Wielkie wymieranie Polaków pod rządami PiS

W ubiegłym roku bardzo wyraźnie zwiększyła się śmiertelność w naszym kraju, zwłaszcza wśród osób starszych. To nie tylko skutek pandemii.
Osoby 60 plus stanowią ponad 25,3 proc. mieszkańców Polski. Jest to grupa zróżnicowana i szybko rosnąca. W 2030 roku może liczyć niemal 30 proc. ogółu mieszkańców, a w roku 2050 przekroczy 40 proc. Zapewne będzie jednak ich mniej, gdyż pod rządami PiS seniorzy dosyć szybko wymierają.
Na podstawie „Europejskiego Badania Warunków Życia Ludności” (GUS, 2020) można stwierdzić, że ludzie po 60. już przed pandemią dość często (26,5 proc.) wskazywali, że ich zdrowie jest złe lub bardzo złe. Wskaźnik potrzeby skorzystania z usług medycznych wynosił dla całej populacji mieszkańców Polski powyżej 16 roku życia 61,9 proc., a w wypadku seniorów 73,4 proc.
W czasie pandemii jest niestety gorzej – wskazuje Instytut Polityki Senioralnej Senior Hub. Dokładnych danych procentowych jeszcze nie opracowano, lecz wszystkie badania wskazują, iż osoby starsze są narażone w największym stopniu na izolację społeczną, czyli na funkcjonowanie w sytuacji niewielkiej intensywności lub zupełnego braku kontaktów społecznych z osobami spoza gospodarstwa domowego. Osoby 60 plus w największym stopniu funkcjonują również w jednoosobowych gospodarstwach domowych, co dodatkowo wzmacnia poczucie samotności i pozostawienia samemu sobie – a to nie służy ich zdrowiu i życiu.
Realnie nawet do 1 miliona osób w Polsce pozostaje w faktycznej izolacji społecznej, często żyjąc samotnie w swoich mieszkaniach i domach. Wykluczeni z relacji społecznych innych niż incydentalne. Osoby te żyją poza systemem wsparcia społecznego, a ich funkcjonowanie nie jest zazwyczaj w żaden sposób monitorowane.
Jest też duża grupa seniorów, która oprócz braku spotkań ze znajomymi, nie ma też żadnych relacji z członkami rodzin. Nic dziwnego, że wskazują oni na niższy stopień zadowolenia z relacji rodzinnych i pozarodzinnych niż osoby z innych grup.
Kiepsko jest również u nich z aktywnością fizyczną. Główną formą rekreacji dla seniorów 65 plus są spacery (57 proc. osób). Żadnego sportu nie uprawiało 78 proc. ludzi w tym wieku. Aż 62,8 proc. osób 60 plus ograniczyło aktywność fizyczną w dobie pandemii COVID-19. Dostępne badania jednoznacznie wskazują zaś na korelację aktywności fizycznej z ogólnym dobrym stanem seniorów. Sprzyja ona utrzymaniu względnej samodzielności osób starszych i wydłuża życie. Jej ograniczenie ma fatalne skutki zwłaszcza dla seniorów cierpiących na choroby współistniejące
Wpływa to na pogorszenie stanu zdrowia, co z kolei przekłada się na gorsze samopoczucie, słabszą kondycję psychiczną, a także ograniczanie relacji i aktywności społecznych. W grupie osób 65 – 74 lata jedynie 9 proc. Polaków poświęcało czas na aktywność wolontariacko-społeczną (głównie we wspólnotach wyznaniowych), co jest wynikiem znacznie niższym niż średnia dla Unii Europejskiej, która wynosi 18 proc. Efektem niskiej aktywności społecznej może być również przyspieszenie spadku kondycji psychofizycznej i wcześniejsza utrata względnej samodzielności. Czyli, błędne koło.
