Rosjanie zmorą Novaka Djokovicia

Novak Djoković miał w tym roku szansę na zdobycie Wielkiego Szlema, czyli wygranie w jednym roku Australian Open, French Open, Wimbledonu i US Open oraz tzw. Złotego Wielkiego Szlema, do którego zalicza się także zdobycie złotego medalu olimpijskiego. W Tokio przeszkodził mu w tym Alexander Zverev, a w Nowym Jorku Daniił Miedwiediew.

Serbski tenisista, który wciąż jest liderem rankingu ATP, w wielkoszlemowych finałach w tym roku walczył z Miedwiediewem dwukrotnie. W Australian Open pokonał Rosjanina w finale 7:5, 6:2, 6:2 i sięgnął po swój 18. tytuł w turniejach Wielkiego Szlema. Na kortach Rolanda Garrosa w Paryżu o drugi w tym roku wielkoszlemowy „skalp” walczył w finałowym pojedynku z Grekiem Stefanosem Tsitsipasem i zwyciężył go po ciężkim boju 6:7(6), 2:6, 6:3, 6:2, 6:4. Z kolei na trawiastych kortach Wimbledonu finałowym przeciwnikiem Serba był Włoch Matteo Berrettini, którego pokonał 6:7(4), 6:4, 6:4, 6:3. Te trzy sukcesy zrodziły w 34-letnim liderze światowego rankingu pragnienie zapisania się w historii tenisa, bo Wielkiego Szlema udało się do tej pory zdobyć tylko dwóm graczom – dokonali tego Amerykanin Don Budge w 1938 roku oraz legendarny australijski tenisista Rod Laver w 1962 i 1969 roku. Jeszcze bardziej kusząca była dla Djokovicia perspektywa wywalczenia Złotego Wielkiego Szlema, bo do tej pory takiego wyczynu dokonała jedynie genialna niemiecka tenisistka Steffi Graf w 1988 roku, więc Serb miał szansę zostać pierwszym mężczyzną w klubie zdobywców pięciu najbardziej prestiżowych trofeów w jednym roku.
Niestety, marzenia o Złotym Wielkim Szlemie pokrzyżował mu urodzony w Niemczech w 1997 roku Alexander Zverev, syn świetnego przed laty radzieckiego, a potem rosyjskiego tenisisty Aleksandra Zwieriewa, który po rozpadzie ZSRR wyjechał na Zachód i osiadł w Hamburgu. W półfinale olimpijskiego turnieju Djoković przegrał ze Zverevem i opuścił stolicę Japonii zdruzgotany niepowodzeniem. Zdołał się jednak pozbierać psychicznie i do rozgrywanego na kortach nowojorskiego kompleksu tenisowego Flushing Meadows US Open przystąpił zmotywowany chęcią osiągnięcia drugiego z wielkich celów, czyli wywalczenia chociaż Wielkiego Szlema.
Nic jednak z tego nie wyszło, bo chociaż w półfinale, czyli swoim 27. tegorocznym pojedynku wielkoszlemowym odegrał się Zverevowi za tokijską porażkę i pokonał go po zaciętym pojedynku 4:6, 6:2, 6:4, 4:6, 6:2, to „po przepłynięciu oceanu zatonął przy wejściu do portu”. W finale US Open 2021 Djoković niespodziewanie przegrał 4:6, 4:6, 4:6 z innym Rosjaninem, grającym w barwach swojej ojczyzny Daniiłem Miedwiediewem, młodszym o dziewięć lat aktualnym wiceliderem światowego rankingu. W przypadku triumfu Serb zostałby tenisistą z największą liczbą triumfów w turniejach wielkoszlemowych. Obecnie ma 20 tytułów, tyle samo co Szwajcar Roger Federer i Hiszpan Rafael Nadal, ale póki co ten stan pozostanie bez zmian.
Dla Djokovicia był to już 31. finał wielkoszlemowy w karierze, dzięki czemu wyrównał wynik Rogera Federera. W finale US Open Djoković zagrał już po raz dziewiąty, ale udało mu się wygrać tylko trzy razy – w 2011, 2015 i 2018 roku. Co ciekawe, nigdy wcześniej serbski tenisista nie miał za sobą sympatii nowojorskiej publiczności, ale w niedzielnym pojedynku z Miedwiediewem to się nagle zmieniło na jego korzyść. Rosjanin musiał na korcie centralnym im. Arthura Ashe’a zmagać się nie tylko z zagraniami rywala, ale też z wrogą i momentami nawet agresywnie mu przeszkadzającą publiką, która najwyraźniej chciała być świadkiem historycznego wydarzenia, czyli zdobycia Wielkiego Szlema. Pamiętajmy, że po raz ostatni coś takiego zdarzyło się 52 lata temu.
