Flaczki tygodnia

„Polityka PiS: rok 2015 – wystarczy nie kraść, rok 2016 – my nie kradniemy, nam się to po prostu należy, rok 2017 – inni też kradli, rok 2018 – inni kradli więcej, rok 2019 – kradniemy ale zgodnie ze stanowionym przez nas prawem, rok 2020 – kradniemy, i co nam zrobicie?”. Taką wyliczankę znalazłem w Internecie.
Czy należy do niej dodać „Rok 2023 – rozkradliśmy co mogliśmy. Schowaliśmy ukradzione gdzie tylko mogliśmy. Teraz możemy oddać władzę”.

Pan poseł PiS i wiceminister klimatu Ireneusz Zyska od końca stycznia jest także pełnomocnikiem rządu ds. odnawialnych źródeł energii. Na to stanowisko powołał go premier Mateusz Morawiecki.
No i niech teraz ktoś z wrażej opozycji powie, że rząd nie zajmuje się tym, jakże ważnym problemem.
Warto dodać, że nominacja pana posła i wiceministera w jednym Ireneuszu Zysce wydłużył listę pełnomocników rządu i prezesa Rady Ministrów. Obecnie jest ich już czterdziestu czterech.
Pełnomocnicy rządu i pana premiera mają różne kompetencje. Są pełnomocnicy od prawa człowieka, od rozwoju gospodarczego, czyli problemów fundamentalnych, nigdy w pełni nie rozwiązywalnych. Jest też pełnomocnik ds. przygotowania Światowego Forum Miejskiego w Katowicach.
Rządowi pełnomocnicy mnożą się, bo pan premier Morawiecki przyjął bardzo wygodną taktykę. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, kiedy zyskuje on rozgłos w mediach, to pan premier od razu powołuje specjalnego pełnomocnika ds. rozwiązania owego problemu. W randze wiceministra, żeby nadać mu i problemowi odpowiednio wysoką rangę. No i niech teraz ktoś zarzuci panu premierowi, że nie pracuje, nie rozwiązuje trapiących naród problemów.
Oczywiście każdy z tych 44 pełnomocników dostaje nie tylko stosowne do wagi problemu uposażenie z budżetu państwa. Każdy ma też grono opłacanych z budżetu współpracowników, czyli dodatkowych klientów politycznych związanych z PiS. Bo to co ich podnieca, to się nazywa kasa.

Oprócz wspomnianych 44 pełnomocników w randze wiceministrów aktualnie rząd pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego składa się z: jednego pana premiera Morawieckiego + 23 ministrów + 78 wiceministrów + 44 pełnomocników w randze wiece ministrów.
Jest to niewątpliwie największy rząd w trzydziestoletniej historii III i IV Rzeczpospolitej.
Liczebnie rzecz jasna.

Znana z notorycznego łamania prawa szefowa Kancelarii Sejmu RP pani minister Agnieszka Kaczmarska otrzymała w ubiegłym roku z budżetu państwa polskiego nagrody w łącznej wysokości ponad 45 tysiące złotych. Dwukrotnie nagrody przyznawał jej były marszałek Sejmu RP pan Marek Kuchciński, a raz obecna pani marszałek Elżbieta Witek.
Kiedy dziennikarze zapytali o powody tak szczodrych nagród, usłyszeli ,że „Zajmowanie stanowiska Szefa Kancelarii Sejmu wymaga wykorzystania zdolności organizacyjnych, doświadczenia, a także pełnego zaangażowania. Wiąże się to z koniecznością posiadania rozległej wiedzy związanej z parlamentaryzmem, poważnym ograniczeniem czasu prywatnego, koniecznością stałej gotowości do realizacji nowych zadań, brakiem możliwości ograniczenia czasu pracy do przyjętych norm”.
Przekładając to na polski, można rzec, że pani minister Kaczmarska tak silnie zaangażowała się w łamanie prawa dla realizowania interesów elit PiS, że te nędzne 45 tysięcy zwyczajnie się jej należały.

Rozkręcają się prezydenckie kampanie wyborcze. A ponieważ w IV Rzeczpospolitej mediokracja dominuje nad demokracją, to coraz częściej mamy w kampaniach przerosty form nad treściami.

