Ubój rytualny i inne zbrodnie na rozumie

Polską scenę polityczną po raz kolejny rozpala kwestia uboju rytualnego, hodowli zwierząt futerkowych oraz stosunku do zwierząt. Stosunkami do ludzi czy może międzyludzkimi zajmują się u nas chyba tylko organizacje pozarządowe, np. Ordo Iuris oraz kościoły. Oczywiście najbardziej ten największy.

Ale wracajmy do naszego uboju. Patrząc całkiem na chłodno i nie bojąc się oskarżenia o cynizm (ps. polecam definicję filozoficzną a Diogenesa generalnie uwielbiam) muszę przyznać, że nie mogę tak całkiem potępić firm prowadzących ubój rytualny. W końcu to chyba tylko oni zarabiają na religii, i to w sumie chyba bardziej uczciwie od tych, którym dostarczają swoje wyroby. Im naprawdę religia się do czegoś przydaje.

To jednak nie zmienia mojej generalnej opinii, że ubój rytualny jest szkodliwym anachronizmem, jak zresztą wszystkie religijne rytuały. Nie jest może aż tak szkodliwy jak egzorcyzmy ale tym niemniej jest.

Hodowla zwierząt futerkowych nie jest co prawda zachowaniem rytualnym a tylko, jedynie, normalną działalnością gospodarczą opierającą się na wyzysku natury i żerowaniu na naiwnych klientach. Normalnie business as usual.

Konsensus polityczny, być może chwilowy, zmierza do uchwalenia zakazu hodowli zwierząt na futra. Termin jest nieco mylący bo hodowcy wykorzystują całe zwierzęta, futra idą do kuśnierza ale cała reszta ląduje nie na „smętarzu” ale w karmie dla zwierzaków. Tych naszych domowych ulubieńców. Taka karma.

Idę o zakład, że fermy zmienią nazwę z futrzarskich na mięsne. A futra staną się produktem ubocznym, tyle że jeszcze droższym. Jak kożuchy z baranów, pardon z owiec. Bogatych amatorów futer to podejrzewam nie ruszy. Płacą bo mają, a mają bo im się słusznie należy.

Rykoszetem oberwą jedynie profesorowie uczelniani i belwederscy bo kołnierze swoich tog będą musieli ozdabiać futrem bardziej sztucznym. Aczkolwiek do niektórych bardziej będzie ono pasować.

Oczywiście łatwiej jest zakazać pewnych form hodowli niż ustalić bardziej rygorystyczne zasady obchodzenia się ze zwierzętami hodowlanymi i pilnować ich przestrzegania.

Nasz kraj zresztą od dawna nie słynie z przestrzegania przepisów prawa, z zakazami zresztą włącznie. Generalnie nie jestem zwolennikiem noszenia futer nie tylko dlatego, że klimat się ociepla. Nigdy też nie nosiłem kożucha i w zasadzie nie widzę różnicy miedzy jednym a drugim okryciem wierzchnim. Nieprawdą jest jednak, żebym twierdził kiedykolwiek, że jedno noszą owce a drugie barany.

Jeśli jestem przeciwny, to wszystkim anachronicznym rytuałom z ubojem rytualnym na czele. Do zwierząt należy się odnosić bez zbędnej przemocy, i jeśli się już je hoduje i zjada, to należy zapewnić im stosunkowo najlepsze warunki.

A szczególnie należy dbać o zwierzęta z gatunku homo sapiens sapiens. Nawet jeśli nie zawsze myślą.

Ubój rytualny polega na uśmiercaniu zwierząt w rzeźniach bez wcześniejszego ogłuszania, w celu pozyskania mięsa koszernego lub halal. Pozyskane w ten sposób mięso spożywają wyznawcy islamu (halal) i judaizmu (kosher). Zwierzętom przecina się przełyk i arterie jednym cięciem przy użyciu specjalnego noża, odmawiając stosowną modlitwę. Zwierzę nie może zostać wcześniej pozbawione świadomości poprzez ogłuszenie jakąkolwiek z dostępnych metod.. Podczas koszernego uboju bydła we współczesnej ubojni stosuje się specjalne klatki do unieruchamiania zwierząt: Weinberg (czas w klatce: ok. 103,8 s, szamotanie się przed cięciem: ok. 11 s, liczba wokalizacji: ok. 4,6) lub ASPCA (czas w klatce: ok. 11 s, szamotanie się przed cięciem: ok. 1,2 s, liczba wokalizacji: ok. 0,3). Pierwsza z nich pozwala na obrócenie zwierzęcia na bok lub do góry nogami. W ustalonej przez klatkę pozycji następuje cięcie, po czym zwierzę jest wypuszczane, aby mogło się wykrwawić. Elementem łączącym ubój rytualny w islamie oraz judaizmie jest właśnie zakaz ogłuszania zwierzęcia przed zabiciem. Polska wołowina i drób eksportowane są m.in. do Turcji, Egiptu i na Bliski Wschód, w tym do Izraela (źródło: Wikipedia i inne)

Jutro nie będzie futra

Walka o Polskę wolną od futer trwa od lat, ale jeszcze nigdy dotąd nie byliśmy tak blisko uchwalenia zakazu, jak dzisiaj. To wspaniały moment dla wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu, oraz – naturalnie – dla samych zwierząt, które nie będą już w przyciasnych klatkach pędzić smutnego żywota, zakończonego nieuchronnie okrutną śmiercią.

