Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Głos lewicy

Partia obłudników

Jak ktoś wejdzie w szczegóły tej sprawy to niewiele osób je zrozumie, a jak się spojrzy na nią z oddali i z dystansem, to wszystko wszyscy widzieli. Co to za nowość, że Srebrna jest spółką nomenklaturową, na której PiS się uwłaszczył? Nowością jest to, że się o tym nie mówi i to, że PiS zrobił wielką karierę, wskazując tych, którzy się uwłaszczali na majątku postkomunistycznym. To żadna nowość.
Druga sprawa, instrumentalne traktowanie banków. Czy to jest nowość? Jeżeli spółka związana emocjonalnie i z poglądami z PiS-em chce kupić np. Radio Zet, idzie do banku, wyraża swoje pragnienie i słyszy: nie ma problemu. Czy ktoś z ulicy wchodząc do banku i mówiąc to samo, dostałby taki kredyt?
Trzecia sprawa, prawdopodobnie spółka Srebrna finansuje PiS, zatrudniając osoby, które pracują dla tej partii. Pewnego rodzaju unia personalna. Takie działania są zakazane prawem, ale czy ktoś to udowodnił przez ostatnie 20 lat?
Sprawa czwarta, pan Kaczyński z pozycji członka rady Fundacji rozmawia o biznesie. Prezes PiS, który budował swój wizerunek osoby nie mającej nic wspólnego z biznesem, okazuje się być Don Jarosławem.
W „taśmach Kaczyńskiego” nie widzę nic nowego, to wciąż jest obłudna, cyniczna partia, która mówi: nie zdobywa się władzy dla pieniędzy. Ano właśnie nie, właśnie robią to dla pieniędzy, ponieważ jak nie zdobędą władzy w Warszawie to nie wydadzą sobie zezwoleń.
Rolą opozycji jest nagłaśnianie takich spraw, jak ta opisana dziś w „Gazecie Wyborczej i pokazywanie PiS całościowo jako partii obłudnej. – powiedział „Onet Rano” lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Włodzimierz Czarzasty.

Dziwy po prawej stronie

W roku wyborczym takie dziwne rzeczy się dzieją, np. partie chowają niektóre osoby bądź sprawy. PiS chowa swoich liderów, pan Macierewicz już został schowany, pani Pawłowicz jest już chowana, za chwilę schowany zostanie prezes Kaczyński. Co chowa Platforma? Swoje konserwatywne korzenie. Jeszcze niedawno przewodniczący Schetyna mówił: „dość lewicowych eksperymentów”. Na konwencji PO powiedziano wiele słusznych rzeczy, ale Platforma nie jest, nie będzie i nie zastąpi lewicy.
SLD myśli o wspólnej proeuropejskiej koalicji razem z Nowoczesną, z PSL-em , z PO, ale niech każdy zostanie tam gdzie jest. Niech Platforma Obywatelska pozostanie liberalną partią z konserwatywną kotwicą, lewicę zostawcie SLD – powiedział w programie „Woronicza 17” Wincenty Elsner.

Udają zatroskanych

– Pan prezes Jarosław Kaczyński, jego najbliżsi współpracownicy udają takich zatroskanych o ludzi, udają takich, którzy że gdy rozmowa o pieniądzach, to oni 7 zł od 14,70 nie potrafią odróżnić, a tu w tych rozmowach padają kwoty oszałamiające – powiedział Jerzy Wenderlich w Poranku Radia TOK FM, komentując sprawę „taśm Kaczyńskiego”.
Wiceprzewodniczący SLD dodał, że „rzecz w tym, że kiedy udają zatroskanych o ludzi, zajmują się olbrzymimi biznesami”, tłumacząc, że planowane budynki miały być wyższe niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. – Ci, którzy udają, że nie stać ich na pastę do butów, zajmują się ogromnymi biznesami, a o rządzeniu, to się potem pomyśli – podkreślił Wenderlich.
– Tu jest rzecz przerażająca, że wygranie wyborów w Warszawie czy innym mieście służyłoby rozstrzygnięciom pozytywnym dla PiS-u tych biznesów, które są tu (na taśmach – red.) opisywane. Nie rozstrzyganiem spraw ludzi, mieszkańców – mówił.

RODO – czyli co?

Od tygodnia żyjemy w Europie z RODO. Co się zmieniło się w naszej codzienności?

 

25 maja weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 z dnia 7 kwietnia 2016 roku w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE – tak brzmi pełna nazwa RODO.

