Nie tak szybko

Media żywią się wszystkim, co sensacyjne, czekają na każdy krwisty kąsek, który spadnie ze stołu. Są jak rekiny. A wokół Roberta Biedronia rozlało się ostatnio sporo krwi.

„SuperExpress”, który napisał o tym, że lider Wiosny dwadzieścia lat temu miał postawione zarzuty za znęcanie się nad matką nie kryje, że cała sprawa z wyciągnięciem tej informacji na światło dzienne była inspirowana politycznie. Nie kryje nawet, że to robota konkretnego środowiska skupionego wokół konkretnej partii (PO). Najwyraźniej naczelni opozycjoniści IV RP zapomnieli już, jakim oburzeniem pałali, gdy ich ówczesnemu szefowi wyciągano legendarnego dziadka z Wehrmachtu.
Mam wobec „Biedroń Przemocowiec Gate” ambiwalentne uczucia. Nie dziwi mnie, że człowiekowi, który aspiruje do pełnienia funkcji publicznych, zadaje się trudne pytania. Taki, jak się to mówi, lajf: właściciel sklepu spożywczego nie musi legitymować się krystalicznym życiorysem, ale poseł, wybraniec narodu – już powinien. Skoro potępiamy czyny radnego Piaseckiego i uważamy, że nie powinien pełnić funkcji publicznych, to Biedroń powinien być mierzony tą samą miarką.
A jednak sytuacja nie jest tożsama i pomimo wielu oczywistych zastrzeżeń co do programu partii Biedronia, pomimo tego, że nie jest on „moim wyborem” politycznym, w tej konkretnej sprawie będę go bronić.
Założyciel Wiosny nie jest w polityce „świeżakiem”, choć na takiego się kreuje. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sensacyjne nagłówki pt. „Pobił matkę?”, w dodatku dotyczące sprawy, która już dawno została wyjaśniona i zamknięta na etapie postępowania sądowego, nie ukazują się dziś przypadkiem. Obserwujemy typową śmierdzącą kampanijną sztuczkę. Na Niesiołowskiego haki trzymano w kieszeni przez długie miesiące, tu najwyraźniej jest podobnie.
Media robią bardzo ryzykowną rzecz, stawiając Biedronia w roli naczelnego oprawcy. Bo tym jest właśnie wyrwanie z kontekstu sprawy, którą dwadzieścia lat temu założyła mu matka. Tu absolutnie nie powinno się tego kontekstu lekceważyć. A kontekst był taki, że zarówno matka, rodzeństwo Biedronia, jak i on sam, przez lata byli ofiarami przemocy, a przy okazji – co bezpośrednio wynika z ich wypowiedzi – osobami współuzależnionymi, zastraszonymi, długotrwale funkcjonującymi w kryzysie. „Kiedy człowiek jest ofiarą przemocy, często nie wie, po której stronie stanąć” – mówi Biedroń i ja mu wierzę. Bo tak to właśnie działa. „Ofiara przemocy” kojarzy nam się ze skuloną postacią łkającą w kącie. Ofiara przemocy miewa mętlik w głowie. Szuka ujścia dla ekstremalnych emocji. Bywa, że znajduje się pod czyimś szkodliwym wpływem, jest manipulowana. Zdarza się, że powiela wzorce, od których tak bardzo chce uciec. Matka Biedronia nie kryje, że cała rodzina latami żyła w piekle. Dlatego ostatecznie wycofała swoje oskarżenia.
Warunkowe umorzenie kary oznacza uznanie winy. Więc tak, do aktu przemocy dojść musiało, nie da się oszukać rzeczywistości. Ale warunkowe umorzenie oznacza również szereg okoliczności szczególnych, istotnych na tyle, aby nie skazywać. W mojej pracy kuratora miałam do czynienia z podopiecznymi „po warunkowym”. Zazwyczaj oznaczało to, że do popełnienia przestępstwa skłaniały ich bieda, uwikłanie w krąg przemocy, głęboki kryzys emocjonalny. Dziś jednak zdaje się, że oboje, zarówno matka, jak i syn, przepracowali swoje traumy. Wyjaśnienia złożoności tej tragicznej sytuacji próżno szukać w plotkarskich notkach. Dlatego myślę, że pisząc o tej sprawie, należy zachować szczególną ostrożność i powstrzymać się od kategorycznych osądów.
To nie jest w żadnym wypadku usprawiedliwianie przekazywania przemocy dalej. To próba zrozumienia, dania szansy na wyplątanie się z obciążającej przeszłości. Mnie osobiście wyjaśnienia Biedronia przekonują. I myślę, że w konfrontacji z mediami słusznie stawia na ucieczkę do przodu poprzez szczerość i przypominanie kontekstu sprawy. Rozumiem też poniekąd jego słuszny żal o to, że akurat teraz postawiono go w ohydnej sytuacji, w której będzie „spalony”, cokolwiek nie zrobi: nawet jeśli otrzepie się z przysłowiowego gówna za pomocą racjonalnych argumentów, to jednak zawsze coś się przyklei.

„N” Biedronia

Miała być Nowa polityka. Są Niejasności finansowe. Nepotyzm. I Niepewność jutra…

Za 3-4 tygodnie, po zakończeniu objazdu Polski, może się okazać, że nasze poparcie skoczy jeszcze wyżej i wyprzedzimy Platformę” – cieszył się na początku lutego Krzysztof Gawkowski, jeden z najbliższych współpracowników Roberta Biedronia. A sam przyszły premier uspokajał szefa PO. „Widziałbym Schetynę w roli wicepremiera i szefa MSWiA” – mówił Biedroń w rozmowie z „Super Expresem”.
Obaj panowie z pewnością dobrze znają starotestamentową Księgę Przypowieści Salomona. „Pycha chodzi przed upadkiem, a wyniosłość ducha przed ruiną” – przekonywał mędrzec sprzed dwóch tysięcy lat. Tylko mało kto wierzy, że to o nim.

Sondaże

Hanna Gronkiewicz-Waltz już przymierzała się do fotela prezydenckiego, gdy na początku 1995 roku pierwsze sondaże sięgały dwudziestu procent. Na jesieni były już tylko łzy z wyniku 2,76 proc. Na kilkanaście procent wyceniano Europę+, twór powstały przed poprzednimi wyborami europejskimi. Na początku. Bo skończyło się na 3,58 proc. Również obecna gwiazda TVP Info, Magdalena Ogórek, którą w wyborach prezydenckich poparło 2,38 procent wyborców, liczyła na dużo więcej. Bo pierwsze sondaże dawały jej koło dziesięciu procent. Ale na czele rankingu dołujących polityków z pewnością plasuje się Mateusz Kijowski. W maju 2016 roku, w sondażu TNS Polska, zapomniana już dawno koalicja KOD-u, z wynikiem 38 proc. wygrywała z PiS-em.
Co jest przyczyną takiego ostrego zjazdu sondażowego w ciągu kilku lub kilkunastu tygodni? Jak w przypadku partii Biedronia. I innych polityków – zapowiadających start. I liczących na powalający wynik. Nie można całej winy zrzucać na nierzetelnie wykonane sondaże. To przede wszystkim wina polityków. Rozbudzających duże oczekiwania. Emocje. Nadzieje. A następnie w szybkim tempie sprowadzających potencjalnych wyborców na ziemię. Rozczarowanie Wiosną przyszło w tempie ekspresowym.
Od rekordowego sondażu Kantar Millward Brown, dającego Wiośnie Biedronia 14 proc., nie minęły jeszcze 2 miesiące. Parę dni temu IBRiS podał wyniki sondażu zrobionego w dwóch okręgach wyborczych do Parlamentu Europejskiego. W okręgu warszawskim Biedroń dostał 6,4 proc. Na Pomorzu – 5,3 proc.

Kasa

Lutowa konwencja Wiosny zauroczyła wielu. Doskonale zorganizowana. Dorównująca rozmachem największym partiom. I najbogatszym. Dlatego chwilę po jej zakończeniu nie mogło nie pojawić się pytanie: kto za to zapłacił? Zresztą Robert Biedroń, którego zachowania w wielu momentach przypominają Janusza Palikota, musiał się tego pytania spodziewać.
Pamiętam z jakim medialnym hukiem Palikot sprzedawał w 2010 roku swoją Cessnę. A po sprzedaży samolotu zapowiedział: „670 tysięcy – wszystko na partię”. Koniec końców nie ma znaczenia, czy rzeczywiście te pieniądze na potrzeby partii wydał. Z pewnością uprzedził pytania o źródła jej finansowania.
Biedroń był zaskoczony finansową dociekliwością dziennikarzy. Mało kogo przekonały twierdzenia, że złoty interes zrobiła Katarzyna Uberhan – wielkopolska koordynatorka Wiosny. Której spółka prowadzi w internecie skleproberta.pl – z koszulkami, kubkami i torbami na zakupy. Przyparci do muru działacze Wiosny zdecydowali się na umieszczenie w Internecie wyciągu z konta partii. Pokazując przy okazji „Kozakiewicza gest” wszystkim ciekawskim źródeł finansowania partii Biedronia. Bo bankowy wyciąg zawiera wyłącznie obciążenia konta, a nie wpływy na konto. To że wynajęcie Torwaru i sypiące się na głowy konfetti kosztuje – i tak wszyscy wiedzieli. A odpowiedzi o źródła finansowania partii nie dostali. I RODO nie ma tu nic do rzeczy, bo zgodnie z ustawą o partiach politycznych, finanse partyjne są w 100-procentach jawne.

Fundacja

Przeglądająca wyciągi bankowe dziennikarka „Polityki” Anna Dąbrowska znalazła w nich kilka niejasności. Opisując je w artykule „Pieniądze Wiosny. Kilka spraw do wyjaśnienia”, zwróciła uwagę na przepływy pieniędzy pomiędzy partią Wiosna i Instytutem Myśli Demokratycznej.
Instytut Myśli Demokratycznej jest fundacją ustanowioną przez Roberta Biedronia. To ta fundacja zorganizowała pierwszą konwencję Wiosny i ją sfinansowała. Później partia zwróciła jej za to pieniądze. W sumie Anna Dąbrowska doliczyła się 132 tys. zł przelanych z konta partii na konto fundacji.
Dlaczego fundacja Biedronia, będąca jego zapleczem eksperckim, wywołała takie zainteresowanie mediów? Odpowiedzią są różnice w finansowym traktowaniu stowarzyszeń i fundacji oraz partii politycznych. Finanse partii politycznych mogą być zasilane darowiznami wyłącznie osób fizycznych znanych z imienia i nazwiska. To ograniczenie nie obowiązuje stowarzyszeń i fundacji. Tam darczyńcy mogą pozostawać anonimowi. A pieniądze mogą wpłacać również osoby prawne, czyli na przykład firmy. To dlatego każda fundacja, w której pojawiają się nazwiska ważnych polityków, budzi emocje. I wątpliwości co do finansowej transparentności.

Twarda 18

Jest rzeczą normalną, że partie polityczne mają swoje think tanki, będące fundacjami lub stowarzyszeniami. W przypadku Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest to Fundacja Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Jednak nikt z polityków pełniących w SLD funkcje kierownicze nie zasiada w jej władzach. Zupełnie inaczej jest w Instytucie Myśli Demokratycznej Roberta Biedronia i… w Prawie i Sprawiedliwości.
W radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, think tanku PiS-u, znajdujemy Jarosława Kaczyńskiego. To akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę profil fundacji. Ale w zarządzie Instytutu jest też Adam Lipiński – wiceprezes PiS. Znacznie dalej w powiązaniu działalności partyjnej z działalnością w fundacji poszedł Robert Biedroń. Będąc fundatorem Instytutu Myśli Demokratycznej jest jednocześnie pracownikiem swojej fundacji. „Jestem szefem Instytutu Myśli Demokratycznej i tam pracuję od wielu miesięcy i tyle zarabiam” – powiedział w wywiadzie dla gazeta.pl. Ile? Równo 8 tysięcy złotych miesięcznie.
W fundacji Biedronia spotkamy też inne kluczowe postacie Wiosny. Marcin Anaszewicz, wiceprezes Wiosny, jest równocześnie prezesem zarządu fundacji (tak przynajmniej wynika z zapisów w KRS-ie). Monika Gotlibowska, skarbniczka Wiosny, jest członkiem zarządu fundacji. Podobnie jak Krzysztof Śmiszek, członek Rady Krajowej Wiosny i dolnośląska „jedynka” do Parlamentu Europejskiego.
Czy jest coś nagannego w powiązaniach biznesowo-personalnych partii i fundacji? Tak. Jest. Takie było tło ostatniej awantury o Srebrną, spółkę będącą własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. I działkę przy Srebrnej 16, stanowiącą własność tej spółki. Zarzucano prezesowi Kaczyńskiemu, że planując wybudowanie przynoszących krociowe zyski wieżowców, zmierza do ominięcia ustawowych rygorów dotyczących finansowania partii politycznych.
Przy Twardej 18 w Warszawie, gdzie fundacja Biedronia wynajmuje swoją siedzibę, wieżowiec zbudowano już 15 lat temu. Więc w tym wypadku o żadnej deweloperce nie może być mowy. Zresztą nie sugeruję, że działania polityków i polityczek Wiosny oraz powiązanej z nimi fundacji naruszają przepisy prawa. To samo mówi Jarosław Kaczyński, twierdząc że cała „afera Srebrnej 16” jest wymysłem mediów. Ale to Biedroń stara się przekonać wyborców, że w przeciwieństwie do innych partii, Wiosna będzie działała transparentnie.