Pandemia mogła znacząco wpłynąć na pogłębienie stopnia izolacji społecznej i poziomu osamotnienia seniorów. W dobie koronawirusowych obostrzeń posiadanie lub nieposiadanie kompetencji w zakresie obsługi internetu ma duży wpływ na funkcjonowanie seniorów poddanych przymusowej izolacji społecznej. W raporcie z badania „Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarstwach domowych” (GUS 2020) wskazano, że aż 64,6 proc. seniorów 65 plus nigdy nie korzystało z internetu w ciągu ostatnich 3 miesięcy przed badaniem. Natomiast jedynie 3 proc. osób starszych wykorzystywało sieć w szerokim lub bardzo szerokim zakresie, czyli swobodnie przeglądało strony internetowe, korzystało z wyszukiwarek, obsługiwało e-maila, było aktywnych w mediach społecznościowych, dokonywało transakcji zakupowych i bankowych, korzystało z kultury np. poprzez użytkowanie serwisów streamingowych. Osoby starsze dość chętnie korzystają natomiast z bankowości internetowej (16 proc. respondentów).
Miniony rok przyniósł stagnację, a być może nawet regres, w dziedzinie edukacji cyfrowej seniorów. Od wiosny 2020 r. niemal nie odbywają się szkolenia stacjonarne, które są dosyć skuteczną metodą edukacji seniorów początkujących w cyfrowym świecie. Istnieje więc możliwość realnego wtórnego wykluczenia cyfrowego większości z tych osób. Pandemia wzmocniła za to motywację części ludzi starszych do komunikacji za pomocą dość nowych narzędzi, np. komunikatorów audio-wideo.
Pogorszenie odczuwalnej jakości życia oraz spadek kondycji psychofizycznej mają wpływ na zwiększenie śmiertelności w grupie wiekowej seniorów. W trakcie pierwszej i drugiej fali pandemii (wiosna i jesień 2020) seniorzy stanowili większość ofiar śmiertelnych, trzecia fala pochłania także wielu ludzi młodszych.
Zgony są jednak nie tylko efektem COVID-19, lecz i rezultatem załamania systemu opieki zdrowotnej w Polsce, spowodowanego rządami PiS. Bardzo utrudniony jest dostęp do usług medycznych, służba zdrowia stała się niewydolna, nie ma łatwej ścieżki dostępu do lekarzy specjalistów, odwołano planowane wcześniej zabiegi. To wszystko oznacza przedwczesne i zbyt częste umieranie Polaków.
Gorszy dostęp do usług medycznych jest istotnym powodem wzrostu śmiertelności w grupie seniorów, obserwowanej w statystykach od września 2020 r., czyli od tzw. „drugiej fali koronawirusa”. Wśród siedemdziesięciolatków aktywność fizyczną ograniczyło aż 73,9 proc. ankietowanych. Są to osoby i tak mało aktywne społecznie oraz bardzo narażone na negatywne efekty zaniku aktywności fizycznej. Ludzie ci, będący w grupie bardzo wysokiego ryzyka zarażenia COVID-19, najczęściej ograniczają wychodzenie z domu. Unikają zarówno rekreacji na wolnym powietrzu, jak i wyjść w innych celach. Ponad połowa respondentów odczuwa zmęczenie obostrzeniami związanymi z epidemią. Wpływa to na ograniczenie sprawności ruchowej oraz odczuwalny dobrostan psychiczny w wyniku ograniczenia liczby i jakości relacji społecznych, trudnych do utrzymania podczas pandemii.
Na podstawie oficjalnych, a więc skażonych zapewne nadmiernym optymizmem danych Ministerstwa Zdrowia „Raport o zgonach w Polsce w 2020 r.” można stwierdzić, że w 2020 r. odnotowano 67 tys. zgonów więcej niż w porównywalnym okresie w 2019 r. Liczba ta zwiększyła się przede wszystkim wśród osób powyżej 60 roku życia – stanowiły one aż 94 proc. nadwyżki liczby zgonów względem 2019 r. Bardziej pesymistyczne dane ma Ministerstwo Cyfryzacji, które na podstawie Rejestru Stanu Cywilnego wskazuje na 76 tysięcy więcej zgonów niż w 2019 roku. Od września zdecydowanie zwiększyła się śmiertelność, zwłaszcza wśród osób starszych.
W rezultacie, system wsparcia i opieki (w tym głównie zdrowotnej) nad osobami starszymi wymaga natychmiastowej zmiany i reorganizacji. Seniorzy nie mogą jednak mieć nadziei, że doczekają tego pod rządami Prawa i Sprawiedliwości.

