Gotują, czy dostarczają?

Odpowiedź na to pytanie może być warta dużych pieniędzy. Wszystko zależy od interpretacji oraz stawki VAT.

Przedsiębiorcy z branży gastronomicznej, mają problemy, których, według rządzących, miało już nie być. Chodzi oczywiście o problemy z przepisami finansowymi, a konkretnie, o ich działanie wstecz.
Brak tych problemów miała niby zagwarantować tzw. konstytucja biznesu i jej zapisy dotyczące, że „prawo nie działa wstecz” oraz, dosyć enigmatyczna, „klauzula pewności prawa”.

Osiem albo pięć

Chodzi w tym przypadku o kłopoty ze stosowanymi przed 2016 rokiem stawkami podatku VAT. W 2016 roku PiS-owski Minister Finansów wydał bowiem interpretację ogólną, zgodnie z którą sprzedaż dań gotowych do spożycia powinna być opodatkowana stawką 8 proc., właściwą dla usługi restauracyjnej, a nie 5 proc., jak dostawa gotowych dań i posiłków.
To było trzy lata temu, kiedy PiS obiecywał wszystkim złote góry. Żeby jednak obiecywać, a niektórym nawet trochę dawać, innym trzeba zabierać.
Rząd PiS wymyślił więc, że dobrze byłoby, gdyby dostawa gotowych dań i posiłków też została objęta ośmioprocentową stawką VAT – i żeby ci, którzy przed 2016 r korzystali ze stawki 5 proc., oddali budżetowi to, co co do tego czasu zaoszczędzili (oczywiście z odsetkami i na pięć lat wstecz). Jak wymyślili, tak zrobili – a ci którzy stosowali wcześniej pięcioprocentową stawkę, mają teraz kłopoty.
– Jak zakładałam firmę, zajrzałam na stronę Ministerstwa Finansów, gdzie było ponad 200 indywidualnych interpretacji, że właściwą stawką VAT dla sprzedaży dań gotowych jest 5 proc. – więc taką stawkę zastosowałam – mówi jedna z poszkodowanych, Natalia Urban-Pałka, dostarczająca posiłki produkowane przez jedną z firm hamburgerowych – Taką stawkę stosowali wszyscy. Teraz mamy płacić podatki z odsetkami za 5 lat wstecz.
Może nie wszyscy, ale na pewno duża część przedsiębiorców z branży gastronomicznej stosowała przed 2016 rokiem stawkę 5 proc.
Oczywiście w niektórych wypadkach stosowali ją oni nieuczciwie, także i wtedy, gdy głównym obszarem ich działalności było przygotowywanie dań i posiłków, a nie wyłącznie ich dostarczanie.

Równanie w górę

Wielu przedsiębiorców zdołało uzyskać indywidualne interpretacje podatkowe, potwierdzające, że mogą oni płacić pięcioprocentowy VAT. Stawkę 5 proc. ochoczo stosowali także ci, którzy nie mieli takiej interpretacji – ale uznali, że skoro robią mniej więcej to samo, co ci, którzy korzystają z obniżonej stawki VAT, to i oni mogą ją zastosować, mimo braku przychylnej interpretacji indywidualnej.
Fiskus postanowił jednak uporządkować sytuację i objąć wyższą, ośmioprocentową stawką, także i tych, którzy rozliczali się jako dostawcy gotowych dań i posiłków, a nie ich wytwórcy.
Nie było to całkiem pozbawione sensu, bo trudno znaleźć przedsiębiorcę z branży gastronomicznej, który by niczego nie przygotowywał do jedzenia, a jedynie dostarczał (wtedy byłby przedsiębiorcą z branży transportowej).
To ujednolicenie stawki polegało oczywiście na jej podniesieniu do 8 proc., a nie na obniżeniu do 5 proc. Trzeba przecież było jakoś ratować, coraz bardziej trzeszczący budżet państwa.

