Jaka ma być polska armia? Skuteczna

15 sierpnia nabrzeżem Warszawy przeszła defilada wojskowa. Miała być, jak powiedział minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, „wyjątkowa”. Ma też spowodować,by społeczeństwo Polski „mogło poczuć dumę z tego, że przed nimi będą defilowali żołnierze Wojska Polskiego” To popatrzmy, na czym duma ta się opiera.

 

Stan skuteczności ma zapewnić zwiększenie wydatków na obronność najpierw do 2, a następnie do 2,5 proc. PKB. W tym roku wydamy 41 mld PLN. W Niemczech będzie to 1,5 proc. PKB, ale i tak pięć i pół razy więcej w żywej gotówce niż u nas. W dodatku z naszych wydatków tylko co czwarta złotówka przeznaczona jest na zakup uzbrojenia, sprzętu, amunicji. Reszta to „fundusz wegetacyjny” –uposażenie żołnierze, pensje, remonty, misje wojskowe oraz emerytury i renty, bo wojskowi nie są objęci programem powszechnego ubezpieczenia społecznego, a ich pensje „uzusowione”. Ponad pół miliarda będzie kosztowała obrona terytorialna – „niedzielni partyzanci Macierewicza”.
Polska planuje, jako jedyna chyba na świecie, rozbudowę ilościową sił zbrojnych i to do 130 tys. żołnierzy. Do tego dochodzi wspomniana obrona terytorialna plus nikłe rezerwy. Wydając coraz więcej, w rzeczywistość na uzbrojenie pozostanie nam coraz mniej. Od blisko ćwierć wieku Siły Zbrojne RP borykają się z samymi problemami, ale brakiem wystarczających środków finansowych nie można tłumaczyć wszystkiego. Gospodarując rozsądnie nawet niewielkimi pieniędzmi można coś zrobić tylko w odpowiednio mniejszej skali, jeśli starcza kompetencji i wyobraźni. Nam jednak przybywa wyłącznie struktur sztabowych i administracji.
Skoro jesteśmy w NATO, to wszystkie nasze planowane działania i zakupu dla armii powinny być podporządkowane roli, jaką możemy odegrać i jaką przyjmiemy w ramach sojuszu. W wypadku ewentualnego konfliktu nie obronimy się sami, odwracanie się od Zjednoczonej Europy jest idiotyzmem, bo innego sojusznika nie mamy. Należy w tym miejscu zastrzec wyraźniej – mimo istniejących zagrożeń politycznych, nie ma w obecnej chwili bezpośredniego zagrożenia militarnego kraju. Sam zaś konflikt zbrojny, o ile miałby mieć miejsce na będzie poprzedzony na tyle poważnymi zmianami w polityce globalnej, że można wykluczyć zaskoczenie. Oceny te specjaliści powtarzają od dekad.

 

