Na lewo patrz

Szewc Fabisiak ma serce po lewej stronie nie tylko z anatomicznego punktu widzenia. Dlatego też w wyborach prezydenckich poparł lewicowego kandydata.

Wyborcy z sercem po lewej stronie długo nie mieli z tym problemu. Jedynym lewicowym kandydatem był bowiem Robert Biedroń. Natomiast niemal w ostatniej chwili do grona pretendentów dołączył przewodniczący Unii Pracy Waldemar Witkowski. Szewc Fabisiak nie widzi w tym nic zdrożnego uważając, że pluralizmu – także po lewej stronie – nigdy nie za dużo. Szewc Fabisiak jest bowiem zdania, że siła tkwi nie tylko w jedności, ale i w różnorodności, a im więcej wybrzmiało w kampanii lewicowego przekazu, tym lepiej.

Porównując zapowiedzi programowe poszczególnych uczestników wyścigu prezydenckiego szewc Fabisiak doszedł do wniosku, że najbardziej nośne społecznie treści prezentują obydwaj kandydaci lewicowi i do pewnego stopnia Władysław Kosiniak-Kamysz. Przy czym ich oferty odnosząc się do kwestii społecznych równocześnie mieszczą się w szeroko pojętym katalogu lewicowych wartości. A przy tym wyrażały się odwagą w podejmowaniu tematów, które inni ze względów ideowych bądź koniunkturalnych starają się unikać. To właśnie Robert Biedroń w sposób otwarty i jednoznaczny stawia relacje między państwem a Kościołem wskazał na jego nadmierne uprzywilejowanie oraz ciągnięcie środków z państwowej kasy, podczas gdy inni, poza prokościelną i konserwatywną prawica, usiłowali się migać nie chcąc sobie zrazić katolików i sutannowej hierarchii chyba też. To Waldemar Witkowski jako jedyny opowiadał się za możliwością adopcji dzieci przez pary homoseksualne wskazując nie bez racji, że dla dzieci pozbawionych rodziców lepsze jest dorastanie w środowisku kochających się ludzi niż w Domu Dziecka. Szewc Fabisiak rozwija tę myśl, pytając retorycznie dlaczego możliwe jest przykładowo wychowywanie dziecka przez dwie kobiety, z których jedna jest dla niego matką a druga córką a wychowaniem przez dwie kobiety nie powiązane układami rodzinnymi.
Biedroń przebił wszystkich konkurentów postulatem przekazania 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia. Wiadomo, że to nie prezydent o tym decyduje. Jednak może on zgłosić stosowną inicjatywę ustawodawczą pod obrady Sejmu. I wówczas – jak zauważa szewc Fabisiak – sejmowa większość miałaby nielichą myślówę. Przyjąć nie wypada, gdyż oznaczałoby to poparcie dla prezydenta z wrażej opcji a poza tym wpłynęłoby negatywnie na wizerunek formacji rządzącej, która sama na taki pomysł nie potrafiła wpaść. Odrzucić też nie bardzo można skoro nieustannie gardłuje się w temacie socjalnej troski o obywatela i jego rodzinę. Niezręcznie byłby też tłumaczyć się brakiem pieniędzy w budżecie, kiedy prezes NBP mówi o niezliczonej ilości gotówki, gospodarka kwitnie i się dynamicznie rozwija a państwo nie szczędzi kasy na kolejne programy plus o telewizji zwanej publiczną nie wspominając. Podobna sytuacja dotyczyłaby i innych prezydenckich inicjatyw. Dlatego też pisowskiemu blokowi tak zależy na tzw. harmonijnej współpracy między rządem a prezydentem czyli wspólnej i bezkonfliktowej realizacji dyrektyw prezesa. W planach Biedronia znalazł się również rozwój budownictwa mieszkaniowego, co ma na celu nie tylko zapewnienie ludziom, zwłaszcza młodym dopiero rozpoczynającym życie zawodowe, godziwego miejsca na ziemi, lecz także uruchomienie całej machiny innych rodzajów wytwórczości. Szewc Fabisiak przypomina, że przed ponad 20 laty właśnie poprzez wprowadzenie masowego programu mieszkalnictwa Hiszpania wydobyła się z głębokiej zapaści ekonomicznej i radykalnie zmniejszyła poziom bezrobocia.

Z kolei w programie Witkowskiego szewc Fabisiak zwrócił uwagę na trzy elementy. Pierwszy to postulat siedmiogodzinnego dnia pracy. Drugi – rozwój a właściwie odbudowa spółdzielczości. Trzeci – przeorientowanie z USA na Europę. Szewc Fabisiak pamięta, że w czasach tzw. komuny działała prężnie spółdzielczość pracy. Pamięta, że to z całego niemal świata przyjeżdżano do Polski aby zapoznawać się z naszymi doświadczeniami. Dotyczyło to także spółdzielczości studenckiej i uczniowskiej co było ewenementem na skalę światową. W ramach prywatyzacyjnego amoku udupiono spółdzielczość argumentując, iż idea ta zawędrowała do nas ze wschodu, co już w samym swoim założeniu miało ją dyskwalifikować. Tymczasem pierwszą na świecie spółdzielnię założyli brytyjscy tkacze. Komuś najwyraźniej popieprzyły się kierunki geograficzne. Jako zdeklarowany pacyfista i humanista szewc Fabisiak popiera opinię Waldemara Witkowskiego wyrażoną w wywiadzie dla tygodnika PRZEGLĄD o bezsensowności ładowania miliardów dolarów w zakup amerykańskich samolotów F-35, które – jego zdaniem – już wkrótce staną się po prostu bezużyteczne.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, jak wielu z nas chce większych nakładów na służbę zdrowia, nowych mieszkań dla swoich dzieci, pracować przez siedem godzin czy też nie wyrażać zgody na finansowanie z naszych podatków amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, a ilu dało się wmanipulować w PO-PiSowe salonowe rozgrywki.

