Adwokat „diabła”

30-letni Juan Branco może bez problemu powiedzieć w telewizyjnym wywiadzie, że obecny prezydent Francji Emmanuel Macron to „kurwa”.

To możliwe, gdyż dwa lata temu tak samo publicznie określił talenty Macrona syn polskiego komunisty z Brześcia Litewskiego, wielki kapitalistyczny finansista Alain Minc, autorytet w kwestiach zarządzania. Minc udawał, że „kurwa” w odniesieniu do dobrego bankowca to wręcz komplement i jakoś to przeszło. Branco lubi to publicznie wspominać, bo jego zamiarem jest odsunięcie prezydenta i jego ludzi od władzy.
Jeśli spojrzeć na osobę na zdjęciu po lewej od Assange’a, można się zastanawiać, czy w ogóle zna brzydkie wyrazy. Wygląd rozczochranego studenta czyni z niego niewiniątko. A jednak to jest właśnie francuski adwokat i doradca prawny Juliana Assange’a, jego człowiek od kontaktów z ONZ i trybunałami międzynarodowej sprawiedliwości, do tej pory raczej dyskretny. Od aresztowania Assange’a Branco stał się nagle bardzo widoczny: na listach przebojów księgarskich króluje jego książka i dopiero pożar Notre-Dame sprawił, że na moment wyprzedziło ją dzieło Wiktora Hugo Dzwonnik z Notre-Dame. Autor demoluje w niej świat Macrona z wyjątkową siłą i precyzją.
Zmierzch. Macron i oligarchowie, śledztwo to już trzecia książka Branco, ale jego praca naukowa Porządek i świat. Krytyka Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), ani nawet pamflet o starożytnie jednoznacznym tytule Przeciw Macronowi, nie zdobyły takiego „efektu łał”. Branco jest doktorem prawa ze specjalizacją filozofii i historii prawa oraz poczwórnym magistrem: nauk politycznych, literatury współczesnej, filozofii politycznej i geopolityki.
Po przejściu przez MTK i francuski MSZ zaczął pracować jako doradca i adwokat WikiLeaks, pod dyrekcją hiszpańskiego sędziego Baltasara Garzóna, znanego m.in. z prób ścigania chilijskiego gen. Augusto Pinocheta czy amerykańskiego zbrodniarza Henry’ego Kissingera. Krążył między Nowym Jorkiem, ambasadą Ekwadoru w Londynie a Paryżem, by bronić Assange’a przed ekstradycją do Ameryki. Próbował załatwić mu azyl polityczny we Francji, ale prezydenci Hollande i Macron po kolei odmówili z bojaźni przed gniewem imperium. Ale nie tylko dlatego Branco tak złośliwie lubi wspominać słowa Alaina Minca o Macronie.
Przed rewolucją
„Wszyscy znaleźliśmy się w pułapce tego, co należałoby nazwać – i wykażemy to – systemem oligarchicznym. Nasza przestrzeń publiczna została zdominowana przez ludzi, których fortuna zależy bezpośrednio lub pośrednio od państwa. Zainwestowali w przejęcie kontroli mediów i w ten sposób zapewnili sobie ochronę swoich interesów kosztem dobra publicznego” – pisze Branco we wstępie do Zmierzchu. Jego śledztwo ma na celu udowodnienie, że bankowiec Macron został w 2017 r. raczej „ulokowany” przez ten system, niż wybrany na prezydenta. Oligarchiczne media były wspólnikami tej operacji. Gniew „żółtych kamizelek” i domaganie się odejścia Macrona, dzielone przez większość Francuzów, jest więc jego zdaniem jak najbardziej usprawiedliwione. Oligarchowie „nie są skorumpowani. Oni sami są korupcją” – podkreśla.
Według Branco, Francja powróciła drogą neoliberalizmu do arystokratycznego systemu przedrewolucyjnego, który należy obalić, by ocalić republikańskie symbole-wartości (Wolność, Równość, Braterstwo) i zdobycze socjalno-demokratyczne, wywalczone w ciągu ostatnich dwustu lat. „Żółte kamizelki mogą to zrobić. Mogą wyjść na ulice i rzucać kamieniami w policję śpiewając Marsyliankę pod trójkolorowymi flagami. Dlaczego? Bo wszystkie zdobycze społeczne zostały osiągnięte w podobnych walkach, nawet dużo gwałtowniejszych. (…) Podobieństwa są bardzo silne, symbolicznie i dyskursywnie: mamy rebelię przeciw kaście, która działa wyłącznie na rzecz własnych interesów i która się samo-reprodukuje, pozostając w czymś w rodzaju klosza, w Małym Paryżu, by wykorzystywać resztę kraju.”
Padają nazwiska
Powyższa analiza Branco nie zawiera nic szczególnie nowego, ale różnica kryje się w szczegółach. Jeśli jego książka, zanim wyszła drukiem, by wspiąć się na szczyt, zyskała niezwykłe powodzenie już kiedy była dostępna za darmo w internecie, to dlatego, że jego śledztwo rzeczywiście wykazało to, co zamierzało. Młody naukowiec szczegółowo pokazał siatkę powiązań między klasą miliarderów a ludźmi władzy i mechanizmy, które rządzą tymi stosunkami, przytaczając sporo anegdot. Byłyby one zabawne w jakimś serialu, ale w prawdziwym życiu mogą budzić tylko oburzenie. Pozwalają za to lepiej zrozumieć medialne wiadomości.
