Z kim trzyma Polska w Europie?

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.

Ja na miejscu polskich, przepraszam za wyrażenie, publicystów i ekspertów od Unii Europejskiej, uważniej wsłuchiwałbym się w to, co się dzieje w Słowenii.
W tym kraju odbywa się nieformalny szczyt szefów państw i rządów Unii Europejskiej. Wśród nich jest i premier Morawiecki. Jak wiadomo, reprezentuje on kraj, którego lokajski, całkowicie bezrefleksyjny stosunek do USA nie tylko Polskę ośmiesza, ale też stawia nas na coraz dalszym marginesie europejskiej polityki.
Otóż przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia) powiedział że Unia musi rozwijać swoje zdolności do samodzielnego działania. Dodał też, że musi być przygotowana do większej niezależności od innych regionów świata. Michel użył nawet sformułowania „krytyczna zależność”. Swą wypowiedź powiązał z Chinami w kontekście gospodarki. Ale mówił też o obronności i bezpieczeństwie. A te akurat kwestie Unia związała przez ostatnie lata wyłącznie ze Stanami Zjednoczonymi.
Gdy ważny polityk Unii mówi o samodzielności w sprawach związanych z zaangażowaniem wojskowym, to warto na to zwrócić uwagę.
Michelowi i innym, racjonalnie myślącym politykom, trudno odmówić słuszności, gdy gorączkowo wzywają do samodzielności UE po spektakularnej klęsce USA i NATO w Afganistanie. Ale porażka w Afganistanie to z pewnością nie jedyny i nie najważniejszy powód, dla którego warto, by Unia myślała o tym, by poszukiwać swojej drogi w kwestiach bezpieczeństwa. Jedyne, co USA zaoferowały Europie przez ostatnie 30 lat to łamiące prawo międzynarodowe wojny napastnicze, w które wciągały swoich europejskich sojuszników, by dzielić się z nimi hańbą i odpowiedzialnością za zabijanie setek tysięcy cywilów. Czy sojusznicy USA mieli w tym jakiś swój interes? Żadnego. Jedynym graczem, który realizował swoje cele, były Stany Zjednoczone.
USA wciąż są mocarstwem, ale już nie sposób ukryć procesów gnilnych toczących ten organizm. Jeszcze amerykańskie elity w to nie wierzą, że kończy się ich czas, jeszcze mogą wciągnąć cały świat w konflikt, który zniszczy kontynenty, ale, jak marzą politycy, zresetuje ich ekonomikę i będzie można zacząć od nowa: grabić, zastraszać, a nieposłusznych zabijać w imię bogacenia się USA kosztem słabszych. Słusznie więc Europa zaczyna się zastanawiać, czy dalej dać się wciągać w przepaść przez państwo, które swą ponura role w historii świata już odegrało.
Pytanie brzmi teraz tak, czy Unia samodzielnie jest w stanie stworzyć swój system bezpieczeństwa i czy oprze go na modelu amerykańskim – tępej siły, czy tez postara się stworzyć coś nowego. Projekt Unii Europejskiej jest zbyt wartościowy dla kontynentu, by go teraz zmarnować, jednak bez zmiany całej struktury, jego klęska jest nieunikniona.
Nie mam też żadnych wątpliwości, że głosu Polski w dyskusji o nowym kształcie Unii Europejskiej nie będzie słychać. Ona do końca będzie głupio proamerykańska, bo naszą specjalnością jest trwanie na pozycjach, które nas najpierw kompromitują, a potem tylko szkodzą.

Widmo Huxitu

Niedawno w węgierskiej gazecie codziennej Magyar Nemzet ukazał się tekst niezwykle znamienny, zatytułowany „Pora porozmawiać o huxicie” (z angielska: hu – Hungary, exit – wyjście). Autorem materiału jest dziennikarz i publicysta bliski obozowi rządzącemu nad Dunajem, znany ze swej działalności opozycyjnej w czasach sprzed 1989 (podobnie jak Wiktor Orban i ludzie tworzący zręby partii Fidesz), członek współczesnej elity publicystyki węgierskiej – Tamas Frics.

To człowiek bliski Orbanowi, stanowczy konserwatysta, który nie raz krytykował z płaszczyzny tradycyjnych, opartych o tzw. „chrześcijańskie wartości” politykę Brukseli oraz państw zachodnich idącą w kierunku tolerancji, pluralizmu, multikulturalizmu – w każdym rozumieniu.
Można zatem przyjąć, że hasło wyjścia z Unii Europejskiej rzucił człowiek poważny. To nie jest polityczny folklor ani margines, cokolwiek o takim zestawie poglądów sądzimy. Wielu znawców stosunków nad Dunajem, twierdzi wręcz, iż ustami Fricsa przemówił sam Orban. Jemu, jako premierowi i szefowi kraju należącego do UE, w aktualnej chwili nie wypada artykułować takich tez. Wpierw ma się rozpocząć debata, niejako prowokowana „od dołu”, z zaplecza Fideszu, a dopiero potem najważniejsza osoba w pastwie może ustosunkowywać się do jej przebiegu. Czyli także moderować ją, manipulować emocjami i kierunkami jej przebiegu. Poważne jest też medium, które temat wprowadza: Magyar Nemzet, czyli dosłownie ,,naród węgierski” to tytuł opiniotwórczy, analityczny, z zaangażowaną redakcją – a przy tym oczywiście reprezentujący wartości rządzących obecnie Węgrami. Kult wolnego rynku, wartości chrześcijańskie traktowane mocno tradycyjnie, polityczna prawica (często zahaczająca o doktrynę strzałokrzyżowców). No i oczywiście kultywowanie mitów związanych z Trianon i „wielkimi Węgrami” sprzed 1920 r.
Dla tej węgierskiej redakcji Węgry wchodziły do „innej Unii” niż to ma dziś miejsce. Jest to podstawą – zdaniem Tamasza Fricsa – do rozpoczęcia debaty o przyszłości kraju w UE. Dla Fricsa wzorem jest Wielka Brytania i Brexit. – Nie ma z naszej strony zgody na internacjonalizm i kosmopolityzm – pisze wpływowy autor. Owszem, myli pojęcia, można mu wytykać, że internacjonalizm oznacza coś zupełnie innego, niemającego wiele wspólnego z polityką kapitalistycznej UE. Ale te mocne w swej wymowie tezy Fricsa zostały poparte przez część establishmentu węgierskiego. Podobne zdanie wyraził niedawno przewodniczący parlamentu węgierskiego – czyli trzecia osoba w państwie – Laszlo Köver. To już nie są zwykłe spekulacje.
Oczywiście bezpośrednim powodem opublikowania tego materiału akurat teraz jest zapewne zamrożenie środków finansowych (ok. 7 mld euro) przez Brukselę dla Budapesztu w związku z drastycznym nieprzestrzeganiem – i to od wielu lat – przez rząd Viktora Orbana prawodawstwa unijnego. Te środki są przeznaczone dla krajów członków UE i stanowić mają podstawę aktywizacji ich gospodarek w czasie po pandemii. Czy możemy mieć gwarancję, że podobna debata nie zostanie rozkręcona w Polsce, w podobnym kontekście?
Jest jeszcze jedna analogia: w przyszłym roku wybory parlamentarne na Węgrzech, a pozycja Orbana jest słabsza, niż była. Jak widać, decyduje się on mobilizować elektorat Fideszu wokół haseł narodowych, konserwatywnych i antyunijnych. Na Węgrzech, podobnie jak w innych krajach, pod tym względem jest widoczny wyraźny podział: stolica kraj vs interior Węgier. Orban stara się w taki sposób zaszantażować Brukselę. Co przekonującego miałaby do powiedzenia opozycja w Polsce, gdyby PiS zastosował podobną strategię? W jaki sposób zamierza walczyć o głosy tych, którzy narracją tożsamościową są zwyczajnie dowartościowywani?
Wielu autorów uważa, iż Orban chce iść drogą Prezydenta Turcji Reçepa Erdogana, pozostającego wobec Brukseli w pozycji wybitnie asertywnej. Jednak trzeba od razu dodać, iż wymiary, pozycja oraz potencjał – w każdym wymiarze – Turcji i Węgier są absolutnie nieporównywalne. W artykule jest zresztą coś ciekawszego: Frics przekonuje, że Europa Środkowo-Wschodnia jest regionem, który zamożny Zachód traktował/traktuje jako pole dla najzwyklejszej kolonizacji. To kolejny wymiar analizy i krytyki, który, wydawałoby się, powinien zostać naturalnie podjęty przez materialistyczną, przyglądającą się kwestiom pracy i wyzysku lewicę. Nawet, jeśli ta lewica opowiada się za pozostaniem w UE, przy jej zreformowaniu. Na Węgrzech jednak tę debatę prawica zamierza rozegrać na własnych warunkach. Dobrze byłoby, gdyby lewica polska nie dała się w ten sposób zdystansować. W podobnej dyskusji nad Wisłą, która wróci prędzej niż później, potrzebny jest jej samodzielny głos.
A jeśli chodzi o mój osobisty głos w temacie – patrzę na UE realistycznie i nie mam obecnie zbyt wielu powodów do radości. To mógł być dobry projekt. Jednak skręcając na mocno neoliberalne tory i nie schodząc z nich, sam stworzył grunt pod swój obecny kryzys. Unia w formie znanej do tej pory może się zwyczajnie rozpruć – z racji swej nieruchawości decyzyjnej i technokratyzmu. To nie jest już tabu ani scenariusz fantastyczny

Nowy Ład w Budapeszcie

Węgierski scenariusz z pewnymi modyfikacjami realizowany jest nad Wisłą.

