Zacznijcie rozwiązywać te problemy!

Rząd PiS spisał bariery stojące przed przedsiębiorcami. Są znane od lat. Ciekawe, kiedy rząd wreszcie przedstawi konkretne sposoby ich pokonania?

W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii powstała Biała Księga Rozwoju Przemysłu. Zawarte w niej zapisy są zbiorem postulatów, barier i oczekiwań polskich przedsiębiorców oraz szeregu organizacji gospodarczych. Widać, że po pięciu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości tych barier i oczekiwań – oraz propozycji ich przełamania – jest bardzo dużo.
Najważniejsze są bariery o charakterze powszechnym, dotykające niemal wszystkie lub dużą część branż polskiej gospodarki. Oto one.
· Niedoskonałe procesy kształcenia oraz deficyt kadr dla potrzeb poszczególnych dziedzin przemysłu.
· Niewystarczający dostęp do preferencyjnych form finansowania, w tym finansowania badań i rozwoju.
· Problemy związane z gospodarowaniem odpadami.
· Wydłużone i skomplikowane procedury administracyjne, w tym zbyt wielka ilość zbyt często zmieniających się przepisów oraz ich niejasność.
· Ograniczenia związane z przepisami prawa pracy.
· Wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej związane głównie z cenami energii.
· Nieprawidłowe praktyki w zamówieniach publicznych ze strony zamawiających (nieuczciwe preferowanie jednego z kontrahentów).
Zdaniem resortu rozwoju, z analizy poszczególnych, zgłoszonych trudności należy wyciągnąć wniosek, że obecnie największą zdefiniowaną barierą jest dostęp do kadry pracowniczej. Wydaje się, że urzędnicy tego ministerstwa poszli nieco na łatwiznę, uznając właśnie tę barierę za najważniejszą – bo akurat jej usunięcie nie zależy od resortu rozwoju. Inne bariery natomiast leżą już w gestii pracowników tego ministerstwa. Gdyby więc uznali oni ich wagę, potwierdziliby swoją niską skuteczność no i dodali sobie pracy. Wiadomo zaś, że najłatwiej koncentrować się na problemach, które inni będą musieli rozwiązywać.
W rezultacie, w Białej Księdze Polskiego Przemysłu poświęca się wiele miejsca właśnie dostępowi do kadry pracowniczej. Urzędnicy przygotowujący tę księgę zwracają uwagę, że przedsiębiorcy zgłosili propozycje takie, jak stworzenie systemu zachęt dla absolwentów szkół średnich aby kontynuowali naukę na uczelniach technicznych (zwłaszcza w obszarze nowych technologii); doprowadzenie wreszcie do współpracy uczelni technicznych z przemysłem; przeprowadzenie reformy systemu kształcenia pod kątem jego dostosowania do potrzeb przemysłu. Jak wynika z Białej Księgi, przedsiębiorcy wskazują, że problem deficytu nie dotyczy tylko kadry wysokospecjalizowanej, ale także pracowników wykonujących prace fizyczne.
Kolejną zgłoszoną przez praktyków gospodarki barierą są ograniczone możliwości uzyskiwania finansowania ze strony państwa w formie grantów i niskooprocentowanych (czy wręcz umarzalnych) środków, w tym wspierających działalność inwestycyjną i badawczo-rozwojową.
Mówiąc ściślej, takie środki są – i to nawet niemałe, idące w grube miliony złotych – ale głównie dla krewnych i znajomych królika, dobrze widzianych przez prominentów Prawa i Sprawiedliwości.
Firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, od 2015 r. dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków. Firma na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek. Chodziłoby więc po prostu o to, aby pieniądze podatników były rozdzielane uczciwiej.
Część postulatów przedsiębiorców dotyczyła problemów związanych z otrzymaniem finansowania projektów w ramach przeprowadzanych konkursów. Zwracają oni uwagę, że rządowe programy badawcze są niedopasowane do potrzeb i możliwości poszczególnych branż, za długi jest czas oczekiwania na decyzję w kwestiach
związanych z akceptacją i realizacją projektu, regulaminy konkursów oraz warunki realizacji projektów badawczo – rozwojowych są niejednolite i zbyt zawiłe.
Dużym problemem, z jakim mierzą się polskie firmy są także kwestie spełnienia wymogów środowiskowych, w tym dla gospodarki o obiegu zamkniętym oraz związanych z nadmiernymi obciążeniami regulacyjnymi i obowiązkami dotyczącymi gospodarki odpadami.
Inną zdiagnozowaną przez przedsiębiorców barierą są długie i skomplikowane procedury, zwłaszcza – ale nie tylko – jeśli chodzi o przewlekłość wydawania decyzji administracyjnych (w czasie pandemii wszelkie terminy jeszcze się wydłużyły). Inflacja przepisów, zbyt duża zmienność i niejasność prawa, wpływają negatywnie na stabilność prowadzenia działalności gospodarczej.
Przedsiębiorcy wskazali też na coraz większe trudności powodowane przez rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Wzrastają zwłaszcza ceny energii, co wynika z narzucania transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii.
Ważnym problemem są również kłopoty z przetargami. W zamówieniach publicznych nadużywane jest kryterium ceny w zamówieniach, a inne kryteria zostawiają zbyt duże pole do uznaniowości.
Wszystkie przedstawione tu bariery są znane od wielu lat i ich spisanie trudno uznać za osiągnięcie. Pytanie, kiedy wreszcie ze strony rządu PiS pojawią się konkretne sposoby ich pokonania?