Statut

Jeden z byłych sympatyków Wiosny… Tak, partia Biedronia mimo krótkiego stażu ma już swoich byłych sympatyków. Otóż były sympatyk skarżył się, że publiczne deklaracje lidera nijak mają się do wewnętrznych standardów ugrupowania. Podobno aż do końca tego roku nikt z partyjnych funkcjonariuszy nie zamierza poddać się demokratycznej weryfikacji. Słowem: o obsadzie partyjnych stanowisk decyduje wyłącznie lider, a nie członkowie partii w demokratycznych wyborach.
Przyznam się, że nie do końca wierzę różnym byłym działaczom i sympatykom. Bo rzadko się zdarza, że mają dobre zdanie o swojej byłej organizacji. Dlatego sięgnąłem do statutu Wiosny. Sięgnąłem… Na oficjalnej stronie partii w Internecie nie ma statutu. Google też mi nie pomógł. Może nie umiem szukać?
Pełna fajerwerków strona internetowa Wiosny ma zakładkę „Dokumenty”. Tam powinien być statut. I apeluję do Roberta Biedronia, by się tam znalazł. Przecież nowa jakość w polityce nie polega chyba na utajnieniu statutu partii.

Nepotyzm

„To gdzie oni mają pracować” – oburzał się 10 lat temu wicepremier Pawlak, atakowany przez konkurentów politycznych za nepotyzm. Niestety tak jest, rodzinom ważnych polityków nie wszystko wolno.
Przepisy prawa są niekiedy dla członków rodzin bezlitosne. W jednostkach samorządu terytorialnego nie mogą pracować małżonkowie, jeśli istnieje między nimi bezpośrednia podległość służbowa. Podobnie jest na wyższych uczelniach i w służbie cywilnej. Gdzie dodatkowo zakaz zatrudniania rozciągnięto na innych członków rodziny. I nie ma znaczenia, jak kompetentnym, wykształconym i pracowitym pracownikiem byłaby żona, syn lub matka szefa.
Zostawmy do rozstrzygnięcia wyborcom, czy fakt nominowania przez Roberta Biedronia Krzysztofa Śmiszka, swojego partnera życiowego, na „jedynkę” w okręgu dolnośląsko-opolskim – to przejaw nepotyzmu. Ale z pewnością jest to absolutnie „nowa jakość” w polityce. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie, aby Leszek Miller, będąc szefem partii, dał wyborczą „jedynkę”, skądinąd bardzo sympatycznej, małżonce. Albo premier Ewa Kopacz zaproponowała posadę ministra zdrowia córce. Lekarce – więc mającej przygotowanie zawodowe. I nawet przywoływany przez niektórych przykład braci Kaczyńskich jest chybiony. Bo zanim Lech został prezydentem, a Jarosław premierem, obaj bracia wspólnie działali w polityce dobre kilkadziesiąt lat.

Epilog

Nazywają to „kiełbasą wyborczą”. Ale ta „kiełbasa” to nie tylko miliardy rzucane na „wyborczy rynek” przez Prawo i Sprawiedliwość. To również nadzieje – oferowane wyborcom przez polityków. Na zmianę. Na inną politykę. To obiecywał Donald Tusk w 2007 roku milionom młodych ludzi głosujących na Platformę Obywatelską. Później to samo robił Janusz Palikot. Inna miała być partia Ryszarda Petru. Wszyscy zawiedli swoich wyborców.
Najwyraźniej Robert Biedroń postanowił podążać ich śladem. Szkoda.

Polska i świat

Nie mam wątpliwości, że Europa wkroczyła w fazę nowego Świętego Przymierza chroniącego możnych przed demokratycznymi artykulacjami. Spójrzmy tylko na to, co się dzieje:
We Francji policja tydzień w tydzień brutalnie leje manifestujących, zakazuje się demonstracji, wyprowadza się wojsko na ulice – wszystko po to, by ochronić reformy korzystne dla bogaczy i niekorzystne dla większości społeczeństwa – a odpowiedzialny za to prezydent uchodzi za symbol europejskości,
W Wielkiej Brytanii premier jest głucha nie tylko na opinię publiczną, ale i na głosy Parlamentu, mającego być tejże opinii publicznej wyrazem – przedkłada ponad interes powszechny dobro własnej, fatalnie podzielonej partii i koalicji, a także własną, coraz bardziej zagrożoną posadę,
W Hiszpanii doszło do gorszącej kryminalizacji aspiracji Katalończyków do samostanowienia – z demonstracjami władze w Madrycie obeszły się bezwzględnie, a działaczom niepodległościowym postawiono zarzuty,
Niemcy ponownie weszły w samozwańczego centrum Europy, które lansuje wizję integracji, zgodnie z którą to co jest dobre dla niemieckiego kapitału, ma być dobre dla ludów Europy,
Włosi są na populistycznej wojnie ze zdesperowanymi uchodźcami, którym w bestialski sposób utrudniają przekraczanie Morza Śródziemnego,
Na Wschodzie Rosja na powrót stała się żandarmem, który poszerza swoją strefę wpływów, a Turcja robi za sojusznika Europy w powstrzymywaniu przepływów ludności i w walce z islamistami, odpłacając sobie przyzwoleniem Europy na dziesiątkowanie Kurdów,
A Polacy nie są już barometrem rewolucji w Europie, jakim byli w XIX wieku.
I w tych przerażających warunkach zamiast nowej Wiosny Ludów, dostajemy z lewej strony jakieś pastelowe, infantylne Wiosny i projekty dla kosmopolitycznych wykształciuchów…

Martwa czuję się świetnie

Głos członkini Razem.