Zastawili na nas pułapkę

Jak wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, po wydaniu przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej, prezentującej stanowisko, że zamiast 5 proc. należy płacić 8 proc., firmy „niemal natychmiast” zaczęły stosować wyższą, ośmioprocentową stawkę.
Nie zawsze było to naprawdę niemal natychmiast, ale chcąc nie chcąc, wreszcie zaczęto płacić więcej.
Tyle, że od jakiegoś czasu organy podatkowe wszczynają postępowania, w ramach których zaczęły podważać deklaracje podatkowe składane w okresach poprzedzających wydanie interpretacji indywidualnej, pozwalającej na stosowanie pięcioprocentowej stawki.
Formalnie jest to zgodne z przepisami, no bo skoro nie było interpretacji uprawniającej do korzystania z niższej stawki, fiskus ma prawo, w ramach działań kontrolnych, podnieść stawkę jaką same sobie przyznały firmy.
Przedsiębiorcy uznali jednak te działania służb skarbowych za straszną krzywdę, uważając, że skoro dostali interpretację pozwalającą na płacenie niższej, pięcioprocentowej stawki VAT, to stanowiło to potwierdzenie, iż postępowali słusznie, płacąc tę obniżoną stawkę także i wcześniej.
„Resort finansów twierdził jednoznacznie, że jego intencją było, by nowa stawka była stosowana na przyszłość, to jest od momentu wydania interpretacji ogólnej. Poszczególne organy podatkowe zdecydowały się jednak kwestionować rozliczenia wcześniejsze, za okresy w których stawka 5 proc. była powszechnie stosowana i potwierdzana interpretacjami indywidualnymi. Trudno nazwać to inaczej, niż pułapką zastawioną na podatników” – żali się Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Eksperci Związku podkreślają, że postępowania toczą się nie tylko wbrew deklarowanym intencjom Ministerstwa Finansów, lecz również wbrew zasadom wywiedzionym z Konstytucji, a także nie są zgodne z klauzulą pewności prawa, wynikającą z uchwalonej niemal dokładnie rok temu tzw. konstytucji dla biznesu.
– Stosowanie taktyki polegającej na zmianie interpretacji, bez zmiany prawa, a następnie naliczaniu domiarów na okres za pięć lat wstecz, było w poprzednich latach zmorą. Jednak zaobserwowaliśmy, że organy podatkowe już rzadziej wykorzystują tę metodę, weszła też w życie konstytucja dla biznesu. Okazuje się, że to nie wystarczy i przedsiębiorcy nie mogą czuć się bezpieczni, nawet jeżeli stosują się do uzyskanej interpretacji – zwraca uwagę szef ZPP Cezary Kaźmierczak , nie dodając wszakże, że chodzi o tych przedsiębiorców, którzy stosowali się do korzystnej interpretacji, zanim jeszcze ją uzyskali.

Przepisy i intencje

Dziś wielu przedsiębiorców z branży gastronomicznej (utrzymujących, że ich główną działalnością było dostarczanie gotowych dań a nie ich przygotowywanie) stoi w obliczu konieczności zapłaty domiarów wraz z odsetkami – mimo, że uważają, iż postępowali zgodnie z obowiązującymi na dany moment interpretacjami przepisów prawa podatkowego.
Mają po swojej stronie zasady, klauzule i dobre intencje, deklarowane wcześniej przez rząd. Wiadomo jednak, dokąd prowadzi droga wybrukowana dobrymi intencjami. Ministerstwo Finansów ma natomiast za sobą twarde przepisy prawa – i ze względu na rosnące potrzeby budżetu, na pewno nie zawaha się ich użyć.
VAT, zdaniem ZPP, to podatek, który powoduje najwięcej trudności, także w zakresie stawek. Przedsiębiorcy uważają, że to absurd, żeby do niemal każdej konkretnej przyprawy, czy warzywa, była indywidualnie przyporządkowywana stawka.
Dla rządu VAT jest jednak najłatwiejszym w stosowaniu sposobem położenia ręki na cudzych dochodach. Podobne problemy, jakie mają teraz dostawcy posiłków, będą się więc powtarzać.