„Przyszedł czas, by prezydentem Polski została kobieta z Ursusa; kocham Polskę i dlatego chcę być prezydentem Polski; prawdziwą prezydent”,
oświadczyła kandydatka Komitetów Obywatelskich Małgorzata Kidawa-Błońska.
„Chodź tygrysie, scena jest twoja”, tak zapowiedziała wystąpienie swojego męża w czasie konwencji PSL w Jasionce pani Paulina Kosiniak – Kamysz. Wcześniej pokazała, że na scenie, w błysku fleszy i przekazie kamer, wypada znakomicie.

Podczas obu sobotnich konwencji kandydaci posiłkowali się już nie tylko swoimi głowami, lecz przede wszystkim zaprzęgniętymi do kampanii wyborczej bliskimi.
Kidawa – Błońska pokazała Wyborcom swego męża reżysera filmowego, nadal przystojnego i w pełni sił twórczych, potem politycznych dziadków i pradziadków, już nieobecnych na tym łez padole, oraz kilka osób znanych z mediów, i poszkodowanych przez PiS.
Kandydat PSL, mąż pani Pauliny Kosiniak- Kamysz, zwany przez nią „Tygrysem”, dzielnie asystował swej, znakomicie wypadającej w medialnych przekazach Małżonce. I wspaniale odnalazł się w roli maskotki „Tygrysa” przebojowej pani Pauliny.
Nic zatem dziwnego, że telewizyjne przekazy obu konwencji od pewnego momentu przestawały być prezentacjami programów kandydatów na urząd prezydenta RP, a stawały się rankingami urody i elokwencji ich partnerów życiowych.
Teraz „Flaczki” czekają na medialne wybory najpiękniejszej kandydatury na Pierwszą Damę i Pierwszego Męża. Ekscytują się; czy poseł Krzysztof Śmiszek partner „chłopaka z Krosna” uzyska wyższe słupki poparcia od reżysera Kidawy- Błońskiego, małżonka „kobiety z Ursusa”? Czy obaj nawiążą równoległą walkę z pogromczynią „Tygrysa z Krakowa”?

Kampanie prezydenckie zaczynają coraz bardziej przypominać telewizyjne tańce z gwiazdami, bo kandydaci tak wiele Wyborcom obiecują, iż merytoryczna debata przestaje mieć sens. Suweren wie, że w Polsce prezydent nie rządzi, może on tylko rządy rządu blokować lub mu je ułatwiać. Zatem niech wygra najpiękniejsza Pierwsza Dama. Będzie przynajmniej przez na co w telewizorze popatrzeć przez najbliższe 5 lat.

PS. W zeszłą sobotę powstał w Olsztynie kolejny Klub Przyjaciół Mediów Lewicowych. Poczęto go w księgarni, podczas debaty olsztyńskiej Lewicy, czyli Wiosny, Razem i SLD, z twórczym udziałem redaktora naczelnego „Trybuny” Piotra Gadzinowskiego, wieloletniego parlamentarzysty SLD. Wspólne dziecko świecko pobłogosławił olsztyński poseł SLD Marcin Kulasek. Twórczego, długiego życia, życzą „Flaczki” olsztyńskiemu noworodkowi.

