Niech sczezną wojny

Takim zawołaniem można by ująć przesłanie najlepszego spektaklu tegorocznych, 39 WST, czyli TROJANEK Eurypidesa z gdańskiego Teatru Wybrzeże w reżyserii Jana Klaty.

Reżyser za pośrednictwem chóru kobiet trojańskich ukazuje bezmiar nieszczęść, jakie nieci wojna. Każda wojna, nie tylko ta pod Troją. Druga część WST, wyraźnie lepsza od pierwszej (relację z pierwszej części opublikowałem tydzień temu), odsłoniła dolegliwe opresje, jakim poddawany jest człowiek – jako zbiorowość i jako jednostka. To nie tylko „Trojanki”, ale także „Lwów nie oddamy” z Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, rzecz o presji wywieranej przez historię i zbiorowe wmówienia na stosunki między sąsiednimi narodami, Gombrowiczowska „Ferdydurke” z radomskiego Teatru im. Jana Kochanowskiego, portret dołującej jednostkę niedojrzałości i „Pod presją” z Teatru Śląskiego, spektakl Mai Kleczewskiej o narodzinach psychicznego rozchwiania na pozór szczęśliwej kobiety, gasnącej pod wpływem narastających presji, jakim poddawana jest w świecie mężczyzn.
Niedojrzałość
Mimo że „Ferdydurke”, sławna powieść Witolda Gombrowicza była już kilkadziesiąt razy przenoszona na scenę, udało się reżyserce Alicji Moś-Kerger i aktorom stworzyć pełne żywiołowego zapału, przekonujące widowisko, rządzące się własnym rytmem i formą. Rozegranie całości na umieszczonej pośrodku sceny arenie, po której bokach na krzesełkach siadają nieuczestniczący w akcji aktorzy i pozbawienie inscenizacji wszelkich innych wspomagających elementów dekoracji sprawiły, że ciężar spektaklu spoczął na aktorach. Wywiązują się z zadania znakomicie, obejmując coraz to nowe role: uczniów, belfrów, rodziny Młodziaków, służby dworskiej i krewnych Józia. Jedynie upupiany Józio (Mateusz Paluch) trwa przy swojej roli jako komentator i narrator. Dramaturgię (dzieło Anny Kulpy) wspomagają śpiewane refreny albo fragmenty tekstu Gombrowicza, dodatkowo porządkując formę.
Ciężar narastającej opresji sprawia, że bohater musi na koniec uciekać – to logiczna konsekwencja doświadczeń, które dosłownie spadają na Józia ze wszystkich stron: starannie dobranego grona pedagogów z profesorem Pimką na czele (wyrazisty Mateusz Michnikowski), uciążliwych kolegów z ławy szkolnej, porwanych idejkami nowoczesności Młodziaków i tkwiącej w feudalnej jeszcze Polsce rodziny. Świetne, dojrzałe przedstawienie, choć traktuje o dojmującej niedojrzałości.
„Kłopotliwe” sąsiedztwo
W pewnym sensie o niedojrzałości we wzajemnych stosunkach traktuje spektakl „Lwów nie oddamy” Katarzyny Szyngiery, Marcina Napiórkowskiego, Mirosława Wlekłego, (w reżyserii Katarzyny Szyngiery). To nie jest spektakl bez wad. Można w nim dostrzec sporo usterek dramaturgicznych, mimo że autorzy starają się starannie uporządkować pracowicie gromadzony materiał faktograficzny. Nie zawsze sprawdzają się zastosowane środki aktorskie (czasem nadekspresyjne, czasem za słabe). Ale mimo te niedoskonałości przedstawienie budzi zainteresowanie i wywołuje emocje. Jego chropowatości wpisują się w podjęty temat.
To przecież opowieść o niełatwym sąsiedztwie, którym dyryguje historia, ideologie, ekonomia i politycy. Ludzie bywają ich zakładnikami, czasem nieświadomie. Tak to ujmuje ten inteligenty spektakl o relacjach polsko-ukraińskich. Sprawa ważna dla wszystkich mieszkańców Polski, ale szczególnie ważna dla widzów teatru w Rzeszowie. I choć autorzy dobrze wiedzą, że przedstawieniem teatralnym nie zmienią świata, to stawiają krok w dobrym kierunku. I za to należą im się brawa.
Kobieta bez szans
„Pod presją” Łukasza Chotkowskiego i Mai Kleczewskiej publiczność 39 WST przyjęła entuzjastycznie. To było, prawdę mówiąc, jedyne przedstawienie, które atmosferą na widowni przypominało dawne Spotkania, kiedy za ich pulpitem dyrygenckim stał Mieczysław Marszycki. Na sali nadkomplet, mnóstwo młodych ludzi siedzących na poduszkach, poczucie wielkiego święta. Nic dziwnego – sławny i wychwalany (słusznie!) spektakl Mai Kleczewskiej to dzieło dużej miary. Budzi respekt precyzją konstrukcji dramaturgicznej (efekt pracy Łukasza Chotkowskiego), przetworzeniem i przekroczeniem granic scenariusza filmowego Cassavetesa („Kobieta pod