 

Głos lewicy

Góra wie lepiej

Refleksja Czesława Cyrula na Facebooku:
Dolny Śląsk i Opolszczyzna są bardzo politycznie gościnne. Liderzy list do Europarlamentu to przede wszystkim tzw. spadochroniarze. I tak. Liderką listy Koalicji Obywatelskiej będzie Janina Ochojska. Wiosenną listę Biedronia otworzy Krzysztof Śmiszek – partner życiowy Roberta (nepotyzm?!). Listę Lewicy Razem poprowadzi do boju Marcelina Zawisza z Warszawy. Kukiz wystawił do boju w regionie Agnieszkę Ścigaj, także nietutejszą. Narodowcy stawiają na Korwina-Mikke z Warszawy. Będzie na liście ostatni, ale można go spokojnie uznawać za zdecydowanego lidera.
Tylko PiS postawił za swojaków: minister Zalewską i Beatę Kempę.
To się lokalnym organizacjom partyjnym i ich liderom nie podoba, ale listy układa się w Warszawie. I nie za wiele w tym demokracji. Więcej politycznych szachów i chłodnej kalkulacji. Robert Biedroń także poszedł tą drogą czym dowiódł, że swojskość, wsłuchiwanie się w głosy wyborców, itp. to wszystko przysłowiowy pic na wodę… Góra wie lepiej i Biedroń też.

Rozdawnictwo? Co to takiego?

Pyta Tymoteusz Kochan:
W ogóle nie ma czegoś takiego jak rozdawnictwo, bo to pracownicy wytwarzają całą wartość, którą potem posługują się i kapitał, i państwo. Jeśli więc cząstka z tego, co wcześniej wyzyskano z pracownika trafia później do niego z powrotem to jest to tylko i wyłącznie element klasowej i systemowej sprawiedliwości.
Jest natomiast kwestia dobrej lub z złej redystrybucji i polityki podatkowej. I tutaj PiS nie sięga dalej niż do staromodnej, chadeckiej polityki. Pracownik dostaje tylko trochę, a socjal ma podtrzymać odpowiednie warunki pod jeszcze większy wyzysk. Dlatego podatki dla najbogatszych i firm stoją w miejscu, a małe firmy, które inaczej zgodnie z logiką rynku by umarły dostają kolejne prezenty.
Biedni dzielą się z biednymi by dłużej służyć swoim Panom.

Ograniczyć 500+

Podwyżki dla nauczycieli nie muszą być przyznane kosztem programu 500 plus. Jeżeli rząd twierdzi, iż jest tak świetnie, że łatanie luki VAT umożliwia wygenerowanie 40 mld złotych, to pieniądze dla nauczycieli również powinny się znaleźć.
Opowiadaliśmy się od dawna za przyznaniem świadczenia 500 plus na pierwsze dziecko, ale jednocześnie twierdzimy, iż to świadczenie nie powinno przysługiwać osobom, które są odpowiednio zamożne, aby obyć się bez takiego wsparcia. Do programu 500 plus należy wprowadzić progi dochodowe.
Tak stwierdziła Anna Maria Żukowska, cytowana przez sld.org.pl.

Będą wiedzieli,  że jestem z SLD

– Ugrupowania wchodzące w skład Koalicji Europejskiej połączy minimum programowe dotyczące dalszych losów Unii Europejskiej i roli Polski w tych przemianach – powiedział Leszek Miller w programie „Rozmowa Piaseckiego”.
– Koalicja Europejska nie zagraża tożsamości Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Na liście wyborczej będzie 10 nazwisk. Wyborcy będą wiedzieli, jakie jest ich nazwisko – kogo wybierają – podkreślił były premier.
– Jeżeli będą głosowali na mnie, to przecież będą wiedzieli, że jestem z SLD – wskazywał Miller.
Info z sld.org.pl

Polski system podatkowy to wyzysk

Polski system podatkowy wymaga pilnej i gruntownej zmiany!

Musimy o tym mówić, to zadanie lewicy, bo wszyscy inni, włącznie z tymi progresywnymi, chowają w tej sprawie głowę w piasek, bo im z fokusów wyszło, że to kontrowersyjny temat. Trzeba przywrócić sprawiedliwość społeczną – nie przez blablanie i kosmetyczne zmiany w postaci transferów socjalnych na dzieci, które omijają znaczną część społeczeństwa: osoby bezdzietne, osoby mające dzieci dorosłe oraz emerytki i emerytów.

SYSTEM

wymaga głębokiej zmiany! Dość już napychania kieszeni najbogatszym kosztem tych najuboższych! Trzeba sobie jasno powiedzieć: obecny system podatkowy w Polsce to jest WYZYSK. Wyzysk grup najsłabiej uposażonych, przy jednoczesnym preferowaniu tych obrośniętych w kapitał: zarówno finansowy, jak i kulturowy i społeczny.
Podatki muszą być progresywne, a podatek VAT musi być niższy nie na dobra luksusowe, a na podstawowe, jak żywność czy ubrania (5 proc.). VAT powinien być jednak wyższy na produkty, które powodują choroby cywilizacyjne, jak cukrzyca, otyłość, miażdżyca czy nadciśnienie, a więc produkty wysokoprzetworzone, i na cukier.

