Księga Wyjścia (15)

Ballada o wojskowym namiocie, burmistrzu, który stał się prezydentem i poznańskiej uczciwości.

Udało mi się poznać dziewczynę, która zna się na tym i już nawet zamieściła pierwsze wydanie na portalu „Lubimyczytac.pl”. Zaapelowałem do znajomych, by powstawiali swoje oceny, ale chyba wiadomość ta do wszystkich jeszcze nie dotarła, bo jak dotychczas ocen jest niewiele. Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że książka im się zwyczajnie nie podobała i nie chcą robić mi przykrości oceniając nisko. Tak czy inaczej jest plan, jest agentka i będzie dobrze, bo mam kolejny cel. I nieprawdopodobnie sprawczą organizatorkę, której zawierzyłem los całej mojej pisaniny.
Zamierzałem w tym odcinku opisać struktury Urzędu Miasta i Starostwa Powiatowego (starostwo powiatowe to masło maślane, jeszcze nie słyszałem o starostwie gminnym), obnażyć iluzoryczne i fikcyjne stanowiska, tworzone tylko po to, by zagospodarować człowieka, który od zawsze się kręci, bywa radnym, a jeśli nie, to dostaje stanowisko. Inspiracją były pewne kurioza, które zauważyłem, są urzędy podległe miastu, lub starostwu, którymi rządzi kierownik. W Puławach zawsze jest dyrektor, a w urzędzie pracy nawet dwóch. Jest człowiek odpowiedzialny z ramienia powiatu za pomoc społeczną, który nie wiem czym się zajmuje, ale podczas oficjalnych wystąpień mówi o „opiece społecznej”, opieki nie ma już od trzydziestu lat, w jej miejsce powstały Ośrodki POMOCY Społecznej, no i najbardziej intrygująca funkcja zastępcy dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy. Nikt nie zna jego kompetencji, jest dyrektor, który firmuje całość i kierownicy poszczególnych działów, a trzymanie etatu zastępcy dyrektora tylko po to, by go zastąpił podczas urlopu jest i straszne i śmieszne, bo oznacza to, że facet ten pracuje 21 dni w roku, plus ewentualne zwolnienia lekarskie, to kolejnych kilkanaście dni.
Puławy zawsze miały jakąś manię wielkości. Od czasów gdy osiedlili się tu Czartoryscy i księżna Izabella otworzyła swoje pierwsze muzeum. Być może to tutaj Mikołaj Repnin – carski namiestnik i kochanek Izabelli zapłodnił ją, czego efektem był książę Adam Jerzy, przodek tej linii Czartoryskich, która opchnęła Glińskiemu obraz baby ze szczurem za kolosalne pieniądze. Obraz, który i tak był w państwowych zbiorach i jedynym kupcem mógł być polski rząd. Zakup ten nie wzbogacił kulturowo państwa, bo nic się nie zmieniło, poza tym, że Czartoryscy dostali całą masę hajsu, a że pochodzili z rodu o korzeniach polsko-rosyjskich – nieformalnie oczywiście, ale podobieństwo Repnina i Adama Jerzego nie pozostawiało wątpliwości. Zresztą naukowcy mają to udokumentowane. Zwolennikom spiskowych teorii podrzucę pomysł, że kasę dostali Rosjanie.
Wracając jednak do współczesności, za czasów poprzedniego prezydenta, który był chyba najdłużej sprawującym włodarzem miasta w kraju. Zaczął chyba gdzieś w połowie, czy pod koniec lat osiemdziesiątych, był wtedy naczelnikiem miasta. Potem przyszła zmiana i ponieważ burmistrz to za mało, pokombinowali coś z liczbą mieszkańców, by na chwilę przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy i wówczas zgodnie z ustawą z burmistrza zrobił się prezydent. Gdy już zmienił sobie tytuł to liczba mieszkańców wróciła do prawdziwej wielkości i obecnie wynosi 48 tysięcy z niewielkim haczykiem.
Wynikało to oczywiście z jego megalomanii, i gdyby Rudy Giuliani wcześniej rozsławił stanowisko i rangę burmistrza, pewnie tej zmiany by nie było – ale to tylko moje dywagacje. O tym fałszerstwie doskonale wiedzą wszyscy zainteresowani, ale nawet już i ja się z tego śmieję i zamiast dochodzić prawdy i degradować z powrotem do stanowiska burmistrza, pisząc o tym gdzie się da, machnąłem ręką i pomyślałem niech się biskupem ogłosi. Tak więc prezydentopochodny Janusz Grobel rządził sobie miastem, a wielu ludzi sądziło, że od samego początku, wraz z powstaniem Zakładów Azotowych, powstał prezydent Grobel, tak się na tej funkcji zasiedział. To nie do końca prawda, bo Azoty wybudowano w 1962 roku, ale kto pamięta, czy był przed nim jakiś naczelnik, burmistrz, prezydent czy wódz. Grobel był zawsze. Miał wprawdzie jedną czy dwie przerwy, wówczas prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych zatrudniał go jako swego zastępcę – na przeczekanie, a gdy przychodziły nowe wybory, to już lokalny biznes zebrał odpowiednie pieniądze, by ponownie wrócił na swój urząd. Jak bumerang, raz z list SLD, raz AWS, potem PiS, czy satelickich, by w końcu kandydować z listy KWW Samorządowcy Janusza Grobla. Wszystko zależało od koniunktury.