Przeciętny użytkownik internetu zauważył RODO przede wszystkim w swojej skrzynce mailowej. Dawno zapomniane portale, z których kiedyś korzystaliśmy i sklepy internetowe, w których kiedykolwiek coś kupiliśmy – nagle przypomniały sobie o nas. Zapewniając, że dzięki RODO posiadane przez nich nasze dane osobowe będą bezpieczne.

 

Rzutem na taśmę

RODO jest rozporządzeniem Parlamentu i Rady Europejskiej. W przeciwieństwie do dyrektywy unijnej obowiązuje w jednakowym brzmieniu w całej Unii Europejskiej. Dyrektywa zaś musi być każdorazowo zaimplementowana do systemu prawnego wszystkich państw.

W hierarchii unijnego systemu prawnego rozporządzenie stoi ponad ustawami uchwalanymi przez parlamenty. A to oznacza, że trzeba zawczasu zadbać, by z chwilą wejścia w życie unijnego rozporządzenia jego zapisy nie pozostawały w sprzeczności z ustawami prawa krajowego. Jak rząd PiS-u poradził sobie z tym problemem?

Marnie. Parlament Europejski uchwalił RODO dokładnie dwa lata temu – wiosną 2016 roku. Dając rządom i parlamentom wszystkich państw unijnych aż dwa lata na dokonanie koniecznych zmian w prawie krajowym. To zresztą żmudna i mrówcza praca. Szacowano, że w Polsce wejście w życie RODO oznacza konieczność przejrzenia całego prawodawstwa i dokonania zmian w ponad 100 ustawach. Rząd Beaty Szydło sprawy RODO nie załatwił, zostawiając ją w spadku rządowi Mateusza Morawieckiego.

Ostatecznie Sejm ustawę o ochronie danych osobowych – dostosowującą polskie prawo do RODO – uchwalił dopiero w maju tego roku. A prezydent podpisał ją 22 maja, na trzy dni przed wejściem w życie RODO. Czyli wszystko po staremu. Rządy się zmieniają, a prawo pisze się na kolanie w ostatniej chwili.

 

90 milionów

Za jakiś czas okaże się, jakie są skutki dostosowywania polskiego prawa do RODO „na chybcika”. Ile błędów popełniono? Jedno jest pewne. Nie odpowiedzą za nie posłowie i senatorowie rządzącej większości, ani ministrowie z gabinetów Morawieckiego i Szydło. A sprawa jest poważna.

Funkcjonujący dotychczas w Polsce GIODO (Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych) nie dysponował uprawnieniami do nakładania kar w przypadkach naruszenia zasad ochrony danych osobowych. Od 25 maja pojawiły się kary. A ich maksymalna wysokość jest drakońska. W przypadku złamania przepisów RODO można zainkasować karę w wysokości 20 milionów euro (ok. 90 milionów zł) lub nawet do 4 proc. obrotu firmy.

Szefowa GIODO, Edyta Bielak-Jomaa zapewnia, że z możliwości nakładania kar nie chce uczynić żadnego szczególnego narzędzia. „Nie chcemy traktować kar jako narzędzia, które sprawia nam radość” – mówi Bielak-Jomaa. Zobaczymy. Bo w przeciwieństwie do GIODO, ministrom finansów z pewnością sprawi radość nowa możliwość łatania dziur w budżecie. A politykom posiadanie potężnego bata na niepokornych.

RODO to nie tylko przedsiębiorcy i internet. To również „trzeci sektor”. Już teraz rządzący skrupulatnie kontrolują wrogie PiS-owi stowarzyszenie Obywatele RP. Można też sobie wyobrazić jak wiele danych osobowych przetwarza rokrocznie Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, pochodzących z imiennych darowizn i aukcji.

 

Udowodnić niewinność

Gdy do firmy lub fundacji przychodzi kontrola finansowa, to zadaniem urzędników jest wykrycie ewentualnych nieprawidłowości w prowadzonej dokumentacji. W RODO będzie odwrotnie. To obowiązkiem administratora danych będzie udowodnienie urzędnikowi lub skarżącemu się, że jest niewinnym. I wykazanie, że kontrolowana lub podejrzewana o nieprawidłowości w przetwarzaniu danych osobowych instytucja wypełnia wszystkie zapisy RODO.