Ale Djoković tego dnia był w kiepskiej dyspozycji, albo Rosjanin w genialnej, w każdym razie na korcie było wyraźnie widać dominację wicelidera światowego rankingu nad liderem. Serb unikał długich wymian, bo widać było, że nie czuje się w nich dobrze. Często skracał akcje, szukał kończących uderzeń i regularnie chodził do siatki (aż 47 takich akcji, przy zaledwie 12 rywala). Mylił się jednak niemiłosiernie i tracił punkty nawet w łatwych zagraniach. Za to Miedwiediew grał bardzo dobrze i świetnie serwował, chociaż kibice hałasowali gdy miał zagrywać piłkę i okazywali dziką radość po każdym jego nieudanym zagraniu. Nie był to ładny widok i takie zachowanie nie wystawia nowojorskiej publiczności dobrego świadectwa za łamanie tenisowej etykiety. Rosjanin na Flushing Meadows nie jest lubiany od 2019 roku, gdy pokazał wygwizdującej go publice środkowy palec, a po meczu powiedział ironicznie: „Wygrałem dzięki wam. I wiedzcie, że im bardziej będziecie na mnie gwizdać, tym bardziej będę wygrywał. Daliście mi energię, bo gdyby was nie było, prawdopodobnie bym przegrał, tak już byłem zmęczony”. Po zwycięstwie nad Djokoviciem mógł spokojnie powtórzyć te wszystkie złośliwe gesty i słowa. Ale odpuścił sobie, bo chciał się nacieszyć pierwszym w karierze wielkoszlemowym triumfem, który zadedykował obchodzącej tego dnia urodziny żonie.
Djoković starał się trzymać fason i nawet komplementował zwycięskiego rywala, lecz w głębi serca pewnie trawiła go rozpacz, że zaprzepaścił okazję na przejście do tenisowej legendy. Kalendarzowego Wielkiego Szlema może już nigdy nie zdobyć, więc zostało mu już tylko wyprzedzić Rogera Federera i Rafaela Nadala w liczbie wielkoszlemowych trofeów. I na to na pewno jeszcze nie raz zapoluje, chociaż ośmieleni sukcesem Miedwiediewa młodsi gracze z pewnością zaczną teraz stawiać odważniej opór.
Póki co jednak to Djokovic jest numerem 1 w światowym rankingu i mimo porażki w finale US Open nawet zwiększył przewagę punktową nad drugim w zestawieniu Miedwiediewem, bo Serb miał do obrony punkty za IV rundę, a Rosjanin za finał sprzed dwóch lat, więc mimo życiowego sukcesu strata rosyjskiego gracz wzrosła do 1353 punktów. W najnowszym notowaniu rankingu ATP doszło do licznych zmian. Nasz najlepszy obecnie zawodnik, Hubert Hurkacz, odpadł wprawdzie z US Open już w II rundzie, ale utrzymał 13. lokatę w zestawieniu. W kobiecym rankingu też doszło do sporych przetasowań. Iga Świątek utrzymała ósmą lokatę, liderką pozostała Australijka Ashleigh Barty, a w Top 10 Polkę wyprzedzają jeszcze Białorusinka Aryna Sabalenka, Czeszka Karolina Pliskowa, Ukrainka Jelina Switolina, Japonka Naomi Osaka, Amerykanka Sofia Kenin i Czeszka Barbora Krejcikova.
Wypada odnotować wielki awans triumfatorki tegorocznego US Open Brytyjki Emmy Raducanu, która ze 150. miejsca przeskoczyła aż na 23. Duży skok z 73. na 28. pozycję zaliczyła też pokonana przez nią w finale Kanadyjka Leylah Fernandez.