Bez proga do Boga Ważny tunajt

Dużo jeżdżę po Polsce. Ostatnimi dniami zwłaszcza. Kiedy akurat nie śpię w busie, albo nie oglądam filmu, mam okazję, żeby zobaczyć, co moi rodacy wyczyniają na polskich drogach. A wyczyniają rzeczy straszne. Zabijają się na potęgę i to ze swojej własnej głupoty. Przy okazji zabijają też innych.

To na maksa przerażające, że w Zaduszki, w trakcie trwania akcji „Znicz”, polskie drogi dostarczają polskim cmentarzom całe rzesze nowych lokatorów. Maleńczuk śpiewał ongiś, że „człowiek z wiekiem do trumny”, i rzeczywiście, coś jest na rzeczy. Spieszą się Polacy, żeby jeszcze za młodu pozamykać się w drewnianych domkach i zostać zakopanym w kwiecie wieku i kwiecia otoczeniu, ale co sobie pojeździli przez te pięć lat od egzaminu na prawo jazdy 15-letnią „bawarą”, to ich.
Znam skrzyżowanie na Bielanach, przy Sokratesa. Co najmniej dwa, trzy razy do roku jeździłem tamtędy samochodem do…mechanika. Na wymianę opon, oleju, etc. Nic nadzwyczajnego nigdy mnie tam nie spotkało. Nie mogło, bo należę do kierowców raczej ostrożnych, żeby nie powiedzieć-bojaźliwych. Mam to szczęście, że prędkość mnie przeraża, i gdy czuję, że robi się zbyt wielka, natychmiast zdejmuję nogę z gazu. Ale nie wszyscy tak mają.
Na skrzyżowaniu na Bielanach zginał człowiek. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Osierocił dzieci, owdowił młodą żonę. Mógł jeszcze długo cieszyć się życiem, gdyby ktoś w porę zareagował na monity. Mieszkańcy od lat nie mogli doprosić się modernizacji ich ulicy. Wokół nie brakuje świrów, którzy lubują się w taniej rozrywce; drifty, nocne wyścigi-to nakręca ich bardziej niż teatr i książka. A w połączeniu z koksem do nosa, albo nawet wódką z redbulem, robi w ich głowach mieszankę nitro, podobną do tej w bakach ich podrasowanych fur. Ze spojlerami, owiewkami, pomalowanymi na jakiś wybitnie rzucający się w oczy kolor, żeby od razu znać było, że to jedzie ktoś.
Państwo polskie wydaje miliardy złotych na rzeczy kompletnie nie istotne. Przepuszcza publiczny grosz przez palce na pomniki, rydzyki, historyczne polityki, a mogłoby na… chodniki. Żeby były proste. Albo na progi zwalniające. Co to za trud, żeby przy każdym przejściu dla pieszych, zamontować próg zwalniający. Przecież to nie mogą być Bóg wie jak duże koszta. A nawet jeśli jakimś cudem Państwa polskiego na tak wielką operację jak na razie nie stać, można by poustawiać je na początek przed przejściami dla pieszych pozbawionymi sygnalizacji świetlnej. Takimi, jak to przy Sokratesa w Warszawie.
Naprawdę, nie mogę pojąć w żaden sposób, dlaczego, znając Polaków zamiłowanie do brawury, zwłaszcza na drogach, trzeba czekać kolejnej tragedii, miast zapobiec jej, i do tego w bardzo prosty i przystępny cenowo sposób. Nie wiem, czym taki próg zwalniający mógłby zawinić kierowcom w mieście, zwłaszcza że sam korzystam z miejskich dróg i specjalnego zagrożenia nie widzę. Dla zawieszenia, resorów-chyba tylko dla nich.