Duzi dadzą sobie radę. Takie firmy jak operatorzy telefonii komórkowej, telewizje satelitarne i kablowe, wiodące sklepy internetowe zatrudnią sztaby fachowców od każdej litery zapisanej w RODO. Ale jak poradzą sobie ci, do których świadomości jeszcze nie dotarł fakt, że są administratorami „baz danych”. Fryzjerka, z którą właśnie umówiliśmy się na mycie i strzyżenie.

 

Doktor anonim

Leżący obok nożyczek i szamponu otwarty notes z naszym nazwiskiem i telefonem – to niewątpliwie „baza danych” zakładu fryzjerskiego. A rozmowa telefoniczna z klientką i zapisanie jej na wizytę o 14-tej – to oczywiście „przetwarzanie” danych osobowych.

Więcej ciekawych przykładów ochrony danych osobowych znajdziemy w filmiku „RODO dla pacjentów”, przygotowanym przez ministerstwo cyfryzacji. „Lekarzu, koniec z rozkładaniem kart pacjenta na stole” – mówi Maciej Kawecki, dyrektor departamentu zarządzania danymi w resorcie cyfryzacji i jednocześnie koordynator RODO. Wchodzący do gabinetu pacjent nie może wiedzieć, kto był u lekarza przed nami lub pojawi się po nas.

I więcej, zdaniem ministerstwa cyfryzacji z drzwi gabinetów lekarskich powinny zniknąć tabliczki z napisem „lekarz ginekolog” lub „lekarz internista”. Chodzi o to, by inni pacjenci nie dowiedzieli się, do lekarza jakiej specjalności czekamy w kolejce. Trochę to zakrawa na paranoję, bo przecież siedzący obok w tej samej dusznej przychodni też czekają do tego samego lekarza. Moim skromnym zdaniem ważniejsze jest zlikwidowanie kolejek do lekarzy, a nie tabliczek na drzwiach.

 

Świeckie państwo

Podobno żyjemy w świeckim państwie. I w tym świeckim państwie mamy „państwo w państwie”. Kościół. Proboszczowie i biskupi nie obawiają się kłopotów po wprowadzeniu RODO. Właśnie podjęli próbę ominięcia jego rygorów. Furtką ma być artykuł 91 unijnego rozporządzenia. Mówi on, że kościoły i związki wyznaniowe, które w chwili wejścia w życie RODO stosowały szczegółowe zasady ochrony danych osób fizycznych – mogą je stosować nadal. Taka sytuacja jest na przykład w kościołach niemieckich.

Problem w tym, że polskie kościoły nie miały nigdy uporządkowanych zasad ochrony danych osobowych. Przekonywali się o tym szczególnie ci, którzy toczyli długotrwałe boje z urzędnikami kościelnymi o usunięcie własnych danych osobowych z ksiąg parafialnych – po apostazji, czyli deklaracji wystąpienia z kościoła. Teraz biskupi starają się nadrobić zaległości. Przygotowali „dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych w Kościele katolickim”. Mimo że RODO już weszło w życie, dekret nie nabrał jeszcze mocy kanonicznej. Czeka bowiem w Watykanie na podpis papieża.

Czy po wejściu w życie kościelnego dekretu wierni będą mogli decydować o sposobie wykorzystywania zgromadzonych w parafiach danych osobowych? W szczególności, czy w Kościele będzie obowiązywała jedna z fundamentalnych zasad RODO: prawo do bycia zapomnianym? Nie!

 

KIODO

Póki co Kościół ma swoje własne „GIODO”. Nazywa się KIODO, czyli Kościelny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Został nim ksiądz Piotr Kroczek. On będzie alfą i omegą „kościelnego RODO”. I ostateczną instancją w ewentualnym sporze wiernych z Kościołem dotyczącym ochrony danych. Wydawać by się mogło, że w świeckim państwie takie sprawy są domeną sądów. Nie w Polsce. Jeśli ktoś z nas uzna, że Kościół narusza prawo, przetwarzając w sposób nieuprawniony nasze dane osobowe, organem odwoławczym na drodze administracyjnej będzie… Kościelny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Nie należy się również spodziewać skutecznego usuwania naszych danych osobowych z ksiąg kościelnych. Można oczywiście taki wniosek zanieść do proboszcza. Ale zostanie on odrzucony, jeśli okaże się, że nasze dane są kościołowi „niezbędne dla celów, w których zostały zebrane lub w inny sposób przetwarzane” (art. 14 dekretu). Formuła będąca istnym workiem bez dna.
I oczywiście w księgach parafialnych muszą po wsze czasy pozostać informacje o sakramentach – nawet dzisiejszych niewierzących. To na wypadek nawrócenia…