Dominacja nastolatek w US Open

Emma Raducanu, sklasyfikowana w światowym rankingu z numerem 150, która do US Open przebiła się przez eliminacje, wygrała w nowojorskim turnieju turniej singla kobiet. W finale 18-letnia brytyjska tenisistka pokonała starszą o rok Kanadyjkę Leylah Fernandez 6:4, 6:3. Był to pierwszy finał wielkoszlemowy z udziałem nastolatek w XXI wieku.

Finał kobiecego turnieju w tegorocznym US Open stał na wysokim poziomie, a obie zawodniczki potwierdziły, że nie znalazły się w nim przez przypadek. Większe zainteresowanie wzbudzał jednak występ 18-letniej Raducanu, która jest bez wątpienia tegorocznym odkryciem w kobiecym tenisie. Świetnie zaprezentowała się już w Wimbledonie, gdzie odpadła dopiero w 1/8 finału, kreczując w pojedynku z Ajlą Tomljanović. A na wimbledońskie trawniki trafiła jako 338. zawodniczka w rankingu WTA. Do US Open musiała przebijać się przez eliminacje już jako 150. tenisistka na światowej liście, a po turnieju awansuje do Top 30 zestawienia.
Kanadyjka Leylah Fernandez miała miejsce w głównej drabince nowojorskiego turnieju jako 73. tenisistka w rankingu WTA, więc miała w nogach sześć pojedynków, a Brytyjka dziewięć. Na korcie nie było jednak widoczne. Obie zawodniczki walczyły zawzięcie o każdy punkt, a ich mecz trwał prawie dwie godziny. Był to pierwszy finał US Open z udziałem dwóch nastolatek w XXI wieku i pierwszy od 1999 roku, kiedy to o zwycięstwo w nowojorskiej imprezie 17-letnia wówczas Amerykanka Serena Williams pokonała rok starszą Szwajcarkę Martinę Hingis. Obie były już wtedy jednak tenisistkami z pierwszej dziesiątki rankingu WTA. Tymczasem Raducanu i Fernandez są pierwszymi nierozstawionymi w turnieju finalistkami Wielkiego Szlema w Erze Open (czyli od 1968 roku).
Raducanu w drodze do finału pokonała m.in. w ćwierćfinale Szwajcarkę Belindę Bencic, która rundę wcześniej wyeliminowała z turnieju Igę Świątek, zaś w półfinale zmiotła z kortu atletycznie zbudowaną Greczynkę Marię Sakkari. Fernandez nie musiała przebijać się do turnieju głównego przez kwalifikacje, ale miała trudniejszą drogę na szczyt – pokonała m.in. dwukrotną mistrzynię US Open Japonkę Naomi Osakę, Angelique Kerber, także triumfatorkę tego turnieju, piątą w rankingu WTA Ukrainkę Elinę Switolinę oraz w półfinale wiceliderkę rankingu WTA Białorusinkę Arynę Sabalenkę.

Świątek odpadła z US Open

Najlepsza obecnie polska tenisistka odpadła z tegorocznego US Open jako ostatnia z naszych reprezentantów w tym wielkoszlemowym turnieju. Iga Świątek w 1/8 finału przegrała po nieprawdopodobnie zaciętym pojedynku z mistrzynią olimpijską z Tokio Belindą Bencic 6:7(12), 3:6.