Niestety, aparat administracyjno-urzędniczy w moim kraju uważa inaczej. Nie postawi progów zwalniających, bo… nie. I nikt, czy to z Zarządu Dróg czy Dyrekcji Krajowych, nie zdobędzie się na minimum przyzwoitości, żeby powiedzieć ludziom dlaczego nie. Naturalnie, jeden z drugim urzędnikiem coś tam bąkną do kamery; że bardzo im przykro, że człowiek zginął, że to powinno być przestrogą dla innych kierujących, że niedostosowanie prędkości do warunków jazdy, ale to życia człowiekowi nie wróci. Podobnie jak nie uchroni innych przechodniów przed następnym mordercą za kierownicą. A próg zwalniający by uchronił. Bez Boga ani do proga, zwykło mawiać się dziś na korytarzach ministerialnych, ale bez proga do Boga to już jak najbardziej!
Jarek Ważny

Nie ma pieniędzy, nie ma urzędników

Największy problem kadrowy mają pracownicy granicznych inspekcji weterynaryjnych.

„Średnia liczba kandydatów na miejsce podczas rekrutacji wynosi 1, a tylko 30 proc. naborów kończy się zatrudnieniem. Bardzo źle jest także w okręgowych urzędach górniczych. Tam, choć średnia liczba kandydatów wynosi 2, tylko 31 proc. naborów kończy się sukcesem” – alarmuje „Rzeczpospolita”.
Niezwykle trudna jest też sytuacja w wojewódzkich inspektoratach farmaceutycznych i powiatowych inspektoratach weterynarii. Na poważne, uniemożliwiające normalny rytm pracy niedobry kadr skarżą się także szefowie wojewódzkich inspektoratów nadzoru budowlanego i urzędy sprawujące pieczę nad żeglugą śródlądową.
Rada Służby Publicznej (RSP), działający przy Prezesie Rady Ministrów organ opiniodawczo-doradczy oceniający przebieg postępowań kwalifikacyjnych, konkursowych i egzaminacyjnych w służbie cywilnej i państwowym zasobie kadrowym, także bije na alarm. W naborach do administracji terenowej po prostu nikt nie startuje. Podczas swojego niedawnego posiedzenia Rada podjęła uchwałę, w której domaga się znaczących, „odczuwalnych” podwyżek dla urzędników.
Kandydatów ubiegających się o pracę w całej służbie cywilnej jest niemal pięciokrotnie mniej niż w 2014 r. Pace są zupełnie nieadekwatne do rangi zadań, kompetencji i odpowiedzialności, z którą muszą mierzyć się urzędnicy.
– Musimy zadbać o zarobki w administracji terenowej, ponieważ za chwilę w ogóle może nie być rąk do pracy – powiedział dziennikarzom Rz Tomasz Woźniak, przewodniczący RSP.
Rzeczpospolita poprosiła też o opinię Grzegorza Kubalskiego ze Związku Powiatów Polskich.
– Na przykład braki kadrowe w inspekcji budowlanej pociągają za sobą opóźnienia w oddawaniu budynków do użytkowania. Pierwszą ofiarą niedostatecznej obsady stanowisk jest system kontroli. W rezultacie samowola budowlana jest rzadko wykrywana. A ludzie za nieprawidłowości często winią samorząd, bo to starosta jest zwierzchnikiem powiatowego inspektora nadzoru budowlanego – powiedział dziennikarzom Kubalski.