presją”), który stanowił podstawę spektaklu, poziomem materiału filmowego, który obok warstwy żywego teatru, rozgrywającego się na naszych oczach tworzy swoistą nadrzeczywistość, a przede wszystkim niezwykłą rolą Sandry Korzeniak, której towarzyszy z oddaniem zespół aktorów Teatru Śląskiego. Twórcom spektaklu udało się dotknąć czułej struny psychicznych uwikłań i udręk, które stają się udziałem głównej bohaterki, Mabel Longhetti, To w jej wnętrzu toczy się sztuka i w jej wnętrzu powstaje o tym film – co więcej, na koniec także bohaterka ocenia efekt tek publicznej wiwisekcji z uwagą patrząc na ekran, zajmujący górną połowę sceny.
Widzowie podglądają zarówno to, co się dzieje w jej głowie pod presją codziennych zdarzeń, a czasem wysoce depresyjnych sytuacji (związek z ojcem molestującym Mabel w dzieciństwie), i co dzieje się w labiryncie jej mieszkania, gdzie Mabel czuje się jak zaszczute zwierzę. Wszystkie doznawane rany i urazy z czasem kumulują się aż do dramatycznego wybuchu, kiedy kobieta eksploduje. Scena, w której dokonuje się swego rodzaju gwałt na Mabel, siłą zabieranej do szpitala dla nerwowo chorych budzi przerażenie – mimo że takich scen widzieliśmy wiele w dziesiątkach filmów czy przedstawień. Zawsze są poruszające, ale Sandra Korzeniak wytwarza rodzaj pola zaraźliwego magnetycznego, poruszając się między wysokimi tonami liryki i skrajnej wulgarności. Odsłania w ten sposób przepastne nieszczęście, które dotyka kobietę pod presją, cierpiącą na życie i daremnie szukającą pociechy w dźwiękach opery. Kiedy wróci po długotrwałym leczeniu do domu, jej martwa twarz będzie najsilniejszym komentarzem tego wszystkiego, czego doznała.
Gniewny lament
„Trojanki” to sugestywny manifest pacyfistyczny. Kobiety spustoszonej Troi, niegdyś dumna elita miasta, teraz branki opłakujące poległych, oczekują na pohańbienie. Odziane we wspólny czarny całun brną po piaszczystym brzegu w oczekiwaniu na dopełnienie ich losu. Przewodzi im Hekabe, była królowa, której nie oszczędzono niczego – zwycięzcy Grecy, pełni euforii podejmują barbarzyńskie decyzje, składają ofiary z kobiet, gwałcą, poniżają. Nawet ich Posłaniec z rosnącym wstydem przekazuje okrutne wieści.
Dorota Kolak tworzy wybitną kreację. Jako Hekabe potrąca najgłębsze struny bólu, jej twarz martwieje, oko matowieje, a głos, choć wciąż władczy, kruszeje. Aż przechodzi w skowyt, kiedy ofiarą padają jej córka, a potem wnuk. To już nie jest cierpienie na ludzką miarę. Wydawane zwycięzcom branki, bez wierzchniego odzienia, w czarnych halkach opuszczają całun bezbronne, na pastwę nowym panom – Hekabe pozostanie na koniec sama. Tak jak osobna od początku Kasandra – w białej, krótkiej sukience z gitarą elektryczną (Małgorzata Gorol), anioł zagłady, który pod koniec spektaklu przemieni się w gwiazdę disco. Obie żyją już tylko zemstą, zainfekowane okrucieństwem wojny, Kasandra na zimno, Hekabe gwałtownie. Odwet dochodzi do apogeum w scenie mordu dzieci Polymestora (Krzysztof Matuszewski), władcy Tracji. To zapłata za śmierć najmłodszego syna Hekabe, którego miał strzec (a zabił) tak jak pilnować miał trojańskiego złota (a ukradł). Silne wrażenie wywiera scena ostatniego spotkania mścicieli i ofiar jednocześnie, Hekabe i Polymestora, któremu kobiety trojańskie wyłupiły oczy jak Edypowi. Śmiertelni wrogowie nieledwie towarzysko gawędzą ze sobą, oboje syci zemstą, zadowoleni ze spustoszenia, jakiego dokonali.
Kiedy tragedia się dopełni, Klata zaskakuje zmianą nastroju, sięgając po wątki z Eurypidesowej „Heleny”, pierwszej w Europie tragikomedii. Helena (żywiołowa Katarzyna Figura) jak współczesna turystka na wywczasach w Egipcie spotyka ocalonego po wieloletniej tułaczce Menelaosa (Grzegorz Gzyl). Okaże się, że piękna Helena była wierna mężowi niczym Penelopa, a z Parysem do Troi uciekło tylko jej widziało – sztuczka złośliwych bogów.
Ten ironiczny komentarz Eurypidesa, ukazany przez Klatę w niemal farsowej konwencji, nie unieważnia tragedii wojny, ale odsłania jej idiotyzm. Nie dość, że w wojnie nie ma zwycięzców, to jeszcze jej motywy zakrawają na absurd – komentuje za tragikiem Klata. I niekoniecznie to tylko opowieść o początkach cywilizacji śródziemnomorskiej.

