Aplikacja może zabrać ci kasę

Bardzo długa jest lista wymogów bezpieczeństwa, jakich trzeba przestrzegać, a wszystkie one nie stanowią gwarancji bezpieczeństwa. Polacy lubią jednak odrobinę ryzyka.
Aplikacje finansowe umożliwiają dokonywanie różnego typu operacji finansowych za pomocą smartfonów i innych urządzeń mobilnych. Są coraz bardziej popularne, szczególnie wśród młodych ludzi.
Jak wynika z sondażu agencji badawczej PBS, już 68 proc. mieszkańców naszego kraju używa aplikacji bankowych do obsługi swojego konta. Polacy najczęściej używają aplikacji finansowych powiązanych z posiadanymi usługami finansowymi, po to aby przeprowadzić operacje bankowe oraz zapłacić za produkty i usługi Dużo częściej sięgają po nie właśnie najmłodsze osoby (w grupie 15-29 lat to 77 proc.). Z innych tego typu programów Polacy korzystają rzadziej, na przykład z aplikacji do operacji finansowych online (m.in. paypall, skrill) – 27 proc.
Z drugiej strony wciąż prawie co czwarta osoba (23 proc.) nie korzysta z żadnej aplikacji finansowej. W grupie 60 plus jest to 37 proc.
Z badania PBS wynika, że większość osób korzystających z aplikacji finansowych jest z nich zadowolona. Aż 88 proc. ocenia, że są przydatne do dokonywania płatności lub innych operacji finansowych. Większość respondentów nie obawia się też o kwestie bezpieczeństwa, jednak nie jest to pełne zaufanie. Ze stwierdzeniem, że „aplikacje finansowe gwarantują bezpieczeństwo danych osobowych i bankowych” zdecydowanie się zgadza jedynie 18 proc. badanych, a raczej się zgadza – 45 proc.
Aż 91 proc. badanych użytkowników aplikacji finansowych twierdzi, że nigdy nie miało z nimi problemów. Ci, którzy je napotkali, wymieniali przede wszystkim kwestie techniczne: brak dostępu oraz problemy z obsługą klienta. 26 proc. zgłoszeń miało związek z bezpieczeństwem, np. próbą włamania na konto czy wyłudzenia pieniędzy.
Żeby w miarę bezpiecznie korzystać z aplikacji finansowych należy, jak radzi UOKiK, używać tylko oryginalnych aplikacji swojego banku lub znanych firm pobranych bezpośrednio ze sklepu Google Play czy Apple Store. Trzeba też na bieżąco aktualizować oprogramowanie swego urządzenia – zarówno same aplikacje, jak i system operacyjny czy antywirusowy.
Warto zabezpieczyć korzystanie z aplikacji unikalnym, niepowtarzanym hasłem, odciskiem palca lub systemem rozpoznawania twarzy (czyli biometrycznie, jeśli urządzenie i aplikacja posiadają taką funkcję). Nie wolno też nikomu, pod żadnym pozorem, przekazywać danych dotyczących logowania się do aplikacji finansowej, a swoje dane należy podawać tylko zaufanym osobom i podmiotom.
Wreszcie, pożądane jest ustawienie dziennych limitów przelewów i płatności internetowych, co pozwoli zminimalizować straty finansowe w razie oszustwa. Jeżeli zaś ktoś ukradł dane logowania do aplikacji lub nielegalnie wyrobił duplikat karty SIM i wykonywał nieautoryzowane transakcje, to trzeba jak najszybciej zawiadomić o tym swój bank i policję oraz zmienić hasła do aplikacji.
Jak widać, sporo tu zagrożeń, co jakoś tłumaczy te osoby, które wolą nie korzystać z aplikacji finansowych.
Główną deklarowaną motywacją do korzystania z aplikacji finansowych jest łatwość obsługi i wygoda (68 proc.). Blisko połowa badanych (49 proc.) korzysta z nich, ponieważ są powiązane z innym produktem finansowym, np. kontem walutowym. Wystąpiła także sytuacja, w której badany stwierdził, że to bank wymusił na nim założenie takiej aplikacji. – Rozwój aplikacji finansowych jest korzystny dla konsumentów, bowiem ułatwia dostęp do usług i pozwala zaoszczędzić cenny dla nas czas. Wymaga jednak zachowania ostrożności i zwrócenia uwagi na kwestie bezpieczeństwa, aby nie paść ofiarą cyberprzestępców – powiedział, niespecjalnie odkrywczo, Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
I dodał – zapewne na podstawie tego jednego przypadku, w którym ktoś poskarżył się, że bank kazał mu zainstalować aplikację – iż niedopuszczalne jest, aby aplikacje były wymagane do korzystania z podstawowych funkcjonalności czy unikania opłat, jeżeli klient zawierając umowę z bankiem na to się nie godził.
Kilka miesięcy temu UOKiK interweniował, gdy mBank zapowiedział, że w nowej taryfie prowizji niezbędnym warunkiem do zwolnienia z opłat za kartę będzie zalogowanie się przynajmniej raz w miesiącu do aplikacji mobilnej. W ocenie UOKiK bank nie powinien jednak narzucać konsumentom warunków, których spełnienie wymaga od nich poniesienia dodatkowych wydatków (np. na zakup odpowiedniego urządzenia mobilnego), co może być szczególnie uciążliwe dla osób starszych o niższych umiejętnościach cyfrowych. Ostatecznie, mBank wycofał się z tego rozwiązania.