 

Bilans na plus

Czy mimo wymienionych zagrożeń, bilans Europy i Polski z RODO wychodzi „na plus”. Zdecydowanie tak. W dzisiejszym świecie zbiory danych osobowych są bezcenne. W biznesie baza klientów jest niejednokrotnie cenniejsza niż maszyny i mury fabryki. Dla polityków „bazą klientów” są wyborcy. Znając ich imiona, nazwiska, poglądy, zainteresowania – można do nich adresować specjalnie przygotowany przekaz wyborczy. Przekonała nas o tym nie tak dawna afera z firmą Cambridge Analytica w tle. Dane pozyskane z 87 milionów kont Amerykanów na Facebooku zostały wykorzystane, by pomóc Donaldowi Trumpowi w drodze do Białego Domu. Zresztą ta sama afera pokazała, z jaką nonszalancją traktowane były dane użytkowników przez właściciela tego serwisu społecznościowego.

RODO z pewnością będzie lepiej dbało o bezpieczeństwo danych osobowych obywateli. Będzie zdecydowanie bardziej surowe dla tych wszystkich, którzy gromadzą i wykorzystują te dane.
Czy po wejściu w życie RODO zmniejszy się ilość telefonów, którymi nękają nas sprzedawcy wszystkiego? Kont bankowych, ubezpieczeń, rewelacyjnych nagród, które rzekomo wygraliśmy. I zwykłych – niezwykłych – garnków. To się okaże. Kościół już kombinuje jak RODO ominąć. Ale nie będzie w swoich działaniach osamotniony. „Dziur” w RODO będą szukali wszyscy, dla których przetwarzanie danych osobowych jest po prostu dobrym biznesem.

 

***

To też ważne. Byśmy żyjąc w świecie RODO zachowali zdrowy rozsądek. I nie wrócili do podpisywania się trzema krzyżykami – dla ochrony naszego cennego imienia i nazwiska.

Srebrna rewolucja

Z jakim programem dla ludzi starszych Sojusz Lewicy Demokratycznej idzie do wyborów samorządowych?

Delegaci na krajową Konwencję SLD, która odbyła się dwa tygodnie temu w Warszawie, nie tylko wysłuchali programowego wystąpienia przewodniczącego Włodzimierza Czarzastego oraz udzielili wotum zaufania Zarządowi Krajowemu. Przyjęli również program partii związany ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi.
Warto przybliżyć czytelnikom kilka najważniejszych elementów tego programu. Dzisiaj o „srebrnej rewolucji”, czyli propozycjach skierowanych do ludzi starszych.

Starzejemy się

„Starzejemy się, starzejemy się” – śpiewał przed laty Jan Kaczmarek z wrocławskiego kabaretu Elita. To prawda dotycząca nas wszystkich. I całego społeczeństwa również.
W czasach I Rzeczypospolitej przyrost naturalny liczony był w setkach tysięcy. Bywały lata, że liczba rodzących się obywatelek i obywateli odrodzonej Polski była o ponad pół miliona większa od ilości zgonów. W II Rzeczypospolitej przyrost naturalny również był wysoki. W ciągu 40 lat PRL – aż do połowy lat osiemdziesiątych – roczny przyrost naturalny sięgał 1 procenta. Potem było już tylko gorzej. W ciągu 17 lat XXI wieku ludność Polski spadła o 200 tysięcy. A przyrost naturalny oscyluje wokół zera.Na początku III RP, w roku 1989, seniorów i seniorek w wieku 65+ było 3,8 miliona. Dzisiaj jest ich bez mała 7 milionów. Co roku ponad 200 tysięcy Polek i Polaków świętuje swoje 65 urodziny. Liczba emerytów przekroczyła już 9 milionów – niemal co czwarty obywatel Polski jest emerytem.

Tyle suche dane. Pokazują one czarno na białym jak ważnymi dla każdego polityka i każdej partii stają się programy związane z zapewnieniem wielomilionowej rzeszy seniorów godnego i w miarę dostatniego życia.

3 x 2100

Sojusz Lewicy Demokratycznej jest zdania, że po wprowadzonej przez rząd PiS-u istotnej podwyżce płacy minimalnej do poziomu 2100 złotych w roku 2018, czas na rewolucję w najniższych emeryturach i rentach. W tym roku waloryzacja najniższego świadczenia sięgnie „bajońskiej” sumy 22 złotych, a pobierający je emeryci będą miesięcznie otrzymywali na rękę 876 złotych. Co gorsza, ilość osób mających tak niskie emerytury gwałtownie rośnie. Pięć lat temu było ich zaledwie 90 tysięcy, w tym roku już ponad ćwierć miliona.