Od Wertera do Muchomorka

Minął już półmetek 39 Warszawskich Spotkań Teatralnych – wyjątkowo obfitych w spektakle, którym towarzyszy równolegle drugi, bardzo atrakcyjny przegląd Grotowski Fest.

Jest więc w czym wybierać, ale dużo wcale nie zawsze znaczy, że dobrze. Chyba jednak za dużo – mam na myśli WST, które powstały swego czasu z myślą o prezentacji w stolicy najlepszych spektakli sezonu z całego kraju. Różnie z tym bywało, ale rzadko zapraszano do Warszawy aż tyle (tym razem dwanaście w głównym nurcie) przedstawień. Wygląda na to, że Dorocie Buchwald, kuratorce WST chodziło raczej o pokazanie różnorodności poszukiwań niż o najlepsze produkcje, co przecież zawsze jest przedmiotem naturalnego sporu.
Na razie jednak teatr minionego sezonu w lustrze warszawskiego przeglądu przedstawia się dość średnio. Pojawiło się sporo niewypałów, spektakli niewykończonych albo warsztatowo puszczonych. Może ten wizerunek poprawi część druga, bo jak do tej pory można było z satysfakcją oglądać aktorski spektakl z Kalisza („7 minut”) i mistrzowski popis z łódzkiego Jaracza („Otchłań”) oraz sympatyczny, kipiący radosną młodością spektakl z Opola („Czeski dyplom”). Potwierdza to niezbyt oryginalną tezę, że o powodzeniu spektaklu decydują przede wszystkim aktorzy.
Zaczęło się nie najlepiej,
bo od „Instytutu Goethego”, zabawą inspirowaną „Cierpieniami młodego Wertera” (Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu), która okazała się wątpliwa, przyciężka i nudna. W pamięci z tego spektaklu pozostanie niewiele, a wielokrotnie miotanie na scenę i kopanie egzemplarzy książki (chyba Goethego) budzi raczej zażenowanie niż uśmiech. Publiczność (niemal w całości) odebrała spektakl w martwej ciszy, czego – jak na utwór o intencjach prześmiewczych – nie zaliczałbym do sukcesów. Trudno też wskazać na jakieś osiągnięcia aktorskie, zwłaszcza w partiach wokalnych.
Może nie mam szczęścia, ale oglądam kolejny spektakl Cezarego Tomaszewskiego, który rozczarowuje – co chwila się rozkleja, nie ma rytmu, gubi intencje. Owszem, werteryzm to jest na pewno temat, ale opracowany został banalnie i po wierzchu, nie budząc ani głębszych refleksji, ani nie poruszając emocji, choć na pozór to coś w rodzaju thrillera.
Zwiodły nadzieje także dwa spektakle przywiezione z Teatru Nowego w Poznaniu, „Beniowski. ballada bez bohatera” i „Holoubek, syn Picassa”.
Zapowiadany jako nowe słowo w czytaniu Słowackiego na scenie „Beniowski. ballada bez bohatera”, czyli
romantyzm na rockowo
poprzestał na zapowiedzi. Prawdopodobnie to spektakl dla młodzieży, a więc nie dla mnie. Chociaż na widowni Sceny na Woli młodzieży było tyle co na lekarstwo. Próba muzycznej reanimacji tekstu Słowackiego okazała się jednak z innego powodu chybiona. Gdyby nie finałowa energetyczna pieśń o kurhanach (muzyka Karol Nepelski), śpiewana z prawdziwym wigorem, wpadająca w ucho, spotkanie z pięcioma aktorkami i trzema muzykami grającymi na żywo, nie zostawiłoby wiele w pamięci. Przede wszystkim dlatego, że śpiewające aktorki przekrzykiwały się nawzajem jak w zawodach, kto głośniej, i skutecznie się zagłuszały – tak więc siłą rzeczy poezja Słowackiego grzęzła w niebycie.
Nie pomagały też partie mówione, pozbawione finezji właściwej temu aż kipiącego ironią poematu, który w tym płaskim wykonaniu przypominał deskę do prasowania.