Norki, lisy, jenoty i inne zwierzęta futerkowe, nie będą już w Polsce zabijane przez porażenie prądem i obdzierane ze skóry (często jeszcze żywe). Nie będą spędzać życia w przyciasnych klatkach, nie mogąc realizować swoich potrzeb gatunkowych; nie będą się z nerwów okaleczać siebie oraz innych zwierząt. Czy to nie dobra wiadomość?

Ale po tym, jak o 1:00 w nocy z czwartku na piątek Sejm przyjął z poprawkami nowelizację do ustawy o ochronie praw zwierząt, czyli słynną już Piątkę dla zwierząt, emocje szybko opadły. Przynajmniej te pozytywne – bo negatywne, sądząc po wypowiedziach polityków Konfederacji czy PSL oraz przedstawicieli przemysłu futrzarskiego, nadal buzują.

Dziwi jednak postawa tej empatycznej części społeczeństwa, która – teoretycznie – powinna być zadowolona, że ustawa wnosząca kilka konkretnych, wyczekiwanych zmian dla zwierząt, ma realne szanse wejść już niebawem w życie. Z każdej strony bowiem dobiegają głosy krytyki i okazuje się, że właściwie każdy ma pomysł na to, jak należało te zmiany wprowadzić lepiej.

Część oburza się, że ustawa nie rozwiązuje wszystkich problemów dotyczących dobrostanu zwierząt – i oczywiście, trudno się z tym nie zgodzić. Nowelizacja nie reguluje kompleksowo wszystkich kwestii, które należy uporządkować, żeby móc uznać, że w pełni chronimy w Polsce zwierzęta.

Ustawa wprowadza więc zakaz handlu zwierząt na futra – ale ten zakaz nie obejmie królików. Ubój rytualny nie został całkowicie zakazany – a jedynie ograniczony na potrzeby krajowych związków wyznaniowych. Psy nie będą mogły być trzymane na łańcuchach, ale wciąż będą mogły być tymczasowo uwiązane – przez maksymalnie 12 godzin, na uwięzi o długości co najmniej 6 m. Zakazano za to całkowicie używania metalowych obroży, w tym kolczatek. Skończy się również wykorzystywanie zwierząt w cyrku.
Mamy więc progres, choć nie jest idealnie.

Sporo osób oburza się przyjęciem ustawy „ciemną nocą”, wskazując, że to nie pierwsza sytuacja, gdy PiS forsuje w ten sposób swoje rozwiązania prawne. Tylko, że w tej sytuacji wynikało to raczej z porządku obrad. Niektórzy podważają konstytucyjność ustawy, twierdząc, że narusza konstytucyjną wolność prowadzenia działalności gospodarczej. Czy można jednak uznać za realizację tej wolności sytuację, w której rzeczony biznes opiera się na obdzieraniu zwierząt ze skóry?

Rozsądek podpowiada, że należy się jednak kierować zasadami etyki a nie dzikiego kapitalizmu. Bo tym właśnie jest działalność ferm futrzarskich – uosobieniem kapitalizmu, w którym bzdurna zachcianka uprzywilejowanych, majętnych jednostek jest stawiana wyżej niż potrzeby mniej zamożnych.

Futro w dzisiejszych czasach nie jest już potrzebne w celu innym, niż zaimponowanie otoczeniu stanem portfela i brakiem empatii. Fermy natomiast stanowią miejsce kaźni zwierząt, fatalne miejsce pracy i źródło odorów oraz zanieczyszczeń gleby, powietrza i wód powierzchniowych w okolicy.

Wreszcie, argument koronny – ustawa wprawdzie niezła, ale szkoda że z inicjatywy PiS. Z tym, doprawdy, ciężko dyskutować – i pewnie narażę się na krytykę, ale przyznam, że ważniejsza od autora projektu jest dla mnie realna poprawa losu zwierząt. A ta nowelizacja ma szansę zrobić sporo dobrego.

Obrzydza mnie każda forma eksploatacji zwierząt, zwłaszcza, że w obecnych czasach stanowi z reguły niepotrzebną fanaberię, a nie realną potrzebę. Nie jestem osobą religijną, więc zabijanie ze szczególnym okrucieństwem zwierząt jako realizacja prawa do realizacji wolności wyznania również mnie nie przekonuje. Drażnią mnie ludzie bezmyślnie traktujący zwierzęta domowe jak zabawki, których termin przydatności trwa tak długo, jak są estetyczne, młode, zdrowe i wesołe. Uważam również, że wszystkie hodowle przemysłowe – nie tylko fermy futrzarskie – powinny odejść do lamusa, bo na wszystkich jednakowo źle traktuje się zwierzęta.
Czy nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt w obecnym kształcie mnie całkowicie satysfakcjonuje? Oczywiście, że nie.

Ale byłabym ignorantką, gdybym nie dostrzegła, jak kolosalny krok w historii praw zwierząt w Polsce stanowi ta nowela.

Musimy pamiętać, że prawo stanowi pewne odbicie nastrojów panujących w społeczeństwie. I jeżeli przyjmiemy, że posłowie i posłanki w miarę proporcjonalnie reprezentują swoich wyborców i wyborczynie, to oznacza, że jednak potężna większość społeczeństwa zaczyna rozumieć, że zwierzęta są czującymi istotami, którym należy się nasza opieka i szacunek. I że ich dobro powinno stać wyżej niż nieetyczny biznes futrzarzy, zarabiających na ich cierpieniu.