Moje boje z reprywatyzacją

Sześć lat temu zacząłem alarmować, że stołeczna reprywatyzacja przekształca się w wielki, kryminalny przekręt. Oczywiście wtedy był to głos wołającego na puszczy.

 

Kiedy przyglądam się warszawskiej reprywatyzacji, pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl brzmią: „A nie mówiłem?”. Wypowiadane absolutnie bez cienia satysfakcji, że „wyszło na moje” lecz przeciwnie, z dużym smutkiem.
Tak się bowiem składa, że już właśnie sześć lat temu pisałem nieraz (w tygodniku „Przegląd” i „Kurierze Warszawskim; „Trybuna” się jeszcze wówczas nie odrodziła), iż działania reprywatyzacyjne w Warszawie zaczynają być ogromnym przekrętem, wymagającym wkroczenia prokuratury. Osoby za niego odpowiedzialne powinny zaś jak najszybciej stanąć przed sądem, na czele z prezydent stolicy i urzędnikami ratusza. Podawałem nawet dokładnie, z jakich paragrafów kodeksu karnego. Jeśli natomiast chodzi o bezprawne oddawanie mienia objętego umowami odszkodowawczymi między Polską a 14 państwami zachodnimi, to zwracałem na to uwagę nawet od 2008 r.
I co? I oczywiście nic. Artykuły, które wówczas pisałem, były głosem wołającego na puszczy. Przez kolejne lata niczego nie zrobiono, aby ukrócić rabunkową reprywatyzację. Warszawiacy tracili mieszkania, a władze miasta bezpodstawnie wypłacały setki milionów złotych odszkodowań. Sączone przeze mnie krople nie wydrążyły żadnego kamienia.
Umów odszkodowawczych pomiędzy Polską a państwami zachodnimi nie zauważał nikt inny. A wedle narracji obowiązującej przez wiele lat, zgodnie stosowanej przez dziennikarzy wszelkich opcji, zwracanie warszawskich nieruchomości i wypłacanie ogromnych odszkodowań było słusznym naprawianiem krzywd, wyrządzonych przez zbójecki jakoby dekret Bieruta (który w rzeczywistości, jak pisałem, jest dobrodziejstwem dla byłych właścicieli). Powinno więc być robione szybko i konsekwentnie.

 