Korporacje

ogólnoświatowe takie jak UBER czy AMAZON muszą przestać omijać przepisy i zatrudniać przez pośredników na śmieciówkach, muszą przestać transferować zyski poza nasz kraj, a jak nie to do widzenia!
Osoby zarabiające najmniej, pensję minimalną, powinny mieć ją w całości objęte kwotą wolną od podatku. Tak samo emeryci i renciści z najniższymi uposażeniami: najniższa emerytura i renta powinny być ustalone na poziomie aktualnej pensji minimalnej (po to, by emeryci i renciści również mogli korzystać z owoców wzrostu gospodarczego i aby zmniejszyć rozziew między poziomem życia pracujących a tych będących już na emeryturze) i również zwolnione z podatku.
Najbogatsi powinni płacić wyższe niż obecnie podatki. Powinno być w sumie 5 progów PIT: od 2251 do 30 tys. zł – 15 proc., powyżej 30 tys. do 60 tys. zł – 18 proc., powyżej 60 do 90 tys. zł – 25 proc., powyżej 90 do 199 tys. zł – 32 proc. i powyżej 200 tys. zł – 40 proc. OCZYWIŚCIE
OD NADWYŻKI!

Kapitał

powinien być opodatkowany: od spekulacji finansowych, obejmujących akcje, obligacje oraz derywaty (do których należy zaliczyć grupę instrumentów bardziej złożonych, takich jak opcje i swapy) powinien być naliczany podatek (FTT) w wysokości 0,1 proc. od wartości wszystkich transakcji między instytucjami, jeśli przynajmniej jedna ze stron ma siedzibę w Polsce. Podatek od transakcji na instrumentach pochodnych ma wynosić 0,01 proc.
Żeby nie było, że tylko zmiany w podatkach osobistych czy kapitałowych: zmiany w podatku CIT wprowadzone przez obecny rząd (m. in. przeciwdziałanie sztucznemu generowaniu kosztów i transferom zysku do podmiotów powiązanych czy przesuwanie go w ramach grupy kapitałowej) uważam za słuszne. Exit tax (podatek od niezrealizowanych zysków w związku z „ucieczką” z kapitałem z kraju w celu uniknięcia opodatkowania) – również.
Podatek rolny: opodatkowanie działalności rolniczej nie od areału, a podatkiem dochodowym w wysokości 19 proc., co pozwoli też uwzględnić rolnikowi koszty. Niejako w zamian należy wprowadzić ustawowe, gwarantowane ceny minimalne skupu na produkty rolne.
Kościoły powinny wprowadzić obowiązek dokumentacji przychodów Kościoła i duchownych, a księża powinni płacić składki ZUS na zasadach ogólnych, więc Fundusz Kościelny powinien zostać zlikwidowany. Od dywidendy kościelne osoby prawne również powinny płacić regularny podatek.

Wreszcie,

podatki powinni płacić wszyscy – mniejsi i więksi – truciciele środowiska. Powinny zostać wprowadzone podatki ekologiczne: ale nie chodzi o już obowiązującą akcyzę od energii i paliw, ale i podatek od paliw lotniczych (nie, latanie samolotami to nie jest prawo człowieka 😉), od pojazdów silnikowych nienapędzanych energią elektryczną (1 proc. przy każdym zakupie, także używanych pojazdów, oraz 0,5 proc. wartości zakupu za każdy kolejny rok użytkowania pojazdu) i od opakowań z tworzyw sztucznych (powinni go płacić producenci dóbr w wysokości 0,1 proc. od zakupu opakowań, do których je pakują, może przestaliby zawijać każdą pierdołę w plastikowe pudełeczko i jeszcze pozłotko z folii do tego i przerzucili się na opakowania z materiałów biodegradowalnych!)
Bo ostatecznie nikt nie zapłaci żadnego podatku na martwej planecie.

Abba ojcze!