Jak szacuje organizacja Humane Society International, na świecie co roku zabijanych jest ok. 100 milionów zwierząt futerkowych.

Te kilka milionów, co roku zabijanych dotąd w Polsce (według różnych danych jest to od 4-8 mln), nie zmieni może wiele – ale jest to jednak zmiana na lepsze. A za nią, wierzę, przyjdą kolejne.

To nie wróżba z fusów

bo taki też być może wynik aktualnego kryzysu w Zjednoczonej Prawicy

Znane od lat powiedzenie, że nikt PiS-owi bardziej nie zaszkodzi jak on sam sobie nie jest oczywiście podstawą prognoz analityków sceny politycznej, niemniej jednak, w aktualnym przebiegu wydarzeń, coś jest na rzeczy. Dwa projekty ustaw nie powinny wywołać takiego kryzysu.

Pierwsza ustawa,

powszechnie określana jako o bezkarności urzędników, w ogóle nie powinna być procedowana, gdyż wypełnia takie oczekiwania rządzących Art.6. Ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Nadto z uwagi na obowiązującą powszechnie zasadę Lex retro non agit – prawo nie działa wstecz – skutki byłej bezkarności urzędników nie mogłyby podlegać żadnej ochronie prawnej. Ale Zbigniew Ziobro, naruszający przepisy Konstytucji i dewastujący wymiar sprawiedliwości oraz tak często reinterpretujący przepisy na swoją korzyść, uniósł się w tej kwestii w szczególny sposób, powołując się na równość obywateli wobec prawa.

Drugi projekt ustawy,

popularnie nazywanej o ochronie zwierząt, poza słusznie reprezentowaną ideą, zawierał szereg niedoróbek. To wszystko, poprzez konsultacje i pracę nad tekstem można było zmienić, ale jak się okazało, zwierzęta wcale nie były tu najważniejsze. W obronie krzywdy jaką spotka podobno naszą wieś i futerkowych przedsiębiorców wystąpili niespodziewanie po raz pierwszy Konfederaci i Solidarna Polska, a prezes PSL Kosiniak-Kamysz w demagogicznej sejmowej mowie zapędził się nawet do nieposzanowania historii, tradycji i dobra wsi polskiej. Abstrahując od tych wyborczych wyzwań do potencjalnego elektoratu, nikt prawie nie podał, że tych przedsiębiorców jest zaledwie kilkuset, a nadto, jak wiele osób zatrudniają i czy ich rzeczywisty związek ze wsią polega jedynie na położonych tam fermach.

Wiele osób sądzi do dziś,

że przyczyną wybuchu I wojny światowej był zamach w Sarajewie, a ówczesne europejskie potęgi wojny wcale nie chciały, ale jakoś tak wyszło, że 10 mln ludzi zginęło. To niewątpliwie przesadzone porównanie do pęknięcia w Zjednoczonej Prawicy ma o tyle sens, że tak, jak za decyzjami wielkich mocarstw kryły się imperialne interesy, tak za reakcją Gowina i Ziobry na wspomniane ustawy dbałość o aktualną pozycję i przyszłość swoich ugrupowań, a tego drugiego nadto walka z Morawieckim o schedę po Kaczyńskim. Co prawda biedne zwierzaki na tym sporze, dzięki poparciu ustawy przez PO i Lewicę, zyskały, natomiast przyszłość Prawa i Sprawiedliwości wywołuje tajfuny wypowiedzi i prognoz.

Oświadczenia i zapowiedzi

dotyczące rozpadu prawicowej koalicji wraz z perspektywą nowych wyborów, do których tym razem PiS pójdzie samodzielnie, wywołują na ogół niedowierzanie, oparte są bowiem na podobnej sytuacji sprzed lat, gdy partia Kaczyńskiego przyspieszone wybory przegrała. Przypuszcza się raczej, że powyższe znaki, połączone z rozpoczętą akcją dyscyplinowania posłów PiS, którzy zapomnieli co oznacza dyscyplina klubowa, będącą także przykładem dla pozostałych rokoszan, ma na celu skłonienie ich do przyjęcia postawy ugodowej. Brutalne uzmysłowienie poniesionych strat własnych, rodzinnych, towarzysko-układowych, a więc w sumie dotychczasowej pozycji i związanej z nią kasy, stanowić może uzasadnienie do zmiany barw, bądź pełnego podporządkowania się hegemonowi. Jeżeli dodać informacje o rozlicznych zabiegach wkoło ewentualnych nowych koalicjantów, to rzeczywiście zapowiedź nowych wyborów spełniać może rolę straszaka.

Uwarunkowania zaistniałej sytuacji

to nie tylko trwający od dawna ostry spor Ziobry z Morawieckim i czynione przez Kaczyńskiego próby jego obrony, planowana promocja na wiceszefa partii oraz blokada SP w telewizji rządowej. Postrzegana przez PiS zbyt duża samodzielność koalicjantów – sprzeciw wobec majowych wyborów, narzucenie ideologicznej ofensywy atny-LGBT i w podobnych kierunkach, nadto nierozwiązywalny konflikt z Unią Europejską – skutkowało ograniczeniem dla dwóch mniejszych liczby ich ministrów i niekorzystnymi warunkami koalicyjnej umowy.

Problem nieprzestrzegania praworządności wraz z możliwymi finansowymi retorsjami ze strony Unii Europejskiej stwarza bardzo realne niebezpieczeństwo ekonomiczne, a w pewnej konsekwencji i społeczne. Co prawda uważa się, że Kaczyński potrafi umiejętnie zarządzać polityczną sytuacją kryzysową, ale nie w sferze pozbawionej pełnej politycznej kontroli.