Do urzędu przez internet

Coraz więcej spraw załatwia się za pomocą komputera. Nie zawsze działa to bez zarzutu i nie dla wszystkich jest wygodne.
Wystąpienie pandemii COVID-19 i wprowadzenie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości szeregu ograniczeń w funkcjonowaniu państwa spowodowało, że w wielu przypadkach internetowy oraz pisemny kontakt z administracją publiczną był jedynym naprawdę możliwym. Siłą rzeczy rośnie więc liczba osób zainteresowanych e-usługami udostępnianymi przez administrację publiczną. Służą do tego platforma ePUAP (Elektroniczna Platforma Usług Administracji) oraz Profil Zaufany. Ich utrzymaniem i rozwojem zajmuje się Ministerstwo Cyfryzacji.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła jednak nieprawidłowości w zarządzaniu przez Ministerstwo Cyfryzacji i Centralny Ośrodek Informatyki systemami ePUAP i PZ – głównie przy obliczaniu ich dostępności, która okazywała się niewystarczająca. Z kolei w urzędach miast i gmin nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim niepełnej informacji o e-usługach i trudności w ich znajdowaniu na stronach internetowych.
Ponadto, w większości tych urzędów nie zapewniono należytej organizacji zapewnienia ochrony informacji, co może stwarzać zagrożenie dla bezpieczeństwa przetwarzanych informacji i ciągłości pracy urzędów.
Pandemia koronawirusa spowodowała znaczący wzrost liczby spraw załatwianych z wykorzystaniem platformy ePUAP oraz Profilu Zaufanego. W 2016 r. było ich w sumie w całej Polsce zaledwie 265 tys., w 2019 r. wielokrotnie więcej bo 137, 4 miliona spraw, zaś w pierwszej połowie 2020, pandemicznego już roku, liczba spraw urzędowych załatwianych przez internet osiągnęła prawie 99,5 miliona.
Rosnące zainteresowanie e-usługami wpływa na coraz większe obciążenie platformy ePUAP. „Dotychczas występowały wielokrotnie sytuacje, gdy była ona mało stabilna lub czasowo niedostępna” – stwierdza NIK.
Zapewnienie nieprzerwanego i sprawnego działania e-usług jest więc kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania administracji publicznej oraz państwa polskiego w przestrzeni cyfrowej. Dla obywateli ważne jest zaś udostępnienie przez państwo jak największej liczby usług elektronicznych obejmujących najbardziej istotne sprawy przez nich załatwiane.
Jak wyglądał rozwój internetowych usług administracyjnych w Polsce? Otóż liczba rodzajów e-usług udostępnionych przez centralne organy administracji państwowej na terenie naszego kraju wzrosła z 72 (wedle stanu na 1 stycznia 2016 r.) do 148 (na 30 czerwca 2020 r.).
Podstawą określenia tego, jakie usługi elektroniczne należy przede wszystkim rozwijać, stało się badanie społeczne z 2016 r. Wskazano wówczas, że dla 61 proc. respondentów najważniejsze do załatwienia w Internecie było wydanie bądź wymiana dokumentów, dla 51 proc. były to sprawy związane ze zdrowiem (zapisy do lekarza, konsultacje online, recepta elektroniczna), a dla 45 proc. sprawy związane z rejestracją pojazdów.
Ponadto, 79,8 proc. badanych wskazało, że chciałoby otrzymywać od administracji publicznej powiadomienia o upływie terminu ważności dokumentu, a 69,9 proc. powiadomienia o dokumencie gotowym do odbioru. Wśród udostępnionych e-usług przez ePUAP najpopularniejsza była: „Sprawdź historię pojazdu”.
Jednocześnie, od 2016 r. ponad trzynastokrotnie wzrosła liczba osób posiadających profil zaufany. Minister Cyfryzacji kilkakrotnie przeprowadził kampanie promujące założenie takiego profilu. W kwietniu 2020 r., w związku z epidemią COVID-19, ministerstwo umożliwiło założenie tymczasowego profilu zaufanego, którego ważność wynosiła trzy miesiące. Było to możliwe za pośrednictwem Internetu, bez konieczności wizyty w urzędzie, jak też bez konieczności uwierzytelnienia się za pośrednictwem systemów bankowych. Weryfikacja tożsamości następowała w formie video-rozmowy z urzędnikiem. Do 30 czerwca 2020 r. założono 12 tys. takich tymczasowych profili zaufanych – które oczywiście już dawno stały się nieważne.
Natomiast w maju 2020 r. uruchomiona została aplikacja eDO App. umożliwiająca założenie i potwierdzenie profilu zaufanego oraz logowanie do usług e-administracji z wykorzystaniem e-dowodu oraz smartfona. Jak podaje NIK, do początków lipca 2020 r. tę aplikację pobrano 44 tys. razy i dokonano 3,8 tys. potwierdzeń profilu zaufanego za pomocą e-dowodu, a liczba logowań e-dowodem do usług administracji wyniosła 41 tys.
W sumie, liczba profili zaufanych w naszym kraju zwiększyła się z 654,7 tys. w 2016 r. do około 9 milionów obecnie.