Nie cierpię Muzeum Powstania

Naprawdę. Szczerze go nie cierpię. Tej atmosfery przeładowania multimediami, efektami specjalnymi. W przypadku muzeum POLIN konwencję tę kupuję jak najbardziej. Ale nie w przypadku, kiedy obiekt ma opowiadać historię rzezi miasta i dzieciaków rzucających się z butelkami przeciwko czołgom.

 

Muzeum Powstania Warszawskiego uznawane jest za projekt życia Lecha Kaczyńskiego, który cierpiał na fetysz 1 sierpnia. Drążył, drążył, aż wydrążył: postawili nowoczesny przybytek przepełniony fikuśnymi technikaliami. Tu tablet, tam grające, tu przybijasz stempelek, tam zakładasz słuchawki. Tu idziesz prowizorycznym kanałkiem z przyćmionym oświetleniem i wodą ciurkającą z taśmy. Wchodzisz do śmierdzącego lekami namiotu, gdzie markuje się prowizoryczny szpital. Potem jak gdyby nigdy nic oglądasz broń wystawioną w gablotkach. Zwiedzasz typowy pokój warszawskiego konspiratora. Odbijasz sobie ulotki na podziemnym powielaczu. Zrywasz kolejne kartki z kalendarza. Jak pokemony.

 

Kostium Indianina

Nie widzisz jednak krwi, która spływała ulicami. W muzealnych pseudokanałach nie śmierdzi. Nie przebiegają przez nie szczury wielkości psa. W lazarecie nie słychać jęków śmiertelnie poparzonych, z umierających dzieci nie wylewają się wnętrzności. Nie czujesz głodu. Owszem, w muzeum jest taki kącik, gdzie, jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz magiczne pudełeczko z lornetką. W środku przewijają się slajdy ze zdjęciami. Między innymi ze zdjęciami umierających na ulicach, dzieci-szkieletów, wycieńczonych staruszek, ukrywających się rodzin z przerażeniem w oczach.
Powstanie przeżywane w warszawskim muzeum jest jak kostium Indianina. Przymierzasz go, sprawdzasz, czy dobrze leży, być może przez chwile czujesz ekscytację. Czujesz, że ci ludzie zrobili coś wielkiego. Ale nie czujesz tego, co powinieneś czuć przede wszystkim: strachu.
Bo oczywiście, ich determinacja była autentyczna. Rany przez nich odniesione nie były udawane. Rozpacz człowieka, któremu w życiu pozostał w zasadzie tylko jeden wybór: w jaki sposób umrze – zasługuje na pochylenie głowy. To właśnie ta sytuacja, o której pisał Herling-Grudziński pod koniec „Innego świata” – „Człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach. Uważam za upiorny nonsens naszych czasów próby sądzenia go według uczynków, jakich dopuścił się w warunkach nieludzkich”. To odnosi się nie tylko do obozowej moralności, ale do czasu próby w ogóle. Późniejsze oceny motywacji powstańców czynione były z miękkiego fotela w bezpiecznej rzeczywistości. Jedni chcieli umierać z bronią, inni nie chcieli umierać wcale, porwał ich zryw miasta. Zginęło ponad dwa tysiące ludzi – większość to cywile.
Warszawiacy nie mówią tego głośno, ale wielu z nich w duszy nie chce, żeby tego dnia śpiewano piosenki, organizowano recitale, przypominano morowe panny. Mają już dość szlachetnych intencji, które z nadgorliwości przemieniły się w festiwal infantylizacji. „Miasto 44 „jak Matrix? A ci, którzy wcale walczyć nie chcieli – na co ich przemieli maszynka do robienia popkultury? To zresztą głupie pytanie. Skoro nawet „Wyklęci” wieszający ciężarne kobiety i rozrywający dzieciom brzuchy stali się bohaterami nowych westernów, to dlaczego nie skomercjalizować rzezi tego zrozpaczonego miasta?