Nie taki zły, jak wygląda

Z MARIUSZEM JAKUSEM rozmawia Krzysztof Lubczyński

W internetowej Wikipedii napisano o Panu m.in.: „Znany głównie z ról kryminalistów i czarnych charakterów, choć także filmowy odtwórca przedstawicieli służb mundurowych”. Widzowie rzeczywiście pamiętają Pana szczególnie z roli psychopaty „Tygrysa” w „Samowolce” Feliksa Falka. Czy ciąży Panu taka kwalifikacja?
To jest tak pojemna szuflada, że mogę się w jej ramach swobodnie poruszać, ale faktem jest, że wielu reżyserów ma skłonność do szufladkowania aktorów. Nie chodzą do teatru, nie wypatrują aktorów, nie starają się wyobrazić sobie aktora w innej niż typowa dla niego roli. Szukają gotowca zgodnie zasadą, że „sprawdzi¸ się w jednej roli, to sprawdzi się w drugiej, podobnej”. Idą po najmniejszej linii oporu. Boją się ryzyka przy obsadzaniu nie wprost, nie „jeden do jednego”. Szukają prostego klucza do oglądalności.
Po raz pierwszy przyciągnął¸ Pan moją uwagę jako aktor w podwójnej roli w „Królowej aniołów” Mariusza Grzegorzka. Grał Pan inaczej niż inni aktorzy, nie tylko z mocną ekspresją, ale nietypowymi środkami…
Mariusz Grzegorzek zdziwił mnie trochę propozycją zagrania głównej roli, bo wiedziałem, że angażował na ogół aktorów i aktorki o delikatnej kompleksji i stylu gry. Tymczasem zaproponował rolę takiemu „bandziorowi” jak ja. To był bardzo osobisty film Mariusza, wysnuty z jego snów z dzieciństwa, bardzo symboliczny, tajemniczy. W tym wszystkim bardzo skromna ekipa, pełne skupienie, każdy na swoim miejscu, profesjonalizm w każdym calu. Zero przestojów, czekania.
Wszyscy aktorzy myśleli tylko o swoim zadaniu i może też stąd efekt, o którym pan mówi.
Ten intrygujący film tylko przemknął¸ przez ekran i bardzo trudno jest zobaczyć go ponownie, a wymaga kilkakrotnego oglądania, wsmakowywania się w jego oryginalną poetykę…
Bo jest bardzo hermetyczny, niektórzy mówią, że zbyt hermetyczny. Nie ma w nim nic łatwego, miłego, przyjemnego. To trochę jak operacja trepanacji czaszki. Większość tego nie lubi.
Ten film ma w swojej ekspresji coś osobliwie teatralnego. Jakie miejsce w Pana pracy aktorskiej zajmuje teatr?
Ważne. Mimo, że jestem kojarzony głównie z ekranu filmowego i telewizyjnego, to bardzo dużo pracuj« w teatrze i stamtąd otrzymuję więcej propozycji niż z filmu. Lubię atmosferę teatru, przede wszystkim mojego, czyli imienia Stefana Jaracza w Łodzi, który znam najlepiej. Ogromnie miło, jako widz, wspominam atmosferę Teatru Starego w Krakowie, gdzie obcując przez lata na codzień z takimi aktorami jak Jerzy Stuhr, Jerzy Bińczycki, Jan Nowicki czy Jerzy Trela, miałem poczucie, że obcuję ze sztuką przez gigantyczne „S”.
Zagrał Pan w jednym ze spektakli telewizyjnego, historyczno-politycznego Teatru Faktu. Ceni Pan ten gatunek teatru i ten konkretny cykl spektakli?
Ważne, czy ceni je widz. A pewnie tak, skoro tyle powstaje tego typu spektakli.
Swego czasu skrytykowałem spektakl „Mord założycielski” za to, że pokazano w nim komunistów z PPR zachowujących się jak młodzież na rozpasanej prywatce, albo gangsterzy z Pruszkowa na libacji. To był anachronizm z punktu widzenia wiedzy o obyczajach sprzed 60 lat. Ci ludzie po prostu tak się nie mogli zachowywać. Dlaczego reżyser tak ustawił grę?
Gotów jestem Panu z 90-procentową pewnością powiedzieć, jaką uwagę dał reżyser aktorom. Zapewne powiedział, że to byli normalni ludzie, tacy sami jak teraz, że czasy się zmieniają ale ludzka psychika, odruchy, zachowania zostają takie same, więc tak trzeba ich zagrać. A co robią normalni ludzie? Jak się nachleją to się kłócą, czasem biją. Banał i jeszcze raz banał, czyli jak sobie Jaś wyobraża ludzi sprzed 60 lat. Nie widziałem tam próby znalezienia klucza do tych specyficznych ludzi w specyficznych czasach. Ot, sztampa.