Najwyższa Izba Kontroli podkreśla, że mimo dużego zaangażowania w tworzenie systemów ePUAP i profili zaufanych, Ministerstwo Cyfryzacji nie ustrzegło się nieprawidłowości. Przede wszystkim nie zapewniło niezależnej oceny prawidłowości, przygotowanych przez Centralny Ośrodek Informatyki, kalkulacji zwiększających koszty umowy na utrzymanie i rozwój ePUAP. W rezultacie zawartego aneksu do umowy dotyczącej m.in. utrzymania i rozwoju ePUAP oraz profilu zaufanego, koszty wzrosły o prawie 70 mln zł. Nie było to poparte żadnymi dokumentami potwierdzającymi przeprowadzenie weryfikacji wyceny przez pracowników ministerstwa lub przez ekspertów zewnętrznych niezależnych od COI. Zdaniem NIK, brak takiej wyceny i bazowanie wyłącznie na kalkulacji sporządzonej przez wykonawcę usługi stanowiły działania nierzetelne.
Nieprawidłowo przygotowano też zasady obliczania dostępności ePUAP oraz Profilu Zaufanego w umowach między Ministerstwem Cyfryzacji a Centralnym Ośrodkiem Informatyki. W umowach na utrzymanie tych systemów dostępność określono na poziomie 98 proc. dla systemu ePUAP oraz 99 proc. dla PZ.
Przyjęcie takich wartości oznacza możliwość zaistnienia całkowitej niedostępności każdej z usług przez 7,3 dnia w ciągu roku dla ePUAP oraz przez 3,6 dnia dla systemu PZ. Tymczasem, w opinii NIK, systemy ePUAP i Profilu Zaufanego, z uwagi na istotne znaczenie dla obywateli i dla funkcjonowania administracji publicznej, powinny mieć zagwarantowaną w umowach dostępność o wartości zbliżonej do bankowych systemów informatycznych, czyli wynoszącą 99,9 proc. – co jest szczególnie ważne w sytuacji epidemii COVID-19.
W umowach na utrzymanie obu tych systemów przyjęto zbyt wąską, zdaniem NIK, definicję „incydentu krytycznego”. Powoduje to, że awaria uzasadniająca klasyfikację jakiegoś zakłócenia jako incydentu krytycznego jest w praktyce trudna do zaistnienia. W rezultacie, przypadki istotnych utrudnień w dostępie użytkowników do systemów, bynajmniej nie były ujmowane jako incydenty krytyczne wpływające na poziom dostępności systemów. Według oficjalnych enuncjacji systemy te funkcjonowały zatem niemal bez zarzutu, zgodnie z PiS-owską propagandą sukcesu.
Ponadto, w umowach na utrzymanie systemów ustalono zbyt długie, maksymalne czasy obsługi problemów zgłoszonych przez użytkowników. Może to utrudnić korzystanie z ePUAP i PZ zarówno przez obywateli jak i urzędy.
Kolejną nieprawidłowością w zarządzaniu tymi systemami było niepełne wdrożenie w COI Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji. NIK nie kwestionuje starań Centralnego Ośrodka Informatyki co do pełnego wdrożenia wymaganej normy bezpieczeństwa. Liczy się jednak rezultat, którego wciąż brak. Dlatego Izba zwraca zwraca uwagę, że mimo upływu ponad czterech lat, tej normy wciąż nie wdrożono. COI nie przeprowadził też kompletnych testów bezpieczeństwa platformy ePUAP i Profilu Zaufanego. Tymczasem, w opinii NIK przeprowadzenie pełnych testów jest niezbędne dla potwierdzenia, że użytkowane systemy są bezpieczne. NIK zauważa jednak także, że przyjęte przez COI rozwiązania techniczne i organizacyjne zapewniają ciągłość działania systemów ePUAP i PZ w sytuacji „wystąpienia znaczącej awarii lub katastrofy”.
Oprócz Ministerstwa Cyfryzacji i Centralnego Ośrodka Informatyki kontrola NIK objęła też szereg urzędów miast i gmin. „Urzędy te udostępniały obywatelom od 10 do 232 usług na platformie ePUAP a sprawy wniesione drogą elektroniczną załatwiane były bez zarzutu” – stwierdza NIK. Warto przy tym zauważyć, że świadczenie przez jednostki samorządu terytorialnego e-usług, poza wyjątkami wynikającymi z ustaw, nie jest obligatoryjne – a jednak samorządy dążą zwiększania liczby internetowych usług administracyjnych, biorąc pod uwagę sprawy najczęściej załatwiane przez obywateli.
Pewnym problemem jest jednak brak w urzędach samorządowych Systemu Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji. Często w urzędach nie przeprowadzono obowiązkowych audytów bezpieczeństwa informacji. Samorządy miały wprawdzie własne regulacje dotyczące bezpieczeństwa, nie obejmowały jednak one wszystkich informacji jakie są przetwarzane w urzędach – i dotyczyły głównie ochrony danych osobowych. Zdarzało się też, że pracownicy, którzy już zakończyli pracę w samorządach, nadal mieli dostęp do systemów informatycznych tych urzędów, a ich konta były wciąż aktywne. Tymczasem, zgodnie z prawem takie uprawnienia powinny być odebrane im bezzwłocznie.
W trakcie kontroli ustalono też, że część pracowników miała możliwość zainstalowania na komputerach dowolnego oprogramowania, mimo że nie byli oni pracownikami służb informatycznych. „Taka sytuacja może grozić nieświadomym zainstalowaniem złośliwego oprogramowania np. w czasie przeglądania stron internetowych” – stwierdza NIK.
Izba wnioskuje do Ministra Cyfryzacji (którego zadania wykonuje obecnie premier Mateusz Morawiecki), aby przede wszystkim zmienił sposoby obliczania dostępności platformy ePUAP i Profilu Zaufanego, zmienił definicje incydentu krytycznego dla obu systemów oraz zapewnił rzetelną weryfikację kalkulacji kosztów projektów informatycznych. Można mieć jednak wątpliwości czy zapracowany premier, osłabiany dodatkowo walkami szarpiącymi obóz zjednoczonej prawicy, znajdzie czas na te pożądane działania.