Gdy Kaczyński wygrał w 2015 roku prezydenta, a potem obie izby Parlamentu, analogie z Węgrami nasuwały się same. Podobna retoryka, odwoływanie się do tych samych konserwatywno-nacjonalistycznych wartości, niechęć do wtrącania się Unii Europejskiej w politykę krajową i 8 lat pozostawania w opozycji.
Jednak dla PiS tym, co wydawało się najistotniejsze było, że w 2014 r., po czteroletniej kadencji Fidesz Viktora Orbána zdobył po raz kolejny 2/3 parlamentu. Tym razem bez konieczności wchodzenia z kimkolwiek w układy.
Kaczyńskiemu nie pozostawało nic innego jak czerpać z dorobku bratanka znad Dunaju. Nie mógł co prawda zmienić Konstytucji, ale na wszystko można było znaleźć sposób. Stąd szybki atak na Trybunał Konstytucyjny i sprowadzenie go do roli węgierskiego. Znaczy instrumentu w rękach władzy.

Skok władzy na polskie media publiczne był jeszcze łatwiejszy niż na Węgrzech. I co prawda wzorem Orbána i u nas powstała Rada Mediów Narodowych, ale dziś w PiS nikt za bardzo nie wie po co, bo obsadzenie KRRiT oraz Woronicza swoimi ludźmi i tak zamykało temat.
Oczywiście nie obyło się u nas bez kalki próby przejęcia niechętnych PiS mediów prywatnych. Próbowano stosować kary dla TVN, czy nawet ścigać dziennikarzy tej stacji za gloryfikowanie faszyzmu. Po to, żeby jak w Budapeszcie właściciele zechcieli się takiego medialnego strupa pozbyć. U nas nie wyszło. Kapitał był amerykański i zamiast chcieć się sprzedać pobiegł z pyskiem do ambasady USA. Znaczy jedynego kraju, z którym PiS się liczy.
Renacjonalizacja PEKAO SA i innych banków, to też kopia tego co na Węgrzech. Tak jak podatek bankowy. Niestety PiS nie mogło powtórzyć węgierskiego modelu likwidacji OFE, co to w dużej mierze zrobił już Tusk, ale zassanie do budżetu tego, co jeszcze w nich zostało i tak jest już klepnięte.
Co prawda Duda i Szydło zapowiadali, że – wzorem Węgier – zrobią porządek z kredytami we frankach szwajcarskich, ale po pierwsze z badań wyszło, że frankowicze i tak nie będą lubić PiS. A po drugie – na straży dobrostanu sektora bankowego w Polsce stał Mateusz Morawiecki. Facet uchodzący w oczach aekonomicznego Kaczyńskiego za wyrocznię gospodarczą. Z frankami nie zrobiono zatem nic.

PiS wydawało się, że lepiej pójdzie z sądami. Orbán wysłał w końcu dużą część wydających nieprzychylne władzy wyroki na emerytury i sprawę rozwiązał. Nic z tego. Po węgierskim skoku na wymiar sprawiedliwości, nader cięta w tym temacie zrobiła się Bruksela. I PiS musiało ustąpić.
Nie ustąpiło za to w kwestii, którą po roku darował sobie Orbán – zakazu handlu w niedziele. Pewnie dlatego, że na Węgrzech sprawa ta nie wiązała się dla władzy z żadnym dealem politycznym. U nas zaś, głupi zakaz był jedynym postulatem NSZZ „Solidarność”, przybudówki PiS, której za lojalność należał się ten – jak się zdawało władzy – niewygórowany cenowo prezent. Najnowsze badania partyjnej sondażowni Kaczyńskiego wskazują, że nieposłuchanie Orbána w tej sprawie było błędem. Niedzielny zakaz zubożył PiS w ostatnich wyborach o jakieś 3 – 5 proc. głosów.
Kolejnym plagiatem z Orbána była nowelizacja prawa farmaceutycznego, po której apteki miały znaleźć się w polskich rękach. Się nie znalazły, a suweren nadwiślański zabiegu tego nie zauważył.
Zauważył za to burdel związany z pisowską reformą edukacji. Co PiS musiało niemile zaskoczyć, bo jak Fidesz reformował szkoły na Węgrzech, to słupki poparcia mu rosły. Najbardziej zaś u nauczycieli.

Ciekawe dlaczego po walce z mafiami vatowskimi PiS nie wykorzystał węgierskiego myku na skokowy wzrost przychodów z podatków. Orbán zwiększył bowiem tamtejszy VAT z 20 do 27 proc. bijąc w tym zakresie rekord Europy. Pisowskim ekspertom wyszło, że 23 proc. Rostowskiego absolutnie wystarczy. I nie ma co dociążać najbiedniejszych.
Ani odciążać najbogatszych jak nad Dunajem, 16 proc. podatku PIT. Dlatego u nad jest 17 proc. a dla lepiej zarabiających nawet i więcej. U Orbána zaś podatek jest wyłącznie jednostopniowy, czyli liniowy.