Rozstawiona w nowojorskiej imprezie z numerem siódmym Polka w opiniach większości tenisowych ekspertów nie była faworytką w starciu ze starszą o cztery lata Szwajcarką. Bencic, występująca na kortach Flushing Meadows z numerem 11. w trzech poprzednich tegorocznych turniejach Wielkiego Szlema, w Melbourne, Paryżu i Londynie, nie błyszczała, ale w ostatnich tygodniach osiągnęła wysoką formę. Podczas igrzysk w Tokio sięgnęła po złoto w singlu i srebro w deblu, a potem w prestiżowym turnieju WTA 1000 w Cincinnati dotarła do ćwierćfinału. Pierwsze sukcesy Szwajcarka słowackiego pochodzenia zaczęła odnosić już jako nastolatka – w 2014 roku w US Open dotarła do ćwierćfinału. Najlepszy wynik w nowojorskiej imprezie oraz w całej rywalizacji wielkoszlemowej odnotowała w 2019 roku, kiedy zatrzymała się na półfinale, ulegając późniejszej triumfatorce Kanadyjce Biance Andreescu. W tegorocznej edycji US Open w trzech pierwszych pojedynkach w US Open nie straciła nawet seta.
Świątek wcześniej tylko raz miała okazję zmierzyć się ze szwajcarską tenisistką. Pod koniec lutego pokonała ją w finale turnieju WTA w Adelajdzie. Polka walczyła o trzeci w karierze awans do wielkoszlemowego ćwierćfinału i bardzo chciała wygrać, bo oba poprzednie osiągnęła tylko we French Open, gdzie w 2020 roku zwyciężyła, a tym sezonie odpadła właśnie w tej fazie paryskiego turnieju. Dotychczas najlepszym wynikiem Świątek w nowojorskiej imprezie była trzecia runda. W tym sezonie wykonała krok do przodu i tym samym została drugą w historii (po Agnieszce Radwańskiej) Polką, która w każdym z czterech turniejów wielkoszlemowych dotarła co najmniej do 1/8 finału. Udało jej się również awansować, jako jedynej tenisistce w stawce, do 1/8 finału w każdym z czterech tegorocznych edycji turniejów Wielkiego Szlema.
Pojedynek Świątek i Bencic odbył się na korcie im. Louisa Armstronga, drugim co do wielkości obiekcie nowojorskiego kompleksu Flushing Meadows. I przejdzie do historii kobiecego tenisa za sprawą pierwszego seta, który trwał aż 84 minuty. Większość tenisowych pojedynków tenisistek trwa krócej lub mniej więcej tyle samo czasu. Sam tie-break kończący tę partię trwał 23 minuty, ale niezwykłości było w tym secie więcej. Najdłuższy gem, trzeci, przy stanie 2:0 dla Bencic trwał blisko 14 minut; Świątek miała cztery piłki setowe, w tym jedną przy stanie 6:5; Bencic miała pięć piłek setowych, wszystkie w tie-breaku.
W drugim secie z trudem panująca nad swoimi emocjami Polka nie stawiła już bardziej doświadczonej rywalce tak twardego oporu. Wygrała jeszcze swój serwis i doprowadziła do remisu 1:1 w gemach, ale potem dała się przełamać i Bencic odskoczyła jej na 1:4. Potem już obie wygrywały przy swoich podaniach i Szwajcarka zakończyła partię wynikiem 6:2, a cały mecz 2:0. Po meczu w mediach pojawiło się sporo spekulacji sugerujących napięte ostatnio relacje między Świątek a jej trenerem Piotrem Sierzputowskim. Ich powodem był jeden głośny okrzyk warszawianki „przestań” rzucony w kierunku szkoleniowca w połowie drugiego seta. Zawodniczka tak wyjaśniła całe zdarzenie. „Chciałam zaprzestać szukania pomocy z boksu trenerskiego i skoncentrować się na tym, co faktycznie dzieje się na korcie. Wiem, że gram solidniej, jak nie patrzę w tamtą stronę i wyłącznie wysyłam pozytywną energię. Wiem, że przydarzyły się okrzyki w tym meczu. „Przestań” było pochopną odpowiedzią na to, że mój team mnie motywował. Oczekiwałam, że zamiast samej motywacji dadzą mi sposób na rozwiązanie problemów. Ale na tym turnieju nie ma coachingu, więc wpadłam w taki trochę głupi schemat, w którym tego oczekiwałam, a nie mogłam dostać. Było to więc trochę do nich, trochę do siebie” – stwierdziła Świątek.
Oceniła też swój występ w spotkaniu z Bencic. „Miałam cztery piłki setowe. Szkoda, że nie udało się ich wykorzystać. Nie mam właściwie sobie nic do zarzucenia, jeśli chodzi o pierwszy set. Belinda grała świetnie, będąc pod presją. Raz minęła mnie, gdy byłam pod siatką, świetnie grała w obronie. Może faktycznie mogłam wygrać akcję, w której zepsułam prostą piłkę na bekhend-wolej. Z drugiej strony, jak gra się jednego woleja na całego seta, który trwa prawie półtorej godziny, to ciężko być w rytmie. Mamy kilka wniosków do wyciągnięcia. Może następnym razem nie doprowadzę do sytuacji, że zostaję przełamana na początku pierwszego seta” – przyznała po meczu Świątek w rozmowie z Eurosportem.