Rządy PiS drenują kieszenie Polaków

Wywóz śmieci jest o ponad połowę droższy niż przed rokiem, ceny usług bankowych są o prawie 43 proc. wyższe, opieka społeczna zdrożała o 12,4 proc. Tę listę ciągnąć można długo, a tempo wzrostu cen przyśpiesza z roku na rok.
Główny Urząd Statystyczny zaprezentował dane o inflacji w sierpniu 2020. W miesiącu tym ceny okazały się przeciętnie o 0,1 proc. niższe w lipcu i jednocześnie wyższe niż przed rokiem o 2,9 proc. (w lipcu ten wzrost wynosił 3,0 proc.).
Ceny towarów okazały się o 0,3 proc. niższe niż w ubiegłym miesiącu i były o 1,5 proc. wyższe niż w sierpniu przed rokiem. Natomiast w przypadku usług ceny w sierpniu wzrosły o 0,2 proc., zaś w skali roku zwiększyły się aż o 6,6 proc.
Generalnie, ceny w sierpniu 2020 tak w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym okazały się zbliżone do prognozowanych wcześniej oraz publikowanych jako wstępny szacunek inflacji w sierpniu. Szczególnie zwracają uwagę głębsze sezonowe spadki cen żywności, odzieży i obuwia, a także obserwowane w grupie rekreacja i kultura – wskazuje raport Krajowej Izby Gospodarczej
Jak wynika z szczegółowej analizy przygotowanej przez KIG, wzrosty cen w obszarze usług, to połączenie wprowadzania nowych cenników po otwarciu części działalności, uwzględniające konieczność sprostania dodatkowym kosztom (choćby związanym z wymaganiami sanitarnymi) – ale również próba choć częściowego odrobienia strat z okresu zamknięcia. W usługach wciąż też odczuwalny jest efekt wzrostu płacy minimalnej z początku roku (w większości usług udział kosztu pracownika w ogółach kosztów jest znaczący).
W ujęciu miesięcznym najbardziej odczuwalny był wzrost cen w transporcie (o 1,9 proc od lipca 2020). Rosły też ceny w grupach: użytkowanie mieszkania (0,3 proc.), restauracje i hotele (0,2 proc.), łączność (0,2 proc.), zdrowie (0,2 proc.), edukacja (0,1 proc.). W przypadku alkoholu i tytoniu oraz innych towarów i usług ceny w sierpniu pozostały na tym samym poziomie co miesiąc wcześniej.
Spadki cen miały miejsce w grupach: odzież i obuwie (minus 1,5 proc.), żywność i napoje bezalkoholowe (- 1,1 proc.) oraz rekreacja i kultura (- 0,4 proc.). We wszystkich trzech przypadkach spadki miały charakter typowo sezonowy. Do tego taniały też artykuły z grupy wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego (- 0,3 proc.).
Inaczej już wygląda porównanie z sierpniem 2019 r. Istotnie wyższe niż przed rokiem były ceny towarów oraz usługi w następujących grupach: użytkowanie mieszkania (7,2 proc.), edukacja (5,8 proc.), restauracje i hotele (5,7 proc.), zdrowie (5,4 proc.), alkohol i tytoń (4,8 proc.), inne towary i usługi (4,4 proc.), łączność (3,4 proc.).
Umiarkowany wzrost zanotowano w grupach: żywność i napoje bezalkoholowe (3,0 proc.), rekreacja i kultura (2,2 proc.), wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego (0,9 proc.). Skalę inflacji spłycały zaś spadki cen w grupach transport ( – 7,1 proc.) oraz odzież i obuwie ( – 1,9 proc.).
Spośród towarów i usług, które szczególnie mocno podrożały od ubiegłego roku, wypada wymienić: wywóz śmieci (aż 50,5 proc.), usługi finansowe (42,9 proc.), owoce (18,5 proc.).
Wzrost cen ma też swoje źródła w zmianach notowanych w innych grupach towarów i usług. Wystarczy wspomnieć kategorię zdrowie, gdzie największe wzrosty odnotowano w grupie usługi lekarskie (o 9,3 proc.) i stomatologiczne (14,5 proc.), albo rekreację i kulturę, gdzie przykładowo w ujęciu rocznym ceny usług związanych z rekreacją i sportem wrosły o 6,5 proc., a turystyka zorganizowana w kraju o 6,6 proc. Sporo drożały też usługi fryzjerskie: o 13,5 proc., czy opieka społeczna (12,4 proc.).
Kolejne miesiące roku powinny przynieść nieznaczny wzrost rocznego wskaźnika inflacji, do około 3,3 proc. − 3,4 proc., a później wyraźniejszy jego spadek w grudniu do około 2,8 proc.
Średnioroczny wskaźnik inflacji w roku 2020 wyniesie około 3,5 proc. – wobec 2,3 proc. z roku 2019 i 1,7 proc. z roku 2018.
Czynnikami ryzyka są tu kurs walutowy (w sytuacji silnego osłabienia się złotego inflacja może wzrosnąć, umocnienie złotego zaś może zbijać inflację), sytuacja na rynkach surowców (obecnie inflację coraz słabiej zbijają niskie ceny paliw) – ale również skala recesji spowodowanej wpływem na gospodarkę koronawirusa wraz z mogącymi nastąpić silnymi zmianami w strukturze popytu, tak konsumentów jak i klientów biznesowych oraz instytucjonalnych.

Cyfryzacja jakoś się u nas nie przyjmuje

Pod względem rozwoju gospodarki cyfrowej Polska zajmuje dopiero 23 miejsce w Unii Europejskiej.

Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego 2020 (Digital Economy and Society Index – DESI) opracowywany i publikowany jest od 2014 r. przez Komisję Europejską, która monitoruje postępy państw członkowskich w zakresie cyfryzacji i obejmuje obecnie swymi badaniami wszystkie kraje UE. W indeksie z 2020 r. występuje jeszcze Wielka Brytania.
Komisja Europejska stwierdza w swym raporcie, że obecna pandemia pokazała jak ważne dla naszych gospodarek są zasoby cyfrowe – i w jaki sposób sieci i łączność, dane, sztuczna inteligencja, obliczenia superkomputerowe, a także podstawowe i zaawansowane umiejętności cyfrowe podtrzymują nasze gospodarki i społeczeństwa. Dzięki nim możliwe jest zdalne kontynuowanie pracy, śledzenie rozprzestrzeniania się wirusa, wydajniejsze poszukiwanie leków i szczepionek.
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 0 do 100 pkt (najlepszy wynik). Indeks i ranking na nim oparty jest rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych, zebranych przez specjalistów. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.ec.europa.eu/info/index_en
Polska zajęła w indeksie DESI 2020 dopiero 23. miejsce, z wartością indeksu 45,0. W 2018 r. zajmowaliśmy jeszcze dalsze, bo 24. miejsce.
Przeciętna wartość indeksu dla całej Unii Europejskiej wyniosła 52,6. Trzeba w tym miejscu jednak odnotować, że wartość polskiego indeksu wzrosła z 37,7 w 2018 r., o 7,7 pkt, podczas gdy wzrost indeksu dla UE wyniósł w tym czasie tylko 6,1 pkt.

Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego 2020

  1. Finlandia 72,3
  2. Szwecja 69,7
  3. Dania 69,1 4. Holandia 67,7 22. Słowacja 45,2 23. Polska 45,0 24. Cypr 44,0 25. Włochy 43,6