Kaczyński usiłował przebić Orbána na polu rozdawnictwa. Czyli transferów bezpośrednich. Na Węgrzech zrobiono bowiem tylko tak, że małżeństwa mogły podpisać umowę z rządem, w której zobowiązują się do posiadania dwójki dzieci w ciągu 8 lat. I dostawały na kupno mieszkania lub domu równowartość 36 tys. złotych. Była i druga opcja, czyli 140 tys. złotych za troje dzieci w ciągu 10 lat. Przy okazjo Orbán wprowadził ulgi podatkowe dla, i tak nader niskich, podatków osobistych. Rosły one w zależności od liczby dzieci i przy trojgu, PIT-u węgierskie małżeństwo już nie płaciło.
Nasze „500 plus” dawało pieniądze, po pierwsze większej grupie, a po drugie dawało go znacznie więcej. Nie wspominając o „trzynastej emeryturze” podwyżkach minimalnego wynagrodzenia czy świadczeniach dla pań, którym przydarzyły się co najmniej 4 porody. W zakresie płacenia obywatelom, Kaczyński wyprzedził Orbána o kilka długości.
Ale musiał, bo nie mógł wzorem premiera Węgier kazać obniżyć ceny gazu i prądu o prawie 20 proc. I jednocześnie firmom produkującym i handlującym prądem i gazem podnieść podatki o 10 proc. Na Węgrzech firmy te należały bowiem do zagranicy. A u nas, do państwa.
Tak jak teraz na Węgrzech, bo po takim zaciśnięciu pasa zagraniczne spółki energetyczne grzecznie i za niewysoką cenę posprzedawały się państwu węgierskiemu i bogatym przyjaciołom Orbána.
Niemniej jednak myk z energetyką, PiS też wykorzystało. Przecież do końca roku mamy ceny prądu zamrożone na ubiegłorocznym poziomie.
Jest jednak coś, czego Kaczyński nie zrobił. A Orbán tak, i dlatego rządzi już z miażdżącą przewagą trzecią kadencję. A wystarczyło pozmieniać, jak nad Balatonem, geografię okręgów wyborczych. Na taką, gdzie bez względu kto i jak by nie głosował, zawsze wygra Fidesz.
PiS było pewne, że wykonało to, co na Węgrzech, z transferowym naddatkiem, i wdzięczny naród da mu większość konstytucyjną. No i klapa. Nawet Senat odleciał prezesowi.
To czego na Orbánowską skalę jeszcze u nas nie zrobiono, to przywłaszczanie przez oligarchów władzy środków unijnych.
Władca Węgier wychował się w Felcsút. Teraz w tej liczącej niecałe 2 tys. mieszkańców wsi kilku zaprzyjaźnionych z Orbánem biznesmenów zbudowało stadion, powstała akademia piłkarska i obejmujaca ledwie trzy stacje linia kolejowa zbudowana za unijne pieniądze.
Wozi ona powietrze, więc zainteresowały się nią służby finansowe UE. Nic z kontroli jednak nie wyszło. Do 2018 r. wójtem Felcsút był bowiem zaprzyjaźniony z premierem Węgier Lőrinc Mészáros, który jeszcze kilkanaście lat temu pracował jako monter instalacji gazowych.
Dziś to najbogatszy Węgier. Na państwowych kontraktach, które były w większości finansowane z funduszy unijnych, Mészáros budował mosty, kładł kanalizację, przejmował media. Z zamówień publicznych żyją też jego dzieci. Według Forbesa jego majątek to dziś ok. 1,2 mld dol.
Członkowie rodziny Orbána też mają dobrze. István Tiborcz jest mężem Rahel, jednej z czterech córek premiera. Żyje doskonale z umów z państwem za unijne pieniądze.
Jego biznesami zainteresowała się unijna agencja do walki z nadużyciami finansowymi OLAF. Według niej Tiborcz zdefraudował 40 mln euro. Wygrywał przetargi, choć nie miał żadnego doświadczenia w dziedzinach w których startował, a cena, jaką dyktował, była sporo wyższa niż rynkowa. OLAF swój raport przekazał węgierskiej prokuraturze, a ta uznajła, że do przestępstwa nie doszło. Teraz zięć Orbána działa na rynku nieruchomości. Buduje i kupuje luksusowe hotele, zamki, pałace, a także spa.
To tylko wierzchołek korupcyjnej piramidy na Węgrzech. Z raportu OLAF wynika, że liczba wykrytych przypadków nieprawidłowości w wydatkowaniu funduszy UE na Węgrzech aż 10 razy przekracza unijną średnią. Blisko 4 proc. unijnych projektów stało się areną przekrtętów. Według Brukseli u nas ten współczynnik wynosi ledwie 0,12 proc.
Eurokratom wychodzi, że Węgry są jednym z najbardziej skorumpowanych państw w Unii Europejskiej. Szczytem wszystkiego okazało się śledztwo OLAF, z którego wynikało, że na Węgrzech zdefraudowano pieniądze, które miały być przeznaczone na walkę z korupcją.
Czy jednak z tego powodu Orbánowi wstrzymano, lub zabrano jakiegoś euroforinta? Otóż nie. I być może właśnie świadomość bezkarności w robieniu Brukseli na szaro zarówno w kwestii praworządności, jak i prostego złodziejstwa, zapłodni intelektualnie ubogie w kaskę, zaplecze prezesa Kaczyńskiego. I stąd przy skoku na pieniądze z funduszu odbudowy niezbędna była bajka o Polskim Ładzie, mające ogrywać panujące w polskim suwerenie przekonanie, że PiS kradnie, ale się z narodem choć częścią łupu dzieli.

Sushi con carne

Przecieki z okolic Nowogrodzkiej pokazują, że kuluary polsko-węgierskiego veta wyglądały nieco inaczej niż się powszechnie sądzi. Dowodzi tego ostatnia wizyta Orbana, ta z zamaskowanym po czubek oczy Kaczyńskim. Orban przyleciał, bo nasi zaczęli się za jego plecami dogadywać z prezydencją niemiecką.
Niemcy wyciągnęli bowiem na stół coś, z czego upojeni narracją suwerennościowo-ideologiczną Kaczyński z Morawieckim nie wiedzieli. Dostali więc teczkę z wynikami unijnego śledztwa dotyczącego rozdysponowywania unijnych funduszy na Węgrzech. Załącznikiem do teczki było pytanie, czy partia nazywająca się Prawo i Sprawiedliwość chce mieć dorobioną przez europejskie media twarz obrońcy złodziei i łapówkarzy.
W teczce było o firmach związanych z rodziną węgierskiego premiera, które zarobiły w ostatnich latach dziesiątki milionów euro, głównie dzięki inwestycjom finansowanym z unijnych funduszy. Jak spółka Dolomit, której prezesem by ojciec premiera Győző a także firmy transportowe Arona i Gyozo jr. – braci Viktora Orbana.
Było o finansowanym przez UE 100 mln euro projekcie budowy systemu oczyszczania ścieków w Erd. Firma zarejestrowana przez Gyozo Orbana nie uczestniczyła w żadnym przetargu, ale dziwnym trafem stała się dostawcą kamieni i cementu dla głównych wykonawców – firm związanych z przyjaciółmi premiera Orbana. Współpraca zaskoczzyła, mimo iż oferta Dolomit była ok. 30 proc. wyższa od propozycji konkurencji.
Inne kwity dotyczyły budowy systemów kanalizacji w Budapeszcie, a także cementowni i stacji kolejowych w innych miejscowościach. Tylko w latach 2010-17, czyli za rządów Orbana Dolomit, największa z rodzzinnych firm, zaliczyła wzrost przychodów o 330 procent, a przyrosty zysków były nawet kilkunastokrotne.
Podobnych kwiatków było w unijnych materiałach kilkanaście. Plus wyliczenie, że liczba nieprawidłowości w wydatkowaniu europejskich funduszy na Węgrzech dziesięciokrotnie przekracza średnią unijną.
Najgorsze jednak dla Brukseli było to, że dzięki opanowaniu węgierskiego sądownictwa przez Fidesz, żaden tamtejszy są nie zrobił z tymi fantami nic. Każda skarga odbijała się od obranowskiego wymiaru sprawiedliwości jak od ściany.
Polskie przewiny Kaczyńskiego, Ziobry i Morawieckiego w stosunku do sądownictwa, to przy przegięciu węgierskim, były małym Pikusiem. Na nasze tłumienie praworządności i demokracji były sklonne przymknąć oko nawet Holandia, czy Dania. Nie wiązało się to bowiem z okradaniem tamtejszych podatników.
Dowody te przekonały wierchuszkę Zjednoczonej Prawicy do złagodzenia stanowiska i próby dopracowania definicji praworządności, tak aby dotyczyła wyłącznie kwestii związanych z aferami w rozdziale unijnych środków. Na to zgadzali się wszyscy.
Z wyjątkiem Viktora Orbana. Ten przyleciał i jedyne co wywalczył, to kilka detali w definicjach rozliczania unijnych dotacji.
O suwerenności, brukselskim kołchozie i nowym RWPG premier Węgier na spotkaniu z Kaczyńskim i Morawieckim nie wspominał. Ale ponieważ szefostwu PiS Wegry jeszcze się na forum europejskim przydać mogą, to udawano, że wszystko jest cacy jak zwykle.
Gdy oddajemy Trybunę do druku, nie znamy wyników uzgodnień brukselskich. Nie wiemy więc czy odpuszczenie praworządności w Polsce przez Unię przeszło.

A gdyby przeszło, to znaczyłoby, że bezczelność PIS rządzi. Chyba, że to nie bezczelność, ale głupota. A rzecz w tym, że trzy dni przed negocjacjami premiera w Brukseli ogłoszono, że państwowy, czyli należący do PiS Orlen, za 120 mln zł kupił od Niemców całą polską lokalną prasę wraz z przyległymi portalami internetowymi.
Podanie takiej informacji, gdy wiadomo, że Unia jest cięta na Orbana, za przekręty ale i likwidację wolnych mediów, a na nas za TVP i sądy była albo więc bezczelnością, albo głupotą. Bo nawet największy europejski miłośnik Kaczyńskiego w Brukseli nie mógł nie zauważyć, że to kolejny krok do całkowitego podporzadkowania Polski partii Kaczyńskiego. Krok jak widać skuteczny, bo Bruksela na przejęciu przez PiS kolejnych mediów nawet się nie zająknęła.
Wynikałoby z tego, że PiS wie, że prawdziwe miękiszony są właśnie w Brukseli. Gdyby nie byli tego świadomi, to w obawie, przed usztywnieniem stanowiska negocjacyjnego, kazanoby prezesowi Orlenu Obajtkowi poczekać z ogłoszeniem przejęcia tytułów, do powrotu z Brukseli. Bo po co drażnic misia?
Miś ma jednak Polskę i jej władze głęboko gdzieś, w przeciwieństwie do chęci bezproblemowegouchwalenia budżetu i wspólnego zaciągnięcia 750 miliardów euro na ratowanie gospodarek.
Widać Bruksela stosuje stare chińskie powiedzenie, żeby nic nie robić i czekać, aż zwłoki wrogów same spłyną z nurtem rzeki.