Iga Świątek płacze, ale wygrywa w US Open

Iga Świątek pokonała Anett Kontaveit 6:3, 4:6, 6:3 w trzeciej rundzie wielkoszlemowego US Open. Rozstawiona w turnieju z numerem siódmym Polka musiała się namęczyć z niżej sklasyfikowaną Estonką (WTA 28). W IV rundzie czeka ją jednak jeszcze trudniejszy bój – z mistrzynią olimpijską Belindą Bencic.

Świątek jest już jedyną reprezentantka Polski w głównym turnieju tegorocznego US Open. Wcześniej z nowojorską imprezą pożegnali się Magda Linette, Kamil Majchrzak i Hubert Hurkacz, który rywalizował także w deblu grając w parze z Szymonem Walkowem. Szybko z turnieju odpadłą też w deblu Alicja Rosolska, a Łukasz Kubot w deblu i mikście. Honoru polskiego tenisa broni więc już tylko najmłodsza w tym gronie Świątek. W pierwszej rundzie warszawianka pokonała Amerykankę Jamie Loeb 6:3, 6:4, ale już w drugiej rundzie była bliska wyeliminowania przez Francuzkę Fionę Ferro. Przegrała pierwszego seta 3:6, a w drugim przegrywała już 0:2, by ostatecznie po ciężkim boju wygrać tę partię w tie-breaku 7:6(3). W trzecim secie rozniosła już przeciwniczkę w pył wygrywając 6:0. Ale co straciła nerwów i łez, to ona sama tylko wie.
Awansowała jednak do trzeciej rundy, czyli powtórzyła swoje najlepsze osiągnięcie w US Open. Rok temu w tej fazie turnieju odpadła po porażce z Białorusinką Wiktorią Azarenką, tym razem na drodze stanęła jej Estonka Anett Kontaveit (WTA 28). Co prawda w tym roku Świątek pokonała ją w French Open, ale w dwóch wcześniejszych pojedynkach doznała porażek, więc trochę obaw o wynik starcia na Flushing Meadows miała. Zwłaszcza, że Kontaveit tydzień wcześniej wygrała turniej WTA 250 w Cleveland, a w Nowym Jorku w dwóch pierwszych rundach nie straciła nawet seta (wygrała z Australijka Samantą Stosur 6:3, 6:0 i Szwajcarką Jil Teichmann 6:4, 6:1). Jak się okazało – obawy były słuszne, bo chociaż pierwszego seta Polka wygrała dość łatwo 6:3, to w drugim Estonka wskoczyła na swój najwyższy poziom i po zaciętej walce wygrała 6:4. W trzecim secie Świątek opanowała jednak emocje i odzyskała kontrolę nad meczem. Już w trzecim gemie przełamała Kontaveit i była tego bliska także w piątym gemie, ale rywalka się obroniła. Finisz pojedynku był jednak dla polskiej tenisistki udany i wygrała trzecią partię 6:3, chociaż wykorzystała dopiero piątego meczbola. Awansując do IV rundy poprawiła więc swój najlepszy wynik w US Open, lecz to nie musi być koniec udziału naszej tenisistki w tegorocznej edycji wielkoszlemowych zmagań na kortach Flushing Meadows. W poniedziałek o awans do ćwierćfinału powalczy z Belindą Bencić, mistrzynią olimpijską z Tokio, rozstawiona w imprezie z numerem 11. Szwajcarka w drodze do tej fazy nowojorskiego turnieju wygrała z Holenderką Arantxą Rus (6:4, 6:4), Włoszką Martiną Trevisan (6:3, 6:1) i Amerykanką Jessicą Pegulą (6:2, 6:4).
Zwyciężczyni tego pojedynku na pewno nie trafi już w turnieju na liderkę światowej listy Ahleigh Narty, Ashleigh Barty, bo Australijka w trzeciej rundzie przegrała z Amerykanką Shelby Rogers 2:6, 6:1, 6:7(5). Jej los podzieliła też obrończyni tytułu Naomi Osaka, bowiem Japonka sensacyjnie po porażce 7:5, 6:7(2), 4:6 z 18-letnią Kanadyjką Leylah Annie Fernandez (WTA 73). Dla Osaki nie jest to dobry czas na zawodowych kortach. Ostatni ćwierćfinał osiągnęła w marcu w Miami, a jest przecież dwukrotną mistrzynią nowojorskiej imprezy (2018, 2020) i też dwukrotną zwyciężczynią wielkoszlemowego Australian Open (2019, 2021). Japonka po przegranym pojedynku zapowiedziała dłuższy rozbrat z tenisem.
W Japonii porażka Osaki budzi różne emocje, podobnie jak w Polsce porażka Huberta Hurkacza już w II rundzie nowojorskiego turnieju. W pierwszej wrocławianin łatwo w trzech setach poradził sobie z dużo niżej klasyfikowanym w rankingu Białorusinem Jegorem Gierasimowem z Białorusi i sądzono, że rozstawiony w turnieju z numerem 10 Hurkacz równie łatwo upora się z 37-letnim włoskim weteranem kortów Andreasem Seppim. Zwłaszcza że jego rywal w I rundzie musiał stoczyć trwający blisko cztery godziny pięciosetowy pojedynek z Węgrem Martonem Fucsovicsem. Pierwszy set nawet zapowiadał szybkie zwycięstwo polskiego tenisisty, ale ostatecznie przegrał mecz 6:2, 4:6, 4::6, 6::7(6). „Przykro mi, chciałem spisać się tu lepiej. Nie wiem, dlaczego Nowy Jork mi nie służy” – narzekał po meczu Hurkacz.