Gdy inni zaczęli o tym pisać

Wtedy, sześć lat temu, nie żyła już działaczka lokatorska Jolanta Brzeska, po Warszawie grasowali czyściciele kamienic, zrozpaczeni ludzie musieli się wynosić ze swoich domów – ale czarnej strony stołecznej reprywatyzacji jakby nie zauważano. Szkoda, że nie podnosili wtedy alarmu wpływowi, wrażliwi publicyści i nie było działań policyjnych czy prokuratorskich w obronie krzywdzonych mieszkańców stolicy.
Nie można było nie wiedzieć, co się dzieje w Warszawie i kto jest odpowiedzialny za rabunkową reprywatyzację. Nic jednak nie robiono aby ukrócić ten proceder.
Przez parę kolejnych lat nic się nie zmieniało, a na łamach ważnych mediów, takich jak na przykład „Gazeta Wyborcza”, brylował jeden z „bohaterów” moich tekstów, ówczesny dyrektor stołecznego biura gospodarki nieruchomościami Marcin Bajko (zwolniony w końcu dyscyplinarnie). I przekonywał, że pieniądze na odszkodowania dla „byłych właścicieli” należy wypłacać jak najszybciej, zaś nieruchomości oddawać w naturze tak zwanym „kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu”.
A ja mogłem do woli pisać na Berdyczów, że takie decyzje zwrotowe to bezprawie i oczywisty skandal.
Nie da się ukryć, że trzeba było dopiero kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości (w której partia ta uczyniła warszawską reprywatyzację jednym z tematów) oraz zwycięstwa parlamentarnego PiS w 2015 r., aby bezprawne oddawanie stołecznych nieruchomości zostało należycie nagłośnione i zaczęło być traktowane tak jak zasługuje – czyli jako działalność przestępcza.
Wiadomo oczywiście, że PiS postanowiło wykorzystać warszawską reprywatyzację do uderzenia w PO i personalnie w prezydent stolicy. do niedawna wiceprzewodniczącą Platformy). Komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji została zaś powołana z pobudek politycznych, by w najbliższych wyborach samorządowych „odbić” Warszawę z rak opozycji i posadzić Patryka Jakiego na fotelu prezydenta miasta.
Niezależnie jednak od tego, z jakich powodów jest to robione, od 2016 r. zaczęło się coś dziać. Ruszyła się prokuratura, zmieniła się podejście do stołecznej reprywatyzacji, a niektórzy dziennikarze zaczęli otrzymywać kontrolowane przecieki, pokazujące rzeczywiste mechanizmy oddawania nieruchomości w Warszawie.

 

Prokuratura wreszcie posłuchała?

Ponieważ od dawna, na zasadzie tego Katona nawołującego do zniszczenia Kartaginy, wzywałem, by osoby odpowiedzialne za warszawską rabunkową reprywatyzację stanęły przed sądem, pozwolę sobie przypomnieć, iż stołecznych urzędników uczestniczących w tym procederze oraz ludzi wyłudzających nieruchomości i odszkodowania, należałoby postawić przed sądem z tytułu co najmniej trzech artykułów kodeksu karnego.
Po pierwsze – za naruszenie lub niedopełnienie obowiązków służbowych, o czym mówi art. 231 k.k.: Funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. Jeżeli dopuszcza się tego w celu korzyści majątkowej czy osobistej, podlega karze od roku do lat 10.
Po drugie – za korupcję, którą opisują artykuły 228 i 229 k.k.
Art 228 (odnoszący się do biorących) stanowi: Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. W wypadku mniejszej wagi, do lat dwóch. Jeśli zaś przyjmuje korzyść albo jej obietnicę za zachowanie stanowiące naruszenie prawa, może dostać od roku do 10 lat. Karze takiej podlega także ten, kto uzależnia wykonanie swej czynności służbowej od otrzymania korzyści lub takiej korzyści żąda. Gdy przyjmowana korzyść majątkowa jest znacznej wartości, to grozi do 12 lat.
Analogiczne kary dla wręczających łapówki przewiduje art. 229, który stwierdza: Kto udziela albo obiecuje udzielić korzyści majątkowej lub osobistej osobie pełniącej funkcję publiczną w związku z pełnieniem tej funkcji, podlega karze od 6 miesięcy do 8 lat. W wypadku mniejszej wagi – do lat dwóch. Jeżeli sprawca nakłania osobę pełniącą funkcję publiczną do naruszenia prawa lub obiecuje korzyści za naruszenie prawa, podlega karze od roku do lat 10. Gdy obiecuje udzielić korzyści znacznej wartości, kara może wynieść 12 lat.
Po kilku latach swego bezskutecznego wołania na puszczy już straciłem nadzieję, by przywoływane przeze mnie przepisy kodeksu karnego zostały kiedyś wykorzystane do walki z reprywatyzacyjnym bezprawiem.
A jednak stało się – i w końcu prokuratura postawiła podejrzanym zarzuty z wszystkich tych trzech artykułów. Młyny sprawiedliwości obracają się w Polsce wolno, ale Rubikon został już przekroczony. Nie da się tych spraw zamieść pod dywan – i nikt nigdy nie będzie mógł więcej wmawiać ludziom, że zwracanie mienia w Warszawie przebiegało w uczciwy sposób.

