polskiego poetę Adama Mickiewicza ( „gwałt niech się gwałtem odciska”) fala rozpętanego przez nich werbalnego gwałtu rozlewa się poza internet i media. W sobotę przed południem w jednej z warszawskich kawiarni młody człowiek zwrócił się do Krystyny Pawłowicz udzielającej przy stoliku wywiadu dziennikarzowi jednego z propisowskich tygodników, jednego z tych które publikują przywołane wyżej rynsztokowe ekspresje, następującymi słowy: „Zamknij mordę stara głupia babo” (…) Jak ona jest chamka, to się zwracam jak do chamki”. Nie popieram takich zachowań, ale nie pozostaje nic innego jak powiedzieć pisowcom: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

 

Wybryk leżajski czyli Adrian irytuje się

Skoro zatem znajdujemy się w strefie języka, warto odnieść się do języka, na którym wysoko odleciał w Leżajsku Duda Andrzej, z formalnego punktu widzenia konstytucyjny prezydent RP. Jak to często u niego bywa, narcystyczne uwielbienie dla własnego głosu poniosło go znacznie dalej niż być może by chciał i wykrzyczał słowa o Unii Europejskiej jako o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele dla nas wynika”. Wywołało to zakłopotanie nawet w obozie PiS, w którym są ludzie, którzy przy wszystkich buńczucznych atakach na Unię dobrze wiedzą, z której strony posmarowany jest chleb. A otóż posmarowany jest on od strony zachodniej. I którzy wiedzą, że gdyby nie miliardy euro, które wpłynęły do Polski począwszy od roku 2004, to nasza umiłowana ojczyzna nadal, tradycyjnie brnęłaby w błocie i gnoju, a szyderczy wydźwięk określenia „polskie drogi” nadal byłby aktualny. Przez dziesięciolecia oskarżano ustrój Polski Ludowej o zapóźnienie cywilizacyjne kraju, a raczej obarczano PRL wyłączną odpowiedzialnością za niski i parciany poziom życia w tamtych czasach. Tymczasem historyczna prawda jest taka, że choćby nawet gospodarka Polski Ludowej przez całe 45 lata napinała się na najwyższe rejestry wysiłku i pomysłowości, to i tak nic by to nie dało bez solidnego kapitału z zewnątrz, bo Polska kapitału nie miała. Takie Włochy, które po wojnie były obrazem nędzy i rozpaczy odziedziczonym po poprzednich epokach, co zobaczyć można w filmach powojennego nurtu neorealistycznego (Roberto Rosselini, Vittorio de Sica), już kilkanaście lat później zakwitły „cudem gospodarczym” czyli ową „dolce vita” („słodkim życiem”) ze słynnego filmu Federico Felliniego. Wysiłek Włochów sprawił to w minimalnym stopniu, bo ową prosperity zawdzięczali nade wszystko planowi Marshalla, amerykańskiemu planowi ekonomicznego wsparcia Europy. Powodowane politycznym imperatywem i nakazem władze Polski odrzuciły ofertę wynikającą z tego planu i dokładnie w tym momencie zaczął się początek końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 

Duda, nie Duda?

Ale wróćmy do Dudy. W związku z jego nieodpowiedzialnym retorycznym wybrykiem leżajskim powróciły w PiS spekulacje, czy aby naprawdę jest on dziś dobrym kandydatem obozu władzy na prezydenta w wyborach 2020 roku. Ostatnie sondaże, które pokazują, że Tusk go prześciga, a Biedroń depcze mu po piętach, mogą dać Kaczyńskiemu to i owo do myślenia. I choć kilka miesięcy temu potwierdził, że to Duda ponownie będzie kandydatem obozu władzy, to przywódca PiS jest człowiekiem zdolnym do gwałtownej wolty personalnej o ile zajdzie taka potrzeba. Duda jest w obozie PiS traktowany jako osobistość mocno wypalona i to już na dwa lata przed końcem kadencji. Denerwujące weta z ubiegłorocznych wakacji, długo drażniący twarde jądro PiS rzecznik Łapiński czy opinia powolnego manekina – zgodnie z paradoksem ludzkiej psychiki, która niejednokrotnie nakazuje bardziej szanować wroga niż własnego służalca – nie wywołuje szacunku do Dudy nawet u tych, którzy sami na takiej pozycji go ustawili. Tygodnik „Gazeta Polska” nie zaprzestał nazywać go „Dudaczewskim”, co jest w tym środowisku bliskim Macierewiczowi i sekcie smoleńskiej wyjątkowo ostrą obelgą. Prawdopodobieństwo wspomnianej wolty personalnej nie jest co prawda duże, bo byłoby to posunięciem ryzykownym, ale wiadomo, że wyobraźnia prezesa PiS nie ma wielkich ograniczeń, a bezwzględność żadnych. Do Dudy bez wątpienia głosy te docierają, stąd bardzo zła atmosfera w Pałacu (nomen omen) Namiestnikowskim (seria odejść), którego główny lokator bardzo jest zirytowany swoją postępującą, upokarzającą marginalizacją i prztyczkami jakie raz po raz otrzymuje od „swoich”. Dlatego, jak zauważa Jadwiga Staniszkis, w sposób właściwy dla niego, czyli infantylny, dziecinny, tupie nożynami jak rozjuszony bachor, okazując niezadowolenie.