Nieciekawie tuż za płotem

Obwód zakarpacki, jeden z 24 obwodów Ukrainy, graniczący z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, z 12-procentową mniejszością węgierską, znowu staje się tłem napięć. 30 listopada 2020 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy dokonała przeszukań w siedzibie Partii Węgrów Ukrainy (KMKS) w Berehowem, w domu jej lidera i działacza Zakarpackiej Rady Regionalnej Wasyla Brenzowicza, w  biurze fundacji Egan Ede a także w budynku Węgierskiego Instytutu im. Ferenca Rakoczego.

To w ostatnich 18 miesiącach powtórna taka akcja sił bezpieczeństwa Ukrainy. Kijów podejrzewa Węgrów z Zakarpacia o tendencje separatystyczne, oskarża Budapeszt o to, że dąży do restytuowania Wielkich Węgier, tych sprzed traktatu w Trianon. Węgrzy z Zakarpacia w referendum 1991 r. domagali się autonomii, lecz głos ten został zignorowany, chociaż za Węgierskim Okręgiem Autonomicznym było 74 proc. mieszkańców obwodu.
Tymczasem Budapeszt rozdaje obywatelom Ukrainy, którzy udowodnią odpowiednie powodzenie, węgierskie paszporty, a wspomniana fundacja Egan Ede, oprócz wspierania instytucji kulturalnych i edukacyjnych, od 2016 roku udzieliła kilkanaście tysięcy pożyczek i dotacji o łącznej sumie ok. 100 milionów euro.
Na terenach, gdzie mniejszość węgierska jest widoczna, Budapeszt inwestuje w budowę infrastruktury publicznej (nowocześnie wyposażone szkoły, niezłe szpitale), wspiera drobny biznes. A równocześnie grozi zablokowaniem starań Kijowa o członkostwo w UE i NATO, systematycznie od 2017 r. oprotestowując ukraińskie ustawy nakazujące używanie w szkolnictwie, czy szerzej w przestrzeni publicznej, jedynie języka państwowego, kosztem języków mniejszości.
Bez Węgrów nie da się zarządzać Zakarpaciem. Po ostatnich wyborach lokalnych (25 października) rada obwodu zakarpackiego jest podzielona: Sługa Ludu Zełenskiego wygrał 11 mandatów, lokalny komitet „Zakarpacka rodzina”- 12, „Europejska Solidarność” Poroszenki i Platforma Opozycyjna Medwedczuka – po 6 mandatów.
Złoty głos ma Partia Zakarpackich Węgrów, której 10 miejsc w radzie może przesądzać o wyniku każdego głosowania. Oni to wiedzą – dlatego czują się na tyle pewnie, że w niektórych gminach, gdzie zdominowali lokalne rady wiszą na budynkach lokalnej administracji flagi węgierskie (obok ukraińskich), a w niektórych miejscowościach radni rozpoczęli swoją kadencje odśpiewaniem hymnu węgierskiego (po ukraińskim). Nacjonaliści w Kijowie uważają ten fakt za obrazę godności Ukrainy i grożą „zemstą”. Prawy Sektor – szowinistyczna, parafaszystowska formacja działająca jawnie nad Dnieprem – opublikowała na YouTube film z zamaskowany mężczyzną, grożącym zakarpackim Węgrom śmiercią, pozującym na tle wjazdu do Berehowego. Film usunięto 1 grudnia, a wszechwładny minister Arsen Awakow od razu podkreślił, iż konflikt został zainspirowany daleko poza granicami Ukrainy. Nie trzeba chyba dodawać, gdzie. Tymczasem jak podaje Oleg Chavych (za lokalnymi, zakarpackimi mediami) w regionie krążą informacje, iż władze przygotowują się do zakazania działalności KMKS z racji działań „separatystycznych”.
Prawda tymczasem może być dużo bardziej prozaiczna: geopolityka i wielkie sprawy swoją drogą, a tymczasem niektórzy komentatorzy podejrzewają, że inicjatorem akcji SBU wobec zakarpackich Węgrów są machinacje ustępującego gubernatora, byłego generała SBU Aleksija Petrowa  (stronnika Petra Poroszenki), który chciałby zostać przewodniczącym rady obwodu i mieć za sobą stabilną koalicję.
Czyli Węgrów posłusznych, a nie targujących się przy każdym głosowaniu. Taka koalicja miałaby możliwość wyboru swojego gubernatora i obsady miejscowych urzędów swoimi ludźmi, a to oznacza, że położyłaby ręce na środkach płynących do regionu z Węgier. A jeszcze bardziej nieoficjalnie mogłaby też uzyskiwać korzyści z masowo uprawianej kontrabandy, która kwitnie na styku granic Ukrainy i Węgier (czyli UE)…
Wersja prozaiczno-biznesowa wydaje się przy tym wcale nienajgorsza. Bo jeśli inicjatorem działań SBU byłby Petrow, to mocodawcą mógłby być równie dobrze sam Petro Poroszenko, działający przez lojalnego miejscowego urzędnika. Zaostrzenie nastrojów w wielonarodowym regionie i równocześnie doprowadzenie do nowego kryzysu w relacjach węgiersko-ukraińskich miałoby być wkładaniem kija w szprychy i tak coraz wolniej jadącego Sługi Ludu. Gdyby zaś Sługa upadł, Poroszenko miałby przynajmniej szanse na powrót do władzy. Jeszcze inną wersję sugeruje Giennadij Moskal, słynny były gubernator Zakarpacia: w jego przekonaniu to partia Zełenskiego, za pośrednictwem służb, chce przymusić Węgrów do koalicji i do posłuszeństwa. Rozwiązywałoby to za jednym zamachem i kwestię korzyści z zawiązania takiej koalicji, i kwestię uspokojenia newralgicznie położonego regionu.
Gdy jedne domysły gonią inne, pewne jest tylko jedno: pełzający konflikt, nawet jeśli ciągle nie jest „gorący”, ciągnie się już niebezpiecznie długo. A w Kijowie ciągle nie widzą, że podgrzewanie tych narodowych, religijnych i językowych różnic celem uzyskania doraźnych politycznych korzyści prowadzi tak naprawdę do rozluźniania związków między regionami a stolicą, z czego na dłuższą metę nie będzie nic dobrego. Pokojowe współistnienie w wielonarodowościowym kraju jest możliwe. Jednak nie wtedy, gdy systematycznie podważany jest jego sens.

Zgulaszowane bratanki

Łukaszenka i Kaczyński, od Orbana dowiedzieli się, że takimi bzdurami jak demonstracje, nie ma się co przejmować.