Ziobro licytował

mając ku temu swoje kalkulacje, a zapewne i zabezpieczenia, uznając ograniczenia narzucane przez PiS za grożące eliminacją SP i jego osoby z życia publicznego. Fiasko rozmów koalicyjnych stanowiło dla niego graniczny, a jednocześnie najlepszy moment do konfrontacji, w świetle obrony równości obywateli promującej go w oczach wyborców, a jednocześnie w związku z ustawą o ochronie zwierząt dyskwalifikującą PiS w części jego tradycyjnego, wiejskiego elektoratu, który może odwrócić się od partii Kaczyńskiego. To drugie było w rozumowaniu Ziobry stanowiło przeszkodą dla nowych wyborów. Sprzyjał mu również wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie w sprawie próby przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów prezydenckich w maju tego roku. Sąd uznał, że decyzje Morawieckiego zostały „wydane bez podstawy prawnej i z rażącym naruszeniem prawa”.

Wszystkie najważniejsze dokonania Ziobry, dewastujące wymiar sprawiedliwości, które niewątpliwie konsultował i wykonywał z polecenia bądź za akceptacją prezesa PiS, przy kolejnej niesubordynacji tracą swoje znaczenie. Ma tu niejako zastosowanie, przeniesione na polityczną praktykę, stare przysłowie, o tym, że koń zawinił, a Cygana powiesili. Uwzględniając dobrą pamięć prezesa i niechęć do Ziobry jako zdrajcy, na koniec jego kariery czeka niecierpliwie zbyt wielu w szeregach PiS, szczególnie wśród starej gwardii. Odejście Ziobry z wymiaru sprawiedliwości pozwoliło by, jak w swoim czasie dymisja premier Beaty Szydło, na jakieś próby rozładowania napięć z instytucjami Unii Europejskiej, być może nawet na wycofanie się z pewnych rozwiązań na rzecz spodziewanych unijnych środków.

Pomysły Marka Borowskiego aby osłabić wpływy Ziobry poprzez odebranie mu funduszu solidarności, będącego podstawą finansową dla jego partyjnych działań, bądź Leszka Milera o rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego nie wydają się możliwe do wprowadzenia w życie; Zbigniew Ziobro pozbawiony kluczowych decyzji i wpływów prokuratorskich, a nadto podstaw materialnej działalności SP, na to nie przystanie, widząc w tym jedynie odłożenie politycznego wyroku śmierci. Równie wątpliwa jest dalsza cierpliwość prezesa PIS, bowiem tym razem postanowił zagrać va banque i jest przekonany, że wygra podtrzymując tym samym mit o swojej wiarygodności. Czas do namysłu jaki podobno dostał Ziobro zasadniczo niczego w jego sytuacji nie zmieni, bo to prezes a nie on dyktować będzie warunki ewentualnego rozejmu.
Natomiast losy Porozumienia, pomimo chwilowego sojuszu z Solidarna Polską, nie koniecznie są przesądzone, gdyż nie raz już bywało, że Jarosław Gowin dawał dowód spolegliwego partnera PiS. Ta prognoza stoi jednak w sprzeczności z pamięcią Kaczyńskiego i okazaną ostatnio nielojalnością.

Wariant B

Okazać się jednak może, że pomimo wcześniejszych zapowiedzi ze strony PiS o tym, że nie ma mowy o rządzie mniejszościowym, w świetle nieudanych, opisanych powyżej zabiegów i kalkulacji narodzi się jednak konieczność takiego rozwiązania, a następnie nieuniknionych nowych wyborów.

Zanim to jednak ewentualnie nastąpi zostanie dokonana tzw. rekonstrukcja rządu, której, tym razem, podstawowym celem będzie wyrzucenie wszystkich koalicjantów z posad ministrów, wiceministrów i z innych, ważnych stanowisk. Wraz z tymi decyzjami będzie miała miejsce powszechna czystka w spółkach skarbu państwa i pozostałych państwowych instytucjach. Pozwoli to przede wszystkim zasadniczo ograniczyć możliwości i wpływy w niewielkim zresztą elektoracie Solidarnej Polski i Porozumienia (w obu ugrupowaniach prawdopodobnie poniżej progu w, co w konsekwencji sytuować je będzie poza Sejmem. W tak poprzedzonych i przygotowanych wyborach PiS liczy na zwycięstwo, a niewątpliwie na sytuację, w której decydować będzie o kształcie nowego rządu.

Te przewidywania

mogą jednak mieć odmienny przebieg gdyby Zbigniew Ziobro zdecydował się, w geście zemsty i rozpaczy, na użycie w tej walce przeciw pisowskiej broni atomowej (nowe wybory) własnej broni wodorowej, na którą składają się, gromadzone zapewne – w to chyba nikt nie wątpi – przez lata, rozliczne haki na politycznych przeciwników. Pierwszą niewątpliwie salwę skieruje na Mateusza Morawieckiego, lecz mogłaby być ani nie ostatnią, ani nie tylko w tym kierunku. Wszechwładny szef służ specjalnych minister Kamiński niewątpliwie nie byłby dłużny i minioną wojnę na teczki zastąpiła by aktualna zawierucha na „dossier”.