 

Tako rzecze Wittgenstein

Zgodnie z formułą Ludwika Wittgensteina, filozofa od którego zaczęło się traktowanie języka jako czegoś więcej niż tylko narzędzia komunikacji, „granice mojego języka, są granicami mojego świata”. Jedną z konsekwencji tego jest to, że język ma także potężny potencjał sprawczy w warstwie empirycznej, wręcz fizykalnej. A ponieważ PiS jest formacją, która w największym stopniu, nieporównywalnie bardziej niż opozycja – w tej sferze dość bezradna – pracuje w tworzywie języka, więc także i tam czai się dla niego największe niebezpieczeństwo. Może się bowiem kiedyś niepowściągliwością i nadproduktywnością swojego własnego języka zadławić. Duda Andrzej na razie się nim tylko zakrztusił.

Siatkarskie mistrzostwa świata w Polsacie i TVP

W niedzielę w Bułgarii i Włoszech rozpoczęły się mistrzostwa świata siatkarzy. Reprezentacja Polski pierwszy mecz rozegra 12 września w Warnie z Kubą.

 

Rozpoczynająca się w niedzielę impreza będzie miała niemal identyczną formułę jak jej poprzednia edycja, która miała miejsce w Polsce. Będzie się składała z trzech faz grupowych. W pierwszej 24 uczestników zostało podzielonych na cztery grupy. Z każdej do kolejnej rundy awansują po cztery najlepsze drużyny. Drugi etap turnieju, który z udziałem 16 zespołów rozpocznie się 21 września, również będzie się składał czterech grup.

Przypisanie do jednej z nich nastąpi w oparciu o zajęte w tabeli miejsce. Przy ustalaniu kolejności na koniec tej fazy brane będą pod uwagę wyniki z obu dotychczasowych rund. Do następnego etapu przejdą drużyny, które wywalczą pierwszą lokatę i dwie ekipy z drugiego miejsca z najlepszym bilansem. Od tego momentu rywalizacja toczyć się już będzie tylko w Turynie. Sześć zespołów podzielonych na dwie grupy walkę o półfinały rozpocznie 26 września. Po dwie najlepsze drużyny zdobędą przepustkę do strefy medalowej. W półfinale 29 września najlepszy zespół z grupy I zmierzy się z drugą ekipą z grupy J, a zwycięzca grupy J z drugą drużyną z grupy I. Dzień później odbędą się decydujące spotkania.

Polacy zaczną turniej w środę 12 września meczem z Kubą, potem zagraj z Portoryko (13 września, 16:00), Finlandią (15 września, 19:30), Iranem (17 września, 19:30) i Bułgarią (18 września, 19:30). Prawa telewizyjne do pokazywania spotkań MŚ 2018 posiada Polsat oraz Telewizja Polska. Polsat udostępni widzom transmisje z wszystkich meczów turnieju, TVP na swoich antenach pokaże mecze Polaków, finał oraz spotkanie o 3. miejsce. Transmisje internetowe będzie można znaleźć w serwisie Ipla TV.

 

To była naprawdę dobra telewizja

Dariusz Michalski – dziennikarz, prezenter radiowy, historyk muzyki rozrywkowej. Zwycięzca dziesięciu teleturniejów. Współtwórca 144 odcinków telewizyjnego „Leksykonu polskiej muzyki rozrywkowej”, w Telewizji Polskiej twórca kilkudziesięciu programów autorskich, między innymi magazynu muzycznego „Metronom”, za który w 1988 otrzymał „Złoty Ekran”. Autor biografii Jerzego Wasowskiego, Aliny Janowskiej, Wojciecha Młynarskiego, Czesława Niemena, Kaliny Jędrusik i Krzysztofa Klenczona (w przygotowaniu), trzech tomów historii polskiej muzyki rozrywkowej oraz dwuczęściowego kompendium „To była bardzo dobra telewizja”.