Orban miał szczęście. Po tym jak w 2006 r. socjalistyczny rząd Węgier przyznał, że kraj jest niemal niewypłacalny, przyszedł czas, kiedy władza musiała coś z deficytem zrobić. Przez 4 lata robiła to tak jak wszędzie. Zamrożenie płac w budżetówce, cięcia socjalne i podnoszenie podatków. To jeszcze i tak nic, bo w 2008 roku wybuchł światowy kryzys i wciąż socjalistyczny rząd musiał Węgrów cisnąć jeszcze bardziej.
Idol Kaczyńskiego
Dlatego nie było zaskoczeniem, gdy po wyborach 2010 roku koalicja Orbana uzyskała ponad 2/3 głosów w Parlamencie. Węgierski suweren miał po prostu dość. Orban dawał szansę na wyjście z finansowej kaszany. Ludzi nie interesowało, jakie hasła polityczne miał wypisane na sztandarach. Zwłaszcza, że wcale ich wiele nie było. Partia Fidesz odnosiła się głównie do gospodarki. Przemiaukiwano co prawda, że trzeba zrobić porządek z ustawami, ale miało to służyć wyłącznie usprawnieniu działań ekonomicznych i spowodowaniu – uwaga – żeby było sprawiedliwiej.
Zaczęto od odpraw w firmach należących do państwa. W październiku wprowadzono od nich 98-procentowy podatek i to taki który miał działać wstecznie, bo od stycznia. Nie pasowało to Trybunałowi Konstytucyjnemu. No to Orban wprowadził w konstytucji zmianę uniemożliwiającą Trybunałowi Konstytucyjnemu unieważnianie w przyszłości ustaw okołobudżetowych.
Miłośnicy demokracji się wściekli. Na ulice wyszło ponad 100 tys. osób. Całkiem jak u nas. Co zrobił w związku z tym Fidesz? To co Kaczyński. Nie zwrócił na protesty uwagi. A ponieważ miał większość konstytucyjną, to skoncentrował się na pisaniu nowej ustawy zasadniczej. Takiej zaczynającej się pierwszymi słowami hymnu węgierskiego „Boże, pobłogosław Węgry”.
Idol rynków
Oprócz tego Orban robił coś, co każdego suwerena zabolałoby mocno. Wydłużył wiek emerytalny dla obu płci do 65 lat, zlikwidował 13-te emerytury i 13-te pensje w sektorze publicznym. Żeby tam, ograniczył prawo do strajku, pozwolił na zmniejszenie wynagrodzeń przy wydłużonym czasie pracy, zmniejszył wynagrodzenia za godziny nadliczbowe i ograniczył zasiłki socjalne. Obniżył też podatki PIT i CIT. Dzięki czemu zyskali najwięcej zarabiający i podniósł do 27 proc. VAT, co z kolei powodowało, że po kieszeni dostali najbiedniejsi. Nie odczuli tego jednak, bo równocześnie, w 2011 r. wprowadzono kwotę wolną od podatku uzależnioną od liczby dzieci. I jak ktoś miał jedno lub dwoje dzieci, to miesięcznie zyskiwał ok. 140 zł. Zyski tych, którzy mieli co najmniej trójkę wynosiły zaś ok. 470 zł miesięcznie. A ponieważ z ulgi mogli korzystać, ci co pracowali i płacili podatki, to Węgrzy zamiast kombinować szmalec pod stołem, jak w przypadku naszego 500 plus, do roboty się garnęli. Bo wszak Orban ma szczęście i to większe niż Kaczyński. Nie musiał kupować sobie głosów wsi, która PIT nie płaci i nie był po słowie z zaprzyjaźnionymi związkowcami, którzy chcieli, żeby wiek emerytalny był taki, jak pół wieku wcześniej.
No i oczywiście, żadna z orbanowych reform ekonomicznych ludzi na ulice w akcie protestu nie wyganiała.
Kto by chciał walczyć z podatkami nałożonymi na sektory gospodarki, które były w rękach kapitału zagranicznego? Komu przy zdrowych zmysłach – oprócz neoliberałów – nie spodobałaby się narracja Fideszu, że silna władza państwowa nadzorująca strategiczne działy gospodarki jak banki, sektor energetyczny, czy paliwowy i stwarzająca preferencje dla krajowych przedsiębiorstw, sprzyja szybkiemu wzrostowi gospodarki? A że preferencje były dla niektórych firm krajowych i to tylko tych zaprzyjaźnionych z politykami Fideszu? Znakomitej większości suwerena to latało i powiewało. Tak samo jak zatrważający – zdaniem ekonomistów – spadek ocen jakości instytucji wpływających na konkurencyjność gospodarki, takich jak ochrona prawa własności, zakres konkurencji na rynku krajowym, niezależność wymiaru sprawiedliwości czy faworyzowanie przez władze wybranych podmiotów gospodarczych.
A najśmieszniejsze, że te oceny speców od gospodarki mieli głęboko gdzieś inwestorzy zagraniczni, zaś dla światowych instytucji finansowych, na które Orban się przecież wypiął, jego sukcesy w walce z deficytem finansów publicznych zaczęły budzić zachwyt.
Idol statystycznego obywatela
W latach 2010-2014 uchwalanie 90. ustaw – od wniesienia projektu do przegłosowania – trwało na Węgrzech nie dłużej niż tydzień. W przypadku 13. ustaw, procedowanie parlamentarne kończyło się najpóźniej następnego dnia od wniesienia projektu. Jak choćby węgierską ustawę medialną, dzięki której Fidesz nie musi się borykać z jakąś Agorą, czy TVN-em. Tyle, że ataki na wolności obywatelskie zawsze wyciągały na ulice tysiące demonstrantów. Ale tylko przez 8 miesięcy. Z powodu niezwracanie na nie przez rządowe media i te zaprzyjaźnione z rządem – uwagi, frekwencja w nich spadała.
Ale w 2012 roku wzrosła. W Budapeszcie znowu doliczono się 100 tys protestujących. Tym razem przeciwko uchwalonej przez Fidesz konstytucji. Orban nie tylko to zignorował, ale postanowił z demonstrującymi popogrywać. I dlatego w kolejnych dwóch latach wprowadzał do ustawy zasadniczej kilka poprawek. Każda z nich była przyczynkiem do demonstrowania. Przy ostatniej doliczono się ledwie 3 tysięcy protestantów. Ludziom, nieprzynoszące niczego demonstrowanie, zwyczajnie się znudziło.
Zwłaszcza, że Fidesz tak pokombinował w konstytucji, że zmiana uchwalonego przez obecną władzę prawa, nie będzie prawnie możliwa. Wymagać ma bowiem co najmniej 2/3 głosów w Parlamencie. W wyborach, do którego też zresztą zmieniono zasady gry wyborczej.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2014 r. Fidesz zmniejszył liczbę posłów z 386 do 199, zredefiniował okręgi wyborcze, i ograniczył proporcjonalność systemu wyborczego. No i choć uzyskał w 2014 roku 8 proc mniej głosów niż 4 lata wcześniej, to miał tylko o 1,3 proc mniej mandatów. Choć i tak więcej niż konstytucyjne 2/3. Mimo, że na partię Orbana głosowało niecałe 45 proc. Węgrów.
Pół roku po tych wyborach węgierski rząd wpadł na pomysł opodatkowania internetu, konkretnie – transferu danych w sieci. Zaczęła się jazda, jakiej Orban nie przewidział. Setki tysięcy demonstrantów przez parę dni. Więcej niż przy jakiejkolwiek reformie, czy konstytucji. Ale ponieważ, za protestami nie stała żadna partia opozycyjna, to premier Węgier od podatku odstąpił i nadymał się w mediach, że to przecież normalne, bo suwerena trza słuchać. Efekt jest prosty – Fidesz zyskał, opozycja zaś – jak zwykle.
Faworyt Putina
I gdy miesiąc później wezwała Węgrów do protestu przeciwko korumpowaniu przez rząd urzędników i prowadzeniu polityki zbliżenia z Rosją, to tylko organizatorzy doliczyli się 10 tys. uczestników.
W lutym 2016 znów po Budapeszcie przespacerowało się 10 tys osób. Tym razem nie podobała im się reforma szkolnictwa. Ale za to w kwietniu 2017 na okoliczność zamknięcia uczelni Sorosa, suweren zareagował 80 tys. demonstrantów.
Po tegorocznych, kwietniowych wyborach, znowu demonstrowano. I znowu frekwencja sięgnęła dziesiątek tysięcy osób. Tyle, że tydzień wcześniej partia Orbana zdobyła prawie 50 proc. głosów przy prawie 70-procentowej frekwencji, co dało jej po raz kolejny konstytucyjną większość.
Tuptanie i wykrzykiwanie antyorbanowskich haseł węgierski wyborca ma widać gdzieś. Jemu wystarczy świadomość, że od kiedy rządzi Orban bezrobocie spadło z 11,4 do 3,8 proc. W tym czasie dług publiczny spadł o 6 punktów procentowych, a deficyt budżetowy jest niższy o połowę. A przy tym wszystkim PKB wzrosło Węgrom z 0,7 do 4 proc. w 2017 roku. I nawet płace w tym czasie wzrosły o ponad 10 proc.
Madziar wie też, że nad Dunajem Volkswagen produkuje Audi, a Deimler Mercedesa. I że Opel też tam jest. I wcale węgierskiemu suwerenowi nie przeszkadza, że Putin sprzedaje mu korzystnie gaz w zamian za poparcie dla gazociągu South Stream, a rosyjski kapitał zaangażował się w budowę elektrowni atomowej na Węgrzech.
Po plajcie sprzed lat, Węgier naprawdę potrafi docenić swoją małą stabilizację. Oraz jej twórcę i gwaranta – Victora Orbana.

