TSUE przyhamuje autorytaryzm Orbana?

Stwierdzenie niezgodności z prawem Unii Europejskiej ustawy utrudniającej finansowanie organizacji niewygodnych dla władz zapowiedział rzecznik Trybunału Sprawiedliwości UE Manuel Campos Sánchez-Bordona.Jego opinia jest zapowiedzią wyroku, który niebawem wyda najwyższa prawna instytucja wspólnoty. Oznacza to, że organizacje pozarządowe nad Balatonem nie będą pozbawione środków z zagranicy.

W obliczu słabości politycznej opozycji na Węgrzech, organizacje pozarządowe w ostatnich latach były najsilniejszymi ośrodkami występującymi w obronie praw obywatelskich i praw człowieka. Podczas kryzysu migracyjnego, kiedy rząd Victora Orbana umieszczał uchodźców w obozach koncentracyjnych, obywatelom grożąc karami za udzielenie im schronienia, a na bilbordach pojawiały się hasła szczujące na przybyszy z krajów ogarniętych wojną i głodem, to właśnie NGOsy demaskowały działania władzy najskuteczniej,
W odpowiedzi, w 2017 r. Węgry przyjęły ustawę dotyczącą finansowania organizacji obywatelskich, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Rząd przepychając ustawę przez parlament, wskazywał, że zagrożeniem jest „obca agentura”, której głównym patronem jest złowrogi finansista George Soros. Zgodnie z literą ustawy, organizacje podlegają rejestracji przez węgierskie organy jako „organizacje otrzymujące wsparcie zagraniczne”, gdy wysokość darowizn otrzymanych w danym roku osiągnie określony próg.
NGOsy muszą wyszczególniać nazwiska lub nazwy darczyńców, od których wsparcie wynosi co najmniej 500 tys. forintów (ok. 1,5 tys. euro), oraz podawać dokładną kwotę wsparcia. Informacje te podlegają następnie ogłoszeniu na platformie elektronicznej, do której dostęp jest publiczny i bezpłatny. Oprócz tego dane organizacje obywatelskie muszę podać na swojej stronie internetowej i w swoich publikacjach, że są „organizacją otrzymująca wsparcie zagraniczne”.
Ustawę do TSUE zaskarżyła Komisja Europejska, której zdaniem prawo ustanowione przez Budapeszt narusza szereg praw chronionych Kartą praw podstawowych Unii Europejskiej. Chodzi o przepisy chroniące prywatność, dane osobowe i wolność zrzeszania się.
Rzecznik TSUE podzielił opinię KE, co jest niejako zapowiedzią wyroku, który zostanie ogłoszony w ciągu najbliższych tygodni. Węgry będą musiały zmodyfikować swoje przepisy tak, aby nie stały w sprzeczności z prawem unijnym.

Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Historia miłości toksycznej

Gdyby nie pesymistyczna, a nawet drastyczna wymowa tej powieści, nazwałbym ją stylową.