W nieustabilizowanym demokratycznie kraju,

po ewentualnych, nowych wyborach parlamentarnych, może łatwo nastąpić rozkład i bezład życia politycznego, gdyż w Sejmie znajdą się ugrupowania, które żadną miarą porozumieć się nie będą mogły ze sobą. Nic nowego, to w polskim parlamencie już przerabialiśmy, tyle, że nikt nie odpowie na pytanie co dalej?

A tak w ogóle to może być oczywiście jeszcze inaczej.

Jarosław Walentynką obrońców zwierząt

Stowarzyszenie Otwarte Klatki 14 lutego zorganizowało w całej Polsce happeningi walentynkowe.

Adresatem przedsięwzięcia był prezes Prawa i Sprawiedliwości. Aktywiści postanowili przypomnieć mu w dniu zakochanych o obietnicy, którą złożył zwierzętom oraz wszystkim Polakom, którym zależy na wprowadzeniu w kraju zakazu produkcji futer.
Według sondażu zrealizowanego w październiku 2018 r. przez SW Research na zlecenie serwisu rp.pl aż 56% Polaków popiera całkowity zakaz hodowli zwierząt na futra. Przez pewien czas wydawało się, że przepis taki zostanie wprowadzony w życie jeszcze w trakcie trwania kadencji obecnego rządu.
W listopadzie 2017 r. Do Sejmu wpłynął projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt autorstwa polityków PiS. Niedługo potem Jarosław Kaczyński wystąpił w spocie reklamowym, w którym wprowadzenie zakazu określił “kwestią serca”. Ostatecznie rząd wycofał się z tych obietnic, skreślając postanowienie dotyczące futer z projektu nowelizacji. Obrońcy zwierząt nie rezygnują jednak z walki o los zwierząt futerkowych.
– Wprowadzenie w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra jest tylko kwestią czasu. Większość społeczeństwa popiera to rozwiązanie, w wielu krajach zakaz już funkcjonuje, a najwięksi projektanci i domy modowe wycofują futra naturalne ze swoich kolekcji – komentuje Sara Drobniak ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki, pomysłodawczyni akcji walentynkowej – Branża od kilku lat pogrąża się w coraz większym kryzysie, jest gałęzią gospodarki pozbawioną przyszłości. Im szybciej politycy to zrozumieją, tym lepiej nie tylko dla milionów zwierząt zabijanych co roku dla futer, ale również lokalnych społeczności, które ponoszą ekonomiczne, środowiskowe i zdrowotne koszty działalności hodowców – dodaje.
Zorganizowane w 10 miastach w Polsce happeningi w przewrotny sposób zachęcały do zainteresowania polityków tematem futer. Chętne osoby pozowały do zdjęć z symboliczną kartką walentynkową adresowaną do prezesa Jarosława Kaczyńskiego i przypominającą mu o jego obietnicy.
Aktywiści uzasadniali tę formę w następujący sposób na facebookowej stronie akcji “Walentynki to święto miłości! Warto w tym czasie zwrócić uwagę nie tylko na ukochaną drugą połówkę, na bliskich i rodzinę, ale również na ZWIERZĘTA – stworzenia, które kochają bezwarunkowo i potrzebują naszej miłości.”.

Bez serca dla zwierząt

Dobrej zmiany dla zwierząt nie będzie. Szumnie zapowiedziana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt została okrojona do ogryzka. Nie tylko nie spuści psów z łańcucha, nie tylko nie wyeliminuje branży futrzarskiej, ale nawet zabraknie w niej miejsca na zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W zasadzie już uczciwiej byłoby w ogóle nie kłaść jej na stół w obecnym kształcie. Udawanie, że los czworonogów nadal leży na sercu ekipie PiS jest zawracaniem głowy.

Rok temu oficjalna delegacja rządowa pojawiła się na wystawie w Parlamencie Europejskim i wystąpiła na tle klatek – taki samych, w których przetrzymywane są zwierzęta futerkowe w hodowlach. Dziś spokojnie możemy stwierdzić, że to był zwykły lans. Od początku byłam też sceptyczna co do występu Naczelnika Państwa w klipie „Vivy!”, choć koledzy-inicjatorzy starali się przekonać mnie, żeby nie zabijać tej inicjatywy nadmiernym krytycyzmem.

Wtedy wydawało się nam wszystkim, że słowo prezesa to słowo prezesa – nie będą mieli a odwagi go zlekceważyć ani członkowie rządu, ani partyjna wierchuszka. Jeżeli się je złamie, to nastąpi to wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach – a z pewnością PiS będzie musiało długo i namiętnie się z tego tłumaczyć.

Dziś Kaczyński milczy na temat tego, dlaczego jego partia ostatecznie uległa nie tylko lobby futrzarskiemu, ale nawet cyrkowemu. Prezes albo stara się ukryć fakt, że ma w swoim ugrupowaniu niewiele do powiedzenia, albo nie chce się przyznać, że cynicznie zrobił wyborców w konia. Faktem jest, że podpisał się pod nowelą w obecnym, żenującym kształcie.

Odpowiedzialny za przygotowanie ustawy Krzysztof Czabański z PiS tłumaczył wypadnięcie z ustawy ustępu o cyrkach klasycznym „nie-da-siem”: – Ta sprawa wymagałaby z pewnością notyfikacji w Unii Europejskiej i to oznacza, że w tej kadencji nie mielibyśmy szansy na przeprowadzenie tej nowelizacji. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z tego zakazu, ale w następnej kadencji zastanowimy się, czy do tej sprawy nie należy wrócić…

W czwartek 10 stycznia projekt po autopoprawce – wprowadzającej zasadnicze zmiany w projekcie – ponownie został skierowany do prac w parlamencie.