Kto pamięta „Beniowskiego” Adama Hanuszkiewicza, ten wie, o czym mówię. Przytaczam więc fragment recenzji z tamtego spektaklu (1971), którą Wojciech Natanson opublikował w „Stolicy”: „Hanuszkiewicz nie o teatrze re­cytacji myślał, inscenizując „Beniowskiego”. Jego spektakl jest pełen scenicznego ruchu, dialogów, obrazów, dźwięku i kolorów. Okazało się raz jeszcze, że Sło­wacki był, jest i będzie jednym z najświetniejszych polskich komediopisarzy. Jego repliki mają blask niezwykły, efekty są cel­ne, postacie stają się wymarzo­nym materiałem dla aktorów, strofy przeobrażają się natural­nie w sceniczne sytuacje, charak­terystyki i autocharakterystyki wprowadzają od razu w bieg zda­rzeń. Nie tylko oktawa i sekstyna są na zawołanie; także i muzy tea­tru. Wszystkie w komplecie!”. Krótko mówiąc, to rejestr tego wszystkiego, czego nie uświadczymy w spektaklu w reżyserii Małgorzaty Warsickiej.
Zawiódł również drugi spektakl z Nowego, „Holoubek, syn Picassa” Andreasa Pilgrima / Sebastiana Majewskiego (reż. Julia Szmyt). Pomysł, aby przedstawić
łagodne rozstanie z widmami
realnego socjalizmu (bo jednak nie komunizmu, jak się usiłuje wbijać do głów), był przedni – zamiast wielkich sporów i patetycznych gestów, autor proponuje zabawę, sięgając po mity uosobione w kreskówkach tamtych lat. Głównymi bohaterami czyni Żwirka i Muchomorka, z wdziękiem zagranych przez Zbigniewa Grochala i Andrzeja Lajborka, i kilka jeszcze innych popularnych ikon kreskówek epoki minionej, a do tego na dokładkę Gołąbka Pokoju (autorstwa Picassa), w którego wciela się z ujmującą naiwnością Przemysław Chojęta. Ponieważ Żwirek wywodzi się z Czech w tytule znalazł się gołąbek po czesku, czyli Holoubek. Taki żarcik.
Gorzej jednak z wykonaniem świetnego zamysłu. Dobrych żartów tu jednak niewiele, autorowi zabrakło weny, a reżyserce wyobraźni, aby rzecz uczynić naprawdę lekką i zabawną, co nie znaczy pustą. Powstała raczej przyciężka rozprawka z pretensjami do humoru. Pewnie swoje dołożyła debiutująca reżyserka, która poprowadziła spektakl ciężką ręką – w szczególności fatalnie wypadli samozwańczy strażnicy poprawnej kreskówkowej przeszłości, niejaka Szapoklak, dama z pilotem na wózku inwalidzkim (Małgorzata Łodej-Stachowiak wykonująca wrzaskliwe popisy) i jej starszy asystent popychający wózek (Michał Grudziński, który gra tak, jakby zapomniał, jakim jest świetnym aktorem). Tak więc zabawa się rozsypuje. I flaczeje, jak nadmuchiwany domek, w którym kryją się buntownicze postaci z kreskówek, wybierające wolność.
Czeskie wycieczki
znalazły jednak spełnienie w spektaklu przywiezionym z Opola. „Český díplom” inspirowany reportażami Mariusz Szczygła to pełen wigoru, słodko-gorzki spektakl Piotra Ratajczaka. Najpierw był naprawdę dyplomem studentów Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej PWST. Tak udanym, że dyrekcja Teatru w Opolu zaprosiła spektakl do siebie. Teraz ma za sobą kolejny sprawdzian – świetne przyjęcie przez publiczność WST, która doceniła mieszankę czeskiego humoru (czasem wisielczego) z poważną porcją rozliczeń z czechosłowackim zaszłościami. A przy okazji opakowana w rozterki i obawy towarzyszące debiutującym aktorom – mamy okazje obserwować zabawne sekwencje na początku i końcu spektaklu, czyli reportaż na żywo z zascenia, emitowany na ekranie.