Szilárd Rubin (1927-2010) snuje bowiem swoją opowieść, w znakomitym literacko przekładzie Klary Anny Marciniak (przekładu w aspekcie filologicznym z języka węgierskiego najzwyczajniej ocenić nie potrafię) w sposób znamionujący wybitny talent i kapitalne wyczucie psychologiczne. Bo to powieść którą można określić raczej jako studium psychologiczne patologicznego, toksycznego związku między mężczyzną a kobietą, niż jako powieść miłosną, bo w powieściach miłosnych miłość na ogół rozkwita, a nie jest źródłem cierpień. Narratorem w osobie pierwszej „Gry w cykora” jest Attila, nieszczęśliwy kochanek i mąż kobiety imieniem Urszula. Nieszczęśliwy, bo to on intensywnie, namiętnie kocha i oczekuje miłości, lecz nie jest w stanie wzbudzić wzajemności. Urszula, chłodna, okrutna psychicznie i wyrachowana, właściwie gra z nim w kotka i myszkę, podczas gdy Attlila z tej nieodwzajemnionej, a zaborczej, destrukcyjnej miłości do niej szaleje z rozpaczy i to nie tylko w swoim sercu i w głowie. Szilárd Rubin rejestruje, analizuje, można by rzec – drobiazgowo, rozpaczliwy, desperacki stan ducha swojego bohatera (będącego jakoby, przynajmniej do pewnego stopnia, postacią opartą na jego własnych, realnych doświadczeniach). Pisarz dokonuje rzeczy bardzo kunsztownej i trudnej, wymagającej dużego talentu: łączy swoiście poetycki nastrój powieści, finezyjne pasaże z niemal naturalistycznym aspektem dramatu dwojga ludzi, z dodatkiem ciekawego realizmu węgierskiej codzienności. Powieść Szilárda Rubina ukazała się w 1963 roku i stała się wtedy głośnym wydarzeniem literackim. Szokowała bowiem szczerością, drastycznością, koncentracją na losie jednostki (ciemna strona „ja”), a nie zbiorowości socjalistycznego kraju, którą kontrastowała z większością ówczesnej prozy wydawanej oficjalnie w kadarowskich Węgrzech. Jeden z krytyków określił bohatera i narratora „Gry w cykora” „współczesnym Werterem”. Rezonans jaki wzbudziła i zainteresowanie z jakim do dziś się ją czyta wynika wszakże również z faktu, że wielu z nas, może więcej niż może nam się wydawać, doświadczyła, czy doświadcza podobnych, choć niekoniecznie aż tak drastycznych, przeżyć. Relacje między kobietą a mężczyzną są bowiem, wbrew utartym, idealistycznym kliszom były, są i będą trudne, czasem bardzo trudne i może nawet większość nas ma na swoim koncie co najmniej jeden trudny, nieudany związek. Statystyka rozwodów i rozstań mówi sama za siebie, a też i powstało o tym wiele dzieł sztuki (choćby filmy Ingmara Bergmana). Ci, którym los oszczędził podobnych doświadczeń (niekoniecznie krańcowo drastycznych) mogą uznać się za wyjątki od reguły i szczęściarzy. Reasumując powyższe uwagi: lekturę „Gry w cykora” trudno uznać za przyjemną w aspekcie egzystencjalnym, jako że dotyka bolesnego aspektu życia i to w sposób bardzo ekspresyjny, za to jej lektura w wymiarze artystycznym przynosi prawdziwą satysfakcję literacką, estetyczną.

Szilárd Rubin – „Gra w cykora”, przekł. Klara Anna Marciniak, wyd. Studio Emka, Warszawa 2019, str. 219, ISBN 978-83-66142-22-0

Węgry: Pluralizmu mediów już nie ma

Wolne media nad Balatonem w zasadzie już nie istnieją. Większość stacji znajduje się w rękach oligarchów związanych ze strukturą władzy partii Fidesz. Opublikowany właśnie raport organizacji broniących swobody publikacji zawiera ponure wnioski.

Znaczenie rynkowe mediów krytycznie nastawionych wobec rządu jest marginalne – zauważają autorzy raportu na temat kondycji węgierskiej wolności prasy. Opracowanie zostało stworzone przy współpracy z Reporterami Bez Granic.
Eksperci wskazują, że choć rząd Węgier nie stosuje przemocy fizycznej ani nie wsadza dziennikarzy do więzienia, to ma „jasną strategię, której celem jest uciszenie krytycznej prasy poprzez umyślne manipulowanie rynkiem medialnym”, a „budowanie prorządowego imperium medialnego służy jako wielka machina propagandowa” – uznali autorzy.
Ostatni dziennik ogólnokrajowy sprzeciwiający się Orbanowi został kupiony przez jego zaufanego biznesmena w 2017 roku. Również dwa lata temu przejęte zostały ostatnie niezależne dzienniki regionalne „Hajdú-Bihari Napló”, „Észak-Magyarország” i „Kelet-Magyarország”. Co ciekawe, nowym wydawcą został, lecz austriacki magnat Heinrich Pecina, który mocną pozycję zawdzięcza przyjaźni z premierem Orbanem. W tym samym okresie dwie inne gazety „Kisaföld” i „Délmagyarország” znalazły się w rękach właściciela kasyn i potentata medialnego Andy’ego Vajnę, również nieformalnego współpracownika szefa rządu. Obaj biznesmeni są oczywiście hojnymi sponsorami kampanii wyborczej Fideszu – partii panującej niepodzielnie na Węgrzech.
Jak do tego doszło? Nad Balatonem udało się, to o czym marzy PiS – ustawę o koncentracji mediów zmieniono na korzyść węgierskich nadawców. W efekcie wielu zagranicznych koncernów medialnych podjęło decyzję o wycofaniu się z Węgier. Np. niemiecki koncern Funke Mediengruppe z Essen pozbył się udziałów w dzienniku ekonomicznym „HVG”, który był krytyczny wobec rządu, a grupa medialna z Monachium pozbyła się kanału telewizyjnego TV2.
Organizacja Reporterzy bez Granic umieściła Węgry na 87. miejscu na liście 180 państw sklasyfikowanych w rankingu wolności prasy. Podkreśliła, że rząd w Budapeszcie stara się w coraz większym stopniu poddać media swojej kontroli.