 

 

Z DARIUSZEM MICHALSKIM, dziennikarzem muzycznym, autorem książek o ważnych zjawiskach kultury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Ukazał się już jakiś czas temu pierwszy tom Pana autorskiej historii Telewizji Polskiej „To była naprawdę dobra telewizja”. Przedstawił ją Pan przede wszystkim jako niezwykle ważne zjawisko kulturowe, bardzo ważną część polskiej kultury w XX wieku. W tym roku jesienią minie 65 lat od inauguracji telewizji publicznej w Polsce. Zacznę jednak od pytania o pierwsze Pana osobiste wspomnienie związane z kontaktem z odbiornikiem telewizyjnym…

Telewizor do naszego domu zawitał późno bo jeszcze ponad pół wieku temu był towarem reglamentowanym, kosztownym, nawet bardzo drogim. Nasz majętny sąsiad był wśród znajomych chyba jedynym posiadaczem takiego skarbu i zapraszał wszystkich nawet często – nas (mamę, ojca i mnie) na filmy. Te amerykańskie czy angielskie pamiętam do dziś, bo ich projekcje kończyło nieodmiennie triumfalne zawołanie sąsiada, który „z polska” odczytywał z ekranu: „The end!”. Kiedy już teleaparat mieliśmy (jak na owe czasy nawet szykowny, to był „Belweder”), mama i ja zapałaliśmy miłością do teleturniejów. Tak wielką, że kiedyś mnie zachęciła: „Spróbuj”. Podobała się nam Krzyżówka z papugą – ale papugę mieliśmy. 20 pytań i Kółko i krzyżyk to także nie było to. I wtedy Telewizja wprowadziła do swego programu tak zwane teleturnieje wiedzowe. Ponieważ od dziecka interesowałem się muzyką – zgłosiłem się do teleturnieju „Z melodią na ty”. Przeszedłem przez eliminacje pierwsze, drugie, trzecie, zostałem zakwalifikowany do występu na wizji – wygrałem! Teleturniej był emitowany w niedzielę, oczywiście na żywo, w poniedziałek w szkole (uczyłem się wtedy w dziesiątej klasie liceum ogólnokształcącego) usłyszeliśmy, że następnego dnia odbędzie się przed lekcjami specjalny apel. No i we wtorek ciało pedagogiczne publicznie mnie oskarżyło o „publiczne wystąpienie bez obowiązkowej tarczy na rękawie”. Oponowałem: Przecież reprezentowałem siebie, swoją wiedzę, nie szkołę – i jakoś się wybroniłem. Ale wiedziałem, że łatwo mieć nie będę. Na szczęście mój domowy mecenas wspierał mnie intelektualnie i strategicznie: „Jeśli wiesz, to się tą wiedzą podziel z innymi. Czujesz się na siłach – wystąp. Ale zawsze staraj się wygrać”. No i wygrałem kolejne teleturnieje muzyczne, filmowe, taneczne, kryminalne. Ówczesne główne wygrane były symboliczne – przeważnie bony do Galluxu (czyli salonu eleganckiej mody męskiej), za które mogłem otrzymać co najwyżej zagraniczną koszulę, spinki i krawat, czyli żadne ekstrawagancje. Kiedy wygrałem teleturniej lotniczy – Lot „szarpnął się” na bezpłatny bilet powrotny na dowolnej trasie, ale tylko krajowej. Mimo to z tamtej wygranej byłem szczególnie dumny, bo – daję słowo, że tak było – kilka dni później propozycje pracy u siebie złożyły mi zagraniczne linie lotnicze: szwajcarski Swissair, belgijska Sabena, włoska Alitalia i skandynawski SAS. Przedstawicielstwa zachodnich towarzystw lotniczych, w hierarchii ważności następne po ambasadach, były wtedy reprezentantami luksusu, blichtru, elegancji wielkiego świata. Były oknami na ów świat, witrynami, przez które można go było oglądać i… lizać. Byłbym się więc na tę przynętę skusił, gdyby nie kolejny teleturniej, w mojej karierze dziesiąty. Zapytałem mamę: Pójść? Usłyszałem: „Muzyczny, jakby dla ciebie wymyślony, więc dlaczego pytasz?”. To był w moim teleturniejowym życiu występ ostatni, najważniejszy. Wygrałem wtedy ex aequo z Korneliuszem Pacudą, przyszłym propagatorem muzyki country. O stronę rozrywkową programu zadbała Polska Federacja Jazzowa, której przedstawiciel zaproponował mi po występie: „Chce pan u nas pracować?”. Oczywiście, że chciałem. Następnego dnia, w poniedziałek 10 lipca 1967 wdrapałem się na czwarte piętro gmachu Romy (tam, przy Nowogrodzkiej 49, w podwórzu, urzędowała PFJ) i wczesnym rankiem, bez zbędnych formalności, zostałem pracownikiem bardzo ważnej, nie tylko w moim życiu, instytucji przemysłu rozrywkowego, rodzimego show businessu. To był dla mnie prawdziwy uniwersytet, na którym w przyspieszonym tempie poznałem najważniejszych jazzmanów, całą listę przebojów bigbeatowych, zostałem sekretarzem magazynu „Jazz Forum”, wymyśliłem i przez długi czas redagowałem fanzin „Kakajot”. To była najelastyczniejsza trampolina mojej kariery zawodowej, wypchnęła mnie bowiem do radiowego Programu III, potem do „Sztandaru Młodych”, gdzie przez ponad ćwierć wieku prowadziłem rubrykę muzyczną (był to chyba nawet dział) „Metronom”, później do telewizji.