W Polsce nazwiska wielkich francuskich posiadaczy niewiele powiedzą, choćby znajdowali się w pierwszej dziesiątce bogaczy naszej planety. Ograniczmy się do trzech, które zdaniem Branco znajdują się na szczycie politycznych manipulatorów: to Bernard Arnault, dziś trzecia fortuna świata (pierwsza w Europie), właściciel koncernu LVMH, który skupia wiele znanych marek wyrobów luksusowych, Xavier Niel, wcześniej król porno, dziś właściciel sieci komórkowych i m.in. dziennika Le Monde i Arnaud Lagardère, dziedzic i szef holdingu zbrojeniowo-medialnego. Spektrum jest szersze: 95 proc. francuskich mediów należy do dziesięciu miliarderów, ale to ta trójka miała aktywnie pomóc Rothschildom, wcześniejszym pracodawcom Macrona, i Jacquesowi Attali – ekonomicznemu doradcy pięciu francuskich prezydentów od Mitteranda (człowieka lewicy, który dokonał neoliberalnego zwrotu ), przeforsować obecnego prezydenta.
Kurs na narodowców
Attali to autor znanej książki Żydzi, świat i pieniądze (2002), w której z dumą twierdzi, że to właśnie jego współwyznawcy wynaleźli kapitalizm i jego „etykę”, jednak Branco jasno zastrzega: „To nie Żydzi, ani Benalla, ani siły masońskie, ani policja spowodowali zapaść, którą przeżywamy”. Przewiduje zresztą, że porozumienie oligarchów wobec niepopularności ich wybranka postawi teraz na Marine Le Pen i jej Zjednoczenie Narodowe (RN), dlatego należy szybko doprowadzić do dymisji Macrona i nowych wyborów.
RN bardzo się zmieniło po wyborach z 2017 r. – wtedy w hasłach niemal lewicowe (oprócz kwestii imigracji) i antyeuropejskie, dokonało ideowego zwrotu godząc się z euro i wystawiając na majowe wybory europejskie ludzi klasycznej prawicy, związanych z bankowością, ubezpieczeniami finansowymi itp. Na RN głosuje ok. 40 proc. robotników, ale żadnego zwykłego pracownika na listach nie ma, jak też związkowca, sygnalisty, czy członka stowarzyszeń społecznych z klas niższych.
Marine Le Pen ciągle afiszuje oczywiście „obronę zwykłych Francuzów”, ale też dystans do ruchu „żółtych kamizelek”, który w oczach jej otoczenia staje się „zbyt lewacki”. Branco jest dla niej tym bardziej podejrzany, że sympatyzuje z lewicową Nieuległą Francją i całym sercem popiera rewoltę „żółtych kamizelek” – został nawet adwokatem jednej z szeroko znanych figur tego ruchu – Maxima Nicolle. Tymczasem podobnie jak ona, wywodzi się z rodziny milionerów, tyle, że mniej politycznej. Jego ojciec jest portugalskim producentem filmowym, więc Juan od małego był przyzwyczajony to towarzystwa gwiazd jak Jean-Luc Godard czy Catherine Deneuve, bardzo dobrze poznał też „Mały Paryż” (odpowiednik „warszawki”). Nie musiał np. szperać w dokumentach, by wiedzieć, że „Mimi” Marchand, „królowa prasy kolorowej”, która na zlecenie Niela prowadziła w niej kampanię reklamową Macrona, została złapana, gdy wiozła pół tony haszyszu, a sam Niel skazany za stręczycielstwo. Jeśli mówi, że oligarchia jest skłonna zainwestować w Le Pen, to można mu wierzyć.
Złudzenie demokracji
Inwestycja w Macrona (kilkadziesiąt milionów euro) była bardzo celna z punktu widzenia oligarchów, bo zarobili dodatkowe miliardy, gdy prezydent z miejsca zniósł podatek od wielkich fortun (ISF), którego przywrócenia domaga się – według sondaży – 80 proc. Francuzów. Macron nie ma zamiaru go przywracać, jakby likwidacja ISF była gwarantem jego władzy, jednak nie o same pieniądze tu idzie. Jego neoliberalna nadgorliwość doprowadziła przecież do niepokojów społecznych na niezwykłą skalę i jeszcze wystawiła oligarchów na krytykę i niechęć społeczną, czego nie uratowały olbrzymie datki (sam Arnault – 200 milionów euro) na odbudowę Notre-Dame. A oni potrzebują przecież stabilizacji, „ciszy tłumu”, kiedy pociągają za sznurki i doją państwo na wszystkie sposoby.
Fenomen książki Branco w końcu przeminie, ale przyniósł on dość nieoczekiwane rezultaty, jak np. pojawienie się na manifestacjach portretów Juliana Assange’a. Pięć wydawnictw ze strachu odmówiło jej publikacji, dopiero mały dom wydawniczy podjął wyzwanie. Weszła na pierwsze miejsce czytelnicze bez żadnej obecności w oligarchicznych mediach, które ją przez ponad miesiąc solidarnie bojkotowały. W końcu i tam ukazały się informacje o Zmierzchu, naturalnie zdystansowane lub krytyczne. Taka „książka gniewu” mogłaby narazić się na całą serię procesów, ale fakty w niej ukazane są tak obudowane przypisami z powołaniem się na solidne źródła, że na razie nie ma ani jednego.
Juan Branco utrzymuje się dziś z zasiłku, ale to nie dlatego żongluje dwiema przedpotopowymi nokiami, niemożliwymi do lokalizacji. Jego praca dla WikiLeaks pozostaje niepłatna, dostaje tylko diety. Jeździ teraz więcej na francuską prowincję, by rozmawiać z ludźmi o swym dziele. Cieszy się z estymy, którą zdobył, i namawia do szerokiego uczestnictwa w manifestacjach pierwszomajowych. Rzeczniczka partii Macrona (LREM) doniosła na niego do prokuratury, bo według niej, jego antyprezydenckie wypowiedzi są „namawianiem do przestępstw”. A jednak, mimo różnych przeszkód, jego twierdzenia, że Francja żyje w „iluzji demokratycznej” (jest wielkim zwolennikiem RIC) torują sobie drogę w świadomości społecznej, tak samo, jak określanie Macrona „kurwą”. Nie wiadomo, co jeszcze zrobi Branco, lecz warto zapamiętać jego nazwisko.

