Żabie udka po polsku

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Żabie udka to przysmak Francuzów. Lubią je także Belgowie i Amerykanie. W Polsce jednak powiedzenie „zjeść żabę” oznacza „dokonać czegoś bardzo trudnego, a nie zawsze konicznego”.

Najczęściej mawiamy

„i po co mu było jeść tę żabę” kiedy ktoś zrobił coś, czego robić nie musiał, a nawet nie powinien. Jako entuzjastka lewicowej polityki, przez niektórych posądzana wręcz o lewactwo z radością i uznaniem powitałam powrót lewicy do Sejmu. Choć i ja miałam swoją „żabę” do zjedzenia przy tej okazji. Moja „żaba” miała gorzki posmaczek, bo i nie do wszystkich reprezentantów lewicy w Sejmie mam zaufanie, a styl w jakim SLD, Wiosna i Razem prące do wyborczego sukcesu potraktowały lewicowych sojuszników i przyjaciół był powiedzmy – problematyczny – no ale w końcu – może i gorzka żaba, ale moja.

Przełknęłam

z myślą – będzie dobrze! Musi być! I co?…. Ano, nadal nic tylko tłumaczę sobie, że może i „żaba, ale moja”. 49 osób to zbyt mało by realnie dokonać lewicowej zmiany, ale to wystarczająco dużo, by mocno, z przytupem, na każdym kroku podkreślać, że my, lewica nie godzimy się na taki parlament, takie reguły i takie zachowania do jakich „przyzwyczaił” nas parlament w poprzedniej kadencji. Niestety, smutnym był radosnego powrotu lewicy do Sejmu początek. I nie mówię tutaj o świetnym wystąpieniu Adriana Zandberga po expose premiera. Podobno to, że wygłosi je przewodniczący Razem zostało zapisane jako jeden z warunków pozostania Razem w jednym klubie z pozostałymi lewicowymi koalicjantami.

Znowu trochę gorzko,

że „lewica” aż tak jest „zjednoczona”, że prosty zdawałoby się wybór – mówi w naszym imieniu ten, który to najlepiej potrafi musi być aż „zapisany”, ale co tam – pierwsze koty za płoty. Jednak przecież to zaczęło się wcześniej. Od wyborów prezydium Sejmu. Sejmowym dobrym obyczajem jest, że wszystkie kluby mają w prezydium swoich reprezentantów, klub najliczniejszy – marszałka. PiS nie pozwalając na wicemarszałka z PSL złamał ten obyczaj w poprzedniej kadencji, bo lekceważył wszystko co tylko chciał. Wyłącznie z resztą z jednego powodu – bo mógł. Układ obecnego parlamentu jest jednak całkiem inny, a PiS ma w perspektywie najważniejsze – jeśli chce rządzić, a nawet jeśli tylko chce uchronić swoich ludzi przed odpowiedzialnością karną za przestępstwa, których się dopuścili – wybory prezydenckie. Bo przypomnijmy, w Polsce PiS prezydent może, jeśli tylko zechce” ułaskawić przed wyrokiem. Dlatego obecny (choć nie tylko dlatego), całkowicie podporządkowany prezydent jest dla PiS niezbędnym.

A więc obawy,

że jeśli Lewica nie poprze Elżbiety Witek w głosowaniu na marszałka, to pisowska większość nie przegłosuje przewodniczącego Czarzastego na wicemarszałka były nieco na wyrost. Ale nawet gdyby takie „zagrożenie” istniało na serio, to przypominam, jeśli się jest w opozycji, to jedyne co się ma to „wizerunek”. Smutno mi było patrzeć gdy „moi” i „wasi” wybrańcy i wybranki bezkrytycznie poparli starą/nową marszałkinię. Gdyby to był rzeczywiście pierwszy dzień jej marszałkowania, to można by zamykając oczy i uszy dać kredyt zaufania. Ale Elżbieta Witek miała już kilka miesięcy czasu, żeby udowodnić, że jest nową jakością i przywróci w Sejmie normalność. Ot choćby: wykona prawomocny wyrok nakazujący ujawnienie list poparcia do neoKRS – u, zlikwiduje barierki Kuchcińskiego odgradzające Sejm od obywatelek i obywateli, unieważni „czarną listę zakazów wstępu do Sejmu” i skończy z praktyka „nocnych głosowań”.

Niczego takiego

nie zrobiła, wiec popieranie jej kandydatury było jak ta żaba, duża i nieświeża na dodatek. Głosując „za”, kiedy można było po prostu zagłosować „wstrzymuję się” Klub Lewica pokazał, że ważniejsze jest niewchodzenie w ewentualny konflikt z PiS-em niż pryncypia. Jedynym klubem, który szanując prawo największego ugrupowania do objęcia stanowiska marszałka Sejmu całkowicie wstrzymał się od głosu był Klub KO. Zachowanie Lewicy zaś pozwoliło na to, że za chwilę usłyszeliśmy z trybuny sejmowej gratulacje dla Elżbiety Witek, jako tej co w głosowaniu uzyskała najsilniejsze w historii poparcie. Czy przełknięcie tej żaby cokolwiek dało Lewicy? Szybko okazało się, że (co było do przewidzenia) nic. Marszałkini Witek kieruje Sejmem w sprawdzony przez Kuchcińskiego sposób i bezwzględnie anuluje co chce, a uznaje tylko to czego prezesowi potrzeba. Pouczając zresztą posłów i posłanki Lewicy, że to ona marszałkiem jest, a ich protesty są…. Powiedzmy mało ważne. Nawet wówczas gdy dotyczą „żeńskich końcówek”.
Więc czy naprawdę trzeba było jeść tę żabę?