Czołówka rankingu to: Finlandia, Szwecja, Dania i Holandia. Wartość indeksu dla Finlandii wynosi 72,3 pkt a dla Polski – 45. Taki jest obecnie nasz dystans do najbardziej zaawansowanego w cyfryzacji gospodarki i społeczeństwa kraju Unii Europejskiej.
Spośród nowych krajów UE przed nami są niemal wszystkie nowe kraje członkowskie; za nami są tylko Rumunia i Bułgaria. Choć także Włochy, Grecja i Cypr. Niemcy zajmują w rankingu 11 miejsce.
Indeks jest średnią ważoną pięciu czynników; są to 1. Łączność, 2. Kapitał ludzki, 3. Korzystanie z usług internetowych, 4. Integracja technologii cyfrowej i 5. Cyfrowe usługi publiczne. W każdym z tych czynników (zakresów) oblicza się także subindeksy. Te pięć czynników opiera się na 37 wskaźnikach monitorujących.
W zakresie łączności Polska zajmuje 15 miejsce (w 2018 r. było to 18 miejsce) z wartością wynoszącą tu 51,3, przy średniej unijnej 50,1 pkt. Wysoką wartość osiągnęliśmy także w zakresie zasięgu 4G, szybkich łączy szerokopasmowych oraz wykorzystania mobilnych usług szerokopasmowych.
Zerową wartość otrzymaliśmy natomiast dla gotowości na wdrożenie 5G (przy średniej unijnej 21 proc.). Jednak we wszystkich szczegółowych wskaźnikach z tej kategorii osiągnęliśmy postępy w porównaniu z 2018 r.
W zakresie kapitału ludzkiego Polska zajmuje 22 miejsce (w 2018 r. – 24) z wartością 37,3 przy średniej unijnej 49.3 – czyli różnica na naszą niekorzyść wynosi aż 12 pkt.
Najwyżej (chociaż z jednoczesnym spadkiem) oceniono podstawowe umiejętności cyfrowe i informatyczne polskiego społeczeństwa (44 – 46 proc. osób), jednakże średnia dla całej UE jest wyższa, bo wynosi 58 – 61 proc. Nisko zostały ocenione także ponadpodstawowe umiejętności cyfrowe Polaków: 21 proc. wobec 33 proc. w UE.
W tym miejscu wypada podkreślić, że umiejętności cyfrowe wchodzą w zakres unijnego Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. W Polsce sfinalizowano też prace nad projektem nowego programu: Rozwoju Kompetencji Cyfrowych, który będzie się koncentrował na umiejętnościach cyfrowych potrzebnych obywatelom, specjalistom technologii informacyjnych i komunikacyjnych oraz pracownikom małych i średnich przedsiębiorstw i administracji publicznej.
Trwają także prace nad nowym Programem Operacyjnym Polska Cyfrowa na lata 2021-2027, który będzie obejmował wspieranie rozwoju sieci szerokopasmowych, podnoszenia oraz zmiany kwalifikacji, elektronicznej administracji i telemedycyny, umiejętności cyfrowych, a także ma służyć zdobywaniu umiejętności potrzebnych w przyszłości.
W zakresie korzystania z usług internetowych Polska zajmuje 23 miejsce (w 2018 r. – 24) z wartością wynoszącą 49,6, przy średnej unijnej 58. Niemal we wszystkich czynnikach z tego zakresu osiągnęliśmy postęp w ostatnich trzech latach. Dorównujemy krajom UE pod względem odsetka użytkowników sieci społecznościowych czy osób zdobywających w internecie wiadomości. Odstajemy natomiast w dziedzinie elektronicznych usług bankowych oraz handlu elektronicznego. W dalszym ciągu wysoki jest w Polsce także odsetek (15 proc.) osób, które nigdy nie skorzystały z internetu – takich osób w UE jest zaledwie 9 proc.
W zakresie integracji technologii cyfrowej Polska zajmuje 25 miejsce (w 2018 r. – 26) z wartością 26,2 pkt., przy średniej unijnej 41,4, czyli z różnicą aż 15,2 pkt. Odnotowaliśmy tu postęp z 21 pkt na 26,2, ale praktycznie w każdej dziedzinie z tej kategorii poważnie odstajemy. Jedynie w zakresie elektronicznej wymiany informacji, w której bierze udział 29 proc. przedsiębiorstw przy średniej unijnej 34 proc., różnica na naszą niekorzyść nie jest porażająca.
Natomiast w obszarze cyfrowych usług publicznych, Polska zajęła 20 miejsce (bez zmian od 2018 r.) z wartością wynoszącą 67,4 pkt., przy średniej unijnej 72 pkt. Mimo, że w rankingu nie awansowaliśmy, to jednak wartość indeksu w tym zakresie wyraźnie wzrosła: z 54,9 pkt. w 2018 do 67,4 w 2020 r., czyli o 12,5 pkt. W tym czasie średnia unijna jednak także istotnie wzrosła: z 61,8 w 2018 r. do 72,0 w 2020 r. Ale w tej kategorii w każdej szczegółowej dziedzinie osiągnęliśmy postęp.
Na koniec warto porównać pozycję Polski w zakresie gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego z Finlandią, która zajmuje pierwsze miejsce w indeksie DESI 2020.
Wartość indeksu Finlandii wynosi w 2020 r. 72,3 pkt, przy średniej unijnej 52,6 i postępie o 9,5 pkt w porównaniu z 2018 r.
W zakresie łączności Finlandia zajęła dopiero 9 miejsce (choć od 2018 r. awansowała z 13 miejsca), z ilością 59,2 pkt., przy średniej unijnej 50,1. W zakresie kapitału ludzkiego zajmuje pierwszą pozycję od trzech lat, z wartością subindeksu 78,4 pkt., przy średniej unijnej 49,3. Tu dystans na jej korzyść jest bardzo wyraźny.
Pierwsze miejsce zajmuje Finlandia także pod względem użytkowania usług internetowych (awansując z czwartego od poprzedniego rankingu). Osiągnęła w tym zakresie 76,3 pkt. przy średniej unijnej 58 pkt. W obszarze integracji technologii cyfrowej Finlandia zajmuje drugie miejsce z 67 pkt., awansując z piątej pozycji. Osiągnęła postęp o ponad 10 pkt. w porównaniu z 2018 r. , podczas gdy przeciętny postęp w krajach UE wyniósł tu tylko 3,6 pkt.
Jeśli zaś chodzi o cyfrowe usługi publiczne, Finlandia zajęła czwarte miejsce, spadając o jedną pozycję od 2018 r., z ilością 87 pkt. przy średniej unijnej 72 pkt. Godna podkreślenia jest też jej najwyższa pozycja w zakresie rozwoju elektronicznych usług administracyjnych (e-rząd) – 94 proc. przy średniej unijnej 67 proc.

Niemiła niespodzianka cenowa

Grudniowy, nieoczekiwanie wysoki skok cen to z jednej strony efekt mniej zaskakujących zmian cen transportu i żywności, a z drugiej strony niespodziewanie wysokich wzrostów cen usług, w tym szczególnie usług transportowych i ubezpieczeń.