Niespecjalnie za nim przepadałem i pracując w „Dzienniku Wschodnim” nie raz napsułem mu krwi. A to afera z puławską żelatyną, a to kościół, który dostawał co chciał. Najbardziej atrakcyjną w mieście działkę, w zasadzie spory kawałek pola w samym centrum, dostała jedna z parafii za symboliczną złotówkę. Zniszczony dworzec PKS, który mógłby służyć ludziom. Autobusy mogłyby spokojnie stamtąd zabierać pasażerów, którzy by nie musieli ich szukać pod marketami. Bardziej niż on chyba nikt nie potrafiłby popsuć infrastruktury drogowej. Gdzie tyko się da poustawiali światła, które często działają także w nocy i pieszy musi czekać na zielone nawet gdy ulice puste, zielone zaczyna mrugać w połowie jezdni, więc drugą już trzeba przejść na czerwonym. Ja sobie jeszcze z tym radzę, ale ktoś o lasce czy na wózku – niekoniecznie. Drogę wylotową na Kazimierz Dolny zrobił tak, że zawsze będzie tam korek podczas weekendu. Rozwiązanie to nazywa się miasteczkiem holenderskim i jest fajne jako uliczka osiedlowa, ale nie jako jedyna droga do Kazimierza odwiedzanego przez setki tysięcy turystów, a bywają lata, że przewinie się ich rocznie ze trzy miliony. I choć ta wielkość jest wyjątkiem, to kilkaset tysięcy od pół do miliona to normalny przerób turystyczny. Fajnie byłoby, gdyby samochody mogły płynnie przejechać tę wylotówkę, ale miasteczko holenderskie nie pozwala wyprzedzić nawet traktora.
„Dziennik Wschodni” podaje, że rządził nieprzerwanie 24 lata. Myślę, że znacznie dłużej i jednak z przerwami. Ktoś ze „Wschodniego” się nie przygotował.
Teraz jego miejsce zajął mój kolega z młodości. Od najmłodszych lat mieszkaliśmy w tej samej klatce, w której wciąż mieszka mój ojciec i jego rodzice. Widujemy się więc czasami. Wszedł do rady miasta na fali nienawiści do społeczności romskiej, którą będąc wcześniej radnym podsycał. Podsycał ją pytaniami o skuteczność programów aktywizacji zawodowej, wyliczał ile to kosztowało i nie przyniosło efektu. Oczywiście że nie przyniesie efektu, bo kto kiedykolwiek zatrudnił Cygana? Prędzej pracę znajdą Ukraińcy niż Romowie – chociaż ci z Puław wolą by mówić na nich Cyganie. Pieniądze natomiast pochodziły z programów unijnych, więc miasto nie dokładało do tego złotówki. Teraz wydano uchwałę, że Puławy są wolne od LGBT. Dziwna ta uchwała, jak zamierzają ją egzekwować i co oznacza? Ale moja przekorna, choć spokojna natura się trochę zbuntowała i zaapelowałem do działaczy by mi dostarczyli taka flagę, którą zawieszę za oknem. Mieszkam na czwartym piętrze, więc nikt nie zerwie. Jedynie kamienie mogą dolecieć, ale i tak miałem założyć moskitiery, zawsze trochę ochronią szybę. Uchwała zdziwiła mnie tym bardziej, że znam też najbliższą rodzinę obecnego prezydenta. Ale ich spraw osobistych wyciągał publicznie nie będę.
O stanowiskach tworzonych specjalnie dla działaczy napiszę jeszcze nie raz, a w teraz opowiem co udało się zrobić w sprawie J., ponieważ w poniedziałek minął termin ultimatum i miał się wyprowadzić ze swojego mieszkania, które znajduje się rzut beretem od szpitala, do getta umiejscowionego już poza miastem. Oczywiście w jego granicach administracyjnych, ale od zawsze Wólka Profecka była traktowana jako osobna wieś, a wyprawa tam, dla kogoś kto nie ma samochodu była lekkim wyzwaniem. Jeździłem niegdyś często w tamte okolice, ponieważ jest tam fajny basen. Być może dlatego radni w swej szczodrobliwości postanowili wybudować osiedle socjalne w jego okolicy, by mieszkańcom było przyjemnie. Ale nie jest, bo nie stać ich na bilet wstępu, a poza tym jak już pisałem osiedle to rządzi się własnymi prawami.
Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy odkryłem, że w puławskim lesie mieszka grupa bezdomnych. Pracowałem wtedy w „NIE”, zrobiłem reportaż, nagłośniłem i rada miasta postanowiła się tym zająć. Sprowadziłem więc mieszkańców na sesję, a jeden z radnych, nieżyjący już Tadeusz Lis – mój serdeczny przyjaciel – zgłosił formalny wniosek, by oddać głos jednemu z „leśnych ludzi”. Mieszkali w szałasach, na okolicznych drzewach powiesili jakieś obrazki, lusterko do golenia, tak żeby było trochę domowo. Mieszkali wcześniej w pustostanie, zrujnowanym budynku, ale wesoła młodzież wiele razy próbowała ich stamtąd wykurzyć. W końcu podpalili im ten skłot i tak przenieśli się do lasu. Tu też wesoła młodzież, co nie lubi „meneli” usiłowała uprzykrzyć im życie, ale trochę się przeliczyli. Jeden z nich – Janek – był świetnym bokserem, trenował w świdnickiej Avii i miał spore sukcesy. Tak więc dostali kilka razy po nosie i zapłakani wrócili do domów szlochając w drodze. Leśni ludzie mieli już spokój. Mieszkali tak pięć lat, pięć zim, wiosen, lat i jesieni. Niezależnie od pory roku…
Rada Miasta wyraziła w końcu zgodę i mikrofon dostał Janek, do tej pory pamiętam jego pierwsze słowa: „wybaczcie państwo, ale od lat mieszkam między sarnami i dzikami, mogę więc mieć kłopoty z jasnym wyrażeniem swoich myśli”. Poprosili radnych o jakiś kawałek przestrzeni, nawet niewielki, zobowiązali się samodzielnie zbudować domek. Znali się na tym, bo często dorabiali właśnie w budowlance. Wśród radnych rozpoczął się gwar, każdy szukał pomysłu, a co który wymyślił to było głupsze. W końcu jeden z przedstawicieli zarządu zapytał Janka, (pytanie to miało go zdeprecjonować, odczłowieczyć i zrobić zwykłego żula) doskonale pamiętam to pytanie i użyte słowa. Brzmiało to tak: „Proszę nam powiedzieć, w jaki sposób nabył pan bezdomność?”. Część parsknęła śmiechem, ale Janek odpowiedział, pił, żona znalazła sobie innego faceta, a on nie wdając się w awantury i podziały majątku trzasnął drzwiami i wyszedł. Jedyny adres, który mu został to ławka, dopiero później „Baza” lub „Leśna 13”, tak nazwali tę polanę na której się osiedlili. Radni znowu radzili, znowu zrobiło się gwarno, w pomieszczeniu duszno od napięcia, bo nie mieli pojęcia co zrobić z tym pasztetem. W końcu ktoś wpadł na pomysł, zdaje się, mogę się mylić, ale chyba był to obecny szef MOSiRu – jeśli nie, to przepraszam Cię Tosiek. Zresztą nieważne, ale znalazło się rozwiązanie, które wszystkich radnych zachwyciło. Poza Tadkiem Lisem, który dłońmi skrył twarz. „Namiot wojskowy” – powiedział pomysłodawca „damy im wojskowy namiot”. Przegłosowali tę uchwałę, a my opuściliśmy sesję w milczeniu. Nie wiedziałem co im powiedzieć, sam to rozkręciłem, sam nagłośniłem i spowodowałem że znalazło się w porządku dziennym obrad. Więc, jak widzicie drodzy czytelnicy, takie pomysły miewają puławscy rajcy, dlatego mimo złożonego przez J. pisma wciąż czekamy niecierpliwie na jakąś decyzję, ewentualnie komornika.
Kilka odcinków temu pisałem o pewnej kobiecie, która napisała do mnie Messengerem i chodziło jej, bym pomógł jej synowi. Chłopak uzależniony od heroiny, na własną rękę kupował – przynajmniej tak twierdził – Suboxon, by jakoś wyjść z tego bagna. Byłem przekonany, że zwyczajnie ją nabiera i zamiast Suboxonu kupuje helupę (heroina). Poza tym jest to lek, którego nie wolno brać bez kontroli lekarza. Zaproponowałem, że zadzwonię do ordynatora detoxu w Lublinie i spróbuję zaklepać mu miejsce. Wielokrotnie opisywany tutaj przeze mnie doktor Andrzej Kaciuba jest najlepszym w Polsce specjalistą terapii uzależnień, do tego najbardziej skromnym lekarzem jakiego znam, czasami już waham się czy dzwonić i kolejny raz zawracać mu głowę, by kogoś przyjął. Ale determinacja kobiety była ogromna, więc nie mogłem jej odmówić. To byłoby nieludzkie. Zadzwoniłem więc i jak zawsze gdy zreferowałem problem kazał przyjechać w poniedziałek. Chłopak jechał samochodem z drugiego końca Polski, zajechał więc po mnie i mimo, że wcześniej się w ogóle nie znaliśmy, to po wypiciu kawy byliśmy już kumplami. Bardzo fajny chłopak. Pojechałem z nim do Lublina i doprowadziłem do momentu, gdy wywołali go na izbę przyjęć. Wtedy zawróciłem i pędem do Puław, bo o 12,30 miałem umówioną wizytę u dentysty. Zdążyłem załatwić jedno i drugie. Tylko flagi wciąż nie mam więc pozostaje jedna niezałatwiona sprawa z tygodniowego planu.