Nieudolny plagiator Orbana

Węgierski scenariusz na długie i szczęśliwe rządzenie nad Wisłą nie wypalił.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji. Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.

Sprawdzony start

Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy. Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.

Morawiecki ocalił banki

Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte. Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

Sądy – nie, sklepy – tak

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.

Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.

Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Większa kasa

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.

Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.

Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.

Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.

Drobna zmiana

Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.

PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał.

Frontex na cenzurowanym

Frontex, agencja Unii Europejskiej, która ma pilnować jej zewnętrznych granic, została oskarżona przez kilka europejskich mediów śledczych o tolerowanie traktowania migrantów jak podludzi przez lokalnych funkcjonariuszy i o systematyczne łamanie praw człowieka podczas deportacji, która sama praktykuje. Siedzibą Frontexu jest Warszawa: padła stąd odpowiedź, że do tej pory nie było skarg, ale agencja zbada te zarzuty.

Wspólne śledztwo portalu śledczego Correctiv, brytyjskiego dziennika The Guardian i kanału niemieckiej telewizji ARD oparło się w znacznej części na setkach wewnętrznych dokumentów Frontexu: wszystkie doniesienia o przemocy wobec migrantów były regularnie odkładane na bok bez żadnych konsekwencji i śledztw. Dziennikarze zarzucają Frontexowi tolerowanie niegodnego postępowania szczególnie bułgarskiej, węgierskiej i greckiej straży granicznej, które ścigają osoby ubiegające się o azyl z użyciem psów, stosują gazy i brutalną przemoc przy odpychaniu ludzi od granicy.
Zdaniem oskarżycieli, Frontex mógłby wycofywać swój personel, a nie robiąc tego staje się wspólnikiem licznych przestępstw. Warszawska agencja odpowiedziała, że mogłaby się wycofywać, ale nie ma żadnej władzy nad lokalnymi strażami granicznymi ani możliwości prowadzenia śledztw. W Brukseli reakcja była nieco bardziej konkretna: rzeczniczka Komisji Europejskiej Mina Andreewa zapowiedziała, że śledztwo jednak będzie i że „zostaną wyciągnięte konsekwencje”, jeśli zarzuty mediów okażą się prawdziwe. „Nie zaakceptujemy żadnej formy przemocy, czy złego traktowania migrantów” – mówiła Andreewa.
Z dokumentów Frontexu wynika, że funkcjonariusze agencji deportowali samotnych nieletnich (co jest bezprawne), albo wstrzykiwali środki nasenne deportowanym dorosłym, których wydalano mimo, że złożyli prośby o azyl. Frontex dysponuje tysiącem agentów, razem z rezerwą to ok. 2,5 tys. ludzi. Od 2016 r. ich kompetencje są rozszerzone. Asystują głównie przy rejestracji i ustalaniu tożsamości migrantów, ale prowadzą też regionalne operacje mające na celu ograniczenie imigracji do Europy.

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

100-lecie

Podczas gdy w Europa wrze od niespotykanego ludowego powstania francuskich Żółtych Kamizelek, węgierska lewica nadal protestuje przeciwko antyspołecznym i rasistowskim ustawom rządu Orbana, ale także upamiętnia własną wspaniałą historię: 100 lecie powstania pierwszego nowożytnego niezależnego państwa Węgierskiego jako Węgierskiej Republiki Rad znanej także pod nazwą Republiki Beli Kuna.