Pora pograć w US Open

W poniedziałek na kortach Flushing Meadows w Nowym Jorku rozpocznie się wielkoszlemowy US Open. Tytułu mistrzowskiego w singlu pań broni Japonka Naomi Osaka, zrezygnował z tego Austriak Dominic Thiem. W US Open 2021 w singlu wystartuje czterech reprezentantów Polski: Iga Świątek, Magda Linette, Hubert Hurkacz i Kamil Majchrzak.

W piątek zakończono trzystopniowe eliminacje, w których startowała piątka naszych reprezentantów – Katarzyna Kawa, Magdalena Dręch, Urszula Radwańska, Kamil Majchrzak i Kacper Żuk. Do głównej drabinki turniejowej z tego grona przebił się jedynie Majchrzak. Losowanie par w turnieju głównym odbyło się jednak już w czwartek i pewne było, że Świątek trafi na którąś z kwalifikantek lub „szczęśliwą przegraną” z eliminacji. Gdy skompletowano pełną listę startową okazało się, że pierwszą rywalką naszej najlepszej obecnie tenisistki będzie Amerykanka Jamie Loeb, sklasyfikowana aktualnie na 194. miejscu rankingu WTA, która w eliminacjach pokonała kolejno Hinduskę Ankitę Rainę, Niemkę Annę-Lenę Friedsam i Rumunkę Mihaelę Buzarnescu. Świątek zmierzy się z Loeb po raz pierwszy w karierze, a ich pojedynek wyznaczono na wtorek 31 sierpnia.
Jeśli pokona tę przeszkodę, a w przypadku wielkoszlemowej mistrzyni i ósmej zawodniczki na światowej liście wydaje się obowiązkiem, w drugiej rundzie Świątek trafi na Francuzką Fioną Ferro lub Japonką Nao Hibino. Tę pierwszą pokonała w tym roku w Australian Open, nad drugą ma przewagę siły i jakości uderzeń, tak więc nie powinna mieć problemów z przejściem do trzeciej rundy. A w niej może trafić na rutynowaną Estonkę Anett Kontaveit. Nie będzie to łatwa przeprawa, bo z tą zawodniczką Świątek w poprzednim sezonie przegrała na twardych kortach w Melbourne i z trudem pokonała ją w Frech Open. Warszawianka została w tegorocznym UE Open rozstawiona z numerem 7., natomiast Kontaveit z 28. Ale estońską tenisistkę czeka po drodze starcie z Jil Teichmann, która ostatnio błysnęła formą w Cincinnati, więc nie można wykluczyć, że w 3. rundzie Świątek będzie musiała potykać się ze Szwajcarką. W IV rundzie, oczywiście w optymistycznym scenariuszu, nasza reprezentantka może trafić na inną ze szwajcarskich tenisistek – Belindę Bencic, złotą medalistkę olimpijską z Tokio w grze pojedynczej, albo Amerykankę Jessicę Pegulę.
Ewentualny awans do 1/4 finału oznaczałby dla Świątek konieczność stoczenia walki z liderką rankingu WTA Ashleigh Barty. Australijka wygrała ostatnio turniej WTA 1000 w Ohio i wydaje się, że odzyskała formę po niepowodzeniu na igrzyskach w Tokio. Ale w jej części drabinki są też między innymi Jennifer Brady i Karolina Muchova.