Wrócę jeszcze do sprawy Amiki Wronki i samobójstwa Ilony Pujanek, w poniedziałek obszerny reportaż zamieściła „Wyborcza” w „Wysokich Obcasach”. W pierwszej chwili wkurzyłem się, że tak późno, dwa i pół roku po tym zdarzeniu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że jednak to dobry pomysł. Dzięki temu sprawa nie zniknie z przestrzeni publicznej. Zapadł już pierwszy wyrok, w którym skazano lokalną dziennikarkę Ankę Wilk-Baran, na trzy letni zakaz wykonywania zawodu i pracy w mediach. 28 maja również byłem przesłuchiwany przez ten sąd w innej sprawie, ale też dotyczącej lobbingu w zakładzie. Felieton piszę dwunastego czerwca i do tej pory poznański sąd nie zwrócił mi kosztów podróży. Gdy zadzwoniłem, to niezbyt przyjemnym głosem jakaś pani poinformowała mnie, że najpierw sędzia musi podpisać, potem dział finansowy zaakceptować i wtedy dostanę lub nie przelew. Okazuje się, że mogę nie dostać zwrotu kosztów podróży. A to naprawdę kawał drogi. Przy dobrym połączeniu, czyli nie czekając zbyt długo na pociąg w Warszawie, to podróż trwa 10-12 godzin. Z Puław do Warszawy jeżdżą teraz tylko busy, a droga na całym odcinku jest w przebudowie, więc jazda trwa czasami trzy i pół, cztery godziny, plus cztery godziny pociąg z Warszawy do Poznania. Gdyby udało się na styk, to teoretycznie można się tam dostać w osiem godzin. W praktyce jest to niemożliwe. Ponieważ adnotacja była „stawiennictwo obowiązkowe” to dla kogoś takiego jak ja żyjącego z dnia na dzień wiąże się z zadłużeniem. Sąd ma to jednak w dupie i pieniądze zwróci lub nie. Chociaż kolejna adnotacja mówi o tym, że zwrot kosztów się należy. Upłynęły jednak dwa tygodnie i nic, więc już nie wiem czego się spodziewać, a dzwonić tam raz jeszcze, by wysłuchać nieprzyjemnego głosu jakiejś pani (ocena subiektywna) chyba jest bezcelowe.
Piszę to nie po to by się żalić, tylko by uczulić tych, którzy dostają takie wezwania. Gdybym wiedział, że tak będzie, zwyczajnie poszedłbym na zwolnienie lekarskie, taka sugestia dla tych, których na podróż nie stać. Pierwotnie bowiem zakładałem, że pożyczę pieniądze na podróż w jedną stronę i hostel, bo przecież kasa zwróci od ręki, więc będę miał na powrót. Nic z tego.
Na dzisiaj wystarczy. I tak poruszyłem zbyt wiele wątków zamiast skupić się na jednym. Pominąłem zupełnie kłamstwo wyborcze Biedronia który kandydując do PE obiecał ludziom, że zrzeknie się mandatu by kandydować jesienią do Sejmu. Ludzie mu uwierzyli i oddawali więc głosy traktując to jak manifestację poparcia. A Robert Biedroń okazał się zwykłym małym oszustem. Bo jeśli jego Wiosna, jesienią nie przekroczy pięciu procent, to będzie tylko jego wina i rządy dalej będzie sprawował Kaczyński. Chciałoby się napisać „Biedroń, ty ch…”, ale ktoś może mnie wziąć za homofoba.. cdn

Pojawił się pomysł, by ponownie wydać książkę „Z dna”, znaleźć dobre wydawnictwo, wydrukować kolejny nakład i pójść za ciosem wydając dwie, następne jej części. Jedna będzie dalszym ciągiem losów bohatera, a druga składałaby się z felietonów o tym samym tytule.

Stoi ułan na widecie…

Śpiący w samochodzie żołnierz ukradł panu prezydentowi całe defiladowe szoł.

Prezydent Duda, jak zwykle 3 Maja patriotycznie podniecony… a tu chłopak – pewnie umordowany ciągłymi alarmami, wyjazdami o bladym świcie, godzinami stania w bezruchu – ma to wreszcie wszystko gdzieś i dusi komara! W samochodzie, ale jednocześnie w oku kamery, z prezydentem na pierwszym planie. Duda ble, ble o żołnierskiej daninie krwi składanej od wieków i dyrdymały o historii najnowszej, a żołnierz – w kimę. Żołnierz tak ma – zasypia w każdej pozycji, w każdych okolicznościach, bo nigdy nie wie, kiedy znów okazja się trafi!…
No, ale nam kimać nie wolno. My, obywatele, zwłaszcza nieco starsi, kimnąć się nie możemy ani na moment. Mamy słuchać i targać za uszy każdego – choćby i prezydenta – kto nas nie szanuje, ma nas za głupków wmawiając nam ordynarne kłamstwa. Jeśli mówimy, że powinniśmy bronić swojej historii, to nikt za nas tego nie zrobi.