Gdy powstawały niepodległe państwa czechosłowackie, polskie i jugosłowiańskie, mocarstwa zachodnie obarczały Węgry za przegraną wojnę na równi z Niemcami i cesarstwem Habsburgów. Zwycięscy wymusili na Węgrach poważne straty terytorialne w wyniku których liczące miliony ludzi węgierskojęzyczne wspólnoty znalazły się w ościennych państwach, z których Francja utworzyła sojusz zwany Małą Ententą. Niezależne państwo węgierskie powstało w wyniku burżuazyjnej rewolucji listopada 1918 roku, lecz klasy dominujące nie były w stanie powstrzymać społecznego i narodowego gniewu ludu. Została otwarta droga dla Rewolucji Październikowej i Republiki Rad, która będzie trwała od marca do sierpnia 1919 roku. Węgierska Republika Rad jest bardzo ważnym okresem w historii narodów Europy wschodniej. W ciągu zaledwie kliku miesięcy pojawili się przywódcy ludowi, tacy jak dziennikarz Bela Kun, którzy byli z stanie przejąć władzę poprzez strajki i powstanie ludowe. Przywódcy ci wprowadzili nowy system społeczny i polityczny, zrywający z kapitalizmem i feudalnymi stosunkami społecznymi. Środki produkcji oraz dobra burżuazji, a także dzieła sztuki i dobra kultury zostały upaństwowione, powstała gospodarka planowana, wprowadzona została radykalna reforma rolna poprzez parcelacje majątków szlachty ale także utworzenie spółdzielni chłopskich. Republika Rad wprowadziła świecką i bezpłatną oświatę oraz prawa wyborcze kobiet. Był to także okres bujnego rozwoju rożnych form sztuki i poszukiwania nowych form ekspresji w kinie, poezji, literaturze, malarstwie oraz grafice. O tym rozwoju świadczą piękne plakaty z tamtego okresu, pełne optymizmu i siły wyrazu, które ozdabiały salę, w której w dniach 21 do 23 marca w Budapeszcie odbywało się sympozjum upamiętniające Republikę Rad.
Plakaty te także ilustrują publikację wydaną przez Monde Diplomatique Węgry zawierającą artykuły autorów węgierskich i zagranicznych. Zbiór zawiera analizy węgierskich działaczy lewicy jak Tamas Krauz, dyplomatów, historyków (Tibor Hajdu, Janos Hajdu, Pal Pritz, György Tverdota, Gyula Hegyi, Robert Zsofia, György Szende, Istvanne Szöllössi). Ze strony międzynarodowej francuska działaczka komunistyczna i specjalistka historii kina Danielle Bleitrach w swojej pracy pokazuje jak ważny był rozwój sztuki kinowej w ciągu kilku miesięcy trwania Republiki, kiedy kręcono aż 5 filmów w ciągu tygodnia a także jak bardzo węgierscy reżyserzy przyczynili się do rozwoju zachodniego kina po złamaniu Republiki i emigracji na zachód. Julien Papp, francusko-węgierski historyk, Peter Pastor, historyk węgiersko-amerykański oraz Marin Nadea, historyk i działacz lewicy rumuńskiej tłumaczą jak ważnym okresem walk międzynarodowego ruchu robotniczego była Republika Węgierska jako część rewolucyjnej fali w Europie. Nadzieja jaką Rewolucja Październikowa wzbudziła opanowała całą Europę wschodnią i środkową i doprowadziła do różnych form samorządnych Republik takich jak Republika Tarnobrzeska opisana także w artykule oraz Republiki Bawarska i Strasburska.