Zwycięstwo w Islandii

Wierzytelnością w wysokości 1,2 miliarda koron islandzkich (ok. 37 mln zł.) sąd w Rejkiawiku obciążył firmę Valitor, islandzkiego partnera VISA i MasterCard. To kara za odmowę zniesienia blokady płatności na rzecz WikiLeaks w 2013 r.

Blokada płatności na rzecz założonego przez Juliana Assange’a demaskatorskiego serwisu internetowego została wstrzymana przez kilka amerykańskich podmiotów na przełomie lat 2010-11. Chodzi o firmy VISA, MasterCard, Western Union, PayPal i Bank of America. Później dołączyły do tego procederu różne instytucje finansowe o mniejszym zasięgu. Wszystko to dzieje się bez wskazania konkretnej podstawy prawnej, niejako na życzenie Departamentu Stanu.
Zważywszy, że korporacje te zarządzają obrotem blisko 95% transakcji przy pomocy kart płatniczych i kredytowych oraz transferów pieniężnych przez internet, WikiLeaks stanęło wobec groźby rychłego bankructwa. Podjęte przez załogę tego portalu działania oraz masowe oburzenie na całym świecie doprowadziły do częściowego zniesienia tej blokady. Teraz ekipa Assange’a odniosła kolejne zwycięstwo.
W 2013 r. spółka Data Cell, która jest podmiotem obracającym finansami WikiLeaks wygrała w islandzkim sądzie sprawę przeciw firmie Valitor, która jest lokalnym podwykonawcą dla VISA-y i MasterCarda i blokowała możliwości finansowego wspierania tego portalu. Wówczas sąd w Rejkiawiku nakazał zdjęcie wszelkich ograniczeń. Valitor jednak się nie zastosował do tego polecenia, a po tym, jak sprawa otarła się o islandzki Sąd Najwyższy, zastosował się do niego bardzo wybiórczo.
Następnym etapem były kilkakrotne wezwania wobec firmy Valitor i nakazy pełnego zdjęcia wszelkich blokad w przetwarzaniu transakcjai kartami na rzecz WikiLeaks. W związku ze zwłoką i niedostatecznymi działaniami ze strony tego przedsiębiorstwa sąd naliczał kary i ostrzegał, iż należności gromadzące się z tego tytułu będą egzekwowane. Prawnicy Valitora oznajmili w pewnym momencie, że nie zmienią swojego postępowania, dopóki procedura odwoławcza nie zostanie w pełni wyczerpana.
Póki co wyczerpała się jednak cierpliwość islandzkiego wymiaru sprawiedliwości. Sąd w Rejkiawiku nakazał w piątek, 26 kwietnia, wypłatę 1,2 miliarda koron islandzkich w ramach odszkodowania dla WikiLeaks za poniesione szkody w wyniku „pozaprawnej blokady”, którą na Islandii zarządzał Valitor. Suma ta ma zostać rozdzielona pomiędzy dwa podmioty – wspomnianą wcześniej firmę Data Cell i spółkę Sunshine Press, oficjalnego wydawcę WikiLeaks.