Minione dni obfitowały w kłamstwa, ociekały obłudą, hipokryzją i bezwstydem.
Oto minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas uroczystości 74. rocznicy forsowania Odry w Gozdowicach (woj. zachodniopomorskie), wspominając poległych żołnierzy, mówił: „pamięć dla tych, którzy polegli, jest wieczna”; że ich ofiara „kształtuje polską tożsamość narodową”, a także: „nigdy nie wolno nam zapomnieć o krwi i poświęceniu polskiego żołnierza”.
Jego rządowy kolega zaś, minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński, przypomniał, że wielu żołnierzy biorących udział w walkach nad Odrą „nie zdążyło do armii gen. Andersa”, a I Armia Wojska Polskiego „była dla nich szansą na to, aby wrócić do Polski”.
Dodał też: „Jest dla mnie dzisiaj zaszczytem jako ministra, ale przede wszystkim jako mieszkańca tej ziemi (…), że mogę ukłonić się nisko tym z bohaterów, którzy tutaj o Polskę walczyli, opatrzność pozwoliła im przeżyć i są dzisiaj tutaj z nami. (…) Wasza krew, wasz pot, wasze poświęcenie, wasze umiłowanie ojczyzny ma dzisiaj w oczach rządzących taką samą wartość, jak krew, pot, poświęcenie żołnierza spod Tobruku, spod Monte Cassino, marynarza spod Narwiku, podwodniaków, którzy walczyli na morzach i oceanach, jak każdego polskiego żołnierza. (…) Krwi polskiego żołnierza nie wolno dzielić, nie wolno wartościować”.
Czy panowie ministrowie mają w domu lustra? Panowie zapomnieli: „Naszą chlubą jest oczywiście okres I wojny, wojna z bolszewikami, boje o Lwów z Ukraińcami i Wilno z Litwinami, czas międzywojnia. II wojny światowej już tak jednoznacznie nie można ocenić. Nie myślę rzecz jasna o 2 Korpusie gen. Andersa, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, AK czy NSZ-ecie, ale ze względu na wojsko, chciałem powiedzieć polskie, ale powinienem jednak powiedzieć ludowe Wojsko Polskie, które powołał Stalin w maju 1943 roku. Trudno mi uznać tę formację za część historii naszego oręża.”…
Te słowa wypowiedział Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. Gen. K. Sosnkowskiego, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady przy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nie słyszałem, żeby swoje myślątka na temat żołnierzy, których panowie w tym roku, roku wyborczym, tak gorliwie czcili, odwołał. Co więc jest w panów ustach prawdą, a co łgarstwem? Bo jeżeli poszliście po rozum do głowy i rzeczywiście szanujecie ofiarę żołnierzy idących ze Wschodu do Berlina, to co na tych stanowiskach robi do tej pory pan Cenckiewicz?
Dlaczego też zdecydowanie nie przetniecie ciągłych podchodów wojewody zachodniopomorskiego, któremu przeszkadzają nazwy niektórych ulic w Kołobrzegu – związane z walkami o miasto w 1945 roku – a nawet Pomnik Zaślubin z Morzem, którego trwanie na kołobrzeskim brzegu wcale nie jest pewne.
Idźmy dalej – skoro minister Błaszczak jest zdolny do takich werbalnych wzniosłości pod adresem żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, to dlaczego w takim razie odmówił wojskowej asysty na pogrzebie najstarszego admirała Marynarki Wojennej, 97-letniego Henryka Pietraszkiewicza, który odszedł w kwietniu na wieczną wachtę? Do wojska został wcielony, gdy miał 21 lat. Początkowo do Armii Czerwonej, potem wylądował w Wojsku Polskim. Po ukończeniu kursów oficerskich, w składzie 4 Dywizji Piechoty WP, przeszedł szlak bojowy do Berlina. Po wojnie wstąpił do Marynarki Wojennej. Był prymusem w Szkole Marynarki Wojennej, służył na ścigaczu okrętów podwodnych ORP „Sprawny”, był dowódcą ORP „Sęp”. Podwodniakiem został do końca, pełnił coraz wyższe stanowiska. Był dowódcą Brygady Okrętów Podwodnych, potem dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża na Helu. Był komendantem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, szefem Sztabu Głównego Dowództwa Marynarki Wojennej, zastępcą Dowódcy Marynarki Wojennej do spraw Liniowych. Po zakończeniu służby był prezesem Ligi Morskiej wspierał Polskie Towarzystwo Nautologiczne, Stowarzyszenie Miłośników Okrętu Muzeum ORP „Błyskawica” czy też Bractwo Okrętów Podwodnych… I takiemu żołnierzowi odmówił pan, panie Błaszczak, asysty wojskowej podczas pogrzebu? Bo IPN podobno jakąś teczkę odgrzebał? A czy pańscy mianowańcy, ekspresowo awansowani, „wybitni dowódcy” po przyspieszonych kursach, nie współpracują z wojskowymi służbami specjalnymi? Nie stawiają się na odprawach, nie uczestniczą w naradach sztabowych? Nie udzielają żądanych informacji? Że niby, co – to inni dowódcy są, inni ministrowie, inne służby? Niepodległe? Różnie mówią. Jeden nawet dwie książki napisał o pańskim poprzedniku, a propos słówka „niepodległe”. I niech pan sobie wyobrazi, że ten pański poprzednik „oszczercy” do sądu nie podał! Taki honorowy…
Czyny panów, panowie ministrowie, i, że tak powiem – „praktyka rządzenia”, jedynie wzmacniają blask bijący od waszych miedzianych czół.