Potrzeby Sił Zbrojnych RP

Większość uzbrojenia używanego przez polskie wojsko to konstrukcje postradzieckie, nierzadko z lat 60., wyprodukowane przed 1989 r. Dokonywana permanentnie modernizacja – to akurat nie jest zarzut – powoduje, że znaczna część sprzętu widnieje „na papierze” i nie jest zdolna do działań operacyjnych, bo działania takie, oprócz tego, że są kosztowne, po prosu trwają długo.
Ze względu na położenie kraju, priorytetem powinna być obrona przestrzeni powietrznej, od opanowania której praktycznie zaczyna się jakikolwiek konflikt. Zawsze wsparcie zapewniają siły powietrzne sojuszników. Rząd PiS odtrąbił sukces polegający na zakupie dwóch baterii rakiet „Patriot”, jako „tarczy antyrakietowej”. Dostawy mają nastąpić od 2022 r., choć negocjacje podjęto kilka lat wcześniej. Za dwie baterie amerykańskich „Patriotów” wraz ze sprzętem i zapasem rakiet zapłacić będziemy musieli około 5 mld dolarów. Zamiast offsetu – transfer technologii IBCS, wartości około 5 proc. polskiego zamówienia.
Uwagi są jednak następujące: radary działają w wycinku o promieniu 180o (nie obejmują pełnego pola), co przy dwóch bateriach zmniejsza znacznie ich efektywność, a do tego zamówione pociski rakietowe służą przede wszystkim do zwalczania rakiet balistycznych, choć mogą być przeznaczone również do zwalczania dużych obiektów latających. Podobno trafiały też w drony. Same „Patrioty” wcześniejszej wersji nie poradziły sobie z irackim Scudem – rakieta trafiła w koszary US Marine w bazie Dhahran w 1991 r., bo komputer kierujący system przeciwrakietowym „pomylił się” o 600 m. Błąd w systemie dostrzegli wcześniej Izraelczycy, uprzedzając o tym Amerykanów. Ale jakoś nikt nie miał do tego głowy.
Jeśli chodzi o nową generację pocisków, to i one nie są niezawodne – pięciokrotnie chybiły Scuda wystrzelonego przez jemeńskich powstańców Huti w grudniu ubiegłego roku. Teraz „Patrioty” mają podobno kłopoty z radarem. Do tego trzeba je będzie zintegrować z polskim systemem dowodzenia i kierowania ogniem w obronie przeciwlotniczej. Takową mamy, z zastrzeżeniem – brak Polsce obrony przeciwlotniczej dla celów poruszających się na średnim i wysokim pułapie, stare modernizowany systemy poradzieckie „nie odpowiadają wymogom współczesnego pola walki”. Owszem, „Patrioty” służą do niszczenia pocisków balistycznych, ale w końcowej fazie ich lotu. Rosyjskie „Iskandery” (balistyczne) są opracowane w systemie „stealth” i posiadają właśnie w terminalnej fazie lotu możliwości manewrowe.
Czesi i Litwini zrezygnowali z systemu Patriot, wybierając system NASAMS, który jest tańszy i razi cele do 40 km. Można też było wybrać do baterii „Patriot” pociski typu „Skyceptor”, ale one przeznaczone są przed wszystkim do niszczenia środków napadu powietrznego i pocisków manewrujących z ograniczoną możliwością niszczenia rakiet balistycznych. Była wreszcie opcja zakupu izraelskiego systemu obrony przeciwlotniczej Żelazna Kopuła. To system sprawdzony w walce, niezbyt drogi, wykazujący efektywność niszczenia celów powyżej 80 proc. Zaproponowano transfer nowoczesnych technologii do Polski. Dwie baterie Patriotów, które kupiliśmy, nie są w stanie obronić żadnego „celu obszarowego”, takiego, jak duża aglomeracja miejska.

 

Czego więc będą bronić?

Polska w kolejnej fazie zakupu ma wyłożyć pieniądze na następne baterie rakiet „Patriot”, tym razem z innymi radarami (będą się obracać!) i pociskami przeznaczonymi do niszczenia środków bezpośredniego napadu powietrznego. Ponieważ środki obrony przeciwlotniczej są pierwszym celem ataku, to samych „Patriotów” trzeba będzie bronić. Do tego ma służyć tarcza przeciwrakietowa, wymierzona w pociski balistyczne i to przede wszystkim międzykontynentalne – budowana od dwóch lat w Redzikowie natowska instalacja – amerykański Aegis Ashore System. Druga taka powstaje w Rumunii, wraz z Redzikowem będą wysuniętymi punktami, z których mają być wystrzeliwane pociski SMB Block IIA. Centrum dowodzenia jest w Rammstein w Niemczech, a satelity wykrywające start nieprzyjacielskiej rakiety są amerykańskie. Wkład koncepcyjny Polski sprowadził się do budowy bazy (wg amerykańskich projektów). „Wspaniały” SMB wystrzelony do tej pory został trzy razy i trafił tylko raz.