„Piątka” Morawieckiego, „Piątka Kaczyńskiego” – cuda na kiju: elektryki, mieszkania za pół darmo, PKS-y jak nowe, elektronika, innowacyjność, 100 mostów na stulecie, promy, jak domy, śmigłowce jak torpedowce, 500 na drugie dziecko, 500 na pierwsze…

Do jesiennych wyborów na pewno jeszcze czymś nas obdarują – na przykład po pięćset dla każdego ojca, który utrzymywał matkę swoich dzieci nie mniej niż 30 lat. Jest jednak taka dziedzina naszego życia, o której władza milczy we wszystkich znanych sobie językach. Zdrowie, mianowicie. A jest się czym pochwalić – w konkurencji „Wydatki na ochronę zdrowia” zajmujemy w krajach Unii drugie miejsce. Drugie! Co prawda od końca, ale zawsze. Za nami jest tylko Łotwa, ale co to za konkurencja – im nawet do dwóch milionów brakuje 100 tys. obywateli. Naprawdę mamy z czego być dumni! Pan premier zaś, który przy byle okazji pod adresem Prezesa, PiS-u i swoim własnym wystrzeliwuje milion pochwał na minutę, o tym akurat milczy. Tymczasem w raportach Najwyższej Izby Kontroli ten sukces PiS-u zapisany jest złotymi głoskami.
– Czas oczekiwania pacjentów na udzielenie świadczenia wydłużył się w przypadku większości analizowanych oddziałów, pracowni, zakładów i poradni.
– Nadal występują znaczące dysproporcje w dostępie do świadczeń pomiędzy poszczególnymi oddziałami wojewódzkimi NFZ, w konsekwencji pacjenci w poszukiwaniu lekarzy specjalistów muszą jeździć do sąsiednich województw.
– Udział wydatków bezpośrednich, ponoszonych przez pacjentów, w wydatkach na ochronę zdrowia ogółem był wysoki, i w Polsce w 2015 r. wynosił 23,2 proc., podczas gdy przykładowo we Francji – 6,8 proc., Niemczech – 12,5 proc., w Czechach – 13,7 proc., a w Słowacji – 18,4 proc.
– W 2016 r. polscy pacjenci musieli płacić z własnej kieszeni na ochronę zdrowia jeszcze więcej – wydatki te wzrosły do 23,4 proc. wydatków ogółem, podczas gdy np. wydatki Szwedów spadły z 15,2 proc. w 2015 r. do 14,9 proc. w 2016 r. W ten sposób pogłębiają się nierówności społeczne w dostępie do świadczeń zdrowotnych… Czyż to nie sukces? Płacić coraz więcej za coraz mniej! Toż panu Morawieckiemu już tylko z tego tytułu Nobel z ekonomii się należy. Taki skromnych człowiek – ciągle nam powtarza, jak skutecznie zaciska pętlę na szyjach VAT-owskich oszustów, a o naszych szyjach milczy. One od macochy, czy co? Przecież płacimy uczciwie. Nasze składki na ubezpieczenia zdrowotne to już prawie 95 procent wszystkich dochodów NFZ… Na szczęście nad wszystkim pieczę trzyma pan Prezes. Nawet jak pan Morawiecki o czymś zapomni, nawet, jak się panu Szumowskiemu coś nie uda, to pan Prezes, to dostrzeże i krzywdę naszą naprawi. Tak się zresztą stało dopiero co. Radosną nowinę ogłosiła pani Szydło: 13 emerytura, która będzie wypłacona w maju, to „prezent od Prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego!” Emeryci są zachwyceni. Będą mogli wyleczyć jeden ząb. A jak dobrze pójdzie, to i półtora! Albo na dwa miesiące zaopatrzyć się w pielucho majtki. No, chyba, że ktoś ma kanalizację bardziej zdefektowaną, to na miesiąc. Przez miesiąc będą mogli pożyć, jak za króla Sasa: jeść, pić i popuszczać. Abba ojcze!

Co wypije Polak po podwyżce?

Optymiści (czyli resort finansów) uważają, że po wzroście VAT-u na napoje owocowe zwiększy się konsumpcja soków. Pesymiści (producenci napojów owocowych) są zdania , że zaczniemy pić coraz więcej niezbyt zdrowych gazowanych słodkich trunków.