Kontynuacja wzrostu wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych w pierwszych miesiącach 2020 roku jest bardzo prawdopodobna, tym bardziej że będziemy mieli do czynieni z efektem niskiej bazy statystycznej z poprzedniego roku.
Inflacja znacząco powyżej celu NBP może wpłynąć na oczekiwania inflacyjne konsumentów i ich zmianę zachowania na rynku. Jest to zatem odpowiedni moment na odpowiednią reakcję ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej, w celu zapewnienia stabilności cen w dłuższym okresie.
Publikacja grudniowych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych pozwala z jednej strony dokładniej poznać przyczyny nieoczekiwanie wysokiego wzrostu cen na koniec ubiegłego roku, jak również porównać jakie zmiany nastąpiły pomiędzy komponentami wzrostu cen w 2018 i 2019 roku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2019 r. o 3,4 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku oraz aż o 0,8 proc. w porównaniu z listopadem 2019 roku. To właśnie rekordowo wysoki, miesięczny wzrost inflacji wzbudził najwięcej emocji. W ostatnich latach ceny w grudniu zachowywały się względnie stabilnie, tym razem odnotowano jednak miesięczny wzrost cen transportu o 3,8 proc. oraz żywności o 1,3 proc., co podwyższyło wskaźnik inflacji odpowiednio o 0,37 i 0,31 punktów procentowych (przypomnijmy, że rok wcześniej ceny transportu w tym okresie spadały). W kategorii „żywność” najwyższy, miesięczny wzrost cen był obserwowany w przypadku cen warzyw (wzrost o 3,6 proc.), cen mięsa (2,8 proc.) oraz mleka (1,3 proc.).
Podkreślane w przekazach medialnych wzrosty cen wywozu śmieci rzeczywiście miały miejsce, jednak ich skala nie była w samym grudniu 2019 r. tak znacząca, ponieważ wyniosła 0,6 proc. W tej kategorii cen wzrosty nastąpiły we wcześniejszych miesiącach, w ujęciu rocznym ceny wywozu śmieci wzrosły o 32,2 proc. Zatem to nie ta kategoria była odpowiedzialna w największym stopniu za grudniową niespodziankę cenową. Okazuje się, że w ujęciu miesiąc do miesiąca bardzo wyraźnie wzrosły ceny usług (1,5 proc.). Wpływ na to miały drastyczne, bo aż o 29,4 proc. wzrosty cen usług transportowych a także wzrosty cen ubezpieczeń – o 7,8 proc. Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje, że mówimy w tym przypadku o wzroście cen w skali miesiąca. Ceny usług wchodzą w skład inflacji bazowej, na którą w sposób szczególny zwraca uwagę Rada Polityki Pieniężnej, ponieważ wpływ polityki stóp procentowych jest najbardziej efektywny właśnie na tą kategorię inflacji.
Patrząc na inflację przez pryzmat relacji średniego wzrostu cen w całym 2019 roku do roku 2018, pozornie nie widać większych powodów do zmartwienia. Roczna inflacja wyniosła bowiem 2,3 proc, czyli nieznacznie poniżej celu banku centralnego. Najwyższe wzrosty cen wystąpiły w przypadku kategorii: żywność i napoje bezalkoholowe (4,9 proc.), restauracje i hotele (4,4 proc.), edukacja (3,6 proc.), zdrowie (3,3 proc.) i rekreacja i kultura (2,6 proc.).
W ubiegłym roku nie zabrakło jednak spektakularnych wzrostów cen, np.: wywozu śmieci o 21,4 proc., warzyw o 19,8 proc., cukru o 16,9 proc., mięsa wieprzowego o 9,6 proc., pieczywa o 8,6 proc., usług lekarskich o 5,3 proc. Wszystkie wymienione kategorie cen dotyczą produktów i usług, z których korzystamy często, ale niekoniecznie muszą stanowić największą część „koszyka” konsumpcyjnego.
Stąd też może pojawiać się zjawisko rozminięcia powszechnej percepcji zmian cen od rzeczywistych zmian jakie zachodzą w gospodarce. Fakt ten w połączeniu z obserwowanym, wyraźnym przyspieszeniem wzrostu cen w ostatnich miesiącach 2019 r. (nie tylko żywności ale i usług) oraz kontynuacją wzrostu rocznego wskaźnika cen w pierwszym kwartale 2020 r., może zwiększyć niepewność konsumentów. W konsekwencji może to spowodować wzrost oczekiwań inflacyjnych oraz spowolnienie konsumpcji.
W takiej sytuacji członkowie Rady Polityki Pieniężnej powinni brać pod uwagę wprowadzenia zmian (korekt) w polityce pieniężnej o czym Towarzystwo Ekonomistów Polskich pisało w styczniowym komentarzu po posiedzeniu RPP.

Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.

Podziel się z nami pieniędzmi

Eliksir szczęścia, czyli biuro wynajmowane na godziny – nowa ideologia mająca zwiększać sprzedaż, święci triumfy.

 

Ekonomia współdzielenia, modny od paru lat termin, to przykład tego, jak wymyśla się ideologię, żeby ułatwić sobie zarabianie pieniędzy.
Tu w rzeczywistości nikt się niczym nie dzieli – z wyjątkiem użytkowników, którzy dzielą się swoimi pieniędzmi z twórcami serwisów ułatwiających świadczenie różnych usług. Stworzono jednak chwytliwą nazwę, sugerującą altruizm, bezinteresowną pomoc, życzliwość – czyli to wszystko, z czym chce być kojarzony niemal każdy z nas.