O Partii Razem zrobiło się ostatnio głośniej niż zwykle. To znamienne – zwłaszcza, że dzieje się to w momencie, kiedy ogłasza się jej zgon.
Każdy ma teraz coś do powiedzenia. Mówią więc osoby, które były we władzach, ale już nie są – i teraz wiedzą lepiej. Mówią osoby, które były członkami i członkiniami, ale już nie są – i teraz tłumaczą sobie dlaczego. Mówią lewicowi publicyści, którzy na Razem głosowali a już nie zagłosują – i teraz ciężko im, Boże. Publicystki, które popierały a już nie popierają – i teraz mają okazję uzewnętrznić swoje Schadenfreunde. I w końcu ci, którzy niby Razem lubili, a już nie lubią – i teraz mogą przestać się z tym kryć – oni też mówią.
Chciałoby się powiedzieć, że zleciały się do padliny rozmaite sępy i chcą wydrzeć swój kęs, ale nie można. Bo wbrew nawoływaniom do samorozwiązania, Partia Razem jeszcze nie umarła. I ten cykl tekstów – na Krytyce Politycznej opatrzony ironicznym hasztagiem #CodziennieJedenTekstOPartiiRazem – bardziej niż sekcję zwłok przypomina wiwisekcję na pacjencie, któremu podano dużą dawkę Pavulonu. To, że Razem przechodzi ogromny egzystencjalny kryzys, nie podlega żadnej wątpliwości. Ale to, że bronić nie bardzo ma się jak – też.
A jednak się broni. Do lokalnych struktur wciąż napływają zgłoszenia.
W mediach, nie tylko lewicowych, Partii Razem – i o Partii Razem – jakby nieco więcej niż zwykle. I sondażowe słupki – o dziwo! – wzrosły: z 0,7 proc. do 1,7 proc. To nadal, rzecz jasna, wartość zdecydowanie zbyt niska, by móc się upajać sukcesem, ale przecież to skok o ponad 100 proc.
Ja członkinią Razem nadal jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. Również dlatego, że w mojej ocenie zarówno wewnętrzne analizy sytuacji i jej przyczyn, jak i publicystyczne diagnozy – co dziwniejsze, również ta sformułowana przez Samolińską i Trzeciaka – niewłaściwie definiują oś sporu, do którego wewnątrz partii doszło.
Drażni mnie ustawienie tego sporu jako konfliktu między „radykałami” a „prawym skrzydłem partii”, bo jest to jego niesamowite spłaszczenie i osobiście nigdy go tak nie postrzegałam – pewnie również dlatego, że nie tacy radykalni ci razemowi radykałowie i nie tak znów bardzo prawicowe to prawe, fioletowe skrzydło. Ten spór zawsze zdawał mi się przebiegać wokół tego, jak różne grupy w Razem rozumieją swoje zaangażowanie; wokół tego, jak postrzegają rolę i funkcję organizacji, którą jest partia polityczna. I był to „grzech pierworodny”, którym obarczyły Razem zarówno moment jej powstania, doświadczenia – i ich brak – założycieli i rosnącej, członkowskiej bazy, okoliczności społeczne oraz – to chyba przede wszystkim – postawione przed Razem oczekiwania. Tymczasem spór o istotę działania partii politycznej nie musiał, a nawet nie powinien był w niej zaistnieć.
Partii politycznych jest w Polsce 86. O ilu z nich regularnie słyszymy? O pięciu? O sześciu? A ostatnio – o dwóch? No dobra, wraz z pojawieniem się Wiosny – trzech?
Wejście Razem
na polityczną scenę w 2015 roku było spektakularnym sukcesem. Grupa ludzi, która niesamowitym wysiłkiem, bez finansowego i organizacyjnego wsparcia rejestruje w całym kraju własne listy. Zandberg, który wchodzi do studia TVP cały na biało. Alizarynowy sztandar co prawda nie przekracza progu wyborczego, ale zdobywa subwencję i rozpoznawalność, o której 80 pozostałych partii w tym kraju może jedynie pomarzyć. Toż to niesłychane!
W ten sposób grupa świeżych, politycznych twarzy zdobywa w 2015 głos i możliwość dalszego działania. Zdobywa bazę członkowską, która się rozrasta i rekrutuje z osób, które najczęściej z polityką do tej pory nie miały nic wspólnego – nawet jeśli działały politycznie w ruchach miejskich, czy organizacjach pozarządowych (jak ja), to ich aktywizm pozostawał absolutnie bezpartyjny.
I tak oto Razem bierze na siebie ciężar oczekiwań: własnych, bo uwierzyło, że może, że powinno, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Cudzych też: tych, które wyraża baza członkowska i tych, które wyrażają media, niebezpodstawnie postrzegane przez partię, w czasach postpolityki, jako swoje być albo nie być. Oczekiwania są nie tylko wysokie – są często sprzeczne. Reaguj na bieżąco, ale jednocześnie prowadź swoją politykę, ciągnij swoją opowieść tworząc stanowiska i programy. Buduj demokratycznie zarządzane struktury, ale nie trać na czasie przy podejmowaniu decyzji, bo sytuacja ciągłego podgryzania systemu na szczeblu krajowym wymaga szybkości reakcji. Pozostań wierny sobie, bądź tą trzecią drogą, nie ubrudź się, nie miziaj z liberałami i jednostkami skompromitowanymi (choć w obecnej rzeczywistości są oni absolutnie wszędzie) a jednocześnie zdobądź mandaty, w końcu po to jesteśmy tu wszyscy, by zdobyć wpływ na rzeczywistość, by zdobyć władzę.
Tak oto ta grupa postanowiła spróbować sprostać temu zadaniu i grać w politykę – jak równy z równym – z organizacjami nie tylko o nieporównywalnie większych zasobach i większym zapleczu.
Z organizacjami, które od trzydziestu lat, konsekwentnie, wychowują sobie kolejne pokolenia wyborców. I robią to bez pardonu: w kościołach, w szkołach, w tylko teoretycznie niezależnych mediach, w internecie i na ulicy. Z organizacjami, które tym wyborcom mają co dać: na przykład te 46 ton żywności, które ostatnio ukradli, jak twierdzi prokuratura, z PCK i rozdali potrzebującym, choć właśnie tam miały trafić i bez dokonanego przez nich czynu; na przykład poczucie wspólnoty, niechby i złudnej, oferowanej przez wspólne pielgrzymki, dożynki i koncerty z udziałem gwiazd śpiewających „Mury” Jacka Kaczmarskiego w zupełnie nieprzystającym do ich przesłania kontekście. I wreszcie z organizacjami, jak medialne imperium Tadeusza Rydzyka, czyli Rodzina Radia Maryja, która redemptoryście z Torunia przyniosła monopol na dostęp do dwóch milionów wyborców i rząd ich dusz – i to pomimo tego, że radio jako medium było technologicznym przeżytkiem już w momencie powstania jego niesławnej rozgłośni.
Można się oczywiście spierać,
czy Razem właściwie określiło swoją grupę docelowych wyborców, czy jest autentyczne w swoim przekazie, które ktoś złośliwy porównał kiedyś do szalejącej wśród elit początku XX wieku chłopomanii. Można. Ale po co, skoro sprawa jest tak naprawdę prosta: Razem nie znalazło środków, w tym przede wszystkim języka, z którym i do swojej lewicowej bańki, i do swojego wyimaginowanego elektoratu mogłoby trafić. Nie znaleźli go również Samolińska i Trzeciak. To, że wiedzą, jak czegoś nie robić nie przybliżyło ich do rozwiązania zagadki, jak coś zrobić należy. Zwłaszcza, że potencjał, nazwijmy go, rewolucyjny, pokłady społecznego gniewu i frustracji nie tkwią dziś przecież tylko i wyłącznie wśród pracowników Amazona, czy traktowanych jak popychadła pielęgniarek i listonoszy. One tkwią też – a może przede wszystkim – wśród wykształconego wielkomiejskiego prekariatu i często również wśród pracowników korporacji. Ich też frustruje bezosobowa orka wśród tabelek w Excelu. Coraz częściej szukają od niej wytchnienia i ucieczki w czymś większym od siebie. To nie w tradycyjnie rozumianych klasach społecznych tkwi więc klucz.
Klucz tkwi w stworzeniu nie tyle struktur, co kanałów komunikacji społecznej; na wypracowaniu sobie elektoratu, który jeszcze nie wie, że nim jest.
I być może w tym celu należy nauczyć się mówić różnymi językami; dać przyzwolenie na istnienie więcej niż jednej opowieści o świecie, nawet jeśli ostatecznie wszystkie one doprowadzą do jednakowych wniosków.
Przychodząc do Razem,
większość z nas – osób z pokoleń poniżej 40 czterdziestki – nie miało doświadczenia w funkcjonowaniu nie tylko w polityce, ale w ogóle w większej grupie i wspólnocie. Dorastaliśmy w czasach, kiedy domy kultury likwidowano; kluby sportowe traciły finansowanie; harcerstwo rozdzieliło się na organizację otwarcie religijną i taką, która tylko udaje, że religijna nie jest. Lata, kiedy żeśmy się kształtowali przypadły na czas, kiedy jedynym, powszechnie dostępnym, doświadczeniem wspólnotowym pozostawał katolicki kościół. Poza grupą najbardziej doświadczonych działaczy, tych, co przyszli z Młodych Socjalistów, czy z Zielonych, w Razem niejednokrotnie zdobywaliśmy nie tylko pierwsze doświadczenia polityczne, ale przede wszystkim – pierwsze szlify jako członkinie i członkowie większej grupy o dość spójnej, ale przecież nie jednakowej tożsamości. I pozostaliśmy często dziećmi swoich czasów – zwłaszcza, że przecież „wychowanie” nas na część czegoś większego od nas samych absolutnie nie jest zadaniem partii politycznej!
Czy subwencja, jaką w 2015 roku otrzymało Razem byłaby lepiej spożytkowana, gdyby posłużyła do założenia internetowej rozgłośni radiowej lub kanałów na YT? Do wydawania gazetek? Publikacji broszur sprzedawanych, czy rozdawanych przy kasach w Biedronce? Nie wiem. Czy nie lepiej byłoby ją wykorzystać do finansowania fundacji, która organizowałaby w szkolnych i gminnych bibliotekach darmowe warsztaty na istotny – doraźnie lub ogólnie – społeczny temat? Zajęcia z informatyki dla seniorów? Półkolonie dla dzieci? Nie wiem. Być może.
Wiem za to, że jeśli nie chce się robić postpolityki śladem Roberta Biedronia, to bez tego, o czym pisał Paweł Jaworski, się nie obejdzie: nie obejdzie się bez stworzenia ruchu społecznego, który posłuży do edukacji zarówno przyszłych członkiń i członków partii, jak i stworzenia dla niej silnej bazy społecznej. Bo partia jest emanacją interesów tej bazy i jako taka ma praktyczny i pragmatyczny cel: iść po władzę. Im szybciej, tym lepiej.
Zwłaszcza, że w przypadku partii lewicowej „iść po władzę” oznacza iść po sprawiedliwość społeczną, po wyższe podatki dla najlepiej zarabiających, po wyższe pensje dla nauczycielek i pielęgniarek, po równe prawa, dostęp do dobrej edukacji i opieki medycznej.
Po transport publiczny i przyjazne państwo służące interesom milionów obywateli, a nie kilku milionerom.
Żeby nie było: propozycję Biedronia dla Razem uważam za absolutnie haniebną. Jeśli jednak wziąć pod uwagę ryzyko utraty przez Razem subwencji, to czy nie warto było odbyć spokojną, szeroką dyskusję o tym wariancie, zamiast ubierać go w osobowy spór, konflikt wizji co do przyszłości partii i interesów? Czy nie warto było porozmawiać o tym, jak zabezpieczyć sobie skromne zasoby – niechby i przytulone do biura jednego europosła – których rękami byłoby można wykonać choć część tej ogromnej, oddolnej pracy, jaka jest do zrobienia? Pewnie było można, ale tak się nie stało. Trudno.
Jest jednak w interesie nas wszystkich, aby lewica w Polsce wyszła z zapaści i zaczęła działać jak najszybciej i jak najszerzej. Za co, skoro nie sfinansuje nas ani Watykan, ani Kreml, a internetowa zrzutka na druk wlepek o bohaterach lewicy udała się ostatnim rzutem na taśmę, tylko dzięki interwencji internetowego celebryty? Nie wiem. Wiem jednak, że jak to mawiają: najlepszy czas, aby posadzić drzewo był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepszy moment to dziś. A ja nie widzę żadnej organizacji – żadnej poza Razem – która mógłby takie drzewo zasadzić i podlewać. Dlatego – pomóżcie, zamiast kontynuować wiwisekcję tego nieszczęsnego, wcale nie tak martwego pacjenta.

Flaczki tygodnia

To był tydzień uprawiania kultów. Wykreowanych mitów, nowych charyzmatyków i odkrywania starych zasług nowych bohaterów.

Najgłośniej obchodzono dzień ludobójców zwanych „żołnierzami wyklętymi”. W skrócie nazywanych „żetwusami”. Ponieważ obóz rządzący postanowił wesprzeć się w kampanii wyborczej zmarłymi „żetwusami”, to radykalna opozycja z „KOD” blokowała te kampanijne uroczystości. Znów okazało się, że mamy kolejne oficjalne święto, które nie da się wspólnie obchodzić. Nie da się go obchodzić ani na poważnie, ani na radośnie, zatem najlepiej obchodzić to święto szerokim łukiem. Bo inaczej to kolejny pretekst do kolejnej politycznej napierdalanki.

Przy okazji rządowej celebry święta „żetwusów” rządowa telewizja narodowo-katolicka pokazała kilku staruszków. Prezentując ich jako zasłużonych „żetwusów”. Wzbudziło to pewien dysonans, bo istnienie ich żywych sprzeczne jest z tworzoną przez obóz narodowo-katolicki legendą „żołnierzy wyklętych”. Według niej prawdziwi „żetwusy” to ci żołnierze polskiego państwa podziemnego, przede wszystkim z Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po II wojnie światowej, w czasie „okupacji sowieckiej”, broni nie złożyli. Tylko dalej walczyli z „okupantami z NKWD, MO, UB, LWP”. W przeciwieństwie do setek tysięcy partyzantów AK, BCh, którzy poszli budować nową Polskę.
A lansowane teraz „żetwusy” uroczyście ślubowali, że broni nie złożą aż Polska nie wyzwoli się „z sowieckiej niewoli”. I prędzej zginą niż się wrogom poddadzą. I właśnie za taką bezkompromisowość dzisiejsza narodowo-katolicką posłuszna młodzież ma „żetwusów” kochać i szanować. Tak im dopomóż bóg.

Ale jak tu kochać tych, których bohaterstwo polegać miało na nieskładaniu broni i walce aż do ostatniego naboju, bo „żywych ich mieli nie brać”, skoro okazuje się, że jednak iluś tych niezłomnych jednak przeżyło. Pod „sowiecką okupacją” żyło i pogodnej starości dożyło. A przecież ci legendarni „żetwusy” do niewoli mieli się nie poddawać. A jeśli już przypadkiem do niej wpadli, to mieli tam zginąć zakatowani w „katowniach UB”. Aby ducha nie gasić.

A tu widzimy ich żywych, skoro wedle polityki historycznej PiS powinni być zakatowani. To czym taki żywy „żetwus”, który walczył do 1947, czasem 1948 roku lepszy jest od żywego żołnierza, AK który walczył do 1945 roku? Że przez te dwa, trzy lata zabił jeszcze kilkudziesięciu milicjantów, furmanów, Żydów?

Czwarty już rok mija od kiedy elity PiS dostały rządy w naszym kraju. Przejmując władze wiele obietnic poczyniły. Wśród nich były wielkie dzieła filmowe. Do nakręcenia. Pokazujące Polsce i światu wielkie czyny wielkich Polaków. W wielkim formacie i z wielkim, hollywoodzkim rozmachem. Wśród nich miały być rzecz jasna filmy o wspomnianych wyżej „zętwusach” z udziałem najlepszych amerykańskich aktorów. Publicyści narodowo-katoliccy związani z „Gazetą Polską”, tygodnikami „Do Rzeczy”, „sieci” proponowali nawet aby zatrudnić aktora Mela Gibsona do której z planowanych produkcji.
Ale prawie cztery lata minęły i możemy obejrzeć jednie dwa filmy o „żetwusach”. „Historię Roja” i „Wyklęty”. Możemy, ale oba, a zwłaszcza ten pierwszy, są tak kiepskie, ze nawet gimbaza za cenę zwolnienia z zajęć lekcyjnych nie chce na nie spojrzeć. Słowem znowu „żetwusy” poniosły klęskę. Tym razem repertuarową.

Dlaczego Mel Gibson nie zagrał innego „żetwusa”, znanego ludobójcę „Burego”?
Ano dlatego, że historie „żetwusów” nie nadają się na film w hollywoodzkim formacie. Takie filmy wymagają wielkich bitew, porządnej batalistyki, udziału wielkich armii. A jakąż to wielką bitwę stoczyli „żetwusy”?
Nawet zwielokrotnione komputerowo napady na posterunki MO, gorzelnie, sklepy GS-ów, prowincjonalne kasy PKO nie zrobią rozmachu. Można by spróbować nakręcić napad na Hrubieszów w 1946 roku. Ale wtedy narodowo -katolickie bojówki osiągnęły chwilowe zwycięstwo, bo współdziałały z bojówkami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Czy uda się zrobić film o sojuszu NSZ z banderowcami w optyce polityki historycznej PiS?

Można by spróbować nakręcić ciekawy film o dramatach „żetwusów”, ale nie uda się to w państwie rządzonym przez pisowską politykę historyczna. Fakty są okrutne dla „żetwusów”. Zbrojne podziemie przegrało swą wojnę z Polską Ludową w latach czterdziestych zeszłego wieku. „Żetwusy” poniosły militarną i polityczną klęskę.
Dzisiaj PiS zakłamuje historię usiłując wmówić „ciemnemu ludowi”, że dzięki tradycji „żetwusów” powstała niepodległa Polska. To nieprawda, bo taka Polska powstała w efekcie obrad Okrągłego Stołu. A tam ani ówczesna strona „partyjno-rządowa”, ani opozycja „Solidarnościowa”, ani ówczesna reprezentacja kościoła katolickiego do „żetwusów” nie odwoływali się.

Zatem na razie pozostaje nam jeden tylko wybitny film o „żetwusach”. „Popiół i diament” nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1957 roku. Przez kinematografię Polski Ludowej.

Rodzi się nowy kult polityczny. Po zarejestrowaniu nowej partii politycznej „Wiosna” jej członkowie zaczęli jej lidera publicznie, wielce uniżenie tytułować „panem prezesem”. Flaczki pamiętają Roberta Biedronia jako zwykłego, fajnego chłopaka, działacza ruchów LGBT. Teraz są pouczane, że obowiązuje tytuł pan „prezes Biedroń”. Dobrze, że jeszcze nie pan premier.