 

Szybsza ścieżka karna

Wspomniane artykuły kodeksu różnią się wysokością sankcji. Za korupcję (art. 228 i 229 k.k.) grozi do 12 lat więzienia. Za samo naruszenie obowiązków (art. 231 k.k.) – tylko do trzech, a jeśli ktoś je przekracza lub ich nie dopełnia w celu osiągnięcia korzyści, to do 10 lat.
Serce i rozum podpowiadają, że ludzie zamieszani w proceder reprywatyzacyjny powinni siedzieć za korupcję. Przecież, jeżeli łamali prawo, zwracając nieruchomości, których zwracać nie należało, to robili to z uzasadnionego powodu – a nie dla pięknych oczu tych, którzy zgłaszali lipne roszczenia.
Warszawską reprywatyzacją nie zajmowali się jednak idioci – lecz duża grupa kutych na cztery nogi cwaniaków, świetnie znających meandry prawa i sposoby unikania jego karzącej ręki. Wykazanie im korupcji i oszustw może być więc niewykonalne.
Znacznie prostsze będzie udowodnienie przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków i zamknięcie ich na krócej, ale na pewno (w połączeniu z obowiązkiem zwrotu nienależnie uzyskanych sum). Nie dotyczy to oczywiście nabywców roszczeń – bo oni nie pełnili żadnych funkcji w ratuszu i trudno znaleźć na nich innego haka niż właśnie zarzuty oszustw i korupcji.
Jeśli jednak chodzi o urzędników zamieszanych w reprywatyzację, to zwykła analiza akt warszawskich spraw reprywatyzacyjnych pozwoliłaby na zauważenie nieprawidłowych działań ludzi z urzędu miasta, którzy wielokrotnie naruszali przepisy – i posadzenie ich za kratki na parę lat.
Wbrew prawu, nie odliczano więc od wartości zwracanych nieruchomości, nakładów poczynionych na ich remonty i utrzymanie (gdyby próbowano szacować nakłady za wszystkie lata powojenne, okazałoby się, że ludzie zgłaszający roszczenia reprywatyzacyjne powinni jeszcze dopłacać, gdyż państwo zainwestowało wielkie pieniądze, aby doprowadzić oddawane obiekty do obecnego stanu).
Nie przestrzegano przepisów mówiących, że odszkodowanie za znacjonalizowane mienie ma być wypłacane w miejskich papierach wartościowych (czyli obligacjach komunalnych). Warszawa, jak każde polskie miasto mogła wyemitować takie obligacje i spłacać nimi odszkodowania reprywatyzacyjne. Wypłacała je jednak w gotówce, bo tak było korzystniej dla osób zgłaszających roszczenia.
Nie sprawdzano obywatelstw osób zgłaszających roszczenia, mimo, że na mocy wspomnianych tu umów odszkodowawczych nielegalne jest wypłacanie jakichkolwiek odszkodowań obywatelom 14 państw oraz ich potomkom, za mienie utracone w Polsce po II wojnie. Polska już dawno wypłaciła tym państwom odszkodowania, więc ich obywatele mogą zgłaszać roszczenia tylko do własnych rządów.
Władze Warszawy bezprawnie oddawały nieruchomości kuratorom osób nieznanych z miejsca pobytu, ustanawianym przez sądy. Te „osoby nieznane z miejsca pobytu” to dawni właściciele po których ślad zaginął (przeważnie osoby pochodzenia żydowskiego wymordowane przez Niemców). Kuratorzy, działając rzekomo w ich imieniu, przejmowali działki i budynki dla siebie. Żadne przepisy nie upoważniały władz stolicy do zwracania nieruchomości kuratorom. Kurator nie jest właścicielem ani spadkobiercą więc oddawanie mu nieruchomości było bezprawne.
Należy też wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne wobec sędziów, którzy bez mrugnięcia okiem ustanawiali różnych cwaniaków, kuratorami byłych właścicieli warszawskich nieruchomości. Trudno to określić innym słowem, niż skandal. Tym sędziom nie przeszkadzało to, że właściciele po wojnie już nie dali znaku życia, gdyby żyli mieliby na ogół ponad sto lat, a ci którzy chcieli zostać ich kuratorami nigdy nie mieli z nimi nic wspólnego.
Sprawdzenie tych przykładów łamania prawa nie wymaga wielkiej filozofii oraz wieloletnich dochodzeń. Może zaś efektywnie doprowadzić do zamknięcia szeregu osób na choćby i trzy lata za naruszenie czy niedopełnienie obowiązków służbowych – oraz do ocalenia wielu milionów publicznych złotych.
Wydaje się jednak, że komisja weryfikacyjna i prokuratura ostatnio stawiają na wątki korupcji i oszustw, licząc zapewne na efekt propagandowy oraz nagłośnienie afer, które dałoby się politycznie wykorzystać. Nie chcę być złym prorokiem, ale zapewne skończy się na tym, że nie zapadnie żaden wyrok skazujący ani za korupcję, ani za oszustwa. Dobrze byłoby więc, gdyby organy ścigania położyły większy nacisk na, znacznie prostsze do udowodnienia, przypadki naruszania i niedopełniania obowiązków przy zwracaniu stołecznych nieruchomości.