 

Lotnictwo

Z całej floty powietrznej dożywają już ostatnich dni poradziecki Su 22 S (modernizowane), które po raz pierwszy zostały zaprezentowane na polskim niebie w 1974 r. na wojskowej paradzie z okazji XXX Lecia PRL. Jeszcze maksimum 5 lat i trzeba będzie wycofać ze służby poradzieckie MiG 29, wszystkie wyprodukowane przed 1989 r. Pozostają amerykańskie F – 16, które i tak będą musiały przejść modernizację.
Od 2017 r. MON rozważa zakup 100 maszyn F – 35 (JSF Lighting II). O ile Amerykanom uda się obniżyć cenę jednostkową, to koszty takiego zakupu i tak będą oscylować wokół kwoty 20 mld dolarów. Myśliwiec V generacji, jakim jest amerykański F – 35 to rozsądny pomysł, tyle, że na tyle jednostek po prostu nas nie stać.
Dolatują ostatnich dni śmigłowce i inne powietrzne statki, nie mamy samolotów do wczesnego ostrzegania radioelektronicznego (AWACS), nie mamy też tego, co jest przyszłością pola walki – latających obiektów bezzałogowych, czyli popularnych dronów, zarówno rozpoznawczych, kierowania ogniem, jak i bojowych, wyposażonych w różnorodne środki rażenia. Znowu – trzeba kupić. Ciekawe za co.

 

Wojska lądowe

Sprzętu mamy dużo, ale jest on dosyć leciwy i chociaż modernizowany, to coraz mniej efektywny operacyjnie. Poza Leopardami 2 (łącznie mamy około 250 Leopardów, prawie tyle, co Bundeswehra w I linii) posiadamy jeszcze ponad 200 starych T 72, które po wymianie sytemu kierowania ogniem i oklejeniu pancerza reaktywnymi, profilowanymi ładunkami wybuchowymi nazywają się PT 91 Twardy.
Rok temu podsekretarz stanu w MON Tomasz Szatkowski zadeklarował, że Polska chce dokupić jeszcze trochę starych Leopardów i zaczął majaczyć o kolejnej, nowej dywizji pancernej. Wniosek prosty – po zakupie trzeba będzie modernizować sprzęt. Po co? Istnieje przecież niemiecko-francuskie konsorcjum do produkcji nowego czołgu Leopard 3. Polska ma podpisane umowy międzynarodowe tak w ramach NATO, jak Europy, umożliwiające udział w takim przedsięwzięciu, o ile nasz przemysł zbrojeniowy sprosta wymaganiom i znajdą się pieniądze. Stare Leopardy nawet po modernizacji nie pojeżdżą dłużej niż 10 lat.

 

Może lepiej zainwestować w nowe?

Wymiany wymagają wozy bojowe (też poradzieckie). Kołowe transporty opancerzone Patria – „Rosomak”, muszą być dozbrojone w wyrzutnie pocisków przeciwpancernych, co też kosztuje. Wybrana została już dawno wyrzutnia i pocisk „Spike” (Kolec), kolejnej generacji. Konieczna jest wymianą środków przeciwpancernych, bowiem poza Kolcem używamy do tej pory poradzieckiej konstrukcji PPK 3M14 „Malutka”.
Kolejna pozycja na liście – środki ogniowe artylerii. I znowu sukces. Kupimy od Amerykanów system Himars, takie współczesne „katiusze”. Będą mogły wystrzeliwać również taktyczne pociski balistyczne o zasięgu do 300 km. Sam system to zmodernizowany MLRS, który powstał pół wieku temu, a strzelanie pociskami balistycznymi odbywa się z tej samej platformy, ale z innego urządzenia. Używane obecnie wyrzutnie rakietowe (niebalistyczne), to naprawdę nieźle zmodernizowane „Grady”, w Polsce noszące nazwę „Langusta”. Zakup amerykańskich systemów artylerii rakietowej nastąpił po przyjęciu do realizacji przez polski przemysł dostawy nowoczesnych pocisków typu „Feniks” przeznaczonych dla istniejących wyrzutni polskich, a osiągami nieustępujący amerykańskim. Prace nad wdrożeniem do produkcji trwały prawie 10 lat. Himars i Langusta maja różne kalibry.