Imperium kontratakuje

Los Assange’a jako requiem dla demokracji

Zdrada prezydenta Ekwadoru i zatrzymanie twórcy WikiLeaks przez londyńską policję rozpoczynają nowy mroczny okres w dziejach dziennikarstwa śledczego w krajach uchodzących powszechnie za demokratyczne. Akt oskarżenia, na podstawie którego amerykańska prokuratura ściga Juliana Assange’a nie pozostawia pod tym względem wątpliwości. Szokuje fakt, że wielu „obrońców demokracji” zwyczajnie odmawia uznania tego faktu.
Zaszła zmiana
Wydalenie Juliana Assange’a z ambasady Ekwadoru w Londynie i natychmiastowe aresztowanie go przez stołeczną policję spolaryzowało zachodnią opinię publiczną i scenę publicystyczną. Było to do przewidzenia. W 2010 r. założyciel WikiLeaks zaskarbił sobie przychylność niemal całego świata, gdy już sięgała po niego karząca ręka imperium. Dzisiaj, w przeciwieństwie do tamtej sytuacji, duża część liberalnych komentatorów wydaje się kibicować rządowi Donalda Trumpa w misji dorwania słynnego Australijczyka. Wielu publicystów staje dziś po stronie amerykańskich władz nie tylko wbrew admiracji, jaką kiedyś żywili wobec Assange’a, nie tylko wbrew nienawiści, jaką żywią do Trumpa, ale i wbrew własnemu i utrzymującemu się nadal przekonaniu, że w 2016 r. Assange grał z Trumpem do jednej bramki. Dla Władimira Putina.
Jak doszło do tego, że w komentarzach na stronie New York Times’a odbywa się dziś pełnowymiarowy lincz na człowieku, z pracy i niekwestionowanej odwagi którego ten sam dziennik korzystał, gdy z dumą publikował szokujące materiały zgromadzone przez WikiLeaks? Abstrahując od „patriotycznego” obłędu części Amerykanów, dumnych z wojen w Iraku i Afganistanie oraz z katowni w Guantanamo, liberalna opinia publiczna odwróciła się od Juliana Assange’a przede wszystkim z powodu pomówień oskarżających go o spisek z Rosją, zawiązany w celu pogrążenia szans Hillary Clinton podczas ostatnich wyborów prezydenckich. Zarzuty te nadal pozostają pomówieniami – mimo upływu lat nie przedstawiono żadnych dowodów na ich poparcie. Ich trwałość uzmysławia natomiast umysłowe i moralne spustoszenie, jakie dokonało się w epoce nowego makkartyzmu usankcjonowanego przez amerykańskich Demokratów i ich media.
W histerii rozkręconej wokół plotek o spisku WikiLeaks, Kremla i Donalda Trumpa przeciwko suwerenności USA, o której dziś oficjalnie wiadomo, że była tylko histerią, na Assange’a szczuły te same „światłe” media, które niegdyś mianowały go ikoną walki o demokrację. Wszelkie granice – nie tylko przyzwoitości, lecz i etosu dziennikarskiego – przekroczył brytyjski Guardian, publikując wyssane z palca fantazje o ścisłej współpracy Assange’a z Moskwą, w które nie uwierzył nawet Washington Post, a które szacownej niegdyś redakcji podsunęły najprawdopodobniej brytyjskie służby. Wszystko to niestety wymownie świadczy o hierarchii wartości, na której wspiera się konstrukcja liberalnego umysłu, zarówno po stronie twórców przekazu medialnego, jak i jego odbiorców: zasługi ujawnienia najgorszych zbrodni imperium momentalnie przestały się dla liczyć, kiedy Assange ośmielił się powiedzieć prawdę również o ikonie Demokratów. Okazało się zatem – nie po raz pierwszy – że rzekome liberalne „wartości” – demokracja, prawa człowieka – to tylko krucha fasada kryjąca bezmiar plemiennego szaleństwa. Można to chyba uznać za kolejne, choć niezamierzone, demaskatorskie osiągnięcie niepokornego Australijczyka.
Nie bez cienia
Nikt nie jest doskonały. Nie da się ukryć, że na ocenę bieżących wydarzeń rzutują oskarżenia o gwałt ciążące na Assange’u. Nie przemawia na jego korzyść fakt, że wymawiał się on stanięcia przed ścigającym go za to szwedzkim sądem wykręcając się obawą, że to tylko pretekst, by Szwecja mogła go wydać ścigającemu go amerykańskiemu rządowi. Po siedmiu latach okazało się dobitnie, że gdzie jak gdzie, ale w Wielkiej Brytanii nie może być bezpieczny – i było to całkowicie do przewidzenia, mając na uwadze rolę Londynu w układzie światowym.
„Szef” WL postapił też wyjątkowo głupio i podle, zbywając problem zarzutów twierdzeniami o „feministycznym spisku” przeciw sobie. Niezależnie od tego, czy faktycznie możemy mieć w tym przypadku do czynienia również z podstępem CIA, nie da się ukryć, że jeżeli Julian Assange nie podejmie próby odpowiedzialnego zmierzenia się z zarzutami, to na sprawie, której służy, po wsze czasy spoczywać będzie ponury wizerunkowy cień. Tym bardziej, że to właśnie w związku z tą sprawą, w 2012 r. Assange, ścigany wówczas międzynarodowym nakazem aresztowania, postanowił „zerwać się” brytyjskiemu wymiarowi sprawiedliwości, złamać warunki zwolnienia za kaucją i uzyskać azyl w ambasadzie Ekwadoru, rządzonego wówczas przez lewicowego prezydenta Rafaela Correę. Był to radykalny krok, który skazał go de facto na więzienie, chociaż z możliwością pozorowania zwycięstwa moralnego. Do niedawna jeszcze chociaż to mu wychodziło.