Ratajczak sprawił, że wiele w tym spektaklu, mimo trudnych tematów, energii i dowcipu – jak choćby w brawurowej sekwencji o „walce z terroryzmem”, która objawia się w publicznym striptizie, który ma doprowadzić bojowników islamskich do obowiązkowego samobójstwa.
Nie brak też uszczypliwych odniesień i paralel do polskiej rzeczywistości. Nie byłby Ratajczak sobą, gdyby nie zatrzymał się nad budzącym refleksję porównaniem katolickich obsesji Polaków i wyzwolonych postaw Czechów, wolnych od nadzoru episkopatu. Pokazane to zostało z dystansem, co nie znaczy, że zlekceważone. Metoda, którą posłużył się reżyser, polega wydobyciu ze szczegółów wniosków ogólniejszych, które jednak pozostawia widzom.
Młodzi aktorzy spełniają się w tym spektaklu wspaniale. Właściwie wszyscy, choć widać już liderów, którym można wróżyć dobrą aktorską przyszłość.
I na koniec
zachwycająca „Otchłań”
Jennifer Hale w reżyserii, scenografii i opracowaniu muzycznym Mariusza Grzegorzka. Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi jak zwykle nie zawodzi – perfekcyjne aktorstwo, przemyślany scenariusz i bogata warstwa wizualno-muzyczna (włącznie z wysmakowanymi kostiumami i lodowym tortem jak z krainy Królowej Śniegu) tworzą prawdziwe widowisko. To zasługa aktorów i Grzegorzka, który przeciętnej sztuce (thrillerze sf) Jennifer Halley nadał niepokojący kształt, mieniący się pulsującymi obrazami. Ich obecność na długim, na całą szerokość sceny, wąskim pasmem horyzontu budowała klimaty poszczególnych scen. Rozgrywały się one w tytułowej Otchłani, czyli następnej wersji Internetu, która zastąpiła świat naturalny, sygnowanej zimnymi, geometrycznymi schematami i równie zimnym, anonimowym umeblowaniem, oraz w Zaciszu, czyli przestrzeni wirtualnej utworzonej przez Papę (Andrzej Wichrowski), w której każdy po zalogowaniu za pośrednictwem swojego awataru może przenieść się w wirtualną wersję nieistniejącego już świata wiktoriańskiej ułudy (meble i kolorystyka z epoki), a nawet na łono niezdewastowanej jeszcze natury.
Rzecz w tym, że klienci (a więc to także, a może przede wszystkim biznes!) nie tylko pławią się wśród obrazów dawnych czasów, ale oddają się ryzykownym fantazjom o pedofilskiej orientacji – tu można z lolitkami robić co się zechce, także bezkarnie je mordować, bo wszystko rozgrywa się na niby. Klientami, a więc także ich awatarami mogą być tylko dorośli. Okaże się więc, że pod postacią lolitki (przebojowa Paulina Walendziak) kryje się wybitny nauczyciel fizyki (Krzysztof Zawadzki ze Starego Teatru, gościnnie w Jaraczu), a pod awatarem klienta Zacisza (Marek Nędza), detektyw Morris (Agnieszka Skrzypczak), prowadząca śledztwo przeciw Papie. Sprawa się skomplikuje, zwłaszcza gdy potwierdzi się teza pani detektyw, że nie można bezkarnie buszować w Zaciszu. Jego uwodzicielska siła dokonuje spustoszeń w psychice klientów.
Mariusz Grzegorzek skroił trzymający w napięciu spektakl, ze wpisaną weń przestrogą przed ucieczką w światy fantazji. I choć samo przesłanie nie jest odkrywcze, to spektakl dzięki inscenizacji i aktorom przykuwa uwagę.
Tyle na półmetku. Co wydarzy się podczas drugiej części WST, zobaczymy.