W programie wyborczym SLD zapisano postulat „3 x 2100”. To oznacza, że najniższe świadczenia rentowe i emerytalne nie powinny być niższe od minimalnej płacy. I wraz ze wzrostem płacy minimalnej powinny rosnąć w takim samym tempie. To byłaby prawdziwa „srebrna rewolucja”, diametralnie zmieniająca sytuację gorzej sytuowanych emerytów i emerytek.

Podwyżka rent i emerytur nie leży w kompetencji wybieranych na jesieni władz samorządowych. Dlatego w programie samorządowym Sojuszu postulat „3 x 2100” nie pojawia się. Jest natomiast szereg innych propozycji, które mogą wprowadzać samorządy z myślą o seniorach.

Rada seniorów

„Każdy wójt, burmistrz i prezydent miasta musi korzystać z mądrych rad i opinii przedstawicieli seniorów” – napisano w programie samorządowym SLD. Postulując jednocześnie tworzenie rad seniorów, jako zespołów doradczych dla władz samorządowych. Kolejne gremium zdolne jedynie do „bicia piany”? Niekoniecznie.

We Wrocławiu od jedenastu lat w urzędzie miejskim działa sekcja ds. rozwoju ruchu rowerowego. Na jej czele stoi tak zwany oficer rowerowy – również cyklista. Jego zadaniem jest pilnowanie, by miasto było jak najlepiej dostosowane do potrzeb rowerzystów. Pierwszy przykład z brzegu: kiedyś ignorancja urzędników powodowała, że ścieżki rowerowe były budowane z kostek betonowych, zwanych potocznie „polbrukiem”. Jak się jeździ rowerem po takim „polskim bruku”, nie trzeba tłumaczyć. Dzisiaj – po interwencji oficera rowerowego – nowe ścieżki rowerowe są już tylko asfaltowe.

To seniorzy wiedzą najlepiej, co można i trzeba zmienić w mieście i gminie, by żyło im się lepiej. Częstokroć są to sprawy, których nie widać zza biurka prezydenta miasta, czy burmistrza. Sprawy, których realizacja nie wymaga wydawania milionów złotych z budżetu samorządowego. Dlatego rada seniorów ma sens. Zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej we władzach samorządów zasiadają ludzie młodzi, problemy seniorów znający głównie z opowiadań rodziców i dziadków.

Karta seniora

W Częstochowie, mieście prezydenta SLD Krzysztofa Matyjaszczyka, nazywa się „Kartą Częstochowskiego Seniora”. W Łodzi, gdzie wiceprezydentem jest Tomasz Trela, wiceprzewodniczący SLD, to „Miejska Karta Seniora”. Mogą je otrzymać osoby w wieku 60+. Karty seniora upoważniają do szeregu zniżek i promocji w instytucjach kultury, placówkach gastronomicznych, obiektach sportowych i wypoczynkowych, szkołach językowych, salonach fryzjerskich i kosmetycznych i wielu innych. Często zniżki nie są oszałamiające. Ale mając 876 złotych emerytury, trzeba liczyć się z każdą złotówkę.

Sojusz Lewicy Demokratycznej proponuje, aby system rabatów i zniżek dostępnych dla seniorów pod postacią karty seniora był dostępny w każdej gminie. Choć jak pokazuje przykład wrocławski, najważniejsza jest dobra wola i kreatywność podmiotów samorządowych, a nie kawałek plastiku w ręku emeryta lub emerytki.

Wrocławski Park Wodny przed południem świeci pustkami. Sauny zżerają prąd, ratownicy pilnują nielicznych kąpiących się w basenach, a na siłowni więcej jest instruktorów niż trenujących. Gdy cały obiekt i tak jest „w gotowości”, stworzono ofertę dla seniorów. Przed południem każdy wrocławianin – już po przekroczeniu 55 lat – może za niewielkie pieniądze (15 zł) przez 3 godziny do woli korzystać ze wszystkich atrakcji Parku Wodnego.

Osiedla wspomagane

Choć wielu dzisiejszych polityków woli ten fakt przemilczać, prawdziwy boom budowlany miał miejsce w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W ciągu ośmiu lat – od 1971 do roku 1978 – wybudowano w Polsce ponad 2 miliony mieszkań. Dzisiaj – w dobie nowych technologii i kredytów hipotecznych – budujemy w tempie dwa razy wolniejszym.