 

Marynarka wojenna

Reprezentatywnym przykładem obecnego stanu polskiej floty wojennej jest ORP „Błyskawica” – okręt muzeum zacumowany w Gdyni. W teorii MW ma bronić własnych wybrzeży i floty. Problem w tym, że chyba dwukrotnie więcej jest okrętów wojennych, aniżeli statków handlowych pod polską banderą. Wpływy z podatku „tonażowego” od statków handlowych pływających pod polska banderą w 2016 r. wyniosły 300 zł. Co do wybrzeża, to zabezpieczone będzie wystarczająco po dokupieniu kolejnych norweskich zestawów rakietowych NSM i wdrożeniu nowych systemów radarowych oraz bezzałogowych, latających środków rozpoznawczych. Na razie rakiety mają zasięg ok. 200 km, a radary 40 km.
Średnia wieku polskich okrętów to 30 plus. Dar od USA, używane, ćwierćwiekowe fregaty (ostatnia wycofana z US NAVY w 2015 r.), przeszły niedawno remont i modernizację, ale jak nie na wiele to się zdało. Dokupiono do nich używane śmigłowce w liczbie sztuk 4, ale „zadokowano” je na lądzie. MW nie ma ani jednego, nowoczesnego śmigłowca do zwalczania okrętów podwodnych.
Podwodniacy też nie mają na czym pływać. ORP „Orzeł” zwodowany jeszcze w radzieckiej stoczni remontowany jest ponad dwa lata. A to się w czasie remontu uszkodził, a to przytopił, aż w końcu zapalił – pewnie ze wstydu. Pozostały okręty podwodne wyprodukowane w latach sześćdziesiątych i podarowane przez Norwegów na początku obecnego stulecia odchodzą na złom. Od blisko roku powtarza się, że nowe pojawią się niedługo. Nie wiadomo czy francuskie, czy niemieckie klasy 212/214, bo z nimi są kłopoty techniczne, a ponieważ Polacy się uparli, że mają na nich być zamontowane pociski manewrujące typu „Tomahawk”, Niemcy będą musieli wydłużyć oferowane przez siebie okręty o 10 m. Dla porządku – „Tomahawków”, też jeszcze nie mamy. Być może będziemy mieli szwedzkie okręty A – 26 (najnowocześniejsze), ale one jeszcze nie powstały. Na Bałtyku nie ma już miejsca praktycznie na nowe okręty podwodne (Niemcy, Szwedzi i Rosjanie mają ich w sumie 15), ani akwenów sprzyjających ich działaniom. Bałtyk jest za płytki. Rosjanie swoje okręty podwodne trzymają praktycznie w bazach i są to stare okręty klasy tej samej klasy, co nasz „Orzeł”. Obwód kaliningradzki pozostaje w zasięgu rażenia konwencjonalnej artylerii, więc do ataków żadne okręty nie są potrzebne. Wszystko możemy rozlokować na własnym wybrzeżu. Przynajmniej nic nie utonie.
Uderzeniową siłę polskiej floty wojennej i myśli technicznej reprezentuje „Gawron”, który od roku jest „Ślązakiem”, a był budowany blisko czternaście lat za blisko półtora miliarda złotych. Z korwety „wyszedł” słabo uzbrojony patrolowiec określony przez wielu „najdroższą motorówką na Bałtyku”. Nikt nie ma odwagi powiedzieć, że Polska w obecnej sytuacji potrzebuje naprawdę nowoczesnego zespołu do trałowania akwenów i niszczenia min i jednostek pomocniczych.