Lufcik na teatr

Może to nie jest okno wystawowe polskiego teatru, ale na pewno lufcik na teatr dla stołecznych teatromanów. Nie wyjeżdżając z Warszawy, można zobaczyć na własne oczy, co nowego w polskich teatrach.

 

Zwłaszcza że kurator tegorocznych 38. Warszawskich Spotkań Teatralnych, Dorota Buchwald zadbała, aby do Warszawy przyjechały spektakle „najgłośniejsze”. Czasami w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo takiego poziomu głośności dźwięku jak w spektaklu „Lokis” chyba nigdy mury Teatru Narodowego nie słyszały. Widowisko Łukasza Twarkowskiego, przywiezione z Wilna (z tamtejszego Teatru Narodowego), narobiło sporo hałasu na Litwie nim zagościło jako swego rodzaju deser na WST. To już dobra tradycja Spotkań, że w miarę możliwości zapraszane są produkcje z polskim stemplem z krajów sąsiadujących, dość przypomnieć pokazywane w ubiegłych latach spektakle: „Plac Bohaterów” Thomasa Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy (także z Wilna) czy „Iwonę, księżniczkę Burgunda” Witolda Gombrowicza w reżyserii Grzegorza Jarzyny (z Moskwy).

 

Co widać

przez lufcik WST? Przede wszystkim, że polski teatr ma się nie najgorzej – niezależnie od sezonowych utyskiwań i politycznych, czasem bardzo ostrych, sporów. Uderza bujna różnorodność propozycji, ucieczka od standaryzacji, wiele równoległych ścieżek poszukiwań, dzięki czemu teatr wymyka się monotonii czy jakiejś dominującej formie estetycznej. Mamy więc do czynienia z inscenizacjami klasyki („Wesele”), jej przetworzeniami („Hamlet”, „Lokis”), adaptacjami prozy („Murzyni we Florencji”), teatralizacjami scenariuszy filmowych („Sekretne życie Friedmanów”), specjalnie dla teatru tworzonymi scenariuszami („1946”, „K”, „Gdyby Pina nie paliła”). Wielka materii rozmaitość: od Szekspira i Wyspiańskiego po Vedranę Rudan i Pawła Demirskiego. Teatr próbuje stawiać diagnozy współczesnej Polsce, sięgając po klasykę („Wesele”) albo zmagając się z przyszłością („K.”). Nadal fascynuje się mrocznymi zakamarkami psychiki („Hamlet-komentarz”, „Sekretne życie Friedmanów”, „Lokis”), konfrontuje się z traumami, jakie niesie nieodległa historia („1946”, „Murzyni we Florencji”). Poszukuje odrębnej wyrazistej formy – ten przegląd był pokazem indywidualności twórczych, za każdym spektaklem stali artyści o swoim własnym, wyrazistym, budzącym emocje języku (Strzępka i Demirski, Bral, Klata, Tomaszewski, Twarkowski). O sile zaś ich propozycji, jak zwykle, decydowali aktorzy. Tu najwyraźniej królowali goście z Karkowa, we wszystkich trzech spektaklach („Wesele”, „Sekretne życie Friedmanów” i „Murzyni we Florencji”) pokazali klasę.