Być może Robert jest „charyzmatycznym liderem”. Flaczki są jednak przepojone demokratycznymi wartościami i dostają nudności już na samo hasło „charyzmatyczny lider”. Zwłaszcza w ruchu politycznym obiecującym inny, lepszy styl uprawiania polityki. Flaczki razi też nowe zjawisko kiełkujące w „Wiośnie”. Otóż mąż „prezesa Biedronia”, pan Krzysztof Śmiszek został mianowany przez „prezesa Biedronia” jedynką na liście „Wiosny” do Parlamentu Europejskiego. Pani Sylwia Spurek świeżo mianowana ministerka od polityki społecznej w partii „prezesa Biedronia” jest nieformalną żoną pana doktora Marcina Anaszewicza, dyrektora Instytuty Myśli Demokratycznej partii „prezesa Biedronia”. Czy to jest już nepotyzm czy jeszcze tylko rodzina „prezesa Biedronia” ?

Okazało się, że Barbara Skrzypek, słynna od 1990 roku najbliższą sekretarka pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego, to wychowanka PZPR. Pracowała jako sekretarka generała Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu generała Wojciecha Jaruzelskiego. A także dla premiera Zbigniewa Messnera. Jakże ta PZPR była kadro twórcza.

Marks zamknąłby Mordor

Robert Biedroń poszedł tropem Margaret Thatcher i zabrał się za zamykanie polskich kopalni. Stawia przy tym tezy bez większego pokrycia i głosi z ambony, że rozwój odnawialnej energetyki automatycznie przyniesie nam nowe, doskonale płatne miejsca pracy, które zamortyzowałyby to gospodarcze trzęsienie ziemi, jakim byłaby rezygnacja z polskiego węgla.

Polskie górnictwo jest jednak oceniane niesprawiedliwie i mylnie przypisuje się mu główną odpowiedzialność za polski smog i skażenie środowiska.

Polski górnik nie jest głównym odpowiedzialnym za to, że powietrze staje się coraz bardziej trujące i szkodliwe dla zdrowia.

Skąd więc bierze się skażenie środowiska, skąd polski smog i powietrze, którym coraz trudniej oddychać? Odpowiedź jest prosta: głównym źródłem jest polska bieda.
Ogrzewanie mieszkania (nie mówiąc o domku) to koszt kilkuset złotych miesięcznie lub więcej. Pieniądze te przekraczają możliwości budżetowe milionów mieszkańców Polski. Poszukuje się więc możliwie najtańszego opału i spala się dosłownie wszystko, co tylko znajduje się pod ręką. Potwierdzają to twarde dane. Z raportów NIK wynika, że za 82-93 proc. zanieczyszczeń powietrza odpowiada tzw. niska emisja, czyli są to po prostu piece w mieszkaniach oraz domkach plus kominki. Dla porównania: cieszący się najgorszą sławą cały przemysł, który znalazł się na celowniku Roberta Biedronia, to zaledwie od 1,8 do 9 proc. całkowitego skażenia, kiedy zanieczyszczenie powietrza generowane przez środki transportu to kolejne 7 proc.
Kwestia jakości polskiego powietrza jest bardzo pilna i potrzebne są prawdziwe rozwiązania. Polska już jest europejskim rekordzistą, jeśli chodzi o zanieczyszczenie pyłami, w tym w emisji benzopirenu. Poziom tej jednej z najsilniej działających rakotwórczych substancji osiąga w Polsce 40-krotność normy dopuszczalnej przez Światową Organizację Zdrowia. Benzopiren emitowany jest przede wszystkim przez domowe piece, kotły i samochody. To środki, którymi najintensywniej bynajmniej nie operuje wielki przemysł i wróg liberałów – górnik, ale narzędzia kapitalistycznej codzienności dla przeciętnego pracownika. I nawet w programie Wiosny Biedronia znajdziemy postulat dotyczący wymiany domowych pieców węglowych, lecz dziwnym trafem główny atak skupił się właśnie na polskich górnikach, których ostatnia godzina bynajmniej jeszcze nie wybiła.
Pomimo tego faktu także na lewicy podniosły się głosy wzywające do rychłej likwidacji polskich kopalni i polskiego węgla. Za przyjaciela takiego rozwiązania uznano nawet Karola Marksa. Autor tej pracy przytoczył przy tej okazji praktycznie wszystkie szkodliwe mity powtarzane przez pseudoekologiczny liberalizm. Podsumujmy: zgodnie z taką liberalną wizją świata era przemysłu dobiegła już końca, wszystkich pracowników lada chwila zastąpią maszyny (proletariat to już w ogóle nie istnieje, bo za niego uznaje się wyłącznie pracowników rzekomo martwego przemysłu), a praca w przemyśle i węgiel to XIX-wieczne wynalazki, do natychmiastowej likwidacji i zastąpienia przez całkowicie oderwane od przemysłu biura.
Te życzeniowe, antyrobotnicze i pseudoekologiczne poglądy liberałów szerzone są w całkowitej sprzeczności z rzeczywistością empiryczną. Po pierwsze: ogólne zatrudnienie na świecie rośnie – tak samo jak stale spada bezrobocie. Po drugie: w przemyśle pracuje stale (od 1995 roku) około 23% światowej populacji pracowników (wahania w tym okresie nie przekraczają 1 procenta). Po trzecie: jeśli chodzi o przemysł i górnictwo to w krajach najbardziej rozwiniętych (najbogatszych) górników i zatrudnionych w przemyśle ostatnimi laty wręcz przybywa. Tak jest np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ostatnich latach przybywa górników i gdzie prognozy wskazują na długoterminowy przyrost zatrudnienia w górnictwie.
Przemysł, proletariat, robotnicy, wydobycie węgla, czy praca w fabrykach nie są wcale domeną przeszłości. W rzeczywistości na świecie istnieje dziś historycznie największa armia pracowników, a liczba ludzi zatrudnionych w przemyśle jest wielokrotnie większa niż w czasach Karola Marksa i Fryderyka Engelsa, kiedy młodziutki kapitalizm był domeną ledwie kilku enklaw w państwach najbardziej rozwiniętych. Polemika, którą prowadzą liberałowie i inni wierzący w erę postpracy to domena mikrozachodniego światka i pokłosie wielu nieodrobionych lekcji z historii społeczno-gospodarczej i współczesnej ekonomii późnego kapitalizmu. Gospodarka oparta na węglu ma oczywiście swój termin ważności – ale szatańskim wynalazkiem nie są wcale kopalnie tylko siły poruszające całą produkcją. Dochodzimy tu do kolejnego zjawiska: fetyszyzacji produkcji przemysłowej i myślenia oderwanego od całości systemu ekonomicznego.
Globalnym problemem nie są złe maszyny, które trzeba zniszczyć, ani węgiel, który miałby odpowiadać za całe zło. Rzeczywistym, praktycznie jedynym problemem zagrażającym środowisku jest sposób i metoda produkcji przyjęta przez współczesny kapitalizm. Karol Marks zamknąłby warszawski Mordor!
Bo komu bliżej dziś do „barbarzyńskiego egotyzmu„, „upokarzającego, skostniałego, wegetacyjnego trybu życia” i „biernego bytu” niż sprowadzonym do roli korposzczurów pracownikom, których dzień wypełnia wspieranie najbardziej niszczycielskich procesów w historii całej ludzkości? Czy bardziej archaiczne i godne potępienia są polskie kopalnie węgla, czy kapitalistyczne biurowce, gdzie zarządza się świętym kapitałem i w jego imieniu truje całe oceany, wycina lasy deszczowe, czy zmusza dzieci do pracy przy wydobyciu metali ziem rzadkich w Afryce? Czy lepsze jest prowadzenie ograniczonego, lokalnego wydobycia węgla, czy może sztuczne pobudzanie popytu i postarzanie wszystkich produktów tylko po to, by 2-letnie telewizory trafiały już na złom, i aby przymuszani do kupowania zachodni konsumenci mogli potem dodać kilka kolejnych promili do zysków wielkich koncernów, których największym współczesnym dziełem jest wielka, pływająca po oceanie wyspa śmieci?
Karol Marks w pierwszej kolejności zamknąłby wszystkie kapMordory. To one są dziś najbardziej szkodliwą wylęgarnią korporacyjnego wyścigu szczurów i one odpowiadają za trucie Ziemi. To tam kapitał stymuluje kapitalistyczny wzrost, którego rezultatem jest wyzysk ludzi i przyrody. To tam pracujący dzień i noc ludzie wspierają najbardziej niszczycielskie dla środowiska światowe korporacje, które wprost i osobiście odpowiadają za wycinkę lasów, emisję gazów cieplarnianych i za praktycznie nieuniknioną już ekokatastrofę całej planety.
Nie ma odpowiedzialnej polityki ekologicznej bez krytyki i bez programu zniesienia wpływu prywatnej własności na środowisko, bo to ona steruje procesami ekologicznej zagłady.

Ataki na górnictwo mają zaś swą bardzo długą i bardzo neoliberalną historię.

Kierowanie gniewu społecznego przeciwko górnikom nie jest praktyką przypadkową. To przejaw agresji elit państwa kapitalistycznego przeciwko „uprzywilejowanym” i najbardziej wpływowym pracownikom. To sterowanie gniewu biedniejszej części świata pracy przeciwko tym sektorom świata pracy, którym udało się wywalczyć choć trochę lepsze warunki zatrudnienia i życia. Z perspektywy burżuazji jest to cynicznie stosowana praktyka, która odwrócić ma uwagę od grzechów kapitalistów i napuścić na siebie pracowników. Ich wzajemna niechęć umożliwi nie tylko obniżenie im wszystkim płac, ale też równanie w dół praw pracowniczych i socjalnych – co pozostaje marzeniem przedsiębiorców, którzy wiedzą, że lepsze standardy pracy są zagrożeniem dla uzyskiwanej przez nich wartości dodatkowej.
Walka o niskie podatki dla firm, koncernów, od majątków i kapitałów to obecnie najgorszy mord na przyrodzie. To walka o podtrzymanie gospodarki opartej na kapitalistycznym wzroście, bez względu na koszty i skutki jej działania.
Kapitał boi się górniczych organizacji i potrzebuje społecznego poparcia by się ich pozbyć. W zamian za pochopną likwidację kopalni i górniczych organizacji powstaną dużo bardziej uśmieciowione i rozproszone miejsca pracy. Pogłębi się pracownicza dezintegracja, dojdzie do ekonomicznej zapaści całych regionów i pogorszy się pozycja przetargowa pracownika. Z perspektywy liberałów bijatyka o kopalnie to bezpieczna i zbieżna z linią neoliberalizmu polityka – z daleka od kwestii fundamentalnej, którą w rzeczywistości pozostaje kwestia natychmiastowego, państwowego upowszechnienia ekologicznego i niedrogiego ogrzewania.
Produkowanie z myślą o zysku nielicznych i w trosce o fortuny właścicieli to zresztą cała wielka „tajemnica” globalnego ocieplenia. Zła redystrybucja dóbr i dochodów i tanie, neoliberalne państwo, które umywa ręce od odpowiedzialności są natomiast winne temu, że ludzi nie stać dziś na ekologiczne formy ogrzania się podczas zimy. Polskim problemem nie jest zacofany śląski robol (belka w oku polskiego kapitału), którego trzeba się pozbyć, by zrobić miejsce dla czyściutkich warszawskich menadżerów karmiących się sushi. A globalnym problemem nie są przemysł i wydobycie tylko cele, które realizuje kapitalistyczna własność i jej metody.
Globalnym problemem jest system kapitalistycznej produkcji tworzący biedę, nierówności, prywatyzujący kwestie ekologiczne i pozostawiający biednych z ekologicznymi broszurkami zamiast uruchomić instrumenty państwa oraz uspołecznionej gospodarki by w sposób szybki, skuteczny i uniwersalny wystąpić w imieniu dobrostanu ludzi i przyrody. Tych problemów nie naprawi żaden kapitalistyczny rynek, ponieważ nie posiada on i nie widzi w tym interesu.
Kwestie dotyczące środowiska nie są też sprawami lokalnymi. By zatrzymać smog i globalne ocieplenie nie wystarczy pozbyć się polskich kopalni. Offshoring i wypchnięcie wydobycia surowcowego do krajów Globalnego Południa utrwali tylko podział na skażone rejony biedy i bogate enklawy „świętej” ekoczystości. Podkreślmy znowu, że enklawy te żyć będą (i już żyją) w kompletnej hipokryzji, ponieważ to ich elity zarządzają wędrówkami globalnego kapitału.
Kapitał finansowy – wbrew logice późnokapitalistycznych liberałów – nie występuje pod postacią czystej idei i niegroźnie przeskakujących cyferek. To on uruchamia produkcję i czerpie z niej zyski. Walka o czyste Wall Street to klasistowska „ekologia” uprzywilejowanych przeciwko globalnemu proletariatowi. Taki ekologizm to nic innego jak walka o czyste nowojorskie biuro prezesa Shella i udawanie, że jego praca nie ma nic wspólnego z emisją CO2 na świecie. Idea podziału świata na czyste Szwajcarie i rakotwórcze Bangladesze nie mieści się zresztą ani w lewicowej, ani liberalnej wrażliwości i stąd potrzeba zrównoważonej gospodarki, która rozwiąże obecny kryzys w sposób solidarny i trwały.
Kopalnie nie należą tylko do przeszłości. A kiedy rzeczywiście nadejdzie ich koniec to naszym wspólnym obowiązkiem jest zachowanie wszystkich wywalczonych przez górników praw na rzecz całego świata pracy. Upadek wszelkiego przemysłu był już w Polsce przerabiany. Bycie skazanym na kaprysy rynków finansowych stoi w sprzeczności z odpowiedzialną i zrównoważoną strategią gospodarczą. Polsce nie potrzeba też kolejnych stref postindustrialnej katastrofy i powrotu do dwucyfrowego bezrobocia. Terapia szokowa nie stanowi rzeczywistego rozwiązania, a bycie państwem żyjącym z samych usług to szkodliwe złudzenie sprzedawane przez bogatych biedniejszym, by skuteczniej prywatyzować ich fabryki i majątki.
I dlatego przejście do energetyki odnawialnej musi być realizowane w porozumieniu z klasą robotniczą, której rzeczywisty interes stoi w sprzeczności z interesami trucicielskich megakorporacji i kapitału, którego godzina właśnie wybiła. I to właśnie toksyczny kapMordor musi zostać zniesiony jako pierwszy – inaczej naprawdę wykończy nas wszystkich. A czy zrobi to rękami polskimi, czy banglijskimi nie będzie już miało żadnego znaczenia…
Jeśli nie chcemy chodzić w maskach i sponsorować raka naszym dzieciom to lepiej weźmy się za biedę, nierówności, wyzysk i za napędzaną przez kapitalistyczną chciwość globalną nadprodukcję. Prawdziwym wrogiem ludzkości jest tyrania wzrostu i kapitału.
Niech tropem Karola Marksa i komunistycznej teorii potrzeb nasze fabryki i zakłady pracy zaczną więc wpierw produkować dobra, które są rzeczywistym zapotrzebowaniem ludzi – a nie towary zrodzone z potrzeby zysku ich szefów i akcjonariuszy. Dobrze zorganizowani górnicy mogą w tym nawet pomóc…