Sedno sprawy leży jednak gdzie indziej. Kluczowe są dwie kwestie: po pierwsze, pełne polityczne podporządkowanie krajów sojuszniczych – łącznie z ich wymiarami sprawiedliwości – Stanom Zjednoczonym, gotowych w tym kontekście na pogwałcenie praw człowieka i uczynienie karykatury z „wolnego świata”, którego strażnikami się mienią. Po drugie, zarzuty przeciwko Assange’owi zawarte w ujawnionym przez stronę amerykańską akcie oskarżenia są jawnym atakiem na niezależność prasy. W zasadzie kryminalizują dziennikarstwo śledcze w formie powszechnie przyjętej w krajach demokratycznych. Szokuje fakt, że liberalna opinia publiczna, która niedawno potępiała Trumpa za próby zastraszania mediów, ma w tym przypadku czelność stawać po jego stronie przeciwko ikonie WL.
Za co?
Formalną podstawą aresztowania było niedopełnienie warunków zwolnienia w 2012 r. Lecz to tylko wymówka: analiza ekspertów ONZ wydana w 2018 r. jasno mówi o tym, że po umorzeniu śledztwa w sprawie gwałtu przez Szwecję, ograniczenie wolności Assange’a byłoby niczym nieuzasadnione i stanowiłoby złamanie praw człowieka – gdyby opuścił ambasadę Ekwadoru, brytyjskie władze powinny zagwarantować mu prawo do swobodnego poruszania się po kraju. W oświadczeniu zasugerowano, że sprawa Assange’a nosi znamiona prześladowania politycznego osoby wybitnie zasłużonej dla obrony podstawowych praw leżących u podstaw ustrojów demokratycznych.
Tymczasem wiemy, jak sprawy się potoczyły. Po tym, jak Australijczyk został siłą wywleczony przez londyńską policję z ambasady, która odmówiła mu dalszego azylu, premier Theresa May z dumą oświadczyła, że dokonało się to nie tylko w związku z naruszeniem warunków zwolnienia za kaucją, ale i w odpowiedzi na żądanie ekstradycji przez USA. Przypomnijmy, że wcześniej strona brytyjska sama podkreślała, że wydanie Assange’a Amerykanom byłoby bezpodstawne. Teraz spędzi on rok w brytyjskim areszcie, zanim procedura ekstradycji będzie mogła zostać sfinalizowana.
Powstały wątpliwości, czy Ekwador nie naruszył prawa międzynarodowego, wydając swojego byłego azylanta wprost w ręce policji obcego kraju. Niezależnie od wymówek jakimi posługuje się obecny prezydent Lenin Moreno, mówiący o łamaniu przez Assange’a warunków azylu i nadużywaniu gościnności ambasady, którą miał on rzekomo przekształcić w „ośrodek szpiegowski”, trudno uznać, by decyzja o wydaniu twórcy WikiLeaks była podyktowana czymś innym niż względami politycznymi. Zapadła na żądanie Departamentu Stanu USA w zamian za zeszłoroczną pożyczkę MFW dla Ekwadoru – nikt do tej pory nie podał lepszego wyjaśnienia. Dlatego Rafael Correa nazwał obecnego prezydenta zdrajcą, który okrył hańbą cały swój kraj.
Nic jednak nie wydaje się istotniejsze niż treść ujawnionego po aresztowaniu Assange’a amerykańskiego aktu oskarżenia, na podstawie którego jest on ścigany przez USA. Od początku było wiadomo, że dotyczy on najgłośniejszej sprawy WL, za którą chciała go dopaść już prokuratura Obamy.
Długie łowy
WikiLeaks powstało w 2006 r. jako międzynarodowa cyberplatforma służąca z jednej strony publikacji oficjalnych dokumentów ujawniających nadużycia władzy i wielkich korporacji, a z drugiej – gwarantująca anonimowość źródeł, od których pochodzą informacje. Przełom w działalności WL nastąpił w 2010 r., kiedy była żołnierka US Army i analityczka wojskowa Chelsea Manning przesłała demaskatorom 750 tys. dokumentów i nagrań dokumentujących m.in. zbrodnicze oblicze wojen w Iraku i Afganistanie. WL zszokowało wówczas opinię publiczną krótkim nagraniem wideo, które opublikowano pod tytułem „Collateral Murder”. Pokazano na nim, jak piloci amerykańskich śmigłowców pod pretekstem „operacji antyterrorystycznej” z premedytacją zabijają w Iraku kilkunastu cywili, w tym dwoje dzieci i dwóch dziennikarzy agencji Reuters, nie kryjąc przy tym szczerej radości z mordowania.
Administracja Barracka Obamy zarzuciła pościg za Assange’m, którego chciała postawić przed sądem za kradzież tajnych dokumentów określonych jako istotne dla „bezpieczeństwa narodowego”. Jednak od początku prezydentury Trumpa wiadomo było, że jego ekipa za jeden priorytetów uznaje dorwanie Australijczyka, wbrew powszechnemu już wtedy wśród liberałów mniemaniu, że WL gra po stronie nowego prezydenta przeciwko Demokratom. W kwietniu 2017 r. Mike Pompeo oświadczył wprost: „Nie pozwolimy dłużej na to, by Assange i jego współpracownicy mogli w pełni swobodnie wykorzystywać wolność słowa przeciwko nam”. Dziś przybiera na sile niebezpieczeństwo jeszcze poważniejsze – państwo amerykańskie otwarcie represjonuje samą wolność słowa, by uciszać niepokornych dziennikarzy, uparcie grzebiących w jego ociekających krwią tajemnicach.
Ochrona źródła
Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie Edwarda Snowdena i który zawsze stał po stronie Assange’a i Manning, poświęcił obszerny artykuł szczegółowemu omówieniu prawnych i politycznych zagrożeń, jakie pociągnął za sobą akt oskarżenia przeciwko Assange’owi sporządzony w marcu 2018 r. Wbrew fałszywym opiniom krążącym w prasie, a nawet wbrew wypowiedziom Departamentu Sprawiedliwości USA, nie zarzuca on twórcy WL właściwie rozumianego „hackingu”, włamania do rządowej sieci, ani kradzieży tajnych dokumentów. Podstawowym zarzutem jest pomoc udzielona Manning w zapewnieniu jej anonimowości podczas pozyskiwania przez nią dokumentacji z rządowych serwerów celem ich późniejszej publikacji. Assange próbował osobiście i bez powodzenia złamać jedno z haseł, by Manning mogła zalogować się do systemu, do którego miała wprawdzie pełnoprawny dostęp, ale zamierzała skorzystać ze zmienionej tożsamości – żeby jej aktywność była trudniejsza do namierzenia przez śledczych Pentagonu i NSA. Ścigając Assange’a za te działania amerykańska władza zmierza do kryminalizacji czynności wręcz rutnowo stosowanej przez dziennikarzy śledczych, czyli aktywnego zabezpieczenia anonimowości swoich źródeł.
Prokuratura była z góry skazana na niepowodzenie, jeżeli starałaby się oskarżyć Assange’a o współudział w ujawnieniu tajnych informacji, bo sama publikacja takich treści musiałaby oznaczać postawienie przed sądem redakcji New York Times’a i Guardiana, które również zdecydowały się na ich publikację. Byłoby to zwyczajnie bezprawne i otwarcie łamałoby pierwszą poprawkę do konstytucji USA gwarantującą wolność słowa. Był to podstawowy powód, dla którego administracja Obamy czuła się zmuszona bez powodzenia przerwać krucjatę przeciwko WL.
Departament Sprawiedliwości Trumpa próbuje teraz interpretować działania Assange’a z 2010 r. jako próbę wykradzenia tajnych dokumentów. Takie ujęcie sprawy jest jednak karkołomne i stanowi uderzenie w wolność dziennikarzy, stanowiąc podstawę do rutynowego zastraszania ich przez państwo. Wyjaśnił to Barry Pollack, wieloletni prawnik Assenge’a: „Faktyczne zarzuty (…) sprowadzają się do namawiania źródła, by udostępniło informacje i podjęcia działań mających na celu ochronę tożsamości źródła. Dziennikarze całego świata powinni czuć się głęboko zaniepokojeni tymi bezprecedensowymi oskarżeniami natury
kryminalnej”.
W rzeczywistości mamy do czynienia z próbą kryminalizacji konwencjonalnie pojętego dziennikarstwa śledczego. Dziennikarz na potrzeby publikacji ma prawo nakłaniać osobę stanowiącą źródło do pozyskania informacji – nawet tajnych, o wadze państwowej – mających znaczenie dla wiarygodnego i rzetelnego przedstawienia opinii publicznej sprawy, nad którą pracuje. Chroni go w tym przypadku interes publiczny – to ma właśnie na celu konstytucyjne prawo gwarantujące wolność prasy, której funkcją jest rozliczanie władzy. Akt oskarżenia wydany przeciwko Julianowi Assange jest złamaniem tego konstytucyjnego prawa. Zagrożona jest dziś więc przede wszystkim wolność słowa i to nie tylko w USA. Słuszne jest spostrzeżenie, że gdyby podejście prokuratury Trumpa obowiązywało w Stanach Zjednoczonych lat 70. XX wieku, to afera Watergate nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, a bezprawne działania prezydenta Nixona przeciwko Demokratom uszłyby mu całkowicie na sucho – po prostu Bob Woodward i Carl Bernstein, dziennikarze Washington Post, poszliby wówczas do więzienia.
„Wolny świat”
Dziś ponownie w amerykańskim więzieniu znajduje się Chelsea Manning, gdzie „wymiar sprawiedliwości” wtrącił ją, by zmusić ją do zeznań przeciwko Assange’owi, sprowadzając standardy ustrojowe USA coraz bliżej poziomu krajów, które jego przywódcy niezmiennie określają mianem dyktatur zagrażających „wolnemu światu”. Gdy lata temu Manning była po raz pierwszy więziona i torturowana przez amerykańskie państwo, znalazła w dziennikarskim mainstreamie rzeszę obrońców głośno krzyczących o łamaniu praw człowieka – nawet mimo tego, że działo się to za „ich” prezydenta. Dziś, kiedy więzi ją rząd przywódcy, którego nienawidzą, wielu z tych ludzi milczy, chociaż Manning siedzi w tej samej sprawie. Oto rezultat kilku lat pseudo-patriotycznej histerii, w której stronnicy Demokratów pogubili się to tego stopnia, że gotowi są dziś zaprzeczyć wszelkim wartościom, z którymi niegdyś się dumnie obnosili.
Ich milczenie, a czasem niekryta radość z powodu aresztowania Assange’a na podstawie żądania ekstradycji, jest w tym przypadku kropką nad i. Obywatel Australii został wydany przez Ekwador Brytyjczykom, żeby ci go oddali w ręce Amerykanów na podstawie zarzutów kryminalizujących dziennikarstwo śledcze. Państwo australijskie wymownie chowa w tej sytuacji głowę w piasek – woli się nie wychylać, nie wchodzić w drogę sojusznikowi – woli sprzedać własnego obywatela za święty spokój.
W tym momencie nie ma znaczenia niekończąca się dyskusja o tym, czy WikiLeaks to „prawdziwa” prasa, i czy Julian Assange to „prawdziwy” dziennikarz. Atak na niego jest atakiem najpotężniejszego i najbardziej zbrodniczego światowego imperium na niezależne dziennikarstwo – na całym świecie. Jeżeli ktoś zapalczywie dziś broni dziś „demokracji”, „praw człowieka”, „wolnego świata”, a milczy w tej sprawie, lub klaszcze w rączki, bo „Assange nie stoi ponad prawem”, to jest albo łajdakiem, albo niespełna rozumu.