Mówi się o zawodzie aktorskim, że wymaga delikatności motyla, siły słonia i agresji – nomen omen – tygrysa. To mit czy prawda?
Coś z prawdy w tym jest, ale bez przesady. Trzeba umieć się przebijać, być twardym. Niestety często przebija się chłam ludzki, który schlebiając gustom mas prze do przodu i wygrywa. Faktem jest, że pracujemy na bardzo delikatnych strunach, na własnej psychice, choć opowieści niektórych kolegów jaki to wyniszczający zawód, to bzdura na potrzeby mediów, wywiadów. Nigdy nie uwierz aktorowi, który twierdzi, że po zejściu ze sceny przez kilka minut w garderobie wychodzi z roli. Co innego prawdziwe zmęczenie fizyczne. To jest przecież tylko zawód, choć piekielnie trudny.
W kinie gra Pan role współczesne, bo innych nie ma, ale w teatrze role w klasyce, w przedstawieniach Szekspira, Słowackiego, Gombrowicza. Uważa Pan, że za pomocą tekstów klasycznych, w tym polskich romantycznych, nadal dobrze można pokazywać problemy naszej współczesności, tak odmiennej od XIX wieku?
Oczywiście. Są one tak bogate, tak pojemne, tak współczesne, tylko trzeba w nich umieć szukać.
Pierwsza rola, która dała Panu popularność i rozpoznawalność, to „Tygrys” we wspomnianej „Samowolce”, jednego z filmów tworzących na początku lat 90., razem z „Psami” Władysława Pasikowskiego, falę brutalizmu w polskim kinie. Otrzymał Pan za nią nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową na FPFF w Gdyni. Miał Pan wtedy choć okruch poczucia, że uczestniczy Pan w otwieraniu nowej drogi w polskim kinie?
Ani trochę. Byłem wtedy studentem, bardzo przejętym, skoncentrowanym na swojej roli i usatysfakcjonowanym, że mogłem grać u tak wybitnego twórcy jak Falk. Wydawało mi się wtedy, że złapałem pana Boga za nogi. O tym, że ten film wnosi coś nowego, że jest ważny zauważyłem na festiwalu w Gdyni, w czasie spotkania z publicznością. Reakcje były zadziwiające.
Jest coś w Panu z tej brutalności „Tygrysa” i Rafalskiego, czy to czysta kreacja aktorska?
Niewiele, ale dotknął¸ pan ciekawej kwestii związanej z odbiorem naszej, aktorskiej pracy, a konkretnie z brakiem dystansu części widzów do roli, z myleniem roli z realiami. Dostałem kiedyś maila od jakiejś pani, która napisała mi, że muszę być złym, okrutnym człowiekiem. A kiedy nie odpisałem, napisała ponownie, że to tylko potwierdza moją arogancję i zło. Już się do mnie nie odezwała, a ja w pierwszym odruchu niestety wykasowałem te maile i przy tej okazji zwracam się do niej, aby się do mnie odezwała. Innym razem jacyś szemrani faceci w barze postanowili sprawdzić czy jestem taki chojrak jak „Tygrys”. Doszło do bójki, po której wylądowałem nawet w szpitalu. Kiedy indziej wypatrzyli mnie wychodzący z wojska rezerwiści, jadący chyba w dziesięciu w samochodzie. Zatrzymali się, zaprosili mnie na kolację i zapewnili, że jak mi ktoś podskoczy, to wystarczy do nich telefon. (śmiech)
Dziękuję za rozmowę.

MARIUSZ JAKUSur. 26 listopada 1967 w Chrzanowie, obecnie aktor Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Absolwent wrocławskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Niektóre ważniejsze role filmowe i telewizyjne: Tygrys w „Samowolce” (1993), Zyga w „Gorącym czwartku” M. Rosy (1993), Hardy w „Pułkowniku Kwiatkowskim” K. Kutza (1995), adiutant w „Cwale” K. Zanussiego (1995), Bryła „Amoku” N. Korynckiej-Gruz (1998), Fryta w „Ekstradycji 3”, Bolek z „Na dobre i na złe” (1999-2005), „Ksiądz/dr Jakub w „Królowej Aniołów” M. Grzegorzka (1999), Narwicz w „Prymasie. Trzy lata z tysiąca” T. Kotlarczyk (2000), Maciek w „M jak miłość (2000), Vyr w „Wiedźminie” M. Brodzkiego (2001), oficer UB w „Karolu, człowieku, który został papieżem” (2005), komisarz Szymon Rafalski w serialu „Fala zbrodni” (2003), Mongo w „Czasie honoru” M.Rosy (2008). Nagrodzony za liczne role teatralne i telewizyjne.