 

Kiedy po raz pierwszy wystąpił Pan na „srebrnym ekranie”, jak wtedy mawiano, już nie jako gość teleturnieju, ale jako „osoba telewizyjna”?

To było w 1965, w programie młodzieżowego klubu telewizyjnego „Proton”, w którym wystąpili absolwenci warszawskiej szkoły baletowej, Jerzy Waldorff i… ja. Program opowiadał historię tańca towarzyskiego, młodym Polakom miał też zaprezentować ich rówieśników pasjonujących się jakimś pożytecznym hobby. Moje – kolekcjonowanie płyt gramofonowych z rock and rollem – akurat nie było zbyt wychowawcze (wtedy! rock and roll to wszak muzyka amerykańska), przecież jednak zgodzono się ochoczo na pokazanie przed kamerą kilkudziesięciu zagranicznych singli, które obwoluty miały wyjątkowo atrakcyjne wizualnie, bajecznie kolorowe (szkoda, że program był czarno-biały). Miał tę kolekcję ocenić od strony zawartości muzycznej właśnie Jerzy Waldorff. Przed emisją zorganizowano dwie, może nawet trzy próby, żeby poznać się wzajemnie, debiutantom pozwolić na otrzaskanie się ze studiem i kamerami, zamarkować późniejsze sytuacje i rozmowy. Sławny krytyk(ant) oczywiście roześmiał się sardonicznie słysząc o czym mamy rozmawiać („Rrrock and rrroll to okrrropna szmirrra, a ten krrrostowaty Prrresley to jakiś żigolak!”), ale zmitygowany przez reżysera i redaktorkę obiecał, że na wizji nieco złagodzi swoje ostre sądy. Z programu pamiętam do dziś przepiękny archaiczny patefon, który do odtwarzania 45-obrotowych singli zupełnie się nie nadawał, oraz reżysera, który zarządził, że będzie lepiej, jeśli pan Waldorff wygłosi swoją kwestię osobno, mnie zaś będzie przepytywała z historii rock and rolla oraz jego walorów tanecznych gospodyni i redaktorka programu. Tak też się stało. Opisuję tę przygodę w mojej książce o telewizji, w rozdziale „Młodzież”, a ilustruje ją zdjęcie: pan Jerzy i ja siedzimy odwróceni do siebie plecami. Kilka lat później poprowadziłem w telewizji teleturniej muzyczny, a na stałe wszedłem do „firmy” jako współpracownik: współtworzyłem „Leksykon polskiej muzyki rozrywkowej”, wymyślałem i zrealizowałem kilkadziesiąt rozmaitych programów muzycznych. Za magazyn „Metronom” otrzymałem doroczną nagrodę Złoty Ekran. Z dumą ją wspominam, odebrałem ją bowiem (w marcu 1988) w nie najgorszym towarzystwie, między innymi reżysera Kazimierza Kutza, zespołu reporterów programu „Zawsze po 21-ej”, dokumentalisty Ludwika Perskiego, aktora Jerzego Bińczyckiego, Jana Miodka oraz mego imiennika Dariusza Baliszewskiego. Byłem w tamtej telewizji niby w środku, jako współpracownik przecież jednak poza nią, dzięki czemu patrzyłem na nią od środka i z zewnątrz, okiem chyba rzetelnym. Ta ogromna wiedza, w dużej części praktyczna, przydała się po latach przy pisaniu książki.

 

Przy pisaniu książki korzystał Pan z internetu?

Tak, jednak wbrew panującej opinii, w Internecie nie ma wszystkiego. Trzeba mieć własną wiedzę, by móc zweryfikować to, co tam jest, co jest rzetelne, co zaś śmieciem. Książkę pisałem w oparciu o własne, od dziesiątków lat gromadzone archiwum, wykorzystałem w niej także rozmowy, które od dawna nagrywałem i notowałem w okresie mojej pracy dziennikarskiej, w gazecie, radiu i telewizji. Moi rozmówcy w większości już odeszli – Janusz Rzeszewski, Lucjan Kydryński, Witold Filler. Powiedzieli mi wiele, czasami mnie zdumiewali swoją szczerością – jakby chcieli skorzystać z okazji, że ktoś ich wreszcie o wiele spraw zapytał, uważnie ich słuchał, wiedział o czym oni mówią. Pamiętam zwłaszcza Fillera, niespełnionego aktora, mądrego krytyka, politycznie przyklejonego do władzy, która go wypromowała, towarzysko nielubianego, jakże jednak ważnego dla rozwoju w naszej telewizji choćby rozrywki: on jej poziom wywindował bardzo wysoko. Każdy z tych ludzi, inteligentnych i rozbudowanych intelektualnie, był postacią. Niektórzy byli nawet osobowościami.