Uroczystości patriotyczne odbywały się nie tylko na zachodnich rubieżach Rzeczypospolitej, ale także w jej sercu, na Placu Piłsudzkiego w Warszawie. Rządzący dziś notable składali wieńce przy Grobie Nieznanego Żołnierza.
Czy dręczyła ich jednak refleksja, co oni właściwie demonstrują – szacunek i podziw dla bohaterów, czy może namysł nad własnym wkładem w budowanie kłamstwa?
Przecież ci honorowani nad Odrą żołnierze I i II Armii Wojska Polskiego, po zakończeniu wojny wracali do kraju, Jedni szli do cywila, inni dostawali nowe przydziały. Jedni brali się za zagospodarowywanie Ziem Zachodnich i Północnych, ściągali osadników, przydzielali im domy i ziemię, zagospodarowywali odłogi tworząc PGR-y, zakładali szkoły, odbudowywali uniwersytety. Innych ojczyzna wezwała do nowej walki w obronie przed bandami, „zbrojnym podziemiem”. Tym razem oprócz Niemców strzelali do nich „swoi”. Dla „leśnych” każdy zabity żołnierz, każdy zabity milicjant, każdy „ukarany” za pomaganie władzy ludowej – choćby kobieta, nauczyciel wiejski, wybatożony chłop biorący ziemię z reformy rolnej, zabity Żyd, to był powód do dumy i mołojeckiej sławy. Wielu żołnierzy I i II Armii WP przeżyło szturm Berlina, ale nie przeżyło szturmu na posterunek milicji, w którym przebywali, zasadzki na oddział, w którym służyli, nie przeżyli niewoli u „leśnych”…
To panowie – pochylający głowy przed Grobem Nieznanego Żołnierza – tolerują oburzające manipulacje historią i kupczenie żołnierską krwią z politycznych pobudek. Oprócz bowiem rozsianych na kolumnach Grobu tablic upamiętniających żołnierzy spod Kołobrzegu, z Wału Pomorskiego, Budziszyna, Berlina, Lenino nawet – choć ono schowane jest ciut wyżej niż chodnik – na dumnym miejscu wiszą tablice z „bitwami zbrojnego podziemia”. Ci pierwsi ginęli w walce z Niemcami, wyzwalali Polskę, po to, żeby po paru miesiącach ci drudzy mordowali ich „ku chwale ojczyzny”… Panom to nie przeszkadza? Państwu, które współtworzycie na co dzień, to nie przeszkadza?
Już nie mówię o tym, że spośród bitew stoczonych przez I i II Armię WP wymieniono bodaj osiem, zaś bitew „leśnych” uhonorowano aż 18! To ci dopiero była siła!
No właśnie… Dlatego nie liczcie na zapomnienie, nie miejcie złudzeń, że patriotycznym klajstrem zamulicie mózgi. Niektórym na pewno, bo ludzie słabi są i dla „miski ryżu” będą „zapieprzać” dla kogo bądź. Ale nie oni stanowią o pamięci. Zatem musielibyście zmienić znacznie więcej niż tylko frazeologią patriotyczną, żeby dać Polsce szansę na posklejanie tego, co rozwaliliście. Nie ma w was takiej skłonności.
Wracając więc do defilady, którą urządziliście z okazji 3 Maja – oglądając ją przypomniałem sobie ostatnie miesiące Polski Ludowej. Każdy już czuł, że coś się kończy i coś zaczyna. Wtedy, po bardzo długiej przerwie na ulicach Warszawy zabrzmiała „Pierwsza Brygada”, zagrana wzruszająco przez Orkiestrę Reprezentacyjną Wojska Polskiego. Była jak żołnierze po latach tułaczki wracający do domu… Ciary chodziły po plecach.
Wy zaś – na kilka dni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i na kilka miesięcy przed wyborami do Sejmu i Senatu, pokazaliście maszerujących klawiszy, policję skarbową, swoich ochroniarzy – na szczęście spieszonych, więc limuzyny były bezpieczne – i Wojska Obrony – Jeb! Jeb! Jeb! – Terytorialnej…
Myślę sobie, że nasz koniec był ładniejszy, chwytający za serce, nieco sentymentalny i jakby pogodzony z historią. W każdym razie nikt nie spał…

Nie przeszkadzać!