Lewica 2020 – jasny wybór

Stoimy przed niezwykle ważnymi wyborami, od wyniku których zależeć będzie przyszłość Polski nie tylko na następne pięć lat, lecz na dziesięciolecia.

Podstawową stawką w tych wyborach nie jest po prostu przedłużenie lub zakończenie nieudanej prezydentury Andrzeja Dudy, lecz to, czy Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego drużynie uda się doprowadzić do końca budowę polskiej wersji nowego autorytaryzmu – na wzór Węgier, Turcji czy Rosji. Ten nowy autorytaryzm różni się od dawnego przede wszystkim tym, że rodzi się nie z przewrotu wojskowego czy innej formy przemocy, lecz z wygranych wyborów i że jest w stanie potwierdzać prawo do rządzenia autorytarnej ekipy w kolejnych wyborach. Jeśli je przegra – będzie to jego koniec.

Pięć lat temu głosowałem w drugiej turze na Bronisława Komorowskiego, gdyż na podstawie wieloletnich studiów nad autorytaryzmem przewidywałem, co dla Polski oznaczać będzie wygrana mało znanego kandydata, za którym stał Jarosław Kaczyński. Wtedy jednak nie wszyscy ludzie lewicy to widzieli – i nie dziwię się im, gdyż nawet krótki epizod rządów PiS w latach 2005-2007 nie dawał podstaw do pełnej oceny grożącego nam niebezpieczeństwa. Dziś jest inaczej. Nikt nie może już zasłaniać się niewiedzą.

Mamy w tych wyborach dwóch kandydatów ugrupowań lewicowych Roberta Biedronia i Waldemara Witkowskiego. Obu znam i cenię. Jednak jak wielu ludzi lewicy nie mam złudzeń co do ich wyniku wyborczego. W wypadku Roberta Biedronia, jednego z przywódców odrodzonej i zjednoczonej lewicy, która jest dziś trzecim pod względem liczebności klubem sejmowym, pytanie zasadnicze brzmi, czy zdoła on utrzymać to poparcie, którym wyborcy obdarzyli lewicę w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych. W tej chwili nic na to nie wskazuje. Zadajmy sobie pytanie: dlaczego?

Stawiam to pytanie jako człowiek, któremu poglądy Biedronia bardzo odpowiadają i który z niepokojem obserwuje jego słabe notowania sondażowe. Widzę w nich przede wszystkim obawę wielu wyborców lewicowych, że głos oddany na Biedronia będzie nie tylko głosem zmarnowanym, ale takim, który wbrew naszej intencji może przyczynić się do reelekcji Andrzeja Dudy.

Jest tak dlatego, że nie usłyszałem z ust kandydata lewicy jednoznacznej deklaracji, iż w drugiej turze (na którą wszak on sam nie ma jakichkolwiek szans) poprze Rafała Trzaskowskiego – obecnie już niemal pewnego kontrkandydata Andrzeja Dudy w decydującym starciu, jakie odbędzie się 12 lipca. Ta niepewność odbiera kandydatowi lewicy głosy ludzi, którzy – jak ja – uważają , że nie wybieramy „mniejszego zła” i że nie mamy do czynienia z dwoma kandydatami prawicy, których rzekomo niewiele różni.

Ci, którzy uporczywie trzymają się takiej („symetrycznej”) wizji polskiej sceny politycznej powinni sobie sami odpowiedzieć, czy istotnie sądzą, że nie ma istotnej różnicy między niszczeniem niezależnych sądów a ich obroną, między ogłaszaniem, że LGBT „to nie są ludzie” a deklaracją za rzecz związków partnerskich, między pielgrzymowaniem do księdza Rydzyka a opowiedzeniem się za państwem neutralnym światopoglądowo, między niszczeniem naszego wizerunku w Unii Europejskiej a konsekwentnym budowaniem silnej pozycji Polski w zjednoczonej Europie, między władzą autorytarną a samorządną Rzeczpospolitą.

W polityce trzeba dokonywać racjonalnych wyborów. Kierowanie się emocjami wynikającymi z tego, że nie wszystko nam się w polityce Platformy Obywatelskiej podobało lub podoba, jest karykaturą polityki, a nie polityką. Jeśli w Senacie i w Sejmie przedstawiciele lewicy potrafią współpracować z Koalicją Obywatelską, to na jakiej podstawie mielibyśmy odcinać się od poparcia wywodzącego się z niej kandydata na prezydenta RP?

Idzie przy tym o jasną deklarację teraz, a nie dopiero po 28 czerwca. Należy powiedzieć już teraz, jak to zrobił największy autorytet polskiej lewicy, polityk który jako jedyny dwukrotnie wygrał wybory prezydenckie – Aleksander Kwaśniewski – że w drugiej turze bez wahania poprze tego, kto zmierzy się z Andrzejem Dudą. Bez takiej wyraźnej deklaracji powstać może wrażenie, że idąc śladem „symetrystów” kandydat lewicy uchyla się od jednoznacznego stanowiska co do wyborów w drugiej turze, a tym samym zachęca swych wyborców do ich zbojkotowania. Bez tak wyraźnej deklaracji nie może więc liczyć on na głosy tych ludzi lewicy, dla których nie jest obojętne, czy przez następne lata prezydentem będzie posłuszny wykonawca poleceń Jarosława Kaczyńskiego czy też kandydat demokratycznej opozycji. To nie jest czas na grę pozorów.