 

Telewizja u samych swoich początków kładła ogromny nacisk na rolę edukacyjną. Na przykład nadawano lekcje z poszczególnych przedmiotów szkolnych dla szkół średnich i podstawowych. Doktor Hanna Dobrowolska prowadziła przez kilka lat „Spotkania z przyrodą”, była „Eureka”, audycja o technice Jerzego Wunderlicha i inne…

Kultura polska powinna uchylić kapelusza przed tamtą telewizją edukacyjną, której poświęcę spory rozdział w drugim tomie. Telewizja bardzo pomagała w nauce, bo była bogatsza o to, co jest czterema piątymi naszego procesu postrzegania, czyli o obraz (bo słyszymy tylko jedną piątą informacji). Prawo autorskie nie było wtedy, tak jak dziś, przestrzegane, więc kopiowano mnóstwo materiałów z innych telewizji, choćby z BBC. Ale to był dodatek – owszem, bardzo atrakcyjny, jednak tylko dodatek – do tego, co wymyślano, realizowano i propagowano własnymi siłami. Telewizja edukacyjna była wtedy wspaniała, uczono dzieci, młodzież, były także telewizyjne uniwersytety korespondencyjne, wykłady naukowców, była politechnika, nauka języków obcych…

 

Zacytował Pan Ignacego Witza, wybitnego artystę i krytyka sztuki, który stwierdził, że polska telewizja wykształciła swoją własną formę plastyczną, inną niż filmowa i inną niż teatralna. Była pod tym względem czempionem w świecie?

Bez wątpienia. To brało się ze specyficznej polskiej drogi do sukcesu. Ponieważ byliśmy biedni, niczego nie mieliśmy, a chcieliśmy coś zrobić, to ten motor działania był w nas ogromny. To było takie amerykańskie „Chcieć to móc”. Coś z tego ducha było w osobie Adama Słodowego i jego programie „Zrób to sam” – zrobić coś z byle czego, z dykty, pustego pudełka, kawałka sznurka. Owo „majsterkowanie” było specyfiką rodzimej techniki telewizyjnej: kamery, magnetowidy, stoły reżyserskie polskie złote rączki rozbierały do najmniejszej śrubki, potem składały, ucząc się ich działania od podstaw. Ba! To była czasami jedyna metoda, bowiem nieustannie kuglując między systemami zachodnim (kapitalizm) i środkowoeuropejskim (socjalizm), Telewizja Polska często otrzymywała od swoich kontrahentów na przykład doskonałe technologicznie kamery, ale bez… instrukcji. I dobrze, bo geniusz Polaka przydawał się do uzyskiwania później takich efektów wizyjnych, jakich konstruktorzy tych zachodnich cudeniek nawet sobie nie wyobrażali! Opowiedział mi o tym Paweł Karpiński, który w polskiej telewizji zrobił karierę iście amerykańską (od pucybuta do milionera), bowiem z pomocnika operatora kamery wyrósł na rasowego reżysera. A Xymena Zaniewska ze swoją szkołą scenografii telewizyjnej? Jej talent, pomysłowość, indywidualność rozwinęły się przecież na pustyni, kiedy z niczego trzeba było stworzyć coś. I to coś – COŚ! – powstawało: wspaniałe, nowoczesne, stylowe, genialne!

 

Dużo miejsca poświęcił Pan Teatrowi Telewizji. Czy dlatego, że uważa go Pan za najważniejszą pozycję w historii TVP?

Uważam go za fenomen, efekt połączenia działalności i wysiłków setek, jeśli nie tysięcy ludzi i szeregu instytucji. Była premiera co tydzień, w ramach sceny poniedziałkowej, były przedstawienia w Teatrze Sensacji i Teatrze Młodego Widza, były monodramy, spektakle realizowane w ośrodkach pozawarszawskich. Ludziom się chciało, nikt o pieniądzach nie mówił i dobrze, że tak było – wbrew zasadzie, że dobre musi kosztować, bo inaczej będzie byle jakie. Nawet pionierska telewizja Europy, brytyjska BBC nie wypracowała takiej formy. Realizowała albo filmy dostosowane do warunków telewizyjnych i praktykowała statyczne filmowanie kamerą spektaklu teatralnego na scenie. Nasz Teatr Telewizji wypracował coś zupełnie innego. Studio było miejscem, gdzie przestrzeń fizyczna była rozszerzana, a co za tym idzie także przestrzeń w wyobraźni widza, który podążał za kamerą, za myślą, także dzięki możliwości zbliżeń. Wspomniana Xymena Zaniewska fenomenalnie operowała czernią, bielą i ich odcieniami, obrazem, zbliżeniem, detalem, cieniem. Poza nią było całkiem pokaźne grono utalentowanych, wybitnych scenografów.