Ponieważ, tak jak pisał Karol Marks:

„[…] w swej bezgranicznej ślepej żądzy, w swym wilczym głodzie pracy dodatkowej kapitał przekracza maksymalne, nie tylko moralne, ale czysto fizyczne granice dnia roboczego. Przywłaszcza on sobie czas niezbędny do wzrostu, rozwoju ciała i utrzymania go przy zdrowiu. Rabuje czas potrzebny do wchłaniania czystego powietrza i światła słonecznego. Skraca czas posiłku i wciela go, gdy tylko może, do procesu produkcji. Daje więc pokarm robotnikowi jako zwykłemu środkowi produkcji, jak daje węgiel kotłowi parowemu, a smar lub oliwę maszynie.”

Pod presją

W minioną sobotę Krajowa Konwencja Sojuszu Lewicy Demokratycznej zadecydowała
o przystąpieniu partii do budowania Koalicji Europejskiej.

Wszystko wskazuje na to, że w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego naprzeciwko zjednoczonej prawicy stanie zjednoczona opozycja wystawiająca jedną listę proeuropejskich polityków. Pierwszy raz w historii III RP. Destrukcyjne rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do powstania wspólnej reprezentacji tak różnych partii opozycyjnych jak Platforma Obywatelska, Nowoczesna, PSL i SLD.
Nerwowe reakcje prawicy świadczą o tym, że Koalicja Europejska stanowi problem dla PiS-u. Telewizja Kurskiego już trzy dni po deklaracji SLD o współuczestnictwie we wspólnym bloku opozycyjnym sięgnęła do swoich przepastnych archiwów. W Wiadomościach TVP cytowano wypowiedzi Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza – potencjalnych kandydatów lewicy. Nie, nie te z okresu, kiedy składali podpisy pod dokumentami akcesyjnymi Polski do Unii Europejskiej. Cofnięto się niemal 40 lat wstecz – do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. By przestraszyć wyborców zamierzających głosować na Koalicję Europejską, że „komuna wraca”.
No właśnie, co sądzą wyborcy o wspólnym starcie partii opozycyjnych?

Polacy o zjednoczeniu

W połowie stycznia CBOS przeprowadził badanie opinii społecznej dotyczące wspólnego startu partii opozycyjnych do Parlamentu Europejskiego. Obszerny komunikat „Polacy o zjednoczeniu opozycji” – podsumowujący przeprowadzony sondaż – ukazał się tydzień temu.
Wyborcy są podzieleni. Niemal pół na pół. Ponad dwie piąte Polaków (41 proc.) twierdzi, że w tegorocznych wyborach partie opozycyjne powinny utworzyć wspólny blok wyborczy. Przeciwnego zdania jest nieco mniej (36 proc.). A niespełna jedna czwarta wyborców (23 proc.) nie ma w tej sprawie wyrobionego zdania.
Diametralnie inny wynik otrzymujemy po bliższym przyjrzeniu się kto jest „za”, a kto „przeciw”. Wśród sympatyków PiS-u zaledwie 21 proc. popiera pomysł wspólnej listy opozycji, a niemal trzy razy więcej uważa, że opozycja powinna pozostać rozdrobniona. To wyjaśnia, dlaczego media prawicowe już wystartowały z kampanią mającą na celu zdyskredytowanie polityków lewicy, którzy mają być kandydatami Koalicji Europejskiej.
Ale najważniejsza jest ten wynik sondażu. Wśród wyborców stawiających sobie za cel odsunięcie PiS-u od władzy aż 76 proc. popiera ideę stworzenia komitetu wyborczego, skupiającego większość ugrupowań i sił opozycji. Przeciwnego zdania jest zaledwie 17 proc. przedstawicieli „antyPiS-u”.

Lewica za

Wyborcy lewicowi są zdecydowanymi zwolennikami budowania wspólnego bloku partii opozycyjnych. Za wspólną listą opowiada się 64 proc. – przeciw jest 21 proc. Identyczny wynik osiągnięto w gronie wyborców Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Oprócz PiS-u, przeciwni wspólnemu startowi opozycji są wyborcy Kukiz`15. To oczywiste, polaryzacja na dwa obozy, eurosceptyczny PiS i proeuropejską Koalicję Europejską, będzie oznaczała dla Pawła Kukiza koniec jego kariery politycznej. Zwłaszcza że Kukizowi intensywnie podbiera wyborców Wiosna Roberta Biedronia.
Biedroń też zapowiedział samodzielny start do Parlamentu Europejskiego. I ma problem. W połowie stycznia, gdy przeprowadzano sondaż, partii Wiosna jeszcze nie było. Ale ankieterzy CBOS-u zapytali o ewentualną obecność tej formacji w Koalicji Europejskiej. Okazało się, że aż dwie trzecie respondentów popierających zjednoczenie opozycji (66 proc.) życzyłoby sobie, aby partia Biedronia przystąpiła do Koalicji Europejskiej. Wśród sympatyków PiS-u jest na odwrót: tylko jedna trzecia popiera przystąpienie Wiosny do wspólnej koalicji. Sondaż CBOS-u stanowi więc kolejny dowód, komu jest na rękę samodzielny start partii Biedronia.

Wyborczy Excel

Jeśli w arkuszu Excela wstawimy znak plus, sumowane wartości dodają się. W polityce i elektoracie tak to nie działa. Boleśnie przekonali się o tym ci, którzy doprowadzili do utworzenia Zjednoczonej Lewicy przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku. Suma elektoratów SLD i Twojego Ruchu Janusza Palikota miała zapewnić kilkunastoprocentowy wynik w wyborach do Sejmu. Ale niemała część z tych sztucznie połączonych elektoratów nie zagłosowała na Zjednoczoną Lewicę. Jedni – bo był tam Palikot. Inni – bo był tam Miller.
Badanie sondażowe CBOS-u dało pozytywną odpowiedź na pytanie, czy w Koalicji Europejskiej można liczyć na sumowanie się elektoratów poszczególnych partii wchodzących w jej skład. Wśród wyborców opozycji jest consensus, że trzon Koalicji Europejskiej powinny stanowić 4 partie: PSL, PO, Nowoczesna i SLD.
Wśród wyborców poszczególnych partii Koalicji Europejskiej też panuje generalna akceptacja co do obecności w niej pozostałych partii. I tak, wyborcy PO i Nowoczesnej aż w 81 proc. akceptują wspólny start z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. I wzajemnie: elektorat SLD w podobnym procencie zgadza się na obecność w koalicji z Platformą Obywatelską i Nowoczesną.
Ciekawostką są wyniki dotyczące wyborców Polskiego Stronnictwa Ludowego. Elektorat PSL niemal jednomyślnie (94 proc.) popiera plany wspólnego startu. To powinno ostatecznie przekonać kierownictwo tej partii, które dołączenia do Koalicji Europejskiej obawia się najbardziej.

W poszukiwaniu lidera

Szef ludowców może być szczególnie zadowolony z sondażu CBOS-u. Z wynikiem 24 proc. zdecydowanie wygrał ranking na lidera wśród respondentów popierających Koalicję Obywatelską . Drugie miejsce (15 proc.) zajął… Robert Biedroń.
Moim zdaniem, mój dawny kolega sejmowy popełnia życiowy błąd. Wygląda na to, że cała antypisowska opozycja dostrzegła w nim jednego z głównych kandydatów na lidera. Tymczasem Biedroń zdecydował się na bycie szefem „sezonowego” ugrupowania. Wzorem Palikota, Petru i Kukiza. I de facto na pomoc Kaczyńskiemu w wygraniu tegorocznych wyborów. Szkoda.
W przeciwieństwie do Kosiniaka-Kamysza, Grzegorz Schetyna ma kłopot. Kieruje największą partią opozycyjną. Ale jedynie co dwunasty wyborca „antyPiS-u” (8 proc.) widzi w nim swojego lidera. Na domiar złego o jeden punkt procentowy pokonał go… Paweł Kukiz. Wysoki wynik Kukiza jako potencjalnego lidera antypisowskiej opozycji – to oczywisty absurd. Ale powinien uzmysłowić nam, jaki kłopot ma opozycja z wyłonieniem wyrazistych liderów. Można pozazdrościć prawicy, która z większym lub mniejszym entuzjazmem, ale zawsze wskaże na Kaczyńskiego.
Zaskakujący wynik dał casting na lidera wewnątrz elektoratu PO i Nowoczesnej. Wygrał Władysław Kosiniak-Kamysz z wynikiem 23 proc. Drugi był Robert Biedroń (17 proc.). A Grzegorz Schetyna dopiero trzeci (13 proc.). To wyjaśnia, dlaczego po wejściu do gry Biedronia, Platforma Obywatelska traci w sondażach najwięcej.

Zdolność koalicyjna

W skład Koalicji Europejskiej wejdą partie znajdujące się w bardzo odległych miejscach polskiej sceny politycznej. Ot chociażby liberalna i konserwatywna Platforma Obywatelska i lewicowy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dlatego w badaniu CBOS-u sporo miejsca poświęcono ocenie respondentów co do możliwości współpracy tak różnych sił politycznych. Między innymi wyliczono syntetyczny wskaźnik mający za zadanie określenie zdolności do koalicji wyborczej poszczególnych ugrupowań opozycyjnych.
Zdaniem CBOS-u największą zdolność koalicyjną ma schodząca właśnie ze sceny politycznej Nowoczesna. Ale na drugiej pozycji uplasował się Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ranking koalicyjności zamyka partia Razem – i to akurat nie jest zaskoczeniem. Również Wiosna Roberta Biedronia zajęła odległe miejsce.