 

Radni byli bezradni

Powtarzam, że nie mam nawet cienia satysfakcji, iż w końcu „wyszło na moje”. Bo w stolicy przez te lata zdarzyło się za dużo ludzkich krzywd i dramatów, którym można było zapobiec. Zabrakło jednak do tego i woli, i ochoty.
Nie żywię oczywiście złudzeń, że to co ja jeden od kilku lat pisałem o warszawskiej reprywatyzacji miało jakikolwiek znaczący zasięg. Jednak po 2015 r, gdy już ruszyła lawina artykułów w innych mediach, wiedza o tym, jak w rzeczywistości wyglądało zwracanie stołecznych gruntów, stała się dosyć powszechna.
Dlatego więc można się było zdziwić, gdy członkowie komisji weryfikacyjnej czy rady społecznej przy niej działającej, mówili, jak bardzo byli zdziwieni, gdy z przesłuchań prowadzonych przed komisją dowiedzieli się, że prezydent Hanna Gronkiewicz Waltz musiała wiedzieć o ewentualnych nieprawidłowościach przy oddawaniu stołecznych nieruchomości.
Wolne żarty! Oczywiście, że musiała – i to przez cały czas. Przecież dla każdego człowieka umiejącego czytać i myśleć jest jasne i oczywiste, że prezydent Warszawy wiedziała dokładnie o wszystkim, co dotyczyło sprawy tak ważnej, bulwersującej i powszechnie nagłośnionej, jak stołeczna reprywatyzacja. Znała mechanizmy zwracania, podstawy wydawania decyzji, sposoby reagowania na pojawiające się zarzuty. I trudno wyobrazić sobie, by wraz ze swoimi zastępcami i urzędnikami ratusza, mogła uniknąć odpowiedzialności.
Jeśli wszakże kiedyś nawet stanie się to, do czego nawoływałem od lat – i sądy wymierzą sprawiedliwość uczestnikom procederu reprywatyzacyjnego – to wyrządzone krzywdy nie zostaną w pełni naprawione. Nie ma możliwości, aby doprowadziła do tego komisja weryfikacyjna czy wyroki sądowe.
Komisja weryfikacyjna może jednak unieważniać decyzje reprywatyzacyjne i odbierać niesłusznie wypłacone odszkodowania – a to niemało. Powinna więc nadal wykorzystywać te możliwości, ale mądrze, tak by jej postanowienia nie były obalane później przez sądy. A bój zapowiada się na całe lata, gdyż osoby, którym komisja odebrała nieruchomości, systematycznie odwołują się do sądu administracyjnego.
Warszawska afera reprywatyzacyjna boleśnie obnażyła też bezradność oraz bierność stołecznego samorządu. Rada m.st. Warszawy nie umiała, a po części też i nie chciała, zapobiec bezprawnemu oddawaniu miejskich nieruchomości.
A przecież, kto inny, niż właśnie warszawscy radni, powinien patrzeć na ręce urzędnikom, przy wykorzystaniu wszelkich możliwości, jakie daje praca w samorządzie? Niestety, duża większość radnych Warszawy zapomniała, że ich obowiązkiem jest dbanie o dobro mieszkańców.