 

Mentalność

Idea zwiększania „potencjału” pancernego poprzez dokupienie starych czołgów wskazuje, że pojęcie o wojnie rządzących obecnie polityków zatrzymało się na historycznym poziomie 1943 r. Tylko że drugiej Prochorowki, największej bitwy pancernej II WŚ, już nie będzie. Roczny koszt utrzymania w ruchu Leoparda to milion złotych.
Tak samo pomysł na obronę terytorialną i przebieranie w mundury ludzi, którzy po dwóch tygodniach szkolenia składają przysięgę to bezmyślność, a kierowanie najnowocześniejszego sprzętu do takiej formacji i pozbawienie go wojsk operacyjnych to kretynizm. Wyszkolenie operatora sprzętu (np. przeciwpancernego środka ogniowego) to okres od 6 do 9 miesięcy. W wojskach operacyjnych operator szkoli się dalej i udoskonala praktykę niszczenia cały czas swojej służby (kontraktu). Cała sytuacja, przy braku poboru powoduje kurczenie się, czy wręcz brak rezerw dla wojsk operacyjnych.
Oficerowie wykształceni jeszcze w latach osiemdziesiątych, którzy przeszli wszystkie poziomy dalszego kształcenia i kolejne szczeble dowódcze szybciej zrozumieli wymogi współczesnego pola walki aniżeli politycy, kierujący MON – em. Ale większość z nich odeszła ostatnio z czynnej służby.
Zwiększenie obecności wojsk amerykańskich to żadne rozwiązanie. Pentagon niezależnie od pomysłów swojego obecnego wodza – prezydenta jest temu przeciwny. Niemców, którzy się do tego zresztą nie palą, z kolei nie chce prezes Kaczyński, bo jak powiedział, że musi „upłynąć siedem pokoleń”, żeby to można było sobie wyobrazić. Polski przemysł zbrojeniowy nie jest efektywny.
Siły zbrojne RP na tyle małe, że nie jest opłacalnym uruchomienie produkcji, bo cena jednostkowa będzie zawsze wysoka. Innowacyjność niewielka, zatem nie można w ogóle brać pod uwagę eksportu. Zwiększenie wydatków na badania do planowanych 5 proc. budżetu MON niczego nie załatwi. Kwota 2 mld zł to kropelka. Program tworzenia amerykańskiego F – 35 (co prawda od podstaw) pochłonął ponad 50 mld dolarów. Program budowy Leoparda 3 w oparciu o istniejące i sprawdzone rozwiązania) szacowany jest na ponad miliard euro. Sytuacja w polskim przemyśle zbrojeniowym, jest na tyle zła, że funkcjonuje system „zaliczek”. MON wypłaca pieniądze z góry, za niedostarczony jeszcze sprzęt.
Innowacyjność polskiej zbrojeniówki to m. in. PZL – 22 „Iryda”, który zakończył się fiaskiem. Kilkanaście wyprodukowanych egzemplarzy poszło na złom. Koszt? Około miliarda dolarów. Armatohaubica „Krab” to prawie dziesięć lat badań i rozwoju. Produkcja – kilkanaście sztuk. Efekt to angielska lufa, południowokoreańskie podwozie (poradziecka „Kalinka” nie dała się „spasować”) i system kierowania ogniem złożony z produktów i technologii państw „zachodnich”. W tym samym czasie, kiedy projektowano „Kraba” Niemcy mieli gotową PZH 2000, więc taniej było kupić i mieć, niż dziesięć lat „się rozwijać”. „Loara”, jako mobilny system artyleryjsko rakietowy miała bronić polskiego nieba. Po dziesięciu latach wyprodukowano jedną i to bez rakiet. Zakupiono za to linię produkcyjną do wyrobu armat, w które miała być uzbrojona. To wszystko miało miejsce prawie 20 lat temu. Żeby wszystko było jasne, każdy z tych projektów nosił miano priorytetowego. Nowy, polski rakietowy pocisk przeciwlotniczy „Piorun” ma duże kłopoty z silnikiem.
Siły Zbrojne RP powinny być małe, ale dobrze wyposażone i wyszkolone – zawodowe. Koniecznym jest stworzenie rezerw czy to przez zaciąg ochotniczy, czy przez ograniczony kontyngentowo pobór powszechny. Deklaracje obecnego rządu i planowane, a przynajmniej deklarowane zakupy to kwota nie mniejsza niż 50 – 60 mld dolarów, wydanych po 2020 r. Modernizacja armii zajmie ponad 20 lat. Na lipcowym szczycie NATO w Brukseli przyjęto zobowiązanie do wystawienia sił mających być w pełnej gotowości bojowej, gotowych do natychmiastowej reakcji w sytuacji zagrożenia. To „program” 3 razy 30, czyli 30 dywizjonów (eskadr) samolotów bojowych, 30 batalionów wojsk lądowych i 30 okrętów. Biorąc pod uwagę potencjał naszego kraju – 10 proc. z tego programu powinny stanowić siły zbrojne RP. Uwzględniając potrzeby obrony powietrznej i dodatkowe jednostki wojsk lądowych, polska armia powinna liczyć nie więcej niż 60 tys. zawodowych żołnierzy i drugie tyle rezerw. I działać we współpracy z europejskimi członkami NATO – innego wyjścia nie ma.