A na zakończenie

– w czasie rządów PO PSL Klub SLD wielokrotnie składał dobrze przygotowane projekty ważnych ustaw. Co robiła sejmowa większość? Ano albo, jeśli projekt był „zbyt lewicowy” spokojnie przetrzymywano go w sejmowej zamrażarce, a po miesiącach „przy okazji” odrzucano w pierwszym czytaniu, albo jeśli „nadto lewicowym” nie był – odrzucano go w pierwszym czytaniu, a następnie przedstawiano jako projekt rządzącej większości. W skrajnych przypadkach bywało, że socjalne projekty SLD popierał Klub PiS. I co – i elektorat wówczas słyszał SLD głosuje z PiS-em. Czyli PiS to taka lewica tylko bez tych „komuszych złogów”. Skutkiem było wypadnięcie lewicy z Sejmu. Do czego walnie przyczynił się „prawdziwie lewicowy” Adrian Zandberg i propaganda Razem.
Konia z rzędem, nie tylko żabie udka ofiaruję temu, kto zagwarantuje, że PiS-owska większość nie skorzysta z dobrych, wypracowanych wcześniej wzorów.

 

Krzykacze Ważny tunajt

Zaczęło się miło i z ludzką twarzą, a już po tygodniu sprawy wróciły na swoje dawne tory. PiS pokazał prawdziwą twarz. Albo raczej gębę. Będzie im to pamiętane po wsze czasy. Tyle się w Sejmie musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło.

Dzieci się bawią. W demokrację. Ślepe dzieci, które nie widzą swoich własnych przewin. I do tego wydaje się im, że nikt inny też ich nie widzi. Dlatego robią to co robią, i nawet rumieniec wstydu nie wypąsi się im na policzku. Kiedy grywaliśmy na podwórku w piłkę, w każdej z drużyn był jeden, który najgłośniej krzyczał. Krzykacz. Zazwyczaj kompletnie nie umiał grać, ale nadrabiał braki walecznością i nadmierną pewnością siebie. To krzykacz decydował, kiedy miał być wykonywany rzut karny. I choć zdanie zwykle były podzielone, wygrywała i tak opinia lidera, który potrafił zakrzyczeć pozostałych. Najciekawiej robiło się, gdy nieszczęśnik, który rzut karny wykonywał spudłował; pośliznął się, źle kopnął, albo po prostu bramkarz obronił. Choć Jan Tomaszewski twierdzi, że nie ma karnych obronionych, tylko źle strzelone, i ja się z nim niestety zgadzam. W każdym razie, kiedy karny nie poszedł po myśli krzykacza, ten wkraczał do gry w dwójnasób; machał rękami, wrzeszczał, mówił, że bramkarz wyszedł przed linię i że trzeba powtórzyć. Oczywiście, nie było mowy o tym, że coś było nie tak, ale krzykacz miał na tyle dużo zapału, że w mig stawała za nim cała jego drużyna, i jeśli tylko nie doszło do rękoczynów, wymuszali, wspólnie z krzykaczem, karnego powtórzenie. Wtedy do piłki podchodził najlepszy strzelec. Uderzał. Padała bramka. Po myśli krzykacza. I tak kilka razy w ciągu spotkania. Bo oprócz rzutów karnych są też przecież rzuty wolne, rożne, z autu. W zasadzie wszystko można było wtedy powtórzyć, i to do skutku. Pożądanego przez krzykacza.
W Sejmie doszło ostatnimi dniami do takiej samej sytuacji. Tym razem bawiły się starsze dzieci. Zabawa nazywała się: wybierz sobie swoje sędziego TK. Kiedy, przez nieuwagę i późną porę, PiS zauważył, że istnieje obawa, że głosowanie może pójść nie po ich myśli, pani marszałek Witek, wypisz wymaluj, boiskowy krzykacz, anulowała głosowanie i zarządziła powtórkę. Tupnęła przy tym butem i pogroziła laską. Chłopcy i dziewczęta z innych drużyn protestowali, a jakże, ale to krzykacz miał(a) w tej grze pilota od telewizora i to on(a) decydowała(a), co będzie w tej chwili oglądane. To, co stało się tego dnia na sali sejmowej przejdzie do historii czarnej polskiego parlamentaryzmu. Tak bezbrzeżnej arogancji i braku poszanowania dla elementarnych zasad zwykłej przyzwoitości nie ma nawet pod budką z kebabem. Można sobie zadać pytanie, po co w Sejmie jakakolwiek opozycja i głosowania, skoro partia rządząca w razie niepowodzenia, może w każdej chwili zarządzić powtórkę; unieważnić to, co im nie pasuje, powtórzyć glosowanie, albo nawet przerwać obrady, żeby ściągnąć na salę nieobecnych. Dzieci w szkołach powinny się uczyć o tym, jak PiS rozwala porządek prawny i łamie obyczaj, żeby wiedzieć, czego w życiu nie robić, i jak nie wolno postępować; pamiętać, jakie zachowanie jest zwyczajnie słabe i niskie. Tym wszystkim jest właśnie to, co PiS odstawiło w Sejmie przy powtórzonym głosowaniu. Nikczemność najwyższej próby. Nie jestem z natury pamiętliwy, ale to akurat będę im pamiętał po grób. Do samego końca. Mojego lub ich.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.