W obronie sygnalisty

Ekwadorczycy przeciwni „suwerennej decyzji” swojego prezydenta. Masowe demonstracje i starcia z policją na ulicach Quito.

Chodzi oczywiście o łajdacki akt Lenina Moreno – wydanie Juliana Assange’a władzom Zjednoczonego Królestwa, a tym samym skazanie go na ekstradycję do USA.
Przypomnijmy – po siedmiu latach, które założyciel WikiLeaks spędził w ambasadzie Ekwadoru w Londynie na podstawie azylu udzielonego przez poprzedniego prezydenta Rafaela Correę tego kraju, prawo to zostało mu on nagle odebrane. Do wydania Assange’a doszło najprawdopodobniej ze względu na presję ze strony Waszyngtonu, której jawnie ulega Lenin Moreno, następca Correi. Do tego dochodzi ujawniona przez WikiLeaks kwestia korupcyjnych układów, w które jest on zamieszany.
Uzasadniając swoją decyzję Moreno twierdził, iż Assange ustawicznie naruszał zasady współżycia społecznego m.in. „traktując ambasadorów, ochronę i pozostały personel jak swoich służących”. Mieli go również odwiedzać „hakerzy, którzy odbierali od niego instrukcje dotyczące skutecznego rozpowszechniania informacji ważnych dla niego samego i jego sponsorów”. Wcześniej ekwadorska minister spraw wewnętrznych zarzucała Assange’owi, iż „rozsmarowuje ekskrementy po ścianach”. Wydaje się, że „argumentacja” władz w Quito nie mogła stać się bardziej groteskowa.
„Suwerenna decyzja narodu Ekwadoru”, którą ogłosił w specjalnym przemówieniu Moreno anonsując anulację azylu dla słynnego sygnalisty i dziennikarza nie spotkała się jednak z entuzjastycznym przyjęciem przez suwerena. Na ulicach Quito, stolicy państwa, trwają demonstracje i zamieszki. Protestujący nazywają Lenina Moreno zdrajcą i żądają jego ustąpienia. Gdy manifestacja zbliżyła się do budynku administracji rządowej, policja brutalnie zaatakowała marsz, w wyniku czego doszło do zamieszek. Dokonano wielu aresztowań. Są ranni i poturbowani. Zapowiadane są kolejne protesty.

Protesty i nagonka

Aktywiści na świecie protestują przeciwko uwięzieniu słynnego demaskatora, twórcy portalu WikiLeaks Juliana Assange’a. Równocześnie media głównego nurtu rozpętują nagonkę przeciwko niemu, nazywając go „marionetką Kremla”.