Ja tam nie chcę nic mówić, ale – na naszych oczach – właśnie dogasa epoka.
Epoka „kolegów z solidarnościowej piaskownicy”, którzy postanowili pourywać sobie głowy wraz z szyjami i kawałkiem barku. Gdy skończą, na plac boju wkroczą nowi, młodzi, pełni zapału do porządkowania świata – mężczyźni, rzadziej – kobiety. Przy czym, najwytrwalsi z nich, skończą tak jak ci dzisiaj. Okładając się kłonicami.
Kwiat Jednej Nocy żyje przez jedną noc, motylki – kilka dni, a zwarta formacja polityczna tyle co pokolenie – w blasku i bitewnym zgiełku trwa tyle, ile żył Chrystus. Trzydzieści lat z okładem.
I te trzydzieści lat właśnie mija.
Jednego dnia gazeta, co z braku rządowych ogłoszeń, przestała głosić chwalbę samozaradności, widząc przed sobą jeno przepaść, chce, aby elektorat przeciwnika wbił sobie do głowy iż jej lider jest „niebywale bogaty”, tak bogaty, że zbudował w środku stolicy wieżowiec, a zapłacić murarzom nie chce (piszę o przekazie docelowym).
Na to strona rządowa, głosami swych pretorian, zwanych dla niepoznaki dziennikarzami, pozbawia znanego Stefka nazwiska w pełnym brzmieniu, ale i tak wiadomo, że chodzi o osobnika spod znaku: „Szczaw i mirabelki”. Stefek, w zamian za ułatwianie interesów, podobno popadł w grzech rozpusty, pozwalając, aby opłacano jego trudy łóżkiem w kiepskim stanie, z nałożnicami, o których nic nie wiemy, ale się na pewno, jak nie dziś to jutro, dowiemy.
Ba, i żeby to był koniec młócki. Kłopot w tym, że to dopiero pierwsze takty uwertury.
Klasyk gatunku, Leszek Miller, był łaskaw powiedzieć, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy, a nie jak zaczyna (budowanie domu? sadzenie drzewa? bo z płodzeniem syna to i sąsiad sobie poradzi).
Mężczyźni z „solidarnościowej piaskownicy” właśnie kończą.
Co robić?
Na poznańskiej Widzie zwykle w takich okolicznościach podpowiadano:
Nie przeszkadzać.

Wrocław walczy o in vitro

W miniony czwartek pochylaliśmy ze smutkiem i zadumą głowy nad śmiercią prezydenta Adamowicza, Rada Miejska Wrocławia, w tym dniu, uchwaliła uchwałę za życiem, czyli program finansowania zabiegów in vitro z pieniędzy miejskich.
Jak wiadomo rząd, któremu kościół wyznacza kierunki ideowe, zabrał rządowe, czyli nasze, pieniądze na tego typu zabiegi. Wg kościoła te zabiegi są nieludzkie i wbrew Bogu, choć rodzi się, dzięki nim, wiele dzieci.
Trzy osoby stały na galerii z plakacikami na których napisano, że in vitro to śmierć czy jakoś tak. Do tego prezentowano zdjęcia z poaborcyjnymi płodami. Miało to pewnie sugerować, że właśnie in vitro do tego się przyczynia.
Radny PiS odczytał nakazy kościelne i kary jakie grożą tym, którzy opowiadają się za tą metodą. Głosowanie za in vitro to wielki grzech dla katolików. Wystąpienie nie było w stylu Kai Godek, a czytający odklepał je beznamiętnie. To wystąpienie pokazało jak kościół chce być obecny w polityce i przy tworzeniu prawa cywilnego. Inny radny, też z PiS, zaproponował, by finansowały in vitro prywatne fundacje. Pewnie też są i takie. Idąc tym tropem myślenia można by zaproponować wycofanie rządowego programu 500+. Niech sobie sami rodzice dzieci chowają, sami kształcą albo powołają do pomocy prywatne fundacje.
Jednak rozsadek innymi drogami na obradach Rady chodził. Aż 7 radnych PiS wstrzymało się od głosu, 6 było przeciw finansowaniu zabiegów. Zdecydowana większość, zapewne przede wszystkim katolików, głosowała za finansowaniem zabiegów z budżetu miejskiego.
W liście Akcji Katolickiej, kierowanym do radnych napisano, opisując treść w dużym skrócie, że in vitro, to samo zło. Na końcu listu dopisano … „Ufamy, że rozważycie Państwo w swoim sumieniu problem finansowania in vitro i podejmiecie właściwą decyzję”…. I owszem radni rozważyli i zdecydowana większość podjęła właściwą decyzję. Była za finansowaniem zabiegów in vitro. Co na to Akcja Katolicka? Nie wiem.