Przez węgierski filtr

W kulturze węgierskiej religia nigdy nie odegrała istotnej roli. Żadna religia. Po drugie, naród węgierski jest z ducha pozytywistyczny i to też cechuje literaturę węgierską – z węgierskim pisarzem Gyorgy Spirő rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Lektura Pana obszernego dzieła, powieści „Mesjasze” budzi podziw. Nie tylko dla kunsztu prozatorskiego, ale także dla faktu, że węgierski pisarz dokonał czegoś, co mogło się wydać niemożliwe – przełamania dystansu do uważanej za hermetyczną dla cudzoziemców kultury polskiej. Poniekąd wyręczył Pan polską literaturę, co jest tym bardziej godne wdzięczności, że w Polsce nie ma dziś chyba pisarza, który mógłby się tego podjąć zarówno z punktu widzenia artystycznego, jak i by tak rzec – pragmatycznego. Jak Pan zdołał tego dokonać?
Po prostu bardzo mnie to zainteresowało. Pisząc powieść historyczną każdy pisarz wchodzi w daną kulturę i cywilizację, więc nie jest to dla mnie nic wyjątkowego. Pisząc o kulturze Rzymu też musiałem się z nią utożsamić, wejść w głąb jej jaźni. Inaczej nie byłbym w stanie pisać.
Jednak bardzo często autor obcy piszący powieść z kręgu danej kultury nie jest w stanie wejść w nią całkowicie, wniknąć we wszystkie subtelności, niuanse, uniknąć pewnej obcości. Na przykład wybitnej skądinąd pisarce amerykańskiej Susan Sontag wytknięto, że w powieści na kanwie losów Heleny Modrzejewskiej, „W Ameryce” nie potrafiła ustrzec się pewnych naiwności w spojrzeniu na zagadnienia polskie. U Pana dystansu się nie wyczuwa…
Bo ja te postacie lubię. Jak nie lubię postaci, nie mogę o niej pisać. Wydało mi się to wszystko bardzo pasjonujące i unikalne, a przy tym bardzo niewęgierskie z ducha.
Trzeba też jednak uwzględnić fakt, że temat zarówno „Mesjaszy” czyli emigracyjny Paryż Mickiewicza, towiańszczyzna, Koło Sprawy Bożej, jak i sztuki „Szalbierz” czyli postać Wojciecha Bogusławskiego, a więc tematy nawet w Polsce bynajmniej dziś nie wiodące, przeciwnie, peryferyjne, elitarne. Skąd u Pana zainteresowanie takimi „oboczami”?
W tych historiach, nasyconych dziwnością tkwi bowiem coś głębszego. Moją pierwszą powieścią polską byli „Iksowie”, o Wojciechu Bogusławskim i jego kręgu. Ten okres Królestwa Kongresowego przypominał mi okres, w którym wtedy żyliśmy, i Polacy i Węgrzy, pod dominacją radziecką, rosyjską. Z tego powodu i powieść i sztuka o Bogusławskim, „Szalbierz”, zostały przyjęte bardzo dobrze w moim kraju. Nawiasem mówiąc, to przy szukaniu materiału do „Iksów” natrafiłem na materiały dotyczące Koła Sprawy Bożej, Towiańskiego, Mickiewicza. Wcześniej, przyznam, nie miałem o tym wątku najmniejszego pojęcia. Aby wejść w tę tematykę musiałem poznać mistycyzm chrześcijański i żydowski.
Było to interesujące dla pisarza węgierskiego?
Tak, poprzez kontrast, ponieważ tematyka mistycyzmu, Koła Sprawy Bożej, mesjanizmu, jest bardzo obca, bardzo daleka myśli i mentalności węgierskiej.
Na czym polega ta obcość?
Po pierwsze, w kulturze węgierskiej religia nigdy nie odegrała istotnej roli. Żadna religia. Po drugie, naród węgierski jest z ducha pozytywistyczny i to też cechuje literaturę węgierską. Z tego powodu „Mesjasze” nie zdobyli na Węgrzech popularności. Węgrzy tej tematyki nie rozumieją, nie przyswajają, nie czują, choć w sensie językowym to powieść węgierska, acz z postaciami polskimi.
Wybiera Pan z polskiej kultury to, co jest bardzo hermetyczne i nie do końca zrozumiałe czy akceptowane nawet w Polsce, n.p. Stanisława Wyspiańskiego czy Witolda Gombrowicza. Co Pan z niego przetłumaczył na język węgierski?
„Wesele”, „Noc listopadową” i „Powrót Odysa”. Jednak nie zostało to przyjęte ani przez publiczność czytającą, ani przez teatry węgierskie. Podobny los, niezrozumienie, spotkał jednak także wystawioną w Krakowie sztukę wybitnego autora węgierskiego. To samo spotkało tłumaczonego przeze mnie Witolda Gombrowicza, pisarza, który zmagał się z polskości, ale na Węgrzech się nie przyjął, choć przyjął się w kilku krajach Europy, n.p. we Francji.
To interesujący fenomen. Z jednej strony mówię o naszych narodach jako pobratymczych, „Polak Węgier, dwa bratanki…”, ale nie w literaturze i sztuce?
Nasze historie polityczne są podobne. I Polacy i Węgrzy byli pod zaborami, mieli nawet tego samego zaborcę austriackiego, a i z Rosją też się boleśnie zetknęliśmy. Mieliśmy podobnych bohaterów, jak Sandor Petőfi i Józef Bem. Jednak nasze mentalności i uczuciowości są odmienne i bardzo obce.
Co w Pana oczach, jako Węgra i zarazem znawcy kultury polskiej jest jej najbardziej charakterystycznym wyróżnikiem?
Trudno powiedzieć, bo w różnych okresach było to co innego. Romantycy, poza Słowackim, nie czuli ironii. Wyspiański czy Witold Gombrowicz satyrycznie napadali na polskość, ale tak naprawdę nie mieli ironii. Byli bowiem ukąszeni wizją tragiczną, choćby się z nią spierali. My Węgrzy jesteśmy bardziej ironiczni, ale mnie tragizm pociąga. Inną cechą polskiej kultury, nawet literackiej, jest malarskość. Widać to u Słowackiego, Mickiewicza, Witkiewicza, Wyspiańskiego, w filmach Wajdy czy Hasa, w teatrze i plastyce Józefa Szajny. Na Węgrzech najistotniejszy jest tekst, nie obrazowość.
Panu się to też udzieliło, bo „Mesjasze”, choć jest w nich sporo fragmentów, które można nazwać dyskursywnymi, rezonerskimi, dokumentalnymi, to również fresk nasycony obrazami. Znanym, choć trochę zapomnianym w zalewie wydarzeń polskich tamtego czasu epizodem jest ten, którego doświadczył Pan w Polsce 1981 roku, kiedy kręgi nacjonalistyczne i osobiście nacjonalistyczno-klerykalny publicysta Jerzy Robert Nowak oskarżył Pana o antypolskość, nawet o „polakożerstwo” w powieści „Iksowie”. Czy dziwiło to Pana? Czy nie zniechęciło?
Trochę może zdziwiło, bo żadna intencja obrażania Polaków mną nie kierowała. Nie zniechęciło, ale nie pomogło, bo nie mogłem przyjechać do Polski pracować w archiwum, więc pojechałem do Biblioteki Polskiej w Paryżu, która ma bogate archiwa na ten temat.
Czy na Węgrzech można by spotkać się z podobną uraźliwością, gdyby polski pisarz napisał krytycznie o Węgrach?
Jest to możliwe.
Bo uraźliwość jest uniwersalna?
Nie, bo uraźliwość jest wschodnioeuropejska. Tkwimy w kompleksach wobec zachodniej części Europy. Do tej pory.
Bohaterem tej „urażającej” powieści jest Wojciech Bogusławski, ojciec teatru polskiego, ale postać raczej z kalendarza historycznego, rocznicowego niż żywa postać w tradycji. Dlaczego nim akurat się Pan zainteresował?
Bardzo mnie zaciekawił właśnie wbrew, na przekór tej pomnikowości. Któregoś dnia, gdy znalazłem się przy jego pomniku przed Teatrem Narodowym w Warszawie zwrócono mi uwagę, że sylwetką przypomina wielkiego aktora węgierskiego, Tamasa Majora. Rzeczywiście przypomina.
Dziękuję za rozmowę.
Gyorgy Spirő – ur. 4 kwietnia 1946 w Budapeszcie, wybitny pisarz węgierski. Ukończył studia z literatury węgierskiej i słowiańskiej na uniwersytecie w Budapeszcie. Eseista, tłumacz, dyrektor teatrów i wykładowca uniwersytecki. Znawca polskiej kultury. Jest również autorem powieści „Krużganek” (1974), „Przybysz” (1990), bestsellerowej powieści „Niewola” ( 2004), której akcja dzieje się w cesarskim Rzymie oraz licznych dramatów, w tym „Szalbierza” (1983), „Dogrywki” (1998) i „Stłuczki” (2004), zbiorów esejów i opowiadań. W 2009 wydano w Polsce powieść „Mesjasze”, opowiadając historię Andrzeja Towiańskiego i jego sekty Koło Sprawy Bożej oraz jej związków z Adamem Mickiewiczem. Otrzymał wiele prestiżowych nagród literackich i teatralnych, jest m.in. laureatem Międzynarodowej Nagrody Wyszehradzkiej.