Demolka polskiej armii

„Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki”. Z gen. Waldemarem Skrzypczakiem rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Zanim na dobre rozpoczął się szczyt NATO w Brukseli Donald Trump zaszokował wypowiedzią, że trudniejsze dla niego będzie spotkanie z sojusznikami na szczycie NATO niż późniejsze spotkanie z Władimirem Putinem. Takie wypowiedzi prezydenta USA powinny martwić?

GEN. WALDEMAR SKRZYPCZAK: Takie wypowiedzi powinny martwić. Wydaje się, że Trump nadal nie ma strategii, a jego pomysły z 2016 roku nadal nie zostały zrealizowane. To, co w tej chwili mówi i robi, godzi we wszystko, co do tej pory było ważne i miało sens. Szczerze powiem, że nie rozumiem, o co Trumpowi chodzi, szczególnie jeśli chodzi o NATO.
Jeżeli on za kilka dni spotyka się z Putinem i już dziś mówi, że NATO jest słabe, a spotkania z partnerami będą dla niego dużo trudniejsze niż spotkanie z prezydentem Rosji, to można zastanawiać się, co Trump chce osiągnąć. Takie wypowiedzi na pewno nie służą wiarygodności i spójności NATO.
Mało tego, moim zdaniem to podważa jego wiarygodność. Główny gracz NATO, jakim są Stany Zjednoczone, tracą swoją wiarygodność przez stanowisko Trumpa.

 

To o co chodzi Trumpowi?

Nie sądzę, żeby chodziło tylko o nakłady na sojusz, te słynne 2 proc., bo Trump idzie na wojnę ze wszystkimi, głównie na wojnę handlową z Chinami, co moim zdaniem jest po prostu podżeganiem do wojny. Nie rozumiem zachowania czy strategii Trumpa, ale chyba podobnie czują jego doradcy, którzy zamilkli i zaczynają tracić cierpliwość.
Pewne jest jedno: to, co robi Trump, nie służy pokojowi na świecie.
Spotkanie z Putinem nic nowego nie wniesie, bo panowie spotykają się kurtuazyjnie. Trump pokazał spotkaniem z przywódcą Korei Północnej, Kim Dzong Unem, że prowadzi błędną politykę. Kim jest regionalnym kacykiem-terrorystą, a tymczasem podpisał porozumienie z największym światowym graczem, jakim są USA, kiedy przy stole nie było ani Chińczyków, ani Rosjan. Ciekawe, jak to się dalej rozwinie, bo według mnie Kim Dzong Un gra dalej Trumpem i będzie to robił tak długo, jak się da.

 

Trump krytykuje też mocno Niemców, nazywając ich zakładnikami Rosji. Pozbyli się elektrowni węglowych, elektrowni atomowych, biorą ogromne ilości ropy i gazu z Rosji. To coś, czemu trzeba się przyjrzeć – mówił Trump. To atak na głównego gracza UE?