Sterylka na łańcuchu

W rozmowie z PAP Czabański ocenił, że szczególnie istotne są te zapisy projektu, które mają pomóc w walce z bezdomnością zwierząt – obowiązkowe chipowanie psów i kotów, uruchomienie centralnego rejestru zwierząt oraz powszechna sterylizacja zwierząt wyłapanych na terenie gminy.

Psy nie uwolnią się od łańcuchów. Stosowanie uwięzi nadal będzie dopuszczalne, ale będzie ona musiała mieć co najmniej 5 metrów i kończyć się obrożą niemetalową (często zwierzęta mają pseudoobrożę z łańcucha). Ponadto uwięź nie będzie mogła ważyć więcej niż 1/4 masy ciała zwierzęcia.

– Zobaczymy, czy to poprawi los zwierząt trzymanych na uwięzi i w zależności od tych wniosków po pewnym czasie zastanowimy się nad ewentualnym zakazem trzymania psów na uwięzi. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie zawsze zmiana uwięzi na kojec oznacza poprawę warunków bytowych zwierzęcia – wymiary kojca niekiedy są tak małe, że psy nie mają w nich większej swobody poruszania się niż na długim łańcuchu – powiedział Czabański Polskiej Agencji Prasowej.

Projekt ma także zakazać tzw. pseudohodowli, w których rozmnażanie zwierząt odbywa się poza jakąkolwiek kontrolą. W tym celu zaproponowano zapis, zgodnie z którym jedynie rasowe psy i koty będą mogły być rozmnażane w celach handlowych (zwierzęta te będą musiały posiadać rodowód). Prócz tego wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt przez podmioty komercyjne.

– Schroniska nie będą prowadzone przez przypadkowe organizacje, ale jedynie te, które mają status organizacji pożytku publicznego, działają kilka lat, realizują swoje cele statutowe i nie ma do nich zastrzeżeń – powiedział Czabański. – Jako podatnicy wydajemy na ten cel znaczne środki – głównie za pośrednictwem gmin, które prowadzą akcje wobec bezdomnych zwierząt. Ale niestety często nasze pieniądze służą nie poprawie losów zwierząt, ale złym ludziom, którzy zarabiają na ich cierpieniu.

W 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wstrząsający pokontrolny raport, w którym kontrolerzy pisali między innymi: „w trzech z trzynastu skontrolowanych schronisk nie utrzymywano właściwego stanu sanitarnego. W czasie prowadzonych oględzin stwierdzono, że zwierzęta przebywają w zanieczyszczonych i mokrych boksach, co świadczyło o zaległościach w sprzątaniu. Brudne i zawilgocone były także ich legowiska”. Prócz tego opisano, że w jednym z badanych schronisk „wbrew wymogowi art. 9 ust. 1 zwierzętom nie zapewniono stałego dostępu do wody pitnej”, a w dwóch innych „w dniu oględzin woda w części boksów była zamarznięta”.

Jutro będzie futro

Jak Krzysztof Czabański tłumaczy się z ulegnięcia futrzarzom? – Minister rolnictwa został zobowiązany do podniesienia wymagań wobec ferm zwierząt hodowanych na futra – tu głównie chodzi o norki – i zobaczymy, czy podniesienie tych standardów przyniesie korzystne skutki. Jeżeli nie przyniesie, wówczas do sprawy norek będziemy wracać – mówi.

Obrońcy praw zwierząt czują się oszukani. – Jesteśmy głęboko rozczarowani, że te ważne zapisy zniknęły z nowelizacji. Nie rozumiemy, dlaczego tak się stało – powiedział Oku.press prezes fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt „Viva!” Cezary Wyszyński. – Większość opinii publicznej jest przeciwna hodowli zwierząt na futra, ubojowi rytualnemu i wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. W każdym z tych przypadków jest to ponad 50 proc. Lobby futrzarskie zatriumfowało. Choć wielokrotnie pokazywaliśmy, że dochody z hodowli futerkowych nie są tak duże, jak mówią futrzarscy przedsiębiorcy. Większość ich argumentów „ekonomicznych” jest nieprawdziwa. Działanie tego przemysłu ma, oprócz oczywistego cierpienia zwierząt, także wiele innych negatywnych konsekwencji. Spadają ceny okolicznych ziem, pobliscy mieszkańcy nie mogą prowadzić np. działalności agroturystycznej czy upraw ekologicznych.

Zawiedziona jest również Rzeczniczka Praw Zwierząt powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne, mec. Karolina Kuszlewicz: – Projekt z listopada 2017 roku był przedstawiany jako spektakularny. Ale ustawa przeleżała prawie rok w sejmowej zamrażarce. Już to sprawia, że można wątpić w prawdziwość intencji projektodawcy. Dziś z tych najdalej idących zmian, mających ochronić miliony zwierząt eksploatowanych przemysłowo, nie pozostało prawie nic. Zresztą psy także nadal mają pozostać na łańcuchach. To sytuacja skandaliczna. Opinia publiczna w mojej ocenie została wprowadzona w błąd rok temu.