Będzie, nie będzie

Przepytawszy respondentów co do ich zdania na temat wspólnego startu opozycji, ankieterzy CBOS-u zadali na końcu kluczowe pytanie. Czy Polacy wierzą, że opozycja będzie w stanie stworzyć jeden wspólny blok wyborczy? I tu zaskoczenie…
Lewica zalicza się do najbardziej sceptycznego elektoratu. Dwie trzecie wyborców SLD chciałoby stworzenia wspólnej listy Koalicji Europejskiej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ale jednocześnie na pytanie o realność powstania takiej listy, tylko jedna trzecia (33 proc.) odpowiedziała pozytywnie. Powiedzieli więc jasno: chcemy. Ale nie wierzymy, że to możliwe. To z pewnością konsekwencja skłócenia i wieloletniego rozdrobnienia partii opozycyjnych. Zauważalnego szczególnie po lewej stronie sceny politycznej.
Wygląda na to, że uda się przekonać niedowiarków. Że nie mają racji. I mimo wszelkich różnic, będziemy w stanie stworzyć wspólną listę w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Pod presją

Podczas ubiegłotygodniowej Konwencji SLD któryś z dyskutantów niechętnych Koalicji Europejskiej zarzucił kierownictwu partii działanie „pod presją”. Pod presją PO. Pod presją apelu premierów. Pod presją Schetyny. Odpowiedziałem. Tak – znaleźliśmy się pod presją. Ale pod presją naszych wyborców!
Wyniki sondażu CBOS-u są jednoznaczne. Przytłaczająca część wyborców opozycji antypisowskiej życzy sobie powstania szerokiej koalicji. Która w niedalekiej przyszłości położy kres rządom PiS-u. Podobnie sądzi większość wyborców o poglądach lewicowych, w tym również wyborców SLD.
Dlatego decyzja Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie mogła być inna. Czarzasty ma jeden głos. Zarząd partii – trzydzieści parę. Konwencja SLD – sto kilkadziesiąt. A w każdych wyborach najważniejsi są nasi wyborcy. Bo tylko oni dysponują wystarczającą liczbą głosów. By zadecydować o zwycięstwie opozycji nad PiS-em.

Wiosna na cały wyborczy rok

Politycznym hitem ostatnich tygodni stała się konwencja założycielska partii Roberta Biedronia, która oficjalnie przyjęła optymistyczną nazwę „Wiosna”. Przyznam, że – jak na partię – nazwa to nietypowa.

Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że partie w większości już samą nazwą wbijają nam do głów swe ideowe przesłanie, aczkolwiek niektóre z nich popisały się w ostatnich latach wyjątkową przewrotnością: bez wątpienia cecha ta dotyczy przypadku „Prawa i Sprawiedliwości”, bowiem w praktyce nazwa ta stała się praktyczną wersją sformułowanej niegdyś, też przez J. Kaczyńskiego, zasady „tkm” (przed podaniem pełnej wersji spłoszyło mnie słowo na „k”).
Słucham, czytam i „konstatuję”, że R. Biedroń efektowną inauguracją zdrowo zamieszał politykom i dziennikarzom w głowach. Przywódcy partyjni nie wróżą Wiośnie rozwoju, chociaż na Torwarze zobaczyli mnóstwo młodych twarzy, i to zarówno kobiet, jak i mężczyzn! To rzadki obrazek na tle polskiej rzeczywistości politycznej i od razu wyznam, że mniej mnie dziwi nawet ten nadmierny optymizm (niektórzy nazywają to populizmem) Biedronia, demonstrowany na progu własnego politycznego domu, niż obecność np. Barbary Nowackiej w pierwszym rzędzie prawicowej Platformy. Zwłaszcza w kontekście podejmowanej przez nią mało zręcznej krytyki programu partii Wiosna.
Nie ulega wątpliwości, że Robert Biedroń wykonał kawał dobrej, społecznie potrzebnej roboty, wzywając do polityki pokolenie, którego obecności na polskiej scenie politycznej bardzo brakowało. Wprawdzie kilka lat temu powstała partia Razem, ale – przy użyciu ostrych kryteriów ideologicznych już na starcie zamknęła się przed otwartym naborem chętnych, co – jak wiadomo – ani jej, ani innym strukturom na lewicy sukcesu nie przyniosło. Zapamiętale krytykowała też SLD, odmawiając tej partii współpracy w jakiejkolwiek formie. Dzięki temu – jak to ktoś niedawno powiedział – Razem znalazła się dziś w próżni politycznej.
Warto przypomnieć, że na lewicy wcześniej były próby „pragmatycznej” zamiany liderów starych na młodych. W 2011 r ówczesny szef SLD – Grzegorz Napieralski – w wyborach do Sejmu powierzył jedynki w większości kandydatom młodym, aczkolwiek nawet na lewicy szerzej nie znanym. Próba zmiany pokoleniowej wewnątrz partii nie dała sukcesu, wynik wyborczy SLD był najsłabszy w ówczesnej historii partii. Podobną decyzję i z podobnym skutkiem podjął M. Borowski, który wyprowadził z SLD w 2004 poważnych ludzi, po czym nieoczekiwanie na czołowych funkcjach w partii wymienił ich na nieopierzonych, politycznych małolatów. Ci pierwsi poczuli się zbędni i z czasem zaczęli wracać do SLD, ci drudzy nie mieli siły przyciągania, bo – jak się okazało – niewiele jeszcze umieli. Myślę, że warto pamiętać o tych nieudanych próbach odmładzania partii na siłę.
Do niedawna zadawałam sobie nieustannie pytanie, w jaką niszę polityczną schowała się dziś generacja 25-45? Przecież nie wszyscy wyjechali z kraju w poszukiwaniu pracy i szczęścia pod innym niebem, nie wszyscy też trafili do wyizolowanej partii Razem. Wszystko wiedzący dziennikarze (wspierani przez niektórych socjologów) wieszczyli, że młode pokolenie w większości jest indyferentne politycznie, a jeśli już – to raczej skłania się ku prawicowej wizji rzeczywistości (patrz: narodowcy), niż ku lewicowości.
I oto okazało się, że na polskiej scenie politycznej jest zapotrzebowanie na nową partię polityczną – demokratyczną, proeuropejską i antyklerykalną, której powstanie zdecydowanie osłabia społeczne umocowanie bloku autorytarnego, reprezentowanego przez PiS, zwarte szeregi ONR i kościół hierarchiczny. Na Torwarze Wiosna przedstawiła polityczną ofertę i ekipę, która obiecała ją urzeczywistniać. Mam nadzieję, że nie zabraknie im energii, wytrwałości i rozumu, bo zbudowanie nowej partii jest samo w sobie wyzwaniem niezwykle żmudnym, wymagającym talentu i twórczej inwencji, a polityka jest zajęciem poważnym i odpowiedzialnym.
Wie coś na ten temat pokolenie lewicy, które budowało nową socjaldemokrację po 1989r, wówczas najczęściej 35 +, (Kwaśniewski był jeszcze młodszy, a Oleksy na pewno nie należał wówczas do „średnio-starszego” pokolenia). W każdym razie dominowali wśród nas ludzie urodzeni tuż po II wojnie światowej i tak nam się po 1989 /90 potoczyło, że niespodziewanie dla nas samych przyszło nam zastąpić tych, którzy przy Okrągłym Stole podzielili się władzą ze środowiskiem opozycyjnym.
Czy byliśmy do tego przygotowani..?
Moje pokolenie rosło szczęśliwie bez wojny, czas spędzało na kształceniu w porządnych szkołach i uczelniach, a po 1989r – gdy „przyszła na nas pora” – na miarę uzyskanego poparcia społecznego – odważnie włączyliśmy się w realizację wyzwania, jakim było wypracowanie nowego ładu ustrojowego i gospodarczego Polski oraz jej pozycji na scenie międzynarodowej. To, co nas odróżnia od współczesnych, w tym założycieli partii Wiosna, w większości polegało na znaczącej (przed 1989r) aktywności organizacyjnej i społecznikowskiej, przetrenowanej pod szyldami ZSP, ZMS, ZMW, ZHP, ZNP, LPŻ, Ligi Kobiet Polskich, Kół Gospodyń Wiejskich i wielu innych form organizowania się, według potrzeb i zainteresowań środowiskowych. Organizacje te miały charakter masowy, aprobujące socjalizm (dziś zwany „komunizmem”) i na tym gruncie tworzyły, bądź wspomagały adresowane do młodzieży ścieżki awansu społecznego, zawodowego oraz politycznego (w PZPR, ZSL, SD, Stowarzyszeniu „PAX” i in). Były najczęściej w całości, lub w części finansowane przez państwo, stąd na ogół miały charakter trwały. Przez te organizacje przez lata przewinęło się wiele milionów ludzi, wyposażonych w umiejętności organizatorskie (a niektórzy nawet przywódcze), kontakty i pozycję środowiskową, popartą najczęściej dyplomem wyższej uczelni. Ten kapitał społeczny bardzo nam się przydał po 1989r.
Na zadane powyżej pytanie mogę więc z przekonaniem odpowiedzieć, że tak, byliśmy przygotowani do pełnienia funkcji i zadań politycznych. A. Kwaśniewski czasem z rozrzewnieniem wspomina, że już z pierwszego klubu SLD można było wyłonić co najmniej dwa składy rządu…. ( i dobrze nam szło do momentu, w którym SLD zalała fala politycznych nomadów i łowców stanowisk – zły pieniądz zaczął wypierać lepszy).
Czy entuzjaści politycznego organizowania się – na zasadzie pospolitego ruszenia – w partię Wiosna, której celem jest najpierw sformułowanie programu, a później włączenie się w system wolnej gry sił politycznych, są przygotowani do brania na siebie odpowiedzialności za wspólną Rzeczpospolitą? – tego dziś nie wiem. Doświadczenia Ruchu Palikota, Europy+ i Razem każą zastanowić się, czy przypadkiem nie powstaje kolejna partia sezonowa, która nie udźwignie ciężaru, jaki pozostawią nam rządy prawicy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w potencjale rządzenia państwem liczą się takie czynniki, jak zasoby kompetencyjne, pamięć instytucjonalna, poczucie środowiskowej wspólnotowości, odwołanie się do określonych tradycji, a dzisiaj –uwaga! –rośnie w cenę również uczciwość.
Zastanowiło mnie również określanie przez R. Biedronia nowo tworzonej partii mianem „progresywna” (co dziś może się bardziej kojarzyć z… prawem podatkowym, niż z ideowym charakterem partii). To hasło budzi we mnie semantyczne wątpliwości, chociażby z tego powodu, że w zasobach języka polskiego mamy przecież piękne słowo „postęp”.
Jednakże nie ulega wątpliwości, że Wiosna niesie polityczną świeżość. Odniosłam wrażenie, że ogłoszony program wyrażał poglądy pokolenia, które zebrało różnorakie indywidualne doświadczenia już w polskim kapitalizmie (bezrobocie rodziców, brak pewności jutra, narastanie nierówności społecznych, ureligijnianie od przedszkola „do naturalnej śmierci”, wojna 30-letnia w sprawie aborcji, antykoncepcji, in vitro, niskie płace, umowy śmieciowe itp.). Jak widać, wypowiedziało też zaufanie starym liderom, próbuje samodzielności i jeśli chce walczyć o swoje interesy na drodze demokratycznej – ma do tego prawo – nawet, gdy deklaracje programowe głoszone są na wyrost, a towarzyszące temu wyliczenia budzą wątpliwości. Jest jeszcze czas, aby to solidnie zweryfikować (z merytorycznym udziałem kandydata na premiera).