Polityka gospodarcza Trumpa niewątpliwie współgra z chęcią osłabienia Unii Europejskiej, przecież zapowiedział cła także na towary z UE.
Widać, że ta gospodarcza wojna nie dotyczy tylko Chińczyków. Trump ma świadomość, że głównym graczem Unii są właśnie Niemcy, dlatego w nie uderza. Ja bym się z tego nie cieszył.

 

Ale krytykuje budowę Nord Stream 2, więc tu ma podobne stanowisko jak Polska.

Tylko to dzieje się zdecydowanie za późno. Teraz, gdy zainwestowane zostały już ogromne pieniądze, jest zaangażowanie zarówno polityczne, jak i finansowe, trudno oczekiwać, że ktokolwiek się z tego wycofa. To tak samo, jakby zatrzymać budowę pomnika na Pl. Piłsudskiego w połowie – wiadomo, że tego zatrzymać nie można było.
Dla Trumpa najważniejsze jest to, że jego skroplony gaz nie jest na razie konkurencją dla gazu z Rosji w Europie. Dlatego też szuka możliwości dla pozyskania rynku dla amerykańskiego gazu, którego ma bardzo dużo.

 

Panie generale, jak ocenia pan kondycję polskiego wojska? Z szumnie zapowiadanych obietnic zakupów dla wojska nic nie zostało. Nie ma okrętów, śmigłowców, rząd zdecydował się na modernizację starych czołgów.

Polskie wojsko ma pecha, bo często mamy ministrów obrony, którzy na wojsku się nie znają. Modernizacja armii na przestrzeni ostatnich lat to pasmo porażek. Mam wrażenie, że wojsko już się z tym pogodziło, że nie będzie miało dobrego sprzętu, ale to wina polityków, którzy obiecują i nic z tego nie wynika, ale też polskiego społeczeństwa, które to akceptuje. Mamienie Polaków, jaką to będziemy mieć już niedługo silną armię, jest zwykłym wprowadzaniem w błąd, także podatnika.
Politycy manipulują opinią publiczną w tym temacie, zapominając o najważniejszej kwestii, że tu chodzi o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa militarnego. To, co widzimy, to jest demodernizacja armii, a nawet demolka armii.
Politycy powinni ponieść odpowiedzialność za to, czego nie zrobili, a co deklarowali. Ktoś musi w końcu odpowiedzieć za to, że nic nie jest robione, bo Polska mocno słabnie militarnie.

 

Poprzedni szef MON Antoni Macierewicz zerwał jednostronnie podpisany przez poprzedników kontrakt z Francuzami na dostawę śmigłowców Caracal. Fiaskiem zakończyły się również negocjacje w sprawie zakupu rakiet Homar. W ciągu dwóch lat rządu PiS MON pod kierownictwem Macierewicza nie realizował żadnego kluczowego przetargu zbrojeniowego.

Nie ma strategii, nie ma doktryny obronnej, czyli osobnych dokumentów, z których powinno wynikać to, co powinno być przedmiotem rozwoju modernizacji zbrojeń. Nie ma również polskiej zbrojeniówki. Czy deklaracje polityków obronią nas przed rosyjską agresją? Niestety nie, oni będą pierwsi, którzy w razie zagrożenia dadzą drapaka z Polski, jak w 1939 roku. Tak samo będzie teraz.
My nie mamy kompetentnych i merytorycznie przygotowanych ludzi i to jest główny problem naszego bezpieczeństwa.

 

Jeszcze 3 lata temu w wojsku byli kompetentni wojskowi, których minister Macierewicz zwolnił lub zmusił do odejścia.