Kuszlewicz uważa również za skandal to, co dzieje się wokół uboju rytualnego: – W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał zakaz uboju rytualnego na terenie Polski za sprzeczny z prawem. To było szerokie orzeczenie, wymagające wprowadzenia w ustawie regulacji precyzujących zakres dozwolonego prawnie uboju na potrzeby religijne. Nowa ustawa miała nie tyle zakazywać uboju, co zdecydowanie go ograniczać do rzeczywistych potrzeb grup wyznaniowych w Polsce. Nawet z tego ograniczenia PiS się dziś wycofuje – stwierdziła w rozmowie z red. Marią Pankowską.

Ubij w imię boże

Co ciekawe o prawo wyznawców judaizmu oraz islamu do tego typu uboju walczyli jak lwy… polscy biskupi! „Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt” – takie stanowisko sformułowali w 2013 roku.

To oczywiście nie znaczy, że w projekcie nie ma zupełnie nic cennego. – Projekt po zmianach ma zupełnie inny charakter, niż ten zgłoszony w listopadzie 2017 roku. Pozostają przede wszystkim przepisy administracyjne, dotyczące zarządzania schroniskami, czipowania, bezdomności zwierząt. To ważne kwestie, ale dotyczą co do zasady tzw. zwierząt towarzyszących, a przecież tą wielką »dobrą zmianą dla zwierząt« miało być wreszcie uwzględnienie innych grup, jak zwierzęta wykorzystywane na futra czy w uboju rytualnym. Ich cierpienie obejmuje miliony istnień i znowu zostaje przykryte względami gospodarczymi i politycznymi – mówi Rzeczniczka Praw Zwierząt.

– Wycofanie się rządu oznacza, że będziemy musieli dalej walczyć o wprowadzenie tych zmian. Tylko tyle i aż tyle. Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu – podsumowuje prezes „Vivy!”.

Bez dobrej zmiany dla zwierząt

W grudniu ponownie ruszą prace nad nowelą ustawy. Niestety została okrojona z większości zapisów, o które walczyli ekolodzy i organizacje prozwierzęce. Zwycięstwo w tej bitwie odniosło lobby futrzarskie oraz producenci mięsa z uboju rytualnego.

 

– Podczas najbliższej sesji Sejmu prawdopodobnie zbierze się Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt. Rozważamy wniesienie autopoprawki do projektu, który jest już u marszałka Marka Kuchcińskiego. Uzgodniliśmy na poziomie politycznym, że z tym ruszamy – zapowiedział Krzysztof Czabański. Ale powodów do radości nie ma szczególnie dużo.
Zostają łańcuchy. Na pociechę Czabański stwierdził: – Rozważamy przepis mówiący o tym, że obroża nie może być metalowa.
Zostają hodowle zwierząt futerkowych. Polska nadal będzie zabijała około 8 mln zwierząt rocznie. PiS zapowiada wprawdzie, że w nowej kadencji Sejmu, po wyborach, zamierza wrócić do tego pomysłu. Plan, według informatorów „Rzeczpospolitej” jest taki, aby przeprowadzić głosowanie w tej sprawie bez dyscypliny klubowej, a więc mogą tu pomóc głosy opozycji.
Zostaje ubój rytualny. Zapis o zakazie znikną z projektu. Ponoć to dlatego, że Polska „nie może pozwolić sobie na kolejny konflikt z Izraelem”, do którego m.in. mięso eksportuje.
Ale w projekcie są też zmiany naprawdę dobre, problem w tym, że są kroplą w morzy potrzeb.Każdy właściciel psa będzie miał obowiązek zaczipowania swojego pupila, zostaną podwyższone kary za znęcanie się i zabicie zwierzęcia, wprowadzona ustawą zostanie również definicja psa i kota rasowego, aby walczyć z pseudohodowlami działającymi na granicy prawa.
Najważniejszą z pozytywnych zmian jest jednak zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach.
Jeśli nowela dotrwa do podpisu prezydenta, będzie to wielki sukces obrońców praw zwierząt w walce z cyrkowcami.

 

Komentarz Stowarzyszenia „Otwarte Klatki” dotyczący wznowienia prac nad nowelizacją ustawy o ochronie zwierząt, ale w wersji pozbawionej zapisu dotyczącego zakazu hodowli zwierząt na futra:

Paweł Rawicki, wiceprezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki: Każdy rok odwlekania zakazu hodowli zwierząt na futro to ok 10 milionów zwierząt, które będą cierpieć na fermach. To również kolejne miejsca, gdzie mieszkańcy wsi będą protestować przeciwko powstającym fermom. Oczywiście cieszy nas każda pozytywna zmiana na rzecz zwierząt w Polsce, jednak równocześnie nie możemy zapomnieć, że problem hodowli zwierząt na futro musi zostać rozwiązany jak najszybciej.