Znacznie mniej szczęścia w losowaniu miała druga z naszych tenisistek, Magda Linette, której w pierwszej rundzie przyjdzie zmierzyć się z wielką nadzieją amerykańskiego tenisa, 17-letnią Cori Gauff. W przypadku ewentualnej wygranej, całkiem możliwej, bo poznanianka ostatnio prezentuje niezłą formę, w kolejnej rundzie oznacza rywalizację z Amerykankami – jedną z finalistek US Open z sezonu 2017 Sloane Stephens lub Madison Keys. Obie są ostatnio bez formy, więc Linette nie byłaby na straconej pozycji. W trzeciej rundzie Polka przeciwniczką może być mieszkająca na co dzień w podpoznańskim Puszczykowie reprezentantka Niemiec Angelique Kerber. Wygrana z nią byłaby dla naszej tenisistki olbrzymim sukcesem, bo w turniejach Wielkiego Szlema jeszcze nigdy nie przeszła trzeciej rundy. Najpierw jednak musi uporać się Cori Gauff.
Hubert Hurkacz zacznie start w US Open od meczu z Jegorem Gierasimowem z Białorusi. Jeżeli wygra, w następnej rundzie zagra ze zwycięzcą z pary Andreas Seppi (Włochy) – Marton Fucsovics (Węgry). I to już są groźni przeciwnicy, ale wciąż teoretycznie słabsi od rozstawionego w US Open z numerem 10. wrocławianina. W trzeciej rundzie nasz najlepszy tenisista może trafić na rozstawionego z numerem 20. Włocha Lorenzo Sonego, zaś w czwartej, czyli w 1/8 finału, na drodze może mu stanąć najmocniejszy z włoskich graczy Matteo Berrettini (w turnieju gra z numerem 6). Gdyby do tego pojedynku doszło, jego zwycięzcę w 1/4 finału czekać będzie potyczka z liderem światowej listy Novakiem Djokoviciem. Jeśli byłby udany (Berrettini w US Open występował już w półfinale), w ćwierćfinale czekałby zapewne główny kandydat do tytułu, walczący o klasycznego Wielkiego Szlema Novak Djoković. Serb będzie jednak występował pod wielką presją i pod jej ciężarem może się osunąć na kolana. Będzie to jego pierwszy występ po potężnym rozczarowaniu, które przeżył w Tokio. Na taki scenariusz trudno jednak liczyć, bo US Open to nie był do tej pory ulubiony turniej Hurkacza, ale w USA zdobył on wszystkie trzy jak na razie turniejowe tytuły (w Winston-Salem, a w tym sezonie w Delray Beach i w Miami), więc gra po amerykańskim niebem mu służy. Może zatem w końcu „odpali” też na kortach Flushing Meadows. Kamil Majchrzak przez kwalifikacje przeszedł bez straty seta, a w pierwszej rundzie trafił na Fina Emila Ruusuvuoriego, 76. aktualnie tenisistę w rankingu ATP. Ich pojedynek wyznaczono już w poniedziałek.