Ponad 22 mld zł wynosi obecnie wartość polskiego rynku soków, nektarów i napojów owocowych, z tendencją wzrostową. W przyszłym roku może on urosnąć do 24 mld złotych.
Najlepiej sprzedającym się produktem z tej grupy jest woda mineralna, drugie miejsce zajmują rozmaite napoje gazowane, zaś trzecie, soki, nektary i napoje owocowo-warzywne. Wartość tej ostatniej części rynku to ok. 5,9 mld zł. Z tej kwoty połowę (czyli niespełna 3 mld zł) stanowią napoje owocowe i owocowo-warzywne. I o ich opodatkowanie toczy się właśnie spór.
Jak planuje Ministerstwo Finansów, jedna stawka dla wszystkich soków i napojów owocowych zostanie – od początku przyszłego roku – zmieniona na trzy stawki, uzależnione od rodzaju napoju. Według najnowszych zamierzeń Ministerstwa Finansów, soki spełniające wymogi dla nich przeznaczone, w dalszym ciągu opodatkowane będą 5-procentowym VAT-em. Wzrośnie VAT na nektary (o 3 p. proc.), do 8 proc., oraz na napoje owocowo-warzywne (aż o 18 p. proc.), do 21 proc.
Można zrozumieć intencje resortu finansów, oprócz tych czysto fiskalnych. Choć sprzedaż soków w Polsce rokrocznie się podnosi, to wciąż ustępują one napojom i stanowią 38 proc. całej sprzedaży tych trzech trunków. Nektary stanowią 12 proc. struktury spożycia, a napoje 50 proc. Resort zakłada, że po takiej zmianie VAT-u napoje owocowo-warzywne staną się znacznie droższe, a wiec ludzie chętniej zaczną kupować, dużo bardziej wartościowe, soki.
Polacy są w czołówce społeczeństw konsumujących soki, nektary i napoje. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju wypija ich 35 litrów w ciągu roku.
Jest to więcej, niż średnia europejska. Z porównywalnych wielkością krajów, więcej tego rodzaju trunków niż piją jedynie Niemcy.
Rzecz jednak w tym, że jak wspomniano, soki stanowią zaledwie 38 proc. konsumpcji całej grupy tych trunków.
Polska jest też ważnym producentem owoców. Pod tym względem w Unii Europejskiej nasz kraj ustępuje jedynie Włochom, Hiszpanom, Grekom i Niemcom. W przypadku wielu rodzajów owoców jesteśmy liderami na rynku. Tak jest w przypadku jabłek, których Polska produkuje najwięcej w Unii Europejskiej, a na świecie ustępuje jedynie Chinom.
Unijnym liderem Polska jest także w produkcji malin, wiśni, porzeczek, aronii, borówki wysokiej. Czołowe miejsca polscy producenci zajmują również w produkcji truskawek (ustępując w UE jedynie Hiszpanii), agrestu i aronii.
Rocznie produkuje się u nas 300 tys. ton zagęszczonego soku jabłkowego oraz 40 tys. ton zagęszczonych soków z tzw. owoców kolorowych. Ponad 100 tysięcy gospodarstw rolnych uprawia drzewa owocowe. To wszystko sprawia, że przetwórstwo owocowo-warzywne jest ważną i eksportową częścią polskiego przemysłu spożywczego. Udział polskiego rynku w sprzedaży wynosi 6 proc. całej sprzedaży UE.
Producenci napojów owocowych alarmują, że żądana przez resort finansów zmiana może spowodować bardzo niebezpieczne skutki dla rynku napojów owocowych i sadowników.
Uważają oni, że konsumenci nie akceptujący podwyższonych cen na napoje owocowo-warzywne, mogą częściej wybierać różne trunki gazowane, które po planowanej podwyżce będą do kupienia dużo taniej od napojów owocowych.
Producenci napojów, dla zminimalizowania kosztów podwyżki podatków, mogą zaś obniżać jakość swoich produktów zmniejszając zawartość soku (z 20 proc. do nawet 10 proc. lub mniej), co wpłynie na ich wartości odżywcze (oraz dodatkowo, na zmniejszenie zapotrzebowania na owoce i warzywa).
Wbrew opinii Ministerstwa Finansów proponowana podwyżka VAT nie wpłynie na poprawę jakości płynów kupowanych przez Polaków, a wręcz przeciwnie – sprawi, że zwiększy się udział w rynku słodzonych napojów gazowanych – ocenia Warsaw Enterprise Institute.
Zarówno producenci napojów jak i WEI, uważają, że klienci, z niewiadomych powodów nie zaczną trochę chętniej konsumować soków, które po zmianie VAT-u staną się przecież relatywnie tańsze w porównaniu z napojami. A soków, które są najcenniejsze dla zdrowia, Polacy wciąż przecież piją za mało. Mogłaby ich do tego zachęcić właśnie podwyżka VAT-u na napoje owocowe.
Sok otrzymuje się z owoców i warzyw. Zakazane jest dodanie do niego cukru, słodzików i innych substancji słodzących, barwników, konserwantów oraz wszelkich aromatów, za wyjątkiem tych powstałych z owoców i warzyw, z których sok jest wyprodukowany. Czyli, czysta natura. Dosłodzenie dozwolone jest jedynie w przypadku soków owocowo-warzywnych. Soki mogą być natomiast wzbogacone w witaminy i sole mineralne – dzięki czemu będą jeszcze zdrowsze.
Sok należy odróżnić od nektaru, który musi zawierać minimum od 25 proc. do 50 proc. soku bądź przecieru z owoców i warzyw. Pozostałą częścią nektaru może być woda, cukier, miód, czasami kwas cytrynowy. Podobnie jak w przypadku soków, do nektarów nie można dodawać barwników i konserwantów oraz aromatów innych, niż uzyskany z owocu bądź warzywa, z którego powstaje produkt. Procentowa obecność soku różni się w zależności od rodzaju nektaru. W przypadku nektaru z jabłek, ananasa czy brzoskwini udział soku musi wynosić co najmniej 50 proc. Mniej soku (min. 25 proc.) mogą zawierać nektary z owoców, z których nie produkuje się soków, bo byłyby za kwaśne lub zbyt intensywne i niesmaczne. To np. czarna porzeczka czy wiśnia.
Najszersza – i z największą gamą dodatków – jest grupa napojów. W Polsce mamy ich dwa rodzaje: napoje owocowo-warzywne z minimum 20-proc. zawartością soku czy przecieru, oraz pozostałe napoje (w tym gazowane) o dowolnym smaku, z zerową lub nieznaczną zawartością soku. Można dodawać do nich substancje, które zakazane są w przypadku soków i nektarów (sztuczne barwniki, aromaty, ulepszacze smaku). Nawet jeśli do 100-proc. soku owocowego doda się np. przyprawy bądź ich ekstrakty, to z prawnego punktu widzenia nie będą to już produkty określane mianem soków.