 

Telewizja jako taka jest w ciągłej fazie znaczących przeobrażeń technologicznych. Wprowadzana jest telewizja cyfrowa wysokiej jakości, kończy się epoka monopolu ramówki i następuje szereg innych zmian. Myśli Pan, że to koniec telewizji, którą Pan opisuje?

Rozważa się też – nie od dziś – czy ocaleją książki i prasa papierowa, czy też zostaną scyfryzowane jako e-książki i e-tygodniki. Kiedyś rozważano, czy telewizja nie zabije kina. Podobnie rozważa się czy radio i telewizję zastąpi e-radio i e-telewizja. Myślę, że nowe będzie się rozpychać, ale stare długo jeszcze będzie mu towarzyszyć.

 

To kolejna duża publikacja o Telewizji Polskiej po książce Tadeusza Pikulskiego. Czy ona była dla Pana jakimś punktem odniesienia?

Książka Tadeusza Pikulskiego, „Prawdziwa historia telewizji publicznej”, to rzetelna, choć subiektywna książka o telewizji. Podobnie jak cenna książka Tadeusza Kurka czy wspomnienia Jerzego Ambroziewicza. Każda książka jest cenna, bo gdyby w tej chwili ktoś inny jeszcze chciał napisać swoją książkę o telewizji, nie spotka już szeregu osób, które są w cytowane w tych, które już powstały, oraz w mojej (że przypomnę nieżyjących Fillera czy Rzeszewskiego). A za chwilę nie będzie już nikogo z tego pokolenia. Widzę to również w światku polskiej muzyki rozrywkowej. Kiedy pisałem pierwszy tom jej historii, to żyła jeszcze i była pełna uznania dla moich działań, a nawet napisała mi wstęp – Stefania Grodzieńska. Po jej odejściu nikt już nie napisze o tym, co działo się w tej dziedzinie przed wojną, powołując się na żywych świadków. Bo tych świadków już nie ma.

 

Było w dziejach telewizji szereg osobowości i audycji kompletnie dziś zapomnianych, np. „Sylwetki X Muzy” prowadzone w drugiej połowie lat sześćdziesiątych przez Czesława Radomińskiego? Czy uwzględni je Pan drugim tomie?

Tak. Znajdzie się ten program albo w rozdziale poświęconym filmowi albo w historii ośrodków regionalnych, był bowiem emitowany z Poznania. Czego czytelnik nie znalazł w pierwszym – znajdzie w drugim tomie. Czy wszystko? Przyczyny wszelakich pominięć faktów i osób zamykają się w takim oto krótkim dialożku: „Dlaczego Pan mi o tym, nie powiedział? – Bo pan mnie o to nie zapytał”. I tak jest z wieloma sprawami, które w ostatnich tygodniach „wyszły” tylko dlatego, że ukazał się tom pierwszy: dotarł do czytelników i wywołał liczne reakcje. Działają one jak internetowe linki, otwierające kolejne klapki i furteczki, a drzwi do informacji robią się bramami do niej, rozbijają zaskorupiałe ściany pamięci. Często słyszę: „Ach, rzeczywiście tak było!”. Albo: „Że też o tym zapomniałem”. Zapomniane – przypomniane. Coraz częściej dzięki życzliwym (i uważnym!) czytelnikom.

 

Widziałem niedawno zaprojektowaną przez Konstantego Sopoćko okładkę wydanej w 1929 roku sensacyjnej powieści Jana Mariana Dąbrowy „Telewizor Orkisza”. Telewizor jest w tej powieści przedmiotem ze sfery fantastyki-naukowej. Od tamtych czasów, pod niezmienioną nazwą, przeszedł drogę od maszyny fantastycznej do powszechnego składnika i kultury i codzienności…

Takich miejsc i zdarzeń paradoksalnych w historii szeroko rozumianej telewizji było dużo. Przytoczę choćby słynną debatę telewizyjną Kennedy–Nixon w 1960 roku, która uczyniła tego pierwszego prezydentem, bo ten drugi nie umiał się znaleźć przed kamerą. Można to odnieść też do spotkania Wałęsa–Miodowicz w 1988. Elvis Presley, podczas pierwszego występu w ogólnoamerykańskiej telewizji w 1956 roku, został pokazany tylko od pępka w górę, ponieważ poruszał biodrami w sposób wyzywający, erotyczny, co najmniej nieelegancki, co sprawiło, że przylgnęło do niego określenie „Elvis the Pelvis” (Elvis Miednica). Ale nie tylko to było ważne dla jego kariery, bowiem to, że nie pokazano wtedy piosenkarza w całości, zachęciło ludzi, żeby zainteresować się nim dokładniej, bo przecież „na pewno miał poniżej paska od spodni coś, czego telewizja nie chciała pokazać”. W 1960, po powrocie Presleya z wojska, kiedy Sinatra zaprosił go do swego programu pewien, że dzięki „temu bezczelnemu chłystkowi” (The Voice nie lubił rock and rolla, a Elvisa wręcz nienawidził) zdobędzie dla siebie publiczność młodzieżową – trzy czwarte telewizyjnej Ameryki oglądało jego show, następnego dnia nazwany przez prasę Welcome Home Elvis: młodszy „ukradł” przedstawienie starszemu, bo lepiej od niego zrozumiał istotę telewizji, jej potęgę.