Zawirusowania unijne

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.

Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie największych unijnych problemów. Zwalczania pandemii koronawirusa i nieszczególnie demokratycznych działań rządów w Warszawie i Budapeszcie.
W rezolucji europosłowie wzywają w Komisję Europejską do zaproponowania ogromnego pakietu naprawczego i inwestycyjnego dla wsparcia gospodarki europejskiej po kryzysie. Pakiet ten miałby być zupełnie nową jakością i stanowić część nowego budżetu UE.
Według uchwalonego dokumentu, niezbędne inwestycje byłyby finansowane ze zwiększonego budżetu UE, istniejących funduszy UE i instrumentów finansowych oraz obligacji naprawczych gwarantowanych z budżetu UE. Pakiet ten nie powinien obejmować istniejącego zadłużenia i powinien być ukierunkowany na przyszłe inwestycje.
Punkt 36 rezolucji odnosi się między innymi do wyborów prezydenckich w Polsce. Parlament Europejski mówi w nim o „całkowicie niezgodnych z wartościami europejskimi” krokach polskiego rządu, zmierzających do „przeprowadzenia wyborów prezydenckich w czasie pandemii”.
To „może zagrozić życiu obywateli polskich i podważyć koncepcję wolnych, równych, bezpośrednich i tajnych wyborów, o których mowa w Konstytucji RP” – brzmi rezolucja i dodaje, że szykowana w Polsce „zmiana Kodeksu wyborczego jest niezgodna z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego i przepisami prawa”.
Oberwało się w rezolucji i Węgrom. Europosłowie uznali, że w Budapeszcie „przedłużają na czas nieokreślony stan zagrożenia, by umożliwić rządowi rządzenie za pomocą dekretów”. Przypomniano przy tej okazji, że „należy nadal stosować Kartę praw podstawowych Unii Europejskiej i zapewniać poszanowanie praworządności”, a „w kontekście środków nadzwyczajnych władze muszą dopilnować, by wszyscy korzystali z tych samych praw i z takiej samej ochrony”. Rezolucja stanowi również, że „wszystkie środki przyjmowane na szczeblu krajowym lub europejskim muszą być zgodne z zasadą praworządności, ściśle proporcjonalne do wymogów sytuacji, wyraźnie powiązane z trwającym kryzysem zdrowotnym, ograniczone w czasie i poddawane regularnej kontroli”.
W innym punkcie dokumentu europarlament wezwał Komisję Europejską, by szybko przeprowadziła ocenę, czy wprowadzane w Polsce i na Węgrzech epidemijne, środki nadzwyczajne są zgodne z traktatami.
Parlament zwraca się również do KE, aby „użyła wszystkich możliwych narzędzi i sankcji, w tym budżetowych, by odpowiedzieć na poważne i ciągłe naruszenia” i podkreślić „potrzebę stosowania mechanizmów UE w zakresie demokracji, praworządności i podstawowych praw”. Zaapelowano też do Rady Unii Europejskiej żeby powróciła do dyskusji i procedur związanych z toczącymi się wobec Polski i Węgier postępowaniami na podstawie artykułu 7.
Rezolucja ma też punkt 48, w którym napisano, że PE „wzywa państwa członkowskie do zapewnienia wszystkim kobietom i dziewczętom możliwości korzystania z praw reprodukcyjnych i seksualnych oraz bezpiecznego i szybkiego dostępu do związanych z nimi usług zdrowotnych w czasie pandemii COVID-19, zwłaszcza dostępu do środków antykoncepcyjnych, w tym antykoncepcji awaryjnej, oraz opieki aborcyjnej; zdecydowanie sprzeciwia się wszelkim próbom ograniczania praw w zakresie zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego oraz praw osób LGBTI, i w tym kontekście potępia próby dalszej kryminalizacji opieki aborcyjnej, stygmatyzacji osób zakażonych HIV i ograniczania dostępu młodzieży do edukacji seksualnej w Polsce, jak również ataki na prawa osób transpłciowych i interseksualnych na Węgrzech”.
Stanowiska europosłów PiS można się było spodziewać. Ale tym razem zadziałali jeszcze nim doszło do głosowania. Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba przed ogłoszeniem wyników głosowania, zamieścił w mediach społecznościowych stanowisko delegacji PiS w Parlamencie Europejskim wobec rezolucji.
„Z przykrością stwierdzamy, że nie jest to rezolucja tylko o walce z pandemią i jej skutkami, ale dokument, który wyraża stałe obsesje Parlamentu Europejskiego i większości, która rządzi Unią Europejską. Umieszczenie zagadnienia wyborów korespondencyjnych w rezolucji jest kolejnym przejawem stygmatyzacji Polski ze strony UE. Jeszcze bardziej absurdalne i pozbawione wyczucia jest przyjęcie poprawki potępiającej Polskę za rzekome ograniczenia aborcji i edukacji seksualnej. Jest to nie tylko niezgodne z prawdą, ale także zupełnie bez związku z rezolucją i pokazuje ideologiczne zacietrzewienie większości Parlamentu, która nie odpuści żadnej okazji, aby podkreślić swoje stanowisko w tych sprawach, nawet za cenę podziałów, których powinniśmy w tych czasach unikać” tak przedstawiciele PiS w PE podeszli do tego, co mówi im większość europejskich demokracji.
Na podanie oficjalnych wyników głosowania nie czekał też minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Na Twitterze napisał, iż „UE zawiodła na całej linii. To mówią Włosi, to mówią Francuzi, to mówią Hiszpanie. UE można powiedzieć jako instytucja okazała się skrajnie zbiurokratyzowana i skompromitowana swoją nieudolnością oraz brakiem zrozumienia wyzwań, jakie stoją dzisiaj przed Europą i przed światem”. Jakby tego było mało konstytucyjny minister polskiego rządu, dołączył do tego grafikę ze swoim cytatem: „Zamiast zajmować się pandemią i wspieraniem polskiego rządu w działaniach ograniczających pandemię, Unia Europejska chce się zajmować dalej ściganiem rzekomych braków praworządności w Polsce. To jest kolejny dowód kompromitacji i braku wyczucia czasu i miejsca”.
Ciekawe, że poza Ziobrą do rezolucji PE nie odniósł się ani MSZ, ani premier, czy prezydent. To pokazywałoby, że władza chce zachować dyplomatyczny dystans, żeby mieć swobodę ruchów. Zwłaszcza, że kruszenie kopii i obrażanie Brukseli, w kontekście – nie będącej niczym więcej jak sugestią – rezolucji, nie miałoby sensu innego jak propagandowy i to skierowany na polski elektorat PiS.
Z rezolucją poharcowali sobie jednak szeregowi dziś politycy PiS.
„Rezolucja PE ws walki z wirusem to podwójny wstyd. To faul Europarlamentu, który zamiast profesjonalnego planu odbudowy gospodarki zaatakował ideologicznie Polskę. To wstyd też dla polskiej opozycji, która wystąpiła przeciwko własnej Ojczyźnie. Ideologia przesłania rozsądek” – tyle Witold Waszczykowski.
„Głosowania w Parlamencie Europejskim nie odbywają się tak szybko jak w Polsce. Procedowanie w polskim parlamencie to wyżyny demokracji, w stosunku do tego co ma miejsce w PE” – to z kolei złota myśl Karola Karskiego.
Powściągliwością nie popisały się jednak Węgry, gdzie 30 marca przyjęto ustawę, zgodnie z którą rząd może w czasie stanu zagrożenia „zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”.
– Parlament Europejski zamiast solidarności i zjednoczonego działania w czasie pandemii koronawirusa znów atakuje Węgry – oznajmiła po uchwaleniu rezolucji, minister sprawiedliwości Węgier Judit Varga.
Według pani minister, w Brukseli, nawet w czasie pandemii nie zrezygnowano ze stosowania podwójnych standardów wobec Węgier.
– Potępiają nas na podstawie takich nieprawdziwych twierdzeń, jakoby rząd osłabiał u nas nadzwyczajny nadzór parlamentu, bowiem Zgromadzenie Narodowe nadal obraduje zgodnie ze zwykłym porządkiem – broniła posunięć ekipy Orbana. A poza tym, według pani minister „to smutne, że w okresie pandemii niektóre siły polityczne mają czas na kontynuowanie oszczerstw wobec Węgier”.
– Jeśli ktoś nie potrafi pomóc, niech nam nie przeszkadza” – kończyła swoje pretensje do PE szefowa MSZ Węgier.
Dyplomatyczny spokój zachowuje dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce dr Marek Prawda. Mówiąc o planach Polski na przeprowadzenie głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich 10 maja, przywołał to co w Brukseli wiadomo.
– Była na ten temat wypowiedź komisarz Very Jourowej, była też rezolucja w Parlamencie Europejskim, więc niepokoje i wręcz brak wiary, że takie wybory mogłyby spełniać wszystkie warunki, które od nich są oczekiwane to jest oczywiste – mówił w Radiu ZET.
– Oczywiście nie będę się wypowiadał na temat konkretnych zmian w polskim kodeksie, czy formułował ocen. To wymaga analizy prawnej, ale Komisja Europejska jest i zawsze była wrażliwa na łamanie Konstytucji, zasad demokracji w państwach członkowskich i do tego należy też respektowanie warunków, które stawia się wyborom – dodał, a potem rozwinął myśl, pytany o możliwość zaskarżenia do TSUE przeprowadzenia wyborów w Polsce w czasie pandemii.
– Już dzisiaj mamy wiele sygnałów, wątpliwości i wręcz zapowiedzi takich protestów – stwierdził szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. Czym dowiódł, że dyplomacja już działa i polskie władze doskonale zdają sobie sprawę, że wynik wyborów prezydenckich w takich jak teraz, urągających demokracji warunkach, nie zostanie uznany.
Dyskrecjonalne, dyplomatyczne kanały informacji o tym stanowisku, są o tyle ważne, że gdyby ktoś z szefów Unii lub państw do niej należących wypowiedział to wprost, to PiS nie mógłby takiemu dyktatowi ulec i wybory musiałby przeprowadzić. Ponieważ naciski nie docierają do miłującego „wstawanie z kolan” elektoratu, to jest szansa, że presja demokratyczna i idące za nią setki miliardów euro, zmienią pisowską decyzję o wyborach 10 maja.