 

Emocje ponad wszystko

Nie jest to niby nic nowego, bo techniki sprzedażowe robią się coraz bardziej wyrafinowane. Od lat stawia się na emocje. „Emocje” to jeden z najważniejszych terminów współczesnego marketingu. Jesteśmy nauczani tego, że emocje trzeba mieć, że nie wolno ich hamować. Przeciwnie, należy je wyrażać – im głośniej i aktywniej tym lepiej.
Ten zaś, w kim emocje raczej nie buzują, uważany jest za odmieńca, człowieka nieszczęśliwego, który powinien nad sobą popracować, żeby te emocje stworzyć i obudzić – a jeśli to niemożliwe, to ma je przynajmniej udawać.
Tak więc, i w pojęciu „Ekonomii współdzielenia” zawarte są emocje, te reklamowane jako dobre, takie, z których powinniśmy być dumni, szczycić się tym że je mamy – i dawać temu wyraz, postępując w odpowiedni sposób, czyli kupując usługi, które bazują na tychże dobrych emocjach.
Sam mechanizm jest oczywisty. Od tysiącleci byli przecież żebracy udający kalectwo lub dzieci mające za sprawą opiekunów wzbudzać litość u obcych, by ci emocjonalnie sypnęli groszem.
Ideologie też się zdarzały. Gdy w Anglii wymyślono kobiecy zespół Spice Girls, to wokalistkom przypisano pseudofilozofię „girlie power”, złożoną z sloganów o niezależności, sile i przebojowości kobiet oraz o tym, że – oczywiście – mają one święte prawo do nieskrępowanego wyrażania swoich emocji.
Ba, pojawiła się nawet jakaś profesorka, która stworzyła książkę „Dziewczęcy bohater. Nowa siła w kulturze popularnej”. W ślad za tym wymyślono feministyczny striptiz, a nawet feministyczną pornografię – wszystko gwoli podniesienia sprzedaży.
Opłaciło się, bo Spice Girls zostały najlepiej sprzedającą się żeńską grupą wszechczasów – czemu oczywiście sprzyjało i to, że kompozytorzy oraz tekściarze stworzyli dla nich parę niezłych piosenek.

 

Jesteście wspaniali, kupujcie!

Dzisiejsza ekonomia współdzielenia bazuje na tych wszystkich doświadczeniach – i twórczo je rozwija.
Stara się udawać poważną naukę (oczywiście przy założeniu, że ekonomia jako taka w ogóle jest nauką – bo co do do tego nie ma pełnej zgody), podpiera się rzekomymi badaniami, mającymi niby pokazywać, jak różne dobre cechy ludzkiego charakteru (zwłaszcza chęć dzielenia się) wpływają na działania gospodarcze.
Jak na razie cały ten mechanizm wymyślania bajek funkcjonuje sprawnie. Normalne, znane od pokoleń działania, takie jak umawianie się w parę osób na wspólny dojazd samochodem, oferowanie komuś noclegu z nadzieją, że gość kiedyś również odwdzięczy się noclegiem, czy wypożyczanie jakichś maszyn, prezentowane są jako epokowy przełom w ekonomii i życiu społecznym.
Możemy zatem przeczytać, że ekonomia współdzielenia to „zjawisko społeczne i ekonomiczne, polegające na fundamentalnej zmianie modeli organizacyjnych i dystrybucyjnych”, że „bazuje na skłonności ludzi do pomagania innym i dzielenia się swoim czasem oraz zasobami”, że jest to „nowy model ekonomiczny, który w miejsce konkurencji stara się wprowadzić współpracę”, że „coraz więcej ludzi jest przesyconych poziomem konsumpcji i wolą współużytkować rzeczy niż posiadać je na własność” i tak dalej.
Jednym słowem: ludzie, jesteście wspaniali! Dlatego na pewno kupicie usługi, które wam oferujemy.
Nabywców usług, oferowanych w ramach ekonomii współdzielenia, nie brakuje. Ludzie umieja przecież liczyć i widzą, że dzięki korzystaniu z nich mogą trochę zaoszczędzić. Dlatego właśnie według stanu na koniec pierwszego półrocza 2018 r., w Polsce podróżowało BlaBlaCarem podobno o 25 proc. więcej pasażerów niż rok temu.

 

To, co dobre

Nieco gorzej idzie z tzw. coworkingiem, czyli wynajmem biur różnym firmom i osobom na godziny, co również prezentowane jest jako przykład ekonomii współdzielenia.
W Polsce ta usługa rozwija się nieco opornie, bo jednak przedsiębiorstwa są przyzwyczajone, że mają powierzchnie biurowe do swego wyłącznego użytku, zaś rozmaici freelancerzy na ogól zarabiają tak kiepsko, że wolą pracować w domu niż w wynajmowanym biurze.
Dlatego też sprzedaż usługi coworkingu jest intensywnie wspierana pseudoideologią i całkiem serio prezentowanymi wywodami, mówiącymi, iż wynajmowanie biur różnym firmom, zmienia ludzi na lepsze.
Podobno więc przeprowadzono nader gruntowne badania w skali światowej, które jakoby wykazały, że zdaniem aż 92 proc. osób korzystających z przestrzeni wspólnych, ich środowisko pracy stało się bardziej przyjazne i pozwala im budować relacje wykraczające poza pracę.
Blisko 83 proc. respondentów z kolei zadeklarowało, że w wynajętym biurze czują się bardziej zmotywowani do osiągania celów, a 67 proc. z nich nawiązało owocną współpracę w ciągu roku z osobami współdzielącymi z nimi to środowisko biurowe. Koncepcja polegająca na dzieleniu się przestrzenią wspólną, zamiast oddawaniu jej do wyłącznego użytku pracowników jednej firmy, ma też pomagać w budowaniu długotrwałych relacji.
– Zainteresowanie ekonomią współdzielenia w ostatnim czasie pokazuje, że jesteśmy bardziej otwarci na innych ludzi oraz mamy do nich dużo więcej zaufania, niż do tej pory uważano. Udostępniamy swoje mieszkania, jesteśmy partnerami w podróży, dzielimy ze sobą przestrzeń pracy. Niezależność i wyłączność przestaje być cechą dominującą w naszym społeczeństwie, wolimy korzystać ze wsparcia oraz wiedzy innych osób – mówi Marta Bloch, ekspertka od coworkingu.