 

Symulator umierania

W 2011 Zygmunt Miłoszewski powiedział „Krytyce Politycznej”: „Zamiast Muzeum Powstania Warszawskiego powinien powstać Symulator Umierania za Ojczyznę. Dzieci trafiałyby do takiej specjalnej kapsuły i tam by się mogły dowiedzieć, co to znaczy umrzeć samemu, w zimnie, mając za jedyne towarzystwo swoją oderwaną nogę”.
Ale wiadomo, nikt swojego dziecka do takiej kapsuły nie wsadzi. Zresztą pławienie się w turpizmie wcale nie jest konieczne. Wystarczy pomyśleć. Zamiast na drukowanie supertajnych ulotek lub koncert wokalistek poprzebieranych w stroje z lat 30., zabrać dziecko na spacer i pokazać zdjęcia z czasów, jak to miasto wyglądało po wojnie. Wytłumaczyć, dlaczego to nie powinno się nigdy wydarzyć. Opowiedzieć o strachu, zapewnić: „Nigdy nie chciałbym, żebyś musiał oddać swoje życie za ojczyznę”.
To jak z rzeźniami. Nie musimy zabierać tam dzieci, aby przekazać im smutną prawdę o kotlecie schabowym, który nie jest osobnym bytem, lecz wynikiem pewnego procesu.
Pamiętamy jednak słowa znanego katolickiego publicysty Tomasza Terlikowskiego. 1 sierpnia 2011, kiedy Miłoszewski zżymał się nad symulatorem umierania, on wyskoczył z opowieścią o tym, jak wspaniale jest wychować własne dziecko na powstańca. Takiego, który stoi na murach Starówki w za dużym chełmie na swojej dziecięcej głowie. Nigdy, przenigdy nie chciałabym, aby bliskie mi osoby szły z bronią na śmierć. Nie chcę, żeby moje dzieci uczyły się drukować ulotki na powielaczach i razem z wycieczką szkolną szły do udawanych kanałów, bawiąc się, że jeden jest „Zośką” a drugi „Alkiem”. Żeby myślały, że umierać za Polskę jest „fajnie”. Żeby jako nastolatki przeżywały wyreżyserowany katharsis przy piosenkach Lao Che (bez urazy, muzycznie to kawał świetnej roboty). Niech lepiej płacą podatki i nie śmiecą, czasem niech podniosą tyłki z siedzenia, kiedy do autobusu wsiada kobieta w ciąży.

 

Patriotyczne gacie

Przemysł gadżetów, który wykwitł wokół powstania to jeszcze inna bajka. Kilka lat temu w obiegu pojawiły się koszulki z nadrukowanymi ranami po kuli, opaski na ramię, naklejki na samochody, nawet patriotyczna pościel, w odmętach której można spłodzić prawdziwego Polaka.
„Głupota” – powiecie. – „brak szacunku” – powiecie. A jak ocenić lniane torby sprzedawane w sklepiku przy Muzeum Powstania Warszawskiego? W 2016 roku komandosi z Lubińca wespół z placówką urządzili kampanię przeciwko nadużywaniu symbolu powstańczej kotwicy. De facto kampanię przeciwko sobie samym.
Bohater jednego z filmów, pokazując torbę z powstańczym nadrukiem zapewniał, że nie należy chodzić z nią do sklepu ani do baru. Pytam więc, przy szczerym przekonaniu, że nie zwariowałam: po co ktoś produkuje i sprzedaje mi torbę na zakupy, a potem tłumaczy, że nie powinnam nosić w niej chleba i masła, bo to profanacja? Odpowiedź jest naturalnie prosta i jasna: bo najpierw przy produkcji musiała zarobić firma pana Henryka, a później, przy kręceniu filmików, firma pana Józefa. Szkoda, że nikt nie dostrzega absurdu sytuacji, bo najpierw wciska się ludziom przedmioty codziennego użytku, a potem zabrania użytkowania zgodnie z przeznaczeniem. To powstańcza komercha jest w końcu ok, czy nie ok? Jeśli nie, to zamknijcie całe to muzeum w diabły. Pawiak w zupełności wystarczy, żeby zrozumieć, do czego prowadzi nacjonalizm.
Mój znajomy, kawał mądrego chłopa, napisał na Facebooku, że gdyby był duchem poległego powstańca, chciałby, żeby uczczono jego zasługi śpiewając i bawiąc się. Ale za chwilę zrobił dopisek: gdybym był cywilem, który zginął w powstaniu, pewnie jednak nie chciałbym, żeby śpiewali.
Tymczasem jeden z czytelników „Trybuny” dzwonił do redakcji, aby podzielić się oburzeniem na widok oficjalnego plakatu, którym miasto uczciło 1 sierpnia: widać na nim uśmiechniętą postać na tle ruin. Drogi Czytelniku, ciesz się, że nie wystylizowali go na Dziki Zachód.