 

W PRL „potęgę telewizji” kojarzono z monopolem władzy jej politycznego dysponenta i działaniem cenzury…

Cenzorzy czepiali się zwłaszcza trzykropków (ileż bowiem można było wyrazić za ich pomocą „pomysłów na domysły”), gorsi jednak byli usłużni redaktorzy. Ciężkie życie w telewizji mieli bigbitowcy, za którymi chodził łysawy fryzjer-Filler, który nienawidził długowłosych. Trzeba jednak pamiętać, że cenzura była także w innych telewizjach, w zagranicznej prasie, w zachodnim radiu. W swojej kolekcji mam trzy płyty kompaktowe z nagraniami, których „nie puściła w eter” brytyjska BBC, właśnie z powodów cenzuralnych. Ofiarą angielskiej cenzury padł w 1972 między innymi Paul McCartney, który śpiewał o Irlandii i Irlandczykach („Give Ireland Back to the Irish”), co nie pasowało do polityki Zjednoczonego Królestwa. Dekadę wcześniej BBC zakazała antenowej prezentacji płyty „A Hundred Pounds of Clay” Craiga Douglasa „z powodów religijnych”. Uzasadnienie: „Ta piosenka bluźni przeciwko Bogu, sugeruje, że Pan stworzył kobietę nie z żebra Adama, lecz ze zwyczajnych surowców”. Nie pomogła zmiana kontrowersyjnego oryginalnego wersu „stworzył Bóg kobietę i wiele innych przyjemności dla mężczyzny” na „stworzył starego Adama – oraz kobietę dla mężczyzny”. Radiowi cenzorzy byli nieugięci i nałożyli embargo na amerykańską piosenkę. Przypominam: w Londynie – nie w Warszawie! Nie było więc tak, że w Polsce było wszystko źle, a w Anglii super. Nieprawda. Także u nas cenzura radiowa miała swoje „wytyczne”, a na płycie piosenka mogła się ukazać i stawała się przebojem. Prywatni rzemieślnicy mogli wydawać pocztówki dźwiękowe, a w radiu czy telewizji tych samych utworów nie puszczano. Cenzura była wszędzie, więc nie fetyszyzujmy strasznej roli cenzury w Polsce.

 

Co będzie odróżniało tom drugi Pana książki od pierwszego?

Będzie znacznie więcej polityki, przede wszystkim rozbudowany i bardzo ważny rozdział o stanie wojennym w telewizji oraz ówczesnej weryfikacji. Przedsmak „tego co będzie” znajdzie czytelnik w pierwszym tomie, w rozdziale poświęconym Teatrowi Telewizji. Tamże – choćby opowieść Stefana Szlachtycza o nagrywaniu spektaklu „Długie pożegnanie”, kiedy na planie potrzebny był pistolet. Oczywiście w rekwizytorni pistoletu nie było, ale przecież przy studiu siedzieli żołnierze. „Komandos ostrzegł Pyrkosza: – Niech pan uważa, żeby nie znaleźć się na linii strzału. Wylot pistoletu musi być skierowany na przeciwnika. Wtedy Łukaszewicz spytał przytomnie, czy pistolet jest nabity. – Oczywiście, ostra amunicja – komandos na to. – Jest przecież wojna”. Tamże Olgierd Łukaszewicz przypomina swój dylemat: „Musiałeś grać? – pytali mnie znajomi. Nawet jeśli coś tam bąkano, że gdybym odmówił, to wyciągnięto by wobec mnie konsekwencje z tytułu umowy o pracę? Nie wiedziałeś, że bierzesz udział w akcji wojskowej czy parawojskowej?” Jerzy Gruza zapamiętał: „W grudniu 1981 nagrywaliśmy program rozrywkowy, który musieliśmy dokończyć już w następnym roku. Czy uważano to za kolaborację? Nie wiem, zresztą to mnie zupełnie nie obchodziło”. Takich historii, ludzkich, więc dramatycznych ale i zabawnych, zdarzyło się wtedy wiele. Wojna nie składa się tylko z czołgów, samolotów i generałów; także z ludzi, okopów i menażki”.