Zauważyłam również, że w swoim przemówieniu R. Biedroń nie użył ani razu hasła „komunizm”, bądź „postkomuniści”, nie atakował Polski Ludowej, nie mówił ani o teczkach i agentach, ani o zdrajcach i gorszym sorcie. Nie robił min Zeusa Gromowładnego, nie straszył, nie wymyślał, za to deklarował pochwałę obowiązującej Konstytucji.
Mój wcześniejszy optymizm zmąciły nieco ostatnie informacje, dotyczące przebiegu rozmów o współpracy z partią RAZEM. Dużo wokół nich niepotrzebnego swądu. Nieciekawe informacje na ten temat skomentuję wzorem klasyka: nie idźcie tą drogą, wystarczą nam kłótnie, kłamstwa, zapiekłość i nienawiść, które wniosły do życia politycznego partie postsolidarnościowe.
R. Biedroń wyszedł naprzeciw oczekiwaniom wcale już nie małych środowisk społecznych, które oczekują zmian, odnoszących się do stosunków państwo-kościół. Relacja ta obciążona jest złą praktyką polityczną, trwającą latami i potwierdzaną – niestety – wyrokami Trybunału Konstytucyjnego (TK). Na łamach „Trybuny” pisałam niejednokrotnie o tym, jak ten organ państwowy swymi orzeczeniami torował drogę dla prawnej akceptacji komponentów państwa wyznaniowego. W ani jednym z nich nie stanął na gruncie państwa neutralnego światopoglądowo, nie dostrzegł pluralizmu światopoglądowego społeczeństwa, w tym interesów ludzi niewierzących (interesy tej grupy po 1989 w żadnym z wyroków nie zaistniały, chociaż – jako mniejszość – powinna się cieszyć szczególną troską Trybunału!). Ostatnio na łamach „Polityki” Ewa Siedlecka zauważyła, że jeszcze przed „dobrą zmianą” TK rozstrzygał „wszystkie sprawy kościelne” zgodnie z poglądami wyznania dominującego (łącznie z pełną emocjonalnej przemocy i wspierającą fanatyków „klauzulą sumienia”). W świetle orzeczeń TK z okresu III RP można stwierdzić, że w sprawach stosunków państwo-kościół organ ten – w majestacie Rzeczypospolitej – pomagał prawicy stopniowo eliminować z porządku prawnego formułę państwa neutralnego światopoglądowo ( nad źródłami tej tendencji w najbliższej przyszłości należałoby się głęboko zastanowić, wyciągając wnioski na przyszłość).
Przy okazji przypomnę, że w systemie prawnym RP funkcjonuje Polska Rada Ekumeniczna, instytucja w obecnej praktyce politycznej nie dostrzegana. Myślę, że byłoby szkodą dla idei wolności religijnej i postępu społecznego, aby w przestrzeni publicznej tracić z pola widzenia ludzi i instytucje, które mogłyby wnieść wiele dobrego do dialogu społecznego na gruncie religijnym.
Postulaty „kościelne” Biedronia spotkały się z aplauzem ludzi zgromadzonych na Torwarze. Myślę, że oni czerpią ten nastrój również z własnego doświadczenia z księżmi i kościołem. Zapewne dlatego coraz rzadziej chrzczą dzieci, coraz częściej żyją w związkach partnerskich i potrafiliby świetnie uzasadnić, dlaczego w szkołach publicznych (i w przedszkolach!) nie sprawdzają się lekcje religii. Organizują się przeciwko utajnianiu pedofilii w kościele (ostatnio przeczytałam, że nawet w Ordynariacie Polowym WP wykryto po 2012 trzy przypadki księży pedofilów, jeden z nich siedzi już w więzieniu; poinformował o tym ostatnio sam biskup polowy Józef Guzdek).
Na prawicy postulaty Biedronia po staremu potraktowano jako „atak na kościół” (znamy to, znamy). W ślad za tym np. szef PSL z nabożnym grymasem twarzy zapowiedział zdecydowaną obronę korzeni i wartości chrześcijańskich. Bojownikom przypominam, że nieraz już byliśmy świadkami, jak ostentacyjnym obrońcom tych wartości łatwo było wymykać się spod składanych przysiąg religijnych w życiu osobistym…. więc doradzałabym ostrożność i dobrą pamięć.
R. Biedroń zapowiedział także renegocjację konkordatu, podpisanego przez rząd H. Suchockiej 28 lipca 1993; na prawicy i ten postulat uznano za niemożliwy do spełnienia, ponieważ konkordat ma charakter umowy międzynarodowej o statusie konstytucyjnym, a ponadto na zmianę jego postanowień musiałby się zgodzić również Watykan. Formalnie tak jest, ale – gwoli prawdy przypomnijmy, że faktycznie konkordat z 1993r był umową między polskimi biskupami, a polską prawicą. Dziś wiemy, że w przebiegu negocjacji nie uczestniczył żaden przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, który nie byłby Polakiem, z nuncjuszem apostolskim włącznie (był nim abp Józef Kowalczyk) i –rzecz oczywista – z Janem Pawłem II. Taka to była „umowa międzynarodowa”, dzięki której ograno nową Rzeczpospolitą tym łatwiej, że papież miał od początku problemy z respektowaniem przesłania i ustaleniami Soboru Watykańskiego II.
Poświęcę tej kwestii nieco więcej uwagi czytelnika, ponieważ polskie konkordaty nie mają dobrej historii. Pierwszy był zawarty w 1925 i ratyfikowany przy ostrym sprzeciwie PPS. Dziś do wyjątków należy przypomnienie, że praktyka obowiązywania konkordatu z 1925 w okresie międzywojennym również nie była wolna od konfliktów między państwem a kościołem hierarchicznym. Konflikty te miały miejsce, mimo, że po 1926 obóz piłsudczykowski w sprawach światopoglądowych przesuwał się systematycznie na prawo, motywując to zresztą zbieżnością celów rządu i strony kościelnej w odniesieniu do „obrony religii przed komunizmem”. Spory dotyczyły spraw doczesnych, a przede wszystkim rewindykacji gruntów i budynków zabranych kościołowi przez zaborców, a po 1918 przejętych przez skarb państwa. Jednakże do najbardziej spektakularnych należał konflikt między piłsudczykami a kardynałem Sapiehą o miejsce spoczynku J. Piłsudskiego na Wawelu, kłócono się także w sprawach, dotyczących nauczania religii w szkołach.
Ostre, permanentne zatargi między stronami sprawiły, że w 1938r rząd Felicjana Składkowskiego postanowił dokonać oceny działania konkordatu w praktyce i w tym celu powołano komisję międzyresortową. Komisja zebrała wnioski z różnych resortów, a na finalnym jej posiedzeniu dokonano głęboko krytycznej oceny zachowywania się duchowieństwa wobec władz państwowych. Rząd zarzucał hierarchii utrudnianie mu pracy, podważanie autorytetu władz oraz „partyjniackie” angażowanie się kleru (to chyba trwała przypadłość..?).
Wobec jakości tych wniosków postanowiono wszcząć w Watykanie kroki o uzupełnienie konkordatu dodatkowymi klauzulami, po to „aby hierarchia kościelna formalnie i faktycznie liczyła się z interesami państwa”. Najsurowiej oceniona została działalność Akcji Katolickiej (nazwa spinająca organizacje katolików świeckich, oddzielne dla kobiet, mężczyzn, dzieci i młodzieży, ściśle współpracujących z hierarchią kościelną), która – zdaniem rządu – „pod pozorem apostolstwa świeckiego dąży do zmiany ustroju społecznego przez organizowanie życia społecznego z pominięciem wszelkiego nadzoru ze strony legalnych władz państwowych”. Jak widać – historia lubi się powtarzać.
Komisja międzyresortowa wypracowała m.in. następujące wnioski:
– Kościół katolicki w Polsce coraz bardziej usuwa się spod wszelkiej kontroli administracji państwowej (zgłoszony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych);
– konkordat nie przyniósł państwu korzyści i w przyszłości należy zmierzać do stanu bezkonkordatowego (zgłoszony przez Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego);
– kwestie sporne należy uzgadniać bezpośrednio z Watykanem, nie dopuszczając do tych negocjacji biskupów krajowych;
Na podstawie tych wniosków polski MSZ sporządził specjalny memoriał, który drogą dyplomatyczną został przedstawiony kurii rzymskiej i – jak mówią źródła – dotarł do Piusa XII, ponieważ w czasie ostatniej audiencji biskupów polskich w Rzymie w grudniu 1938 papież przywoływał i omawiał treść tego dokumentu. A znajdowały się w nim zarzuty poważne. Jednakże nie zrobiono już z nich użytku, ponieważ na przeszkodzie stanęła polityka Niemiec hitlerowskich wobec Polski, popierana przez Watykan (myślę, że w watykańskich archiwach memoriał ten spoczywa do dziś). Współczesnych może poruszyć przypomnienie, że w przededniu wojny papież Pius XII za pośrednictwem nuncjusza Philippe Cortesi doradzał Polsce, aby wyjść Niemcom naprzeciw, oddając im Gdańsk z korytarzem.
Nie pamiętam, aby w toku dyskusji na temat konkordatu z 1993r ktokolwiek z kręgów prawicowych przypomniał opinii publicznej o zastosowanej procedurze przez rząd F. Składkowskiego. Czytając o faktach sprzed kilkudziesięciu laty zadawałam sobie pytanie, dlaczego dziś nie można byłoby pójść tą samą drogą..? Co stoi na przeszkodzie, bo nie oportunizm, czy brak odwagi? Oczywiście, brak większości parlamentarnej, która byłaby zdolna podjąć takie wyzwanie. Analitycy od dawna wskazują argument, że w przypadku obowiązującego konkordatu wciąż aktualna pozostaje kwestia konstytucyjności jego treści oraz trybu jego ratyfikacji. Warto się nad tym pochylić. Poza tym, warto zadać kolejne pytanie: – co dziś oznacza pojęcie „autonomia państwa i kościoła”; kto konsekwentnie narusza ich umowne i prawne granice w rytm postępującej klerykalizacji życia politycznego? Dlatego wyznaję pogląd, że renegocjacja konkordatu leży w interesie Rzeczypospolite, choć będzie bez wątpienia sprawa trudną, ale nie niemożliwą, pod warunkiem, że weźmie się za to młode pokolenie, nieobciążone „moralnymi” zobowiązaniami z przeszłości wobec hierarchii kościelnej.
Piłsudczycy w 1938, a więc w 13 lat po ratyfikacji konkordatu doszli do wniosku, iż umowa ta nie sprawdza się i w jej miejscu wystarczyłaby ustawa. My mamy takie dwie, z 17 maja 1989 – o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczpospolitej Polskiej. Warto je odkurzyć, zwłaszcza, że ta pierwsza mówi, iż obywatele wierzący i niewierzący mają w Polsce równe prawa w życiu państwowym, politycznym, gospodarczym, społecznym i kulturalnym.
Polecam także jej art. 10, który brzmi:
„Rzeczpospolita jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Państwo i państwowe jednostki organizacyjne nie subwencjonują kościołów i innych związków wyznaniowych. Wyjątki od tej zasady określają ustawy lub przepisy wydane na ich podstawie”.
Ustawy te nie zostały derogowane z systemu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej. Nadal obowiązują.