Polska nie należy do krajów o intensywnej migracji ludności. Dlatego nie dziwi fakt, że ci, którzy w nowych wówczas domach zamieszkali czterdzieści lat temu, mieszkają tam do dzisiaj. Sam mieszkam w pobliżu osiedla wybudowanego w czasach PRL-u. W którym większość mieszkańców dawno przekroczyła wiek emerytalny.

Sojusz Lewicy Obywatelskiej proponuje, aby w obrębie takich osiedli dostępna była dla mieszkańców całodobowa pomoc pielęgniarki i pracownika socjalnego. W programie SLD nazwano je osiedlami wspomaganymi. Nakład finansowy jest niewielki. Zaś ogromną korzyścią poczucie bezpieczeństwa również tych, którzy nie muszą korzystać z codziennych zabiegów.

Profilaktyka i geriatria

Łatwiej zapobiegać niż leczyć – ten slogan zna każdy z nas. Jednak rzeczywistość skrzeczy. Kolejki do lekarzy, ceny leków przekraczające możliwości finansowe i wielomiesięczne starania o dostanie się do gabinetu specjalisty. Dzisiaj seniorzy są na straconej pozycji.

W Polsce mamy 417 lekarzy geriatrów. Osób w wieku 60+ – ponad 8 milionów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Taka statystyka oznacza, że w większości mniejszych miejscowości nie ma ani jednego geriatry. W zeszłym roku prasa pisała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. To się musi zmienić! Dlatego program samorządowy SLD przewiduje powstanie co najmniej jednego oddziału geriatrycznego w każdym powiecie.

Poza tym konieczne są bezpłatne badania profilaktyczne dla seniorów. Oraz bezpłatne szczepienia, ot choćby przeciwko grypie, której powikłania mogą być szczególnie niebezpieczne dla ludzi starszych. Wiele miast już wprowadziło takie szczepienia dla osób w wieku 65+. Jednak ilość szczepionek jest ograniczona i władze miasta zastrzegają, że szczepienia są możliwe „aż do wyczerpania zapasu szczepionki”. Tę regułę trzeba odwrócić, tak aby to medykamenty były dostępne „aż do wyczerpania wszystkich chętnych”.

Darmowe przejazdy

Przed laty bilet tramwajowy i autobusowy kosztował 50 groszy, a bochenek chleba 4 złote. Dzisiaj za luksus skorzystania z komunikacji miejskiej trzeba częstokroć zapłacić więcej niż za chleb. Cóż z tego, że we wrocławskim Aquaparku seniorzy mogą za 15 złotych przez 3 godziny korzystać z wszystkich atrakcji, skoro za dojazd z bardziej oddalonych regionów Wrocławia zapłacą niemal drugie tyle.

Wrocław rozpoczął, z inicjatywy SLD, realizację wprowadzania bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską dla seniorów. W tym roku z przejazdów tramwajami i autobusami bez biletu mogą korzystać ci, którzy przekroczyli 69 rok życia. Za trzy i pół roku, od pierwszego stycznia 2022 roku, ten przywilej obejmie również 65-latków.

Program samorządowy SLD przewiduje wprowadzenie prawa do darmowych przejazdów lokalną i regionalną komunikacją publiczną: autobusami, tramwajami, metrem, a także kolejami regionalnymi – dla wszystkich seniorów w wieku 65+.

Srebrna rewolucja

Ktoś powie, że nazwanie „srebrną rewolucją” tych kilku spraw, ważnych dla ludzi starszych, to przesada. Być może. Ostatecznie nie o nazwę chodzi. Ale o to, by kilkanaście tysięcy kandydatów i kandydatek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, startujących w całej Polsce w wyborach samorządowych, pamiętało o seniorach. By pamiętali o nich ci, którzy zostaną wybrani radnymi, wójtami, burmistrzami i prezydentami miast.

Mówią, że SLD to partia ludzi starych. To fakt, oprócz wielu młodych, jest w Sojuszu liczne grono seniorów i seniorek. To szczególnie predestynuje moją partię do bycia rzecznikami tych, których PESEL zaczyna się na „trójki”, „czwórki” i „piątki”. Walczyć o godne życie milionów starszych wiekiem obywatelek i obywateli, to żadna ujma. To zaszczyt!