 

Jeszcze więcej szczęścia

Najnowsze badania miały zaś wykazać, że wynajem biur na godziny jest lekiem na samotność i depresję – czyli ponoć pozwala skutecznie walczyć z jednymi z największych bolączek cywilizowanego świata. Okazało się bowiem, że 83 proc. osób korzystających z wspólnych przestrzeni biurowych czuje się mniej samotna, a aż 98 proc (sic!) uważa się z tego powodu za bardziej szczęśliwych.
Wspólne biura to jednak nie wszystko. W Polsce już ponad połowa mieszkańców mieszka w aglomeracjach miejskich. W dużych miastach zaczynają więc powstawać mieszkania działające na zasadzie coliving.
Żyjący w pojedynkę, często szukają współlokatorów, aby nie tylko móc podzielić się z nimi kosztami wynajmu, ale również mieć towarzystwo. To pokazuje, że w stosunkowo nowych modelach biznesowych polegających na współdzieleniu, to nie czynnik finansowy, ale ludzki odgrywa tu najważniejszą rolę – takie właśnie odkrywcze teorie snują specjaliści od colivingu i coworkingu.
Można im powiedzieć, że mieszkanie razem dla towarzystwa i obniżki kosztów, to model nie taki całkiem nowy, bo znany już od czasów starożytnych.
Z nowszych epok, jako lekturę obowiązkową dla sprzedawców usług coworkingu czy colivingu warto zaś polecić „Lalkę”. Studenci Maleski, Patkiewicz i trzeci niewymieniony z nazwiska z pewnością mieszkali razem nie tylko dla niższych kosztów, ale i dla fajnego towarzystwa.

Nie zwalnia, ale już bierze wodę

Nasza gospodarka przypomina szybko płynący okręt, w którym pojawia się jednak coraz więcej dziur.

 

Tymi dziurami są niewypłacalności. Po podsumowaniach pięciu miesięcy tego roku nie widać jak na razie branż, w których nie mielibyśmy do czynienia ze wzrostem niewypłacalności.
Niestety, we wszystkich sektorach gospodarki następował on w tempie dwucyfrowym, stąd w całej gospodarce było ich o 17 proc. więcej niż przed rokiem.
To zjawisko stanowi polski ewenement. – W szerszej, światowej skali nie mamy do czynienia z aż tak ewidentną zmianą – zauważa Tomasz Starus z firmy ubezpieczeń handlowych Euler Hermes.

 

Plajtują prawie wszędzie

Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 406 polskich przedsiębiorstw wobec 347 w tym samym okresie ubiegłego roku (wzrost o 17 proc.). Chodzi tu o niewypłacalności obejmujące niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców.
Natomiast w samym maju 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 70 przypadkach niewypłacalności.
Tak więc, dynamika wzrostu liczby niewypłacalnych polskich firm nie zwalnia. W maju największy przyrost ich liczby miał miejsce, jak zauważa Euler Hermes, w produkcji i usługach – czyli praktycznie niemal wszędzie.
Wspólne są też tego przyczyny: niska rentowność i słaba kondycja finansowa plajtujących polskich firm (no bo, gdyby było inaczej, to by nie upadły) oraz ich otoczenia biznesowego. Do tego dochodzi wzrost kosztów działalności w budownictwie czy koncentracja w handlu, oznaczająca, że producenci mają coraz mniejsze szanse na wyższe ceny.

 

Niebezpiecznie na giełdzie

W usługach największa grupa niewypłacalnych firm, to przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze nieruchomości i inwestycji, naprawie i konserwacji maszyn, zbieraniu odpadów, naprawie samochodów, gastronomii i turystyce, reklamie i doradztwie dla firm.
Natomiast w produkcji najwięcej niewypłacalnych firm zajmowało się wytwarzaniem wyrobów dla budownictwa (z betonu, tarcicy, tworzyw sztucznych), obróbką metali, produkcją profili, konstrukcji i narzędzi, produkcją żywności.
Najwyższy wzrost liczby niewypłacalności dotyczy jak zwykle spółek akcyjnych – za pięć miesięcy wzrost aż o 53 proc. rok do roku, podczas gdy niewypłacalnych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością było w tym czasie więcej o 10 proc. W jakimś stopniu potwierdza to także słabość polskiego rynku kapitałowego.
Najtrudniej dobrze prosperować w województwach pomorskim, wielkopolskim oraz kujawsko-pomorskim. Tam liczba niewypłacalności rośnie najszybciej.

 

Wielcy upadają głośniej

Jeśli chodzi o efekt skali, to najwięcej niewypłacalności stosunkowo dużych firm wskazać można w budownictwie. Największa z tej branży „upadła spółka” osiągała nie tak dawno obroty rzędu 300 mln złotych.
W obróbce oraz handlu złomem i metalami, obroty niewypłacalnych firm wynoszą od 100 do 200 mln złotych. W produkcji materiałów budowlanych plajtują zaś przedsiębiorstwa z obrotami rzędu 60-100 mln złotych.
Polskim fenomenem jest tradycyjnie to, że mieszkaniówka bije kolejne rekordy, natomiast najczęściej wspomina się o kłopotach budownictwa – i wskazuje systemowe przyczyny jego problemów, takie jak wzrost kosztów materiałów czy wynagrodzeń pracowniczych i generalnie niedobór pracowników. Budownictwo jest najbardziej widoczne z powodu przeciągających się i zawieszanych remontów oraz odkładanych inwestycji.
Inne obszary gospodarki też jednak mają problemy – i w przekroju kilku miesięcy okazuje się, że pośród nich nie ma wyraźnie bezpiecznych branż.
– Główne przyczyny kłopotów to niska rentowność prowadzonej działalności, zwiększanie jej skali a nie wypracowywanego zysku, konkurowanie głównie ceną a nie innowacyjnością czy sprawnym serwisem – mówi Tomasz Starus.
Zwiększone obroty to wprawdzie dobra wiadomość – ale przed przychodami zwiększają one najpierw koszty, uwydatniając słabość finansową wielu polskich firm.

 

Nie wytrzymują zmian przepisów

Na to wszystko nakłada się ciągła przebudowa prawa w wielu dziedzinach: podatków, prawa pracy, ochrony danych osobowych.
Teoretycznie samo w sobie nie powinno to rodzić problemów dla przedsiębiorców, ale na pewno nie pomaga słabszym firmom, które ledwo trwają, a nawet mówiąc wprost – wegetują na rynku. Wielu przedsiębiorców wybiera w takiej sytuacji drogę niewypłacalności.
Często odbywa się to kosztem dostawców, narażając ich na straty i w efekcie powodując efekt domina. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości ten element ryzyka miał stracić na aktualności.