Książkę „Republika Radziecka 1919-1929” przedstawiono na konferencji prasowej w Stowarzyszeniu Dziennikarzy w czwartek 21 marca w obecności autorów i dość licznej publiczności. Tego samego wieczora Partia Robotnicza Węgier zorganizowała spotkanie w swoim lokalu w sympatycznej atmosferze. Siedziba węgierskiej partii lewicy znajduje się z historycznym budynku Budapesztu i zachowuje pamiątki socjalistycznych Węgier, flagi, portrety Lenina oraz węgierskich komunistów i działaczy ruchu oporu anty-faszystowskiego oraz reprodukcje plakatów z 1919 roku. W piątek 22 marca działacze partii, sympatycy oraz publiczność spotkali się na uroczystym otwarciu konferencji „100 lat Węgierskiej Republika Radzieckiej – pamięć historyczna i skutki rewolucji” zorganizowanej przez fundację Eszmelet. Film otwierający konferencję to oryginalny dokument z 1969 roku „Niedziela Palmowa” reżysera Imre Gyöngyössy, przedstawiający walkę węgierskiej wioski o reformę rolną i emancypację spod władzy szlacheckiego dworu. Krwawa represja jaką kończy się chłopska rewolucja, zapowiada masowe przestępstwa europejskiego faszyzmu. Chłopów mordują faszystowskie milicje admirała Horthyego, film pokazuje także udział i przyzwolenie wojsk francuskich w rzezi bezbronnych ludzi.
23 marca konferencja odbyła się we wspaniałym historycznym budynku Wydziału Nauk Humanistycznych. Głos zabrali naukowcy węgierscy, rumuńscy, francuscy, słoweńscy którzy prezentowali najnowsze badania na temat działań gospodarczych (Ana Maria Artner), politycznych (o roli rad robotniczych w zarządzaniu fabrykami mówił Lajos Csomas), o polityce społecznej, roli intelektualistów, artystów w tworzeniu Republiki (Viktor Arslanov), o znaczeniu Republiki dla historii europejskiego ruchu robotniczego. Savas Matsas, filozof i przewodniczący Robotniczej Partii Grecji EEK, Raquel Varela, badaczka z Portugalii oraz Roberto Della Santo, z Brazylii, przedstawili jakie wnioski możemy wyciągnąć dla dzisiejszej walki rewolucyjnej. Rastko Mocnik opisał Republikę Doliny Mury, regionu południa Węgier gdzie mieszkańcy słoweńskich wsi woleli pozostać w Węgierskiej Republice Radzieckiej niż dołączyć do monarchicznej Jugosławii. Konferencję zamknęli młodzi działacze lewicy i młodzi lewicowi naukowcy Gaspard Roland i Peter Csunderlik którzy przybliżyli sylwetki twórców Republiki Rad, zwłaszcza Beli Kuna, dziennikarza idealisty któremu propaganda faszystowska odmalowała tak czarną legendę, że ślady jej pozostały nawet w oficjalnej ideologii państw demokracji ludowych. W PRL na przykład nauczano w szkołach historię Węgierskiej Republiki Rad, ale przedstawiano raczej jako nagłą rewoltę niż masowe ludowe powstanie prowadzące do przejęcia władzy przez ówczesną lewicową elitę. Trochę tak jak dzisiejsze media, niestety także lewicowe, pokazują francuskie powstanie Żółtych Kamizelek, których 19ta manifestacja skończyła się właśnie kolejną falą policyjnej przemocy. Rewolucja jest momentem gniewu i napięcia, ale nie może się powieść bez międzynarodowej solidarności. Być może właśnie wkraczamy w Europie w nowy cykl rewolucji.