Głos prawicy

Jutro będzie futro

Dziennikarz „Gazety Polskiej” Wojciech Mucha wyraził słuszne oburzenie z powodu wycofania się PiS z zakazu hodowli zwierząt na futra:
O tym, że lis hodowany na futro jest „super spoko”, bo taki tłusty, że nie jest w stanie biegać. I że frajerzy mogą se włączyć filmik Prezesa na Youtube. I że certyfikat. I w ogóle.
Od jakiegoś czasu czułem pismo nosem. Widziałem, jak posłowie deklarujący miłość do „wszelkich stworzeń” unikają rozmowy. Mówiono mi, żebym odpuścił, bo sprawa już jest przegrana. Kiedy przeprowadzaliśmy w „Gazecie Polskiej” wywiad z ministrem rolnictwa Janem Ardanowskim, byłem prawie pewien. Wczoraj klamka zapadła. PiS wycofa się z zakazu hodowli zwierząt przeznaczonych na futra. Zakazu, który stawiałby nas w szeregu cywilizowanych gospodarek i byłby szansą nie tylko na to, by w naszym kraju nie zabijano milionów zwierząt, ale i na to, by z ulgą mogli odetchnąć mieszkańcy wielu miejscowości, od lat protestujący przeciwko tym wątpliwym symbolom potęgi polskiego rolnictwa.
Wiedziałem, że nic z tego, gdy na łamach „GP” minister rolnictwa o protestujących mieszkańcach bez żadnego zażenowania wypowiedział się pogardliwie, porównując ich do garstki kodziarzy, którzy krzyczeli wówczas pod Sądem Najwyższym. Jakby nie widział, że w przeciwieństwie do Pawła Kasprzaka i jego ekipy, zdesperowani protestujący właśnie nie chcą, by „było tak, jak było”, że chcą normalności.
Ale to nie koniec. Minister rolnictwa Jan Ardanowski w rozmowie z „Gazetą Polską” używał repertuaru argumentów znanego doskonale z potyczek z tuzami futrzarskiej propagandy. Sugerował więc, że kto broni zwierząt, zapewne nie ma empatii do abortowanych nienarodzonych, opowiadał o mitycznym zagrożeniu ze strony „niemieckich utylizatorów”, wreszcie opowiadał niestworzone rzeczy na temat rzekomych miliardów wpływów do budżetu czy dziesiątkach tysięcy miejsc pracy „w przemyśle”.
Tyle że przez ostatni rok te wszystkie mity roznieśliśmy z Jackiem Liziniewiczem w pył na łamach mediów Strefy Wolnego Słowa. Jeden po drugim, w zasadzie nim jeszcze cała dyskusja na dobre się rozpoczęła. Nie otrzymaliśmy w zamian żądania sprostowania, żadnego pozwu, jak ma to miejsce z tekstami opisującymi nieprawdziwe fakty. Co więcej, hodowcy odmawiali kolejnych spotkań z nami w programach publicystycznych i ogłaszali pisma, w których stwierdzali, że nie będą udzielać nam informacji. Jeden raz przysłali (chyba tylko pro forma) pismo, z którego wynika tyle, że sami nie wiedzieli, czego chcą. Innym razem straszyli, jeszcze kiedy indziej pogardliwie śmiali się w nos. Cóż – mieli rację.
Mieli rację, że nie muszą się martwić. Sprawą nie zajęło się na poważnie ani ministerstwo, ani politycy. Nie ma spisu inwentarza, nie wiadomo, ile właściwie jest w Polsce wszystkich futerkowych. Szacunki mówią o 10 mln, ale kto to policzy? Ile z nich jest szczepionych? Jak często prowadzone są kontrole na oddzielonych od świata wysokimi murami fermach? Co jedzą norki? Bo że m.in. odpady z krajów Trzeciego Świata, to ujawniliśmy. Co dzieje się na fermach, które widzimy w zasadzie w okresie zimowym, gdy hodowcy chcą się pochwalić stadami podstawowymi, nim jeszcze narodzą się młode.
Niestety. Drobne, ale krzykliwe lobby, które na eksporcie surowych skór zarabia miliardy złotych, okazało się silniejsze niż zdrowy rozsądek. Silniejsze niż fakty, silniejsze niż obrońcy zwierząt, mieszkańcy wsi. Wreszcie silniejsze niż prezes PiS Jarosław Kaczyński. Dostosowana do prawicowego odbiorcy pseudopatriotyczna retoryka w połączeniu z nachalnym promowaniem „przemysłu” przez część mediów poskutkowała. Okazało się, że wystarczy kilku gości z kasą, wtyki w Toruniu i już można rozporządzać tym, jak ma wyglądać ustawa. Wody w usta nabrali posłowie, którzy dotychczas opowiadali się za zakazem. Jakby gromy ciskane z eteru i wizji rzeczywiście działały paraliżująco.
Minister rolnictwa Jan Ardanowski przekonywał wczoraj, że „hodowle zostają, ale warunki się zaostrzą”. O tym, jaka będzie rzeczywistość, niech świadczą inne jego słowa. Oto usłyszeliśmy, że hodowle zwierząt futerkowych będą poddawane szczególnej kontroli i że „polepszy się dobrostan zwierząt”, które – przypomnijmy – żyją w małej klatce tylko po to, by trafić do wózka z gazem, a potem na plecy nowobogackich. Poprawa warunków to oczywiście bzdura, którą minister mógł sobie darować. Nie sposób zapewnić zwierzętom futerkowym dobrostanu, by szedł on jednocześnie w parze z opłacalnością produkcji. Zresztą, w depeszy PAP czytam: „Minister rolnictwa zapowiedział równocześnie, że fermy futerkowe zostaną poddane certyfikacji, jeśli będzie trzeba międzynarodowej, która sprawi, że zwierzęta będą utrzymywane w warunkach adekwatnych do ich wymagań”. Spieszę wyjaśnić Państwu, że to zmiana w stosunku do tego, co kilkanaście dni temu minister deklarował w rozmowie z „GP”, w której przekonywał, że certyfikacja międzynarodowa jest pewnikiem. Za chwile okaże się zapewne, że certyfikacja wcale nie jest potrzebna. Będzie tak, jak było.