Na szczęście nie wszyscy kompetentni odeszli z armii. Jest jeszcze kilku dobrych oficerów w armii. Ten ruch z generałem Rajmundem Andrzejczakiem jest moim zdaniem dobry. Znam generała Andrzejczaka, to oficer wysokich lotów, młody, to prawda, bo ma 50 lat, ale gdy ja zostawałem generałem, miałem 49 lat.
Tu jest jeszcze inny problem.
O sile armii nie stanowią tylko generałowie, ale wojsko. Oni wyczyścili jednostki operacyjne z dobrych dowódców. Wyrzucili ze sztabu generalnego dobrych oficerów, którzy znali się na planowaniu modernizacji sił zbrojnych. W tej chwili nie mamy nawet potencjału, aby zaplanować rozsądnie modernizację sił zbrojnych. Kompetentnych wyrzucono, a młodzi muszą się dopiero uczyć, a to jest proces.
Szanuję generała Andrzejczaka, znam go jako wybitnie zdolnego oficera, ale on sam „wiosny nie uczyni”, sam nie zmodernizuje armii, bo nie ma ludzi na średnim poziomie odpowiedzialności wojskowej. Moim zdaniem to jest świadome działanie rządzących i szkoda, że Trump o tym nie mówi, tylko skupia się na 2 proc. PKB. To pokazuje, że Trump jest biznesmenem, a nie politykiem. Gdyby posłuchał amerykańskich doradców, którzy mówią o osłabieniu polskiej armii, to mógłby to zrozumieć, ale niestety tego nie widzę.

 

W najnowszej „Polityce” generał Mieczysław Gocuł mówi m.in., że brak opisanej strategii modernizacji to świadome działanie, bo wówczas można by z niej rozliczyć rządzących.

Wie pani, jeszcze rok temu gen. Gocuł był szefem Sztabu Generalnego, zatem w jego ustach to brzmi jak hipokryzja.
Gdy byłem jeszcze wiceministrem, przypominałem generałowi, że warto by to zrobić. Gdy on teraz mówi, że nie ma doktryny obronnej, to dla mnie to nie jest wiarygodne.

 

Mówi też, że jesteśmy nie tylko na marginesie UE, ale i NATO.

To, że nasza pozycja w NATO słabnie, widać gołym okiem i jest efektem działania polityków, a nie wojskowych. Wie pani, naszych sojuszników musi niezmiernie bawić, mówiąc delikatnie, fakt, że Polska chce modernizować czołgi T-72. Na początku traktowali to jako żart. Gdy okazało się, że to polityczna decyzja i fakt, to pojawiło się przerażenie i pytanie, kto mógł wpaść na taki pomysł. To jest morderstwo i zbrodnia na polskich żołnierzach.
Gdyby wysłać ten czołg przeciwko rosyjskim czołgom, to w pierwszym pojedynku ogniowym z naszych czołgów nic by nie zostało. Taka decyzja polityczna to bandytyzm. Jestem czołgistą, więc mam prawo tak mówić, dla mnie ważne jest życie żołnierza, a ono znaczy bardzo wiele. Czołg T-72 jest co najmniej o 30 lat za stary. Za takie działania ktoś powinien stanąć przed sądem.
To pokazuje, że rządzący w ogóle nie wiedzą, co robią, a ci, którzy doradzają, aby te stare czołgi modernizować, powinni stanąć przed sądem i to natychmiast. Dziwię się politykom w rządzie, że nie reagują i trzymają takich doradców.

 

Nowy minister MON czyści ministerstwo z ludzi Macierewicza, więc może będzie lepiej?

Kiedy ministrem został Macierewicz, muszę przyznać, że wiele sobie obiecywałem. Mówiono o nim, że jest zdecydowany i decyzyjny, że jest człowiekiem czynu, a nie gadania. Okazało się inaczej. Teraz wszyscy czekamy, jak sprawny w tym, co mówi, będzie minister Błaszczak.

 

Pan także musiał odejść za ministra Macierewicza.

Co zrobić, żołnierz zna swoje miejsce w szyku i wie, kiedy powinien odejść i kiedy kończy się jego czas. Mój czas nadszedł właśnie wtedy, chociaż ja czuję się żołnierzem i będę nim do końca życia.