Protesty trwają, Fidesz się trzyma

Część węgierskich pracowników nadal nie poddaje się w walce z przegłosowaną w grudniu tzw. ustawą niewolniczą. Od 2019 r. przedsiębiorca może legalnie zażądać od zatrudnianych pracy w nadgodzinach w wymiarze 400, a nie, jak dotąd, 225 godzin rocznie. Co więcej, może zwlekać z wypłatą wynagrodzenia za te nadgodziny nawet trzy lata.

Głównym hasłem protestów było „Mamy dość”. Manifestujący eksponowali flagi narodowe oraz unijne, motywem powtarzającym się na transparentach było również hasło „Król jest nagi”, które odnosiło się – rzecz jasna – do premiera Viktora Orbana. Nad tunelem w lewobrzeżnym Budapeszcie zawisł natomiast ogromny baner z napisem „Jesteśmy z robotnikami”.

Protesty, jakie przeszły przez Budapeszt i kilkanaście mniejszych na Węgrzech w sobotę 19 stycznia były jednak znacznie mniejsze niż mobilizacja w grudniu ubiegłego roku. Wtedy na wezwanie związków zawodowych, przeciwko ustawie nazwanej niewolniczą protestowało nawet 50 tys. pracownic i pracowników. W ostatnią sobotę na demonstracje przybyło 2-3 tys. osób. Marsze generalnie obyły się bez poważnych incydentów. Jedynie w stolicy kraju policja zablokowała przejście przez Most Łańcuchowy, tym samym uniemożliwiając protestującym dotarcie do budynku parlamentu.

Na marszach widoczne były zarówno sztandary ultraprawicowego Jobbiku, jak i aktywiści opozycyjnych lewicowych organizacji, grup studenckich, domagających się wolności słowa na uniwersytetach, i stowarzyszeń LGBT z tęczowymi flagami.

Mimo faktu, że protesty w sprawie „ustawy niewolniczej” były znaczącym sygnałem społecznego niezadowolenia, Viktor Orban i jego partia Fidesz nadal prowadzą w rankingach popularności i zaufania. Sondaż opublikowany już po protestach w grudniu i na początku stycznia, a przed sobotnią demonstracją pokazał, że partia może liczyć na 32 proc. głosów, znacząco wyprzedzając Jobbik (11 proc.) i socjalistów (7 proc.). Popularniejszą niż Fidesz opcją w badaniu było tylko wskazanie „nie wiem, na kogo będę głosował”.

Fidesz dba o utrzymywanie poparcia – wczoraj opublikowane zostało wyniki śledztwa dziennikarzy portalu Atlatszo.hu, z którego wynika, iż przez ostatnie osiem lat partia wydała na propagandę i agitację, w tym na agresywne, antyunijne i podsycające strach materiały, blisko 70 mld forintów, czyli blisko 930 mln złotych według aktualnego kursu. Podczas gdy część obywatelek i obywateli protestowała przeciwko ustawie, która daje pracodawcy możliwość wymuszania nadgodzin i opłacania ich z dużym opóźnieniem, inni zapewne wierzyli premierowi Orbanowi, gdy ten tłumaczył, że nowe prawo przyniesie pracownikom same korzyści.

W obronie bezdomnych

80 węgierskich pisarzy i publicystów a także działacze organizacji Miasto Należy do Wszystkich wzięło udział w demonstracji na Placu Kossutha. Miała na celu sprzeciw wobec wchodzącego w życie zakazu zamieszkiwania w przestrzeni publicznej, co w praktyce oznacza usuwanie bezdomnych z ulic.

 

Ta ustawa stanowi poprawkę do kodeksu wykroczeń. Przyjęto ją w lipcu. Procedura polega na tym, że jeżeli policjant cztery razy w ciągu 90 dni wezwie konkretnego bezdomnego do opuszczenia miejsca bytowania, a ten nie podporządkowuje się – zostanie wobec niego wszczęte postępowanie karne. Ma powstać specjalny rejestr bezdomnych objętych wezwaniami.
Kiedy ruszy już postępowanie, sąd może skazać bezdomnego na prace społecznie użyteczne lub areszt.

Jak podaje PAP, „jako cel nowych przepisów wskazano lepszą organizację usług socjalnych dla bezdomnych oraz poprawę poczucia bezpieczeństwa obywateli”.
Leilani Farha, sprawozdawczyni ONZ do spraw warunków mieszkaniowych, napisała list otwarty do rządu, w którym uznała nowe przepisy za „okrutne i niezgodne z prawem międzynarodowym dotyczącym praw człowieka”,

Działacze organizacji, która zorganizowała protest pod parlamentem, twierdzą, że środki zapobiegania bezdomności, jakie jest w stanie zapewnić państwo, są niewystarczające (to miejsca w noclegowniach na 19 tysięcy osób). Noclegownie mogą sprawdzić się jako tymczasowa pomoc, ale nie rozwiążą problemu braku zakwaterowania kilkudziesięciu tysięcy obywateli.