Powstanie w Warszawie My, socjaliści

Ocena celowości wywołania i skutków Powstania Warszawskiego od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii. Potwierdzeniem tego są tegoroczne obchody 74. rocznicy wybuchu powstania w Warszawie. Trudno nam, Polakom być obojętnym wobec powstania. Dziesiątki tysięcy polskich rodzin straciło w Warszawie swoich bliskich. Wszyscy, którzy przeżyli, utracili dorobek życia i szanse na wiele lat. Wszyscy, którzy przeżyli, wyszli z powstania okaleczeni psychicznie, do dziś bowiem padają pytania, jaki to miało sens? Bilans ofiar jest znany – ponad 200 tysięcy cywilnych mieszkańców stolicy straciło życie, zrujnowane zostało milionowe miasto z zamiarem wykasowania go z mapy Europy. W trakcie dwumiesięcznych walk oddziały powstańcze straciły bezpowrotnie blisko 16 tys. żołnierzy – z czego 10 tys. poległych oraz 6 tys. zaginionych, których należy uznać za zabitych. Rannych zostało ok. 20 tys. powstańców – w tym 5 tys. ciężko. Do niemieckiej niewoli trafiło ok. 15 tys. żołnierzy (w tym ok. 900 oficerów i 2 tys. kobiet). Duże straty poniosły również oddziały 1. Armii Wojska Polskiego. W walkach o Pragę, a zwłaszcza podczas prób forsowania Wisły oraz wspólnych walkach z powstańcami na Czerniakowie, utraciły one blisko 5,5 tys. zabitych i rannych. Straty niemieckie wyniosły 2000 żołnierzy. Okupant niemiecki nie szczędził sił, aby odwet za powstanie był dotkliwy i wielowymiarowy, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Zarówno w Powstaniu, jak i wcześniej, od momentu wybuchu II wojny światowej podstawą ruchu oporu byli żołnierze środowisk socjalistycznych wywodzący się z PPS. Oni organizowali działania zbrojne w Gdyni w ramach akcji „Czerwonych Kosynierów” i w Warszawie w ramach „Robotniczych Batalionów Obrony Warszawy” w 1939 roku. Później opór socjalistów koncentrował się wokół organizacji Polskich Socjalistów, Gwardii Ludowej WRN, Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Był także obecny w obozie w Auschwitz. Socjaliści z wymienionych formacji wzięli udział w Powstaniu Warszawskim w ramach oddziałów Armii Krajowej na Żoliborzu, gdzie rozpoczęli powstanie, w Śródmieściu i na Mokotowie. Wielu z nich oddało życie za wolną Polskę.
Z ubolewaniem przyjmuję jednak zbyt daleko posunięty umiar w analizie i ocenie powodów decyzji politycznej i wojskowej w sprawie wybuchu powstania. Przez te lata powiedziano już wiele. Szczególnie cenię tutaj kolejne wydania znakomitej, obiektywnej pozycji Jana Ciechanowskiego „Powstanie Warszawskie”.
W jednym z wywiadów mówiąc o ówczesnej sytuacji Ciechanowski stwierdza: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Jest to kwintesencja jego głębokiego wywodu naukowego, którego nie przyjmują do dziś niektóre środowiska emigracyjne i prawicowe. Przed samym wybuchem Powstania wiadomo było, że Armia Czerwona przegrała z Niemcami jedną z największych bitew pancernych II wojny światowej pod Wołominem. Fakt ten skrzętnie ukrywa się do dziś. O ile w sprawie oceny skutków powstania mamy narodowy consensus – liczby nie kłamią, o tyle spory dotyczą diagnozy ówczesnej sytuacji i przyczyn wybuchu powstania. Siły polityczne prawicy prowadzą dziś grę zarówno osobą Józefa Piłsudskiego jak i wybranymi faktami z historii II RP. Również Powstanie Warszawskie jest przedmiotem tej gry. Dość subiektywne, odbiegające od rzeczywistości oceny ówczesnego stanu relacji pomiędzy członami koalicji antyhitlerowskiej i roli Polski na tym tle służą budowaniu tezy o słuszności decyzji. Wiemy już od dawna, że decyzja ta nie była słuszna. Kazimierz Pużak powiedział później: „To są sprawy bolesne. To są sprawy podejrzane… Wszystkich nas zaskoczyli…” Romantyczne wątki w naszej kulturze historycznej mają swoje znaczenie w zbiorowej świadomości obejmującej przeszłość, niewiele jednak znaczą w relacjach ze współczesnym światem dziś i w przyszłości.
Chciałbym wierzyć, że kolejne lata będą przynosiły w narodowej debacie o Powstaniu Warszawskim coraz więcej obiektywizmu. Należy składać hołd bohaterom, należy jednak trzeźwo oceniać stan faktyczny i podłoże polityczne podjętych wówczas, 1 sierpnia 1944 roku decyzji. Piszę to z wielką troską i odowiedzialnością, należę bowiem do rodziny, dla której mit Powstania Warszawskiego ma ogromne znaczenie.