Brygady Tygrysa

I jak tu nie wierzyć w powtarzalność historii, i że historia lubi zataczać koło i powielać to, co już było? Swego czasu był taki popularny serial w telewizji „Brygady Tygrysa”, w którym pewna ekipa, pod pewnym dowództwem tępiła niegodziwości, nadużycia, czy zbrodnie, bo oficjalne tzw. służby jakby nie dawały radę, nie wywiązywały się z tego do czego były powołane. Było to na „obcym terenie”, ale i u nas w kraju była też namiastka tych brygad, czyli komisje robotniczo-chłopskie, które działały w czasach, gdy instytucje, urzędy państwowe też jakby nie do końca wywiązywały się z zadań do których były powołane. Działania tych komisji wyglądały trochę groteskowo, a nawet prześmiewane były jako brygady tygrysa, ale cóż, jakie czasy, takie działania.
No i trzeba trafu, że i teraz powstały takie brygady, choć właściwie to nie mają jakiejś nazwy, ale są i działają. PiS stworzył jakieś komisje, grupy ludzi, oczywiście swoich, którzy nachodzą samorządy i weryfikują ich działalność, a właściwie ich samorządność, czyli finanse, którymi rządzą, a tak naprawdę, to ile z tych finansów trafia do kieszeni ludzi z tych samorządów, czy to jako pensje, nagrody, premie itp. A wszystko to kontekście afery z obfitymi nagrodami w rządzie. Jak wy do nas tak, to my do was też tak, bo te sprawdzanie samorządów, to odbywa się raczej u przeciwników politycznych. I jak tu nie wierzyć w państwo teoretyczne, które jakby nie funkcjonuje w rytmie prawnym z prawidłowymi zasadami prawnymi, ale działa doraźnie, akcyjnie, a często przeciw komuś w jakimś odwecie. Potwierdzeniem tego może być sprawa tzw. frankowiczów, afera słynnej spółki finansowej, co to wmówiła naiwnym, że złoto rośnie, nie mówiąc już o różnych wyłudzeniach finansowych, w tym szczególnie niebotycznych wyłudzeń podatku Vat. A takie tam aferki, jak ostatnia śmieciowa, to w zasadzie powszechność. No ale jak by nie patrzeć, to prócz tej montowni, czy marketu którym jesteśmy na kontynencie, to okazało się jeszcze, że jesteśmy też śmietnikiem tego kontynentu. A ile jeszcze tych afer do wykrycia pozostało? No i jak tu żyć w państwie teoretycznym, panie premierze, no jak żyć!?