Drapieżna Wiosna

Czy Wiosna zamierzała wchłonąć Razem? O dealu, którego podobno nie było, ale który oficjalnie odrzucił Adrian Zandberg.

Partia Wiosna złożyła partii Razem „korzystną” ofertę wspólnego startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego – mówią Portalowi Strajk działacze karminowej lewicy. Anonimowo opowiadają: Razem miało otrzymać jedną „jedynkę” na liście wyborczej w zamian za wpłatę miliona złotych na kampanię, przy rezygnacji z własnej symboliki i szyldu. Wśród aktywistów partii taki efekt negocjacji z formacją Roberta Biedronia wzbudził prawdziwy gniew.
Po fatalnych dla Razem wyborach samorządowych, w których partia uzyskała wynik 1 proc. i żadnego mandatu, w partii rozważane były różne warianty dalszego działania. Dopuszczono nawet scenariusz, który wcześniej był odrzucany a priori – dogadanie się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Pewne nadzieje były również pokładane we współpracy z partią Roberta Biedronia, która wtedy była jeszcze projektem w stadium tworzenia.
Rozmowy z Wiosną doprowadziły jednak bardziej niż bolesnego rozczarowania – dowiedział się Portal Strajk. Jak niezależnie od siebie opowiedziały nam dwie osoby zasiadające w partyjnej Radzie Krajowej, pod warunkiem zachowania anonimowości, partia Roberta Biedronia wykluczyła możliwość startu z Razem w formacie koalicji uwzględniającej symbole, nazwy i koncepcje programowe obydwu formacji. Od Razem oczekiwano również wpłaty miliona złotych (po negocjacjach – 900 tys. złotych) na wspólną kampanię pod nazwą typu „Europejska Wiosna Roberta Biedronia”. Co mieli z tego mieć socjaldemokraci? Gwarantowano im jedno miejsce nr 1 i jedną „dwójkę” w jednym z okręgów.
Wiosna stawiała również warunek, by ową „jedynką” nie został Adrian Zandberg, którego osoba nie pasowała liderom partii Biedronia do ogólnej koncepcji. Jak mówią rozmówcy Portalu Strajk, typowano Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
– W Zarządzie Krajowym Razem tylko dwie osoby były gotowe uznać takie porozumienie za sensowne – mówi nam działacz jednego z okręgów partii w południowej Polsce. – W Radzie Krajowej była już minimalna większość, 18 osób, za takim rozwiązaniem. Ale gdy przedstawiono je ogółowi partii, co nastąpiło 12 lutego, wybuchł bunt – dodaje.
Oświadczenia ze sprzeciwem wobec porozumienia wydały partyjne okręgi poznański i krakowski. 12 kolejnych terytorialnych struktur (Gdańsk, Białystok, Częstochowa, Kalisz, Katowice, Olsztyn, Bielsko-Biała, Łódź, Lublin, Kielce, Tarnów, Rzeszów, a ponadto zarząd okręgu województwa lubuskiego) podpisało się pod wspólnym stanowiskiem, w którym również dają jasno do zrozumienia, że nie takiej partii sobie życzą.
– Zamiast szukania coraz bardziej desperackich opcji koalicyjnych, wzywamy do przeprowadzenia szerokiej dyskusji nad dalszą przyszłością partii, jej metodami działania i strukturą organizacyjną. Staje się coraz bardziej jasne, że silna centrala koncentrująca się na obecności w mediach nie zdała egzaminu i nie doprowadziła nas bliżej do realizacji naszych postulatów – piszą działacze z Gdańska w stanowisku, do którego dotarł Portal Strajk. – Albo znajdziemy inne sposoby na działalność polityczną, albo nie przeżyjemy i oddamy pole organizacjom ze znacznie lepszymi koneksjami od nas – takimi jak Wiosna – podsumowują.
– Warto przypomnieć, że kryzys z którego do dzisiaj nie może wydobyć się europejska lewica jest silnie związany z mitem “trzeciej drogi” i współpracą z partiami o liberalnym profilu światopoglądowym – trafnie zauważają z kolei aktywiści ze stolicy Wielkopolski. – Nadchodzi moment w którym musimy zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie – po której stoimy stronie? Pracujących biednych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, czy prezesów korporacji, którzy wyzysk starają się przysłonić prowadzoną przez siebie działalnością charytatywną? Ludzi, którzy ciułają grosze, by spłacić ratę kredytu hipotecznego (o ile w ogóle ich na niego stać), czy deweloperów liczących zyski przy okazji nabrzmiewającej bańki spekulacyjnej? Strajkujących lekarzy, pielęgniarek i nauczycieli żądających zwiększenia nakładów na ochronę zdrowia i edukację, czy postępującej prywatyzacji tych sektorów, która drenuje nasze kieszenie i wpływa na pogłębienie różnic klasowych w dostępie do podstawowych usług publicznych?
Poznańscy działacze Razem widzą wzory do naśladowania raczej w hiszpańskim Podemos, programie labourzystów Jeremy’ego Corbyna czy Alexandrii Ocasio-Cortez w USA. Zaś moi rozmówcy nie mają wątpliwości: liczba aktywistów i aktywistek, którzy chcą „skrętu w lewo”, współpracy z organizacjami takimi jak Ruch Sprawiedliwości Społecznej i wspierania walk pracowniczych przewyższa liczbę zwolenników partyjnego „prawego skrzydła”.
Kategorycznie stawiają sprawę aktywiści z Krakowa, którzy w swoim stanowisku oznajmiają: – Nie zgadzamy się na wydawanie pieniędzy powierzonych nam przez naszych wyborców i naszych członków na zakup sznura, na którym mamy się powiesić.
– Robert Biedroń niestety zaprezentował metody prowadzenia polityki w starym stylu. Okazuje się więc, że jest nie tylko produktem marketingowym, ale też cwaniaczkiem w sprawach finansowych. Przypomina to trochę Jarosława Kaczyńskiego z ostatnio ujawnionych taśm – mówi nam jeden z rozmówców. Zaznacza, że po takiej reakcji partyjnych dołów przyjęcie propozycji należy uznać za niewyobrażalne.
O porozumienie z Biedroniem Portal Strajk zapytał również Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk. Ta stanowczo zaprzecza, jakoby informacje o „milionie za jedynkę” były zgodne z prawdą. – Nigdy nie było mowy o żadnym porozumieniu zakładającym zapłacenie Robertowi Biedroniowi miliona złotych lub jakichkolwiek innych pieniędzy za jedną „biorącą jedynkę” na jego listach. Nigdy także nie rozmawialiśmy o zapłaceniu Biedroniowi jakichkolwiek pieniędzy konkretnie za mój start – powiedziała nam członkini Zarządu Krajowego partii. Dziemianowicz-Bąk potwierdziła, że w ostatnich miesiącach jej partia rozmawiała z podmiotem tworzonym przez Biedronia o możliwościach współpracy koalicyjnej, jednak porozumienia nie zawarto – Rada Krajowa Razem nie przystała na warunki proponowane przez drugą stronę, która z kolei odrzuciła kontrpropozycję. Jakie więc rozważano warunki? Na to pytanie odpowiedzi nie otrzymaliśmy.
– Podjęte na wniosek Rady Krajowej Razem próby ponownego otwarcia rozmów nie zakończyły się sukcesem i na ten moment Razem nie prowadzi z Wiosną negocjacji wyborczych – mówi polityczka. Dodaje przy tym, że ona sama od początku dopuszczała dwie możliwości startu Razem w eurowyborach. – Albo start koalicyjny z innym podmiotem, dający szansę na przekroczenie progu wyborczego i uzyskanie mandatów, albo całkowicie samodzielny start Razem, w celu walki o jak najlepszy wynik przy zachowaniu tożsamości, odrębności i podmiotowości partii, jako budowanie własnej marki i podwalin pod kolejne wybory – precyzuje w rozmowie z nami Dziemianowicz-Bąk.
Sondaże dają obecnie Wiośnie poparcie w granicach 14-16 proc., Razem w tych samych badaniach nie przekracza fatalnego wyniku z wyborów samorządowych. Równocześnie po konwencji partii Biedronia na warszawskim Torwarze nie brakowało głosów, że szereg postulatów uwzględnionych w programie tej formacji, zwłaszcza tych o charakterze socjalnym i emancypacyjnym, było wcześniej mozolnie wprowadzanych do polskiego dyskursu politycznego przez Razem. Z tym, że wtedy część mediów głównego nurtu traktowała je jako z gruntu nierealne i nadmiernie radykalne.
Portal Strajk poprosił Wiosnę o ustosunkowanie się do informacji, które zostały anonimowo przekazane nie tylko nam, ale pojawiły się również na profilach dziennikarzy Adriany Rozwadowskiej i Witolda Głowackiego w mediach społecznościowych.
***
Partia Wiosna nie odpowiedziała na prośbę portalu o komentarz.
Dopiero w godzinach popołudniowych odniosła się do sprawy w innych mediach, twierdząc, że „milionowa” propozycja nigdy nie miała miejsca.
Partia Razem tymczasem już oficjalnie potwierdza: propozycja organizacji Biedronia została odrzucona. Adrian Zandberg z Zarządu Krajowego Razem oznajmił w wywiadzie z NaTemat.pl, iż jego formacja to partia lewicowa, dążąca do sprawiedliwości społecznej, a nie starająca się pozyskać elektorat liberalny. Zaznaczył także, iż Razem nie jest zainteresowane „wypożyczaniem polityków” do innych formacji i ukrywaniem swojego szyldu.

W kolejnym wydaniu „Dziennika Trybuna” przedstawimy kulisy działania Partii Razem od początku jej istnienia. Wnikliwą analizę początkowych sukcesów oraz ostatnich klęsk partii przygotowała Justyna Samolińska oraz Mateusz Trzeciak.

Wodzirej

Jak tylko dowiedziałem się, że odbędzie się konwencja nowej partii pana Roberta Biedronia, na której poznam nazwę, cele, program i aktyw nowego bytu politycznego zapłonęło moje zainteresowanie. Co prawda płomienia nie wystarczyło do tego bym udał się na Torwar własną osobą gdyż już kilka razy byłem świadkiem urodzin, burzliwej młodości oraz cichego zejścia ze sceny politycznej podobnych erupcji. Jak dziś pamiętam pana Palikota, Petru czy panią Nowacką, ich kolejne próby zaistnienia w mainstream’ie polskiej polityki.
Na telewizję pospolicie zwaną publiczną niema, co liczyć, ale płacę za kablówkę, więc mogę ciekawość zaspakajać wygonie i przyjemnie. Nabyłem „czteropak” popcorn chipsy i zasiadłem przed telewizorem.
Od razu mi się spodobało! nTorwar pełen młodych uśmiechniętych ludzi, nowoczesna oprawa muzyczna i graficzna a nad wszystkimi duch pozytywnej energii. Nie zauważyłem gniewnych min i zaciśniętych ust polityków, których mandatem do istnienia jest tzw. karta historyczna i potrzeba pouczania społeczeństwa o jedynej słusznej drodze.
Pan Biedroń wykazał się talentem wspaniałego frontmana, nawiązał kontakt z uczestnikami kreował zachowania publiki (wspólne skadrowanie haseł, personifikowanie grup itp.) mówił bardzo składnie a każda fraza była dobrą setką, jak mówią dziennikarze, gotową do prezentacji w mediach. I wtedy gdzieś z tyłu głowy po raz pierwszy usłyszałem „fala. la, la, la.. fala. la, la, la…” Za panem Biedroniem stanęli jak mur współtwórcy nowej partii „WIOSNA”. Kilka osób to wcale nie takie „świeżynki” polityczne jak twierdził nowy przewodniczący. Kilkoro poznałem osobiście na ich drodze do salonów, lub byłem świadkiem pojawiania się i znikania w odmętach polityki.
Nawet sam pan Biedroń mignął już kilka razy w kalejdoskopie zdarzeń.
Poświęciłem chwilkę na wklepanie kilku „lajków” na FB za oryginalną nazwę nowej partii, prezencję i czar pana Roberta i ewidentną świeżość wydarzenia. Łyknąłem z puszki i wziąłem się za poznawanie programu. Z osobna każdy punkt programu zaprezentowany na konwencji bardzo mi się podobal (świeckośc państwa, kasa dla obywateli, dobro zwierząt, lasów i pól, czyste powietrze), kto słuchał to wie. Tylko ten głos z tyłu głowy:,
„Kiedy się nagle zachce śpiewać, a tekst ci nie jest znany,
·Nie musisz się na siebie gniewać, już problem rozwiązany….
…Ogromna możliwości skala kryje się w jednym słowie la, la”
Jeżeli poważnie myślimy o realizacji tych lub podobnych postulatów trzeba przewidzieć środki, zmierzyć się z konsekwencjami społecznymi i opiniami wszystkich obywateli.
„Zamkniemy kopalnie węgla kamiennego w ciągu 16 lat” to bardzo nośne hasło. Pomyślmy racjonalnie. Węgiel kamienny w Polsce się kończy. Wydobycie maleje a koszty rosną. Likwidacja kopalń to proces nieodwracalny. Dokonuje się w sposób naturalny. Problemem jest produkcja energii, Twierdzenie jednego z działaczy proekologicznych, że produkcja energii jest zbędna, bo prąd jest w gniazdkach raczej się nie sprawdza. Czy rozważymy przeniesienie OZE z działu „nowinki techniczne” na salony sejmowe? A węgiel brunatny? Czy krajowe wydobycie zastąpi import?
Albo fala. la, la, la..”, albo trzeba o tym porozmawiać.
Rozważmy zgodność proponowanych zmian prawnych z tak często goszczącą na naszych ustach Konstytucją, i wiele, wiele więcej.
Za nim zagłosuję czekam na bardziej konkretne stanowisko partii WIOSNA
Za ładną konwencję, miłych ludzi i chwytliwe bon moty dostanie pan dużo „lajków” na FB, a głosy wyborcze? Niekoniecznie.
Tak jak w wypadku wielu poprzednich powstających partii typu „sztuka nówka” na początek pewnie słupki poparcia skoczą w górę, ale do wyborów parlamentarnych jeszcze trochę czasu. Wyborcy znudzeni jałowością obecnych formacji politycznych okażą zainteresowanie, może entuzjazm, ale jak nie dostaną konkretów programowych znudzą się jak poprzednio.
„Łaska ludu na pstrym koniu jeździ” Najbliższe wybory to wybory do parlamentu UE. Na konwencji nic o roli Polski w UE nie było. Przeoczenie, zamierzony zabieg piargowy fala. la, la, la..”?
Czy stwierdzenie, że weźmie się udział, a potem zrezygnuje z mandatu dla walki o fotel premiera jest wiarygodne? Może tak może nie, zobaczymy.
Po konwencji odsłuchałem kilka komentarzy prominentów. Myślę, że ton lekceważący jest nieuzasadniony, świadczy o pewnym braku klasy.
Troska o jedność opozycji bezzasadna. Jedności opozycji już nic bardziej nie zaszkodzi.
Sądzę, że tym panom i paniom chodzi raczej o interes. Kilka poselskich mandatów więcej lub mniej to być albo nie być. To jest chyba główny palący problem opozycyjnych partii i partyjek.
Parlament, w którym PIS ma te swoje dwadzieścia parę procent, lecz po drugiej stronie jest kilka partii mogących skutecznie, wspólnie blokować autokratyzm, złe prawo, nepotyzm i inne demony obecnej władzy, czemu nie?