VAT zadaje cios

Nowe stawki tego podatku mogą zniszczyć produkcję napojów owocowo-warzywnych i nektarów w Polsce.

 

Proponowana przez Ministerstwo Finansów podwyżka stawki VAT na nektary i napoje owocowe oraz warzywne wywołuje niepokój producentów i handlowców. Resort proponuje, by wzrosła ona z 5 do 23 proc.
Jednocześnie, jak wskazuje Krajowa Unii Producentów Soków, resort finansów chce obniżyć do 5 proc. VAT na ciastka czy chipsy – co trzeba już uznać za niebezpieczny nonsens.
To na razie tylko propozycja, która nie wiadomo czy i kiedy zostanie przyjęta. Trwają konsultacje społeczne projektu ustawy, zmieniającej stawki podatku od sprzedaży towarów i usług. Ponieważ jednak takie konsultacje od prawie trzech lat są w Polsce dosyć fikcyjne, bardzo prawdopodobne jest, że te nowe propozycje fiskalne szybko zostaną uchwalone.
Branża owocowo – warzywna alarmuje, że chodzi tu o podniesienie VAT-u na około 580 mln litrów nektarów i napojów rocznie. To sporo, trzeba jednak pamiętać, że podwyżka nie ma objąć soków owocowych i warzywnych, których produkuje się w Polsce ok. 800 mln litrów rocznie – a są one zdrowsze od nektarów i napojów. Gdyby więc Polacy po podwyżce VAT-u zaczęli rezygnować z nektarów i napojów owocowych czy warzywnych na rzecz soków, wyszłoby to im tylko na dobre.

 

Co zdrowiej pić?