Nie zawiodła publiczność, która na większości spektakli pojawiła się w nadkompletach. O niektórych z nich, bo o wszystkich się nie da, spróbuję opowiedzieć.

 

Co tam panie w polityce?

Tym pytaniem z Wyspiańskiego, budzącym homerycki śmiech aktorów rozpoczyna się „Wesele” Jana Klaty, bez wątpienia najlepszego spektaklu 38. WST. Ten spektakl to już legenda. Obsypany nagrodami i pochwałami, ale przede wszystkim smutny dowód nas całkowitą nieprzystawalność osiągnięć i przegranej. Kiedy bowiem Jan Klata jako reżyser odchodzi do mistrzostwa, traci dyrekcję Starego Teatru. Jakie to typowo polskie.

Spektakl bardzo konsekwentnie zbudowany, w którym powstają wezwane przez black-metalową kapelę FURIA żywe trupy, drzemiące w zbiorowej podświadomości. Ożywają, ale nie mogą się uporać z wyzwaniami współczesności. Tak jak przed wiekiem z okładem okazywały bezradność wobec nieprzezwyciężalnych sprzeczności dzielących społeczeństwo, tak i dzisiaj okazują się tylko wspomnieniem tęsknot do jedności, wolności, niezależności.

Nic jednak z tych rojeń się nie rodzi, a do wspomnień dawnych podziałów wnikają silne akcenty współczesne. Najbardziej widać to w rozbudowanej partii Księdza (Bartosz Bielenia), granej sugestywnie przez młodego aktora, który próbuje łączyć oazowe tradycje z zachłannością kleru. Ostatnio partie Księdza bywają w inscenizacjach „Wesela” pomijane (jako rzekomo nieaktualne, ale to wykręt) – u Klaty przeciwnie: to on próbuje dyrygować tańcami w rytm piosnki „Chrześcijanin tańczy” i próbuje zaklajstrować to, co żadnym klajstrem pokryć się nie da.
Wiele w tym spektaklu rozwiązań zgoła rewolucyjnych, począwszy od scenografii i muzyki. Nie odnajdziemy tu chaty rozśpiewanej, ale jakiś prowizoryczny hangar obklejony czarną folią. Nie będzie też chochołów za oknem, ale wyschnięty kikut drzewa z pustą kapliczką, jakby bóg i święci opuścili to miejsce albo trwało jakieś boskie bezkrólewie; nie wiadomo jeszcze, kto zajmie miejsce w kapliczce. Nie ma też złotego rogu, Wernyhora przekazuje Gospodarzowi pusty woreczek foliowy i nie jest to wcale sztubacki żart. Będzie za to dwóch Jaśków, młody (Krystian Durman) i stary (Andrzej Kozak) i to do starego Jaśka, zmęczonego, bez sił i woli walki należeć będzie finał. Wcześniej swoje kulminacje będą mieli Gospodarz (Julian Chrząstowski) i Pan Młody (Radosław Krzyżowski).

Zasada „podwójności” pojawi się zresztą tutaj kilka razy. Radczyni i Klimina (świetne role Anny Dymnej i Elżbiety Karkoszki), choć trwające w wiecznym sporze, pojawiają się na scenie jako bez mała jedna postać, jak zrośnięte sprzecznościami bliźniaczki. Odbiciami samych siebie są rwące się do życia dziewczyny Zosia (Anna Radwan) i Haneczka (Ewa Kaim), a Nos i Dziennikarz tak się „zrośli”, że powstała z nich jedna spójna postać (Roman Gancarczyk). Wiele tu innych jeszcze zaskoczeń jak choćby Stańczyk upozowany na starego Fauna (Jan Peszek) czy zaawansowana ciąża Panny Młodej (Monika Frajczyk).

Przesłanie tego spektaklu rysuje się czytelnie, widowisko działa na zmysły, głośna i unerwiona muzyka aż zatyka – trudno słyszalne teksty Furii można raczej zobaczyć na elektronicznych wyświetlaczach niż usłyszeć. Oto dzisiejsza wersja historii wesołej, a ogromnie przez to smutnej, która po pokazie na WST większość widzów porwała do owacji na stojąco.