 

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

Naród odzyskał TVP

– Siła nienawistnej kampanii, z którą spotyka się odrodzona TVP, jest dowodem na to, że projekt budowy medium narodowej tożsamości się powiódł. Co więcej, autorzy tych działań już zrozumieli, że to jest na dłużej – mówi Jacek Kurski, prezes Telewizji Polskiej w rozmowie z Michałem Karnowskim na łamach „Sieci”.

Podczas rozmowy Michała Karnowskiego z Jackiem Kurskim, prezes Telewizji Polskiej wskazuje, jakie zmiany zaszły w telewizji publicznej w ciągu ostatnich lat:

– Dzięki zmianie w TVP po 2015 r. miliony Polaków po raz pierwszy w ogóle usłyszało o pewnych sprawach, dowiedziało się, jak w praktyce wyglądała złodziejska prywatyzacja i reprywatyzacja, jaki jest prawdziwy stan sądownictwa, jak wiele wątpliwości budzi tragedia w Smoleńsku. […] TVP wyłamała się z frontu obrony III RP, sformułowała przekaz zgodny z odczuciami, z wrażliwością tej części narodu, która przez trzy dekady była zepchnięta na margines. Po drugie, stało się to w momencie, gdy władzę przejął obóz patriotyczny Jarosława Kaczyńskiego. Połączenie obu tych czynników dało wielką zmianę, spowodowało, że wielu ludzi poczuło, iż odzyskało swój kraj, res publicę.

Jacek Kurski podkreśla, jakie czynniki o tym decydują:

– Telewizja publiczna zaproponowała też ofertę pozytywną – propolski przekaz kulturowy, tożsamościowe produkcje filmowe, sięgnięcie w sposób atrakcyjny do narodowej historii, wielkie transmisje sportowe, integrujące wydarzenia rozrywkowe. Stworzyła atrakcyjną, alternatywną ofertę wobec tego, czym była III RP, i nie pogubiła się przy tym, odzyskała sterowalność. Stała się ważnym elementem nowego ładu demokratycznego w Polsce. Dlatego budzi taką wściekłość – że jest, że żyje, że rośnie.

Prezes TVP mówi również o nieprzychylnych opiniach na temat telewizji publicznej:

– Słyszę te epitety, wyzwiska, kłamstwa i to oczywiście nie jest nic miłego. Są całe portale, które zajmują się wyłącznie produkowaniem takich wyzwisk, generowaniem fałszywych informacji na temat TVP, które próbują także zastraszać naszych dziennikarzy i publicystów. Ale ziarno prawdy w tych zarzutach zdarza się niezwykle rzadko – wyjaśnia Kurski. Jednocześnie omawia sukcesy, jakie udało się osiągnąć: – Telewizja Polska, na bardzo trudnym rynku, rośnie w siłę, zyskuje odbiorców. Po raz pierwszy od 16 lat, porównując pierwsze półrocze 2017 r. z pierwszym półroczem 2018 r., wzrosła bezwzględna oglądalność TVP1 i TVP2 […]. Technologię zmieniamy, większość kanałów nadajemy już w HD, w tym TVP Info.

Prezes TVP wypowiada się także na temat swojego poprzednika, Juliusza Brauna: – Za jego kadencji telewizję zapuszczono straszliwie, doprowadzono do skandalicznych zaniedbań, kasowano produkcje wewnętrzne, wywalono 411 przedstawicieli zawodów twórczych […] – Jacek Kurski mówi także o przyczynach zaniedbań telewizji publicznej podczas panowania poprzedniej władzy: – To był element szerszego procesu zwijania państwa polskiego, wycofywania państwa z odpowiedzialności za sferę publiczną: znikały posterunki policji, placówki pocztowe, stacje i linie kolejowe, garnizony wojskowe, bezpłatne studia na drugim kierunku, to miały zniknąć i media publiczne.

Prezes Kurski bardzo stanowczo podkreśla, jakie zachowania nie są tolerowane przez niego u współpracowników: – Wyraźnie zapowiedziałem współpracownikom i pracownikom, którzy nie zawsze rozumieją, że nie ma prywatnych tweetów u osób publicznych, i zapowiadam po raz kolejny, że żadnych wypowiedzi czy to wulgarnych, czy antysemickich nie będę tolerował. Autorzy tych wypowiedzi, które się pojawiły, dostali jasne ostrzeżenia, że jeszcze jeden późnonocny wpis o obskuranckiej treści, a się pożegnamy.

Rozmowa kończy się podsumowaniem dotyczącym przyszłości telewizji w konfrontacji z konkurencyjnymi bibliotekami filmów i serwisami streamingowymi: – Na pewno zostanie to, co nadawane jest na żywo. Emocje, rywalizacja, przekazywanie tego, co się właśnie dzieje – to muszą być nasze drogowskazy. Ludzie muszą mieć poczucie, że dzięki telewizji są świadkami historii, że uczestniczą na żywo w wyjątkowym wydarzeniu.

(źródło: www.wsieciprawdy.pl)