W ciągu wielu ostatnich miesięcy władze ekwadorskie przygotowywały się do tego skandalicznego ruchu. Człowiek, który ujawnił liczne zbrodnie amerykańskie w Iraku i innych krajach, był podsłuchiwany i nieustannie filmowany bez swej wiedzy w swoim pokoju w ambasadzie. WikiLeaks i liczni dziennikarze wiedzieli, co się szykuje: ujawniono zarówno naciski amerykańskie na Ekwador, jak i przestępstwa finansowe prawicowego, proamerykańskiego prezydenta tego kraju Lenina Moreno.
Były lewicowy prezydent Ekwadoru Rafael Correa, przebywający dziś na wygnaniu w Belgii, za którego czasów Assange był chroniony, obarczył obecnego prezydenta odpowiedzialnością za wydanie dziennikarza. Nazwał Moreno „największym zdrajcą w historii Ameryki Łacińskiej”. „To wystawia życie Assange’a na niebezpieczeństwo i upokarza Ekwador” – napisał na Twitterze – „To zbrodnia, której ludzkość nigdy nie wybaczy”.
Inny wielki sygnalista Edward Snowden pisał o „ciemnym dniu wolności prasy”: „Obraz ambasadora zapraszającego do ambasady tajną policję, by aresztować wydawcę – czy to się podoba, czy nie – nagradzanych materiałów dziennikarskich, skończy w podręcznikach historii jako przykład hańby.” Jean-Luc Mélenchon, przywódca lewicowej Nieuległej Francji nazwał Moreno „sługusem USA” i „zdrajcą”.
WikiLeaks oskarżyli Ekwador o „pogwałcenie prawa międzynarodowego”. Matka dziennikarza Christine Assange oświadczyła, że „naszym celem pozostanie, jak zawsze, przeszkodzenie w ekstradycji Juliana do Stanów Zjednoczonych”, gdzie grozi mu dożywocie.
Potwierdził to Juan Branco, francuski adwokat Assange’a: „Do wszystkich, którzy nas opuścili: nie zapomnimy. Do wszystkich innych: będziemy walczyć do końca, by nie dopuścić do ekstradycji i oskarżenia człowieka, uznanego przez ONZ za jedynego więźnia politycznego naszego kontynentu”. Do WikiLeaks napływają z całego świata wyrazy solidarności z Julianem Assangem.
Oskarżenia, że Assange to „marionetka Kremla” pojawiające się w brytyjskich mediach, spotkały się ostrą repliką rosyjskiej ambasady w Londynie. „Takie wypowiedzi nie zaskoczyły nas. Brytyjska prasa w ogóle regularnie próbuje znaleźć jakiś „rosyjski ślad’ wszędzie, gdzie tylko można. Insynuacje wokół sprawy Assange’a miały miejsce wcześniej, kiedy na przykład Rosji przypisywano plany wywiezienia Australijczyka z Wielkiej Brytanii, co prawda ta historia utknęła w martwym punkcie” – powiedział dziennikarzom rzecznik prasowy. Zauważył też, że wykorzystanie tezy o „rosyjskiej interwencji” jest jednym z narzędzi brytyjskich mediów do manipulowania opinią publiczną z „konserwatywnego establishmentu, który jest ściśle związany z służbami specjalnymi”.
„Chciałbym przypomnieć, że to brytyjska gazeta „Guardian” rozpoczęła promocję WikiLeaks. A ją trudno oskarżyć o relacje z Rosją. Chociaż mistrzowie subtelnej gry mogą i to zrobić” – powiedział dyplomata.
Wczoraj przed siedzibą brytyjskiej ambasady w Warszawie także odbywał się protest przeciwko aresztowaniu Assange’a – wzięli w nim udział m.in. członkowie Partii Piratów.

Znów w więzieniu

Ujawnienie amerykańskich zbrodni wojennych w Iraku i Afganistanie kosztowało ją już siedem lat spędzonych w amerykańsim więzieniu. Wczoraj, 8 marca, waszyngtoński sąd wysłał ją za kraty, gdyż odmówiła odpowiedzi na pytania w śledztwie przeciw WikiLeaks, międzynarodowej organizacji obywatelskiej, która ujawniła kilkakrotnie tajne dokumenty USA ukazujące przestępstwa armii amerykańskiej i władz państwa.

Sędzia federalny Claude Hilton uznał 31-letnią Manning „winną utrudniania pracy wymiaru sprawiedliwości“. Była analityk wywiadu i informatorka WikiLeaks, widziana często jako symbol walki przeciw ciemnym sekretom potężnego rządu, odmówiła zeznań mimo, że zaproponowano jej immunitet. Będzie siedzieć dopóki nie zmieni swej decyzji lub do zakończenia pracy sądu, co może trwać jeszcze półtora roku.
„Proszę zwrócić uwagę, że uwięzienie Manning nie jest „karą“ – twittował WikiLeaks – „została formalnie uwięziona, by ją zmusić do świadczenia przeciw naszym dziennikarzom (w tym Assange’owi), którzy publikowali prawdę na temat rządu USA“.
Przed sądem, który przesłuchiwał ją na tajnym procesie, Manning odpowiadał na wszystkie pytania w ten sam sposób: „Sprzeciwiam się temu pytaniu i odmawiam odpowiedzi, gdyż pytanie gwałci pierwszą, czwartą i szóstą poprawkę do Konstytucji i inne należne mi prawa“. Będzie się odwoływać. Kontestuje nieprzejrzystość tajnego procesu i jego cel, który uważa za niemoralny.
Celem procesu jest zebranie dowodów na „szpiegostwo“ Australijczyka Juliana Assange’a, którego imperium amerykańskie chce oficjalnie i jawnie oskarżyć. Assange, jeden z najwybitniejszych sygnalistów na świecie, przebywa od lat w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, w obawie, że władze brytyjskie posłusznie ekstradują go do USA (gdzie oskarżenie wobec niego jest na razie tajne).
Daniel Ellsberg, słynny 87-letni sygnalista, który w 1971 r. ujawnił tajne dokumenty Pentagonu pokazujące rządowe procesy decyzyjne, które prowadziły do amerykańskich zbrodni w Wietnamie, wydał następujące oświadczenie:
Chelsea Manning znowu, w imię wolności mediów, zachowała się bohatersko – wysłanie ją do więzienia za odmowę zeznań to parodia sprawiedliwości. Śledztwo przeciw WikiLeaks w sprawie publikacji stanowi poważne zagrożenie dla praw każdego dziennikarza, a Chelsea oddaje nam wszystkim przysługę sprzeciwiając się tej procedurze. Była torturowana, spędziła wiele lat w więzieniu, cierpiała więcej niż można sobie wyobrazić. Powinna zostać natychmiast uwolniona.