Cień dyktatury nad Budapesztem

,,Tak umiera wolność. Wśród burzy oklasków…” – ta trafna uwaga pada z ust bohaterki sagi Gwiezdnych Wojen Padmé Amidali, kiedy demoniczny kanclerz Palpatine, przy entuzjastycznej aprobacie zmanipulowanego senatu nadaje sobie specjalne uprawnienia i przekształca Republikę w Imperium Galaktyczne, poddane jego niepodzielnej władzy. Treść jej słów oddaje trafnie nie tylko zdarzenia ,,dawno dawno temu w odległej galaktyce”, ale również to, co stało się na naszych oczach – w poniedziałek, 30 marca, w Europie Środkowej, w przepięknym gmachu węgierskiego parlamentu.

Węgierscy deputowani większością 2/3 głosów (137 do 53) przyjęli ustawę przyznającą premierowi Viktorowi Orbanowi bardzo szerokie nadzwyczajne pełnomocnictwa. Po uchwaleniu posłowie Fideszu i inni sympatycy Orbana uczcili nawet szefa rządu gromkimi oklaskami na stojąco. Jako oficjalne uzasadnienie tych działań podano konieczność walki z koronawirusem oraz zapewnienie ,,sprawnego funkcjonowania państwa” w czasie epidemii. Wystarczy jednak choćby rzucić okiem na wprowadzone zmiany, by bez problemu zrozumieć ich prawdziwy cel – ostateczne ugruntowanie niepodzielnej dyktatury Orbana i jego Fideszu oraz zakończenie wieloletniego procesu całkowitej pacyfikacji węgierskiej opozycji.
Deputowani przedłużyli trwający od 11 marca stan wyjątkowy i dodatkowo przyznali Orbanowi prawo do rządzenia za pomocą dekretów i to nawet w trakcie trwania sesji parlamentu. Co najważniejsze, nie została przewidziana data wygaśnięcia tych uprawnień, ma je więc premier bezterminowo. Odebrać mu może je jedynie większość 2/3 głosów parlamentu – tak, dokładnie ci sami posłuszni szefowi rządu deputowani, którzy teraz z nieskrywaną radością mu tę władzę ofiarowali. Viktor Orban będzie rządził Węgrami kierując się jedynie swoją wolą tak długo, aż sam zdecyduje się łaskawie oddać uprawnienia. A przecież nie po to się o nie starał, by łatwo rezygnować.
W uchwalonym prawie znalazły się artykuły pozwalające władzom ,,zawieszać stosowanie niektórych ustaw, odstępować od zapisów ustaw i podejmować inne nadzwyczajne kroki w celu zagwarantowania życia i zdrowia obywateli, bezpieczeństwa prawnego i stabilności gospodarki narodowej”. Zapisy te, brzmiące jak żywcem wyjęte z nazistowskiego dekretu „O ochronie narodu i państwa” (który legł u podstaw obalenia Republiki Weimarskiej i powstania III Rzeszy), pozwalają rządowi na bezkarne łamanie w zasadzie każdego prawa. Oczywiście o tym, co służy ,,zagwarantowaniu życia i zdrowia obywateli”, będą decydowali sami rządzący. Już dawno bowiem na Węgrzech, od kiedy Orban podporządkował sobie sądy i prokuraturę oraz zmienił pod swoje dyktando konstytucję, wszelka instytucjonalna kontrola działań rządu przestała istnieć.
Oczywistym działaniem każdej autorytarnej władzy jest także chęć zamknięcia ust krytykom i opozycjonistom. Również i na tym polu Viktor Orban nie przegapił danej mu przez los okazji. Uchwalona ustawa wprowadza nowy rodzaj przestępstwa – rozpowszechnianie „fałszywych lub zniekształconych faktów, które blokują skuteczną ochronę społeczeństwa” oraz „alarmują lub podburzają społeczeństwo”. Grozić za to będzie nawet do 5 lat więzienia. Widzimy znów ten sam schemat – ogólnikowy i nieścisły zapis, dający się w oficjalnych komunikatach przedstawić jako służący walce z pandemią, a za kulisami – pozwalający prześladować opozycyjne media i brutalnie uciszać wszystkich krytyków rządu. Epidemia COVID – 19 i lęk jaki wywołała w społeczeństwie dały więc niestety węgierskiemu rządowi doskonałą i długo wyczekiwaną okazję do dokończenia procesu ostatecznego demontażu demokracji, przy bardzo nikłym społecznym oporze. Już antyczny ateński historyk Tukidydes zauważył bowiem: ,,zwykle to bywa u ludzi, że ze strachu gotowi są zachować karność”.
Niedawno minęła 101 rocznica powstania Węgierskiej Republiki Rad. Mimo iż przetrwała ona tylko 4 miesiące, lewicowemu rządowi udało się przeprowadzić wiele prospołecznych reform: wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy, podniesiono płace, położono podwaliny pod powszechny system edukacji i przeprowadzono reformę rolną. Niestety już w sierpniu 1919 roku Republikę obaliła brutalna interwencja wojsk rumuńskich, które restaurowały królestwo i oddały władzę w kraju w ręce admirała Miklosa Horthy’ego. Kiedy więc u progu lat dwudziestych wyzwolone z okowów wielkich imperiów narody Europy Środkowej budowały swoje demokratyczne republiki, nad Węgrami już roztaczała się ciemna chmura dyktatury admirała – regenta. Niestety niedługo później miało się jednak okazać, iż to Madziarzy odegrali rolę ustrojowych pionierów. Twarda siła autorytarnych rządów zatriumfowała w prawie wszystkich państwach regionu.
Czy historia może się powtórzyć? Miejmy to na uwadze, szczególnie teraz, w obliczu działań rządu PiS. Musimy się mieć na baczności, aby tym razem dyktatorskie zapędy i bezprawne działania Viktora Orbana nie okazały się ponurym proroctwem dla innych środkowoeuropejskich demokracji.