Różnice między tymi trzema produktami są dość wyraźnie określone.
Zgodnie z przepisami unijnymi, sok jest wyciśnięty z owoców lub warzyw albo pochodzi z soku zagęszczonego z dodatkiem wody. Nie może zawierać konserwantów, nie wolno do niego dokładać barwników, aromatów oraz żadnych substancji słodzących.
Nektar to sok czy przecier, do którego dodano wodę, cukier czy inne substancje słodzące, lub przeciwnie, kwas cytrynowy. Do nektarów nie można jednak dodawać barwników i konserwantów.
Napój powinien zawierać nie mniej niż 20 proc. soku czy przecieru. Reszta to może być woda, także i z konserwantami, barwnikami, aromatami czy przyprawami.
Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby Polacy pili soki zamiast napojów, z których wypłukano część substancji dobrych dla zdrowia. To raczej nie ucieszyłoby jednak producentów, gdyż z uwagi na mniejszy stopień koncentracji napojów i możliwość wydłużania ich trwałości, są one tańsze w wytwarzaniu od soków.
Poza tym, z niektórych owoców – np. cytryn, limonek czy aronii – nie da się zrobić soku, który by dobrze smakował. Sok z takich owoców trzeba rozcieńczyć czy dosłodzić. Wtedy jednak staje się on napojem – i jako napój ma zostać obciążony 23-procentowym VAT-em, w odróżnieniu od soków, które nadal będą objęte stawką wynoszącą 5 proc.

 

Ponura przyszłość

KUPS podkreśla, że wzrost stawki VAT zmniejszy konkurencyjność napojów owocowych i warzywnych wobec innych trunków.
Producenci przewidują hiobową przyszłość dla całej branży owocowo – warzywnej, jeśli VAT wzrośnie z 5 do 23 proc. O trzy czwarte ma spaść zapotrzebowanie na owoce i warzywa z rodzimych upraw, które są wykorzystywane do produkcji napojów – a to doprowadzi do bankructwa część sadowników (już teraz borykających się z klęską urodzaju) i zakładów owocowo-warzywnych.
Napojów i niektarów będzie się wytwarzać mniej, ponieważ wzrost VAT-u podniesie ich ceny. W związku z tym, jak ostrzega KUPS, znikną tradycyjne polskie nektary i napoje z aronii czy czarnej porzeczki. Polacy przerzucą się zaś na tanie napoje gazowane szprycowane różnymi dodatkami, co odbije się na ich zdrowiu.
Zagrożone zostaną też polskie dzieci, ponieważ wzrost stawek VAT dotyczyć ma również napojów owocowych i warzywnych z wysoką zawartością soku, podawanych dzieciom do 3. roku życia.

 

Trzeba sobie pomagać

Wszystkie te złe skutki nie muszą jednak nastąpić, jeśli producenci z branży owocowo – warzywnej spojrzą na siebie bardziej krytycznym okiem. Uważają oni za coś oczywistego, że cały wzrost stawek VAT wcisną w ceny napojów i nektarów, przerzucając go na klientów. Oczywiście, że wtedy sprzedaż spadnie!.
Producentom przydałoby się zatem nieco więcej empatii i mniej egoizmu. Powinni zrozumieć, że obciążenia należy dźwigać wspólnie, a nie tylko przerzucać je na innych. Niech więc nieco zmniejszą swe zyski – i zrezygnują ze wzrostu cen lub ograniczą go do minimum.
Takie postępowanie byłoby wprawdzie dla nich czymś niepojętym, bo świadome pomniejszanie własnego zysku uważane jest za chorobę psychiczną. Ale gdy z powodu mniejszego wzrostu cen napojów i nektarów, mniejszy będzie także spadek sprzedaży tych trunków, producenci powinni uznać, że jest w tym sens.
Przyszła też pora na zajęcie się obniżeniem kosztów wytwarzania. Polskie przedsiębiorstwa, także i z branży owocowo-warzywnej, nie są liderami efektywności i innowacyjności. Konkurują głównie niskimi zarobkami swych pracowników. Mogłyby więc oczywiście poszukać u siebie oszczedności i produkować taniej – tyle, że dotychczas nie zmuszała ich do tego sytuacja rynkowa. A teraz właśnie zacznie ich zmuszać. Czas więc, by myśleć i działać.