 

Nie porwała diagnoza

przyszłości słynącego z nieprzejednania duetu Strzępka&Demirski w spektaklu „K.” z Teatru Polskiego w Poznaniu. Miała to być prawdopodobnie ostra satyra na miałkość naszego życia politycznego z jego liderami i „odwiecznymi” rywalami, Tuskiem i Kaczyńskim jako frontmenami (jałowego) sporu. Twórcy przedstawienia nie wyszli jednak poza dość schematyczne konstatacje i poziom drugorzędnego kabaretu.

Jednym słowem prześlizgnęli się po wierzchu, tym razem tylko pozorując drapieżność (trochę nieczytelnych ryków po scenie, czerwonej farby i domniemany kanister z benzyną). Zarówno stereotypowe diagnozy i prognozy, jak i przeciętne wykonanie nie budzi entuzjazmu. Najwyraźniej autorów zadanie przerosło. Być może tak żywy komentarz do galopującej politycznej rzeczywistości z założenia skazany jest na porażkę. Cóż nam po „oczywistej oczywistości”? Tak czy owak, spektaklu nie ratują nawet najlepsze w tym przedstawieniu role Jacka Poniedziałka (Tusk) i Marcina Czernika (Kaczyński). Publiczność WST wyczuła to nieomylnie, kwitując spektakl wychłodzonymi oklaskami.

 

Poruszyły opowieści o przeszłości,

zarówno o kieleckim pogromie („1946”), jak i chorwackiej traumie po wojnie jugosłowiańskiej („Murzyni we Florencji”). Każda z nich w zupełnie innej tonacji.
„1946” z Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach (tekst i dramaturgia: Tomasz Śpiewak, reżyseria, światło: Remigiusz Brzyk) to ważne przedstawienie. Szlachetne w intencjach, przemyślane, silnie związane z teatrem kieleckim i Kielcami. Choć nie jest to teatr faktu, to jednak fragmenty spektaklu noszą taki charakter – zwłaszcza relacja ze szpitala, w którym ratowano ofiary, a częściej identyfikowano ciała pomordowanych Żydów.

Mocno się ten spektakl zaczyna, choć na pozór bardzo zwyczajne – od topografii miejsca, domu przy ul. Planty 7/9, gdzie dokonywano szaleńczych zbrodni. Domu, w którym ocaleni z wojny i okupacji Żydzi szykowali się od wyjazdu do Palestyny. Domu, w którym udzielano pomocy bezdomnym. Domu, w którym szukano porwanego rzekomo dziecka w nieistniejącej piwnicy. Bo ten dom nie miał podpiwniczenia. Rzeczowe informacje przewodnika, sytuacja typowa dla wycieczki, która odwiedza miejsce historyczne. Bez patosu, a jednak z coraz silniej ściśniętym gardłem.
W zupełnie innej tonacji zmierzyli się z przeszłością twórcy przedstawienia „Murzyni we Florencji”, Teatr Nowy Proxima w Krakowie (reż. Iwona Kempa), biorąc na warsztat błyskotliwą powieść Vedrany Rudan. To był spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snutą z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski), „obserwujących” świat z łona matki, zmienić w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami osobliwą parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.

Tak naprawdę „Murzyni we Florencji” to próba wyjaśnienia tego, co nadal wydaje się samym Chorwatom, a tym bardziej obserwatorom z zewnątrz, nie do wyjaśnienia: Jak mogło dojść do bratobójczej wojny jugosłowiańskiej, jak się z tego straszliwego doświadczenia wyzwolić? Jednak nie w taki sposób, żeby wyprzeć z pamięci niewygodną, uwierającą prawdę, ale próbować zrozumieć i wyciągnąć wnioski. Jak dalej żyć z tym garbem i jak ułożyć na nowo relacje między sobą i sąsiadami. Zaczynając od rodziny, tak gorzko doświadczonej, że trudno sobie wyobrazić jej zwycięstwo. Może i trudno, dopowiada autorka, ale przecież trzeba się starać. Innego wyjścia nie ma i dlatego teatr (z dobrym skutkiem) się stara.