Bez wiz i bez sensu

Amerykanie za promesę wizy 10-letniej chcieli 160 dolarów. Teraz za promesę bezwizową na 3 miesiące chcą tylko kilkanaście baksów. TVN i TVP są tym zachwycone. A Imigration Officer na lotnisku, i tak każdego może odesłać nad Wisłę.
Wystarczy, że mu się nie spodoba kolor skarpetek delikwenta.

Gdy Wałęsa poleciał do Stanów jako prezydent, ogłosił zniesienie wiz dla obywateli USA. To było w 1991 roku. Amerykanie odpowiedzieli na ten przyjazny gest też zniesieniem. Tyle, że opłat za wizy.

Stać i płacić

Po trzech latach Kongres USA przywrócił jednolite opłaty za wizy, także dla Polaków – 20 dol., a w 2002 r. podniósł je do 100 dol. Teraz koszt przepustki do Ameryki to 160 baksów. Płaci się z góry, a jeśli konsul odmówi wizy, pieniądze przepadają. A to dlatego, że to nie opłata za wizę tylko „bezzwrotna opłata za rozpatrzenie wniosku o wizę”.
Polakom latanie za ocean przechodziło jeszcze bardziej. O ile w 1990 roku, o amerykańską wizę starało się ok 200 tysięcy potencjalnych kandydatów do pracowania na czarno na budowach należących do Donalda Trumpa, a w 2004 było ich nawet 400 tysięcy, to w 2013 liczba ta spadła do ledwie 70 tysięcy, by teraz ustabilizować się na poziomie lekko ponad 100 tysięcy wniosków rocznie.
Kolejki po US wizę malały tym bardziej, im więcej państw europejskich pozwalało Polakom przyjeżdżać do siebie nie tylko bez wiz, ale nawet i paszportów. A po roku 2004 gdy weszliśmy do Unii i kolejne kraje otwierały dla nas swoje rynki racy, tylko kretyn, albo krewniak jakiegoś Polonusa ze Stanów chciałby tam jechać. Najlepiej świadczy o tym taki drobiazg, że dziś na zachód od Odry mieszka i pracuje za o niebo lepsze pieniądze niemal 2,5 mln osób z obywatelstwem Polskim.

Największa przyjacielskość

Za Clintona ani my, ani jego administracja nie szukaliśmy czegokolwiek, co mogłoby być przez kongresmenów i senatorów użyte przeciwko wejściu Polski do NATO. Dopiero Bush nazwał Polskę „największym przyjacielem USA”, a my – mając okazję milczeć – ruszyliśmy ochoczo do Afganistanu i Iraku.
Ruszyliśmy też do ofensywy dyplomatycznej o wizy. Niebezzasadnie, bo ministrowie i premier Miller, przy każdej bytności w Waszyngtonie wysłuchiwali od sekretarzy i podsekretarzy tamtejszego rządu, że Ameryka odwdzięczy się swoim sojusznikom wojennym tak inwestycjami jak i zniesieniem wiz.
A ponieważ wyszła z tego dupa, to amerykańska polityka wizowa stała się polska racją stanu. W październiku 2002 r. MSZ przekazało konsulowi generalnemu USA notę „o negatywnej ocenie uciążliwej dla polskich obywateli procedury wydawania wiz”. W maju 2003 roku Sejm wydał rezoucję wzywającą władze Stanów Zjednoczonych Ameryki do zniesienia obowiązku wizowego dla obywateli polskich”. A to dlatego, że „Polska jest sojusznikiem USA, czego wyrazem jest m.in. udział polskich wojsk w operacji w Iraku, oraz że większość obywateli Europy nie potrzebuje wiz do USA”.
Chyba nie przekonało to Waszyngtonu, bo zamiast załkać nad niedolą Polaków wydali oświadczenie, że zniesienie wiz jest niemożliwe m.in. dlatego, że zbyt wielu obywateli polskich nielegalnie przedłuża swój pobyt w USA.
Prezydent Kwaśniewski wziął to na klatę. I w styczniu 2004 roku w telefonicznej rozmowie z Bushem „wyraził oczekiwanie, że przepisy wizowe wobec Polaków zostaną złagodzone”. Żeby tam, Kwach zapowiedział, że jak będzie w Gabinecie Owalnym, to kwestia wiz będzie głównym punktem rozmowy. Była. I wyszło, jak wyszło.
Potem u Busha był premier Belka „Mamy już dosyć ignorowania naszych interesów w Iraku i wiz do Stanów” – postawił sprawę na ostrzu noża i odpowiedzi nie usłyszał.
W końcu sprawy w swoje ręce wziął Lech Wałęsa. Poprosił przebywającego w Gdańsku ambasadora USA Victora Ashe’a o przekazanie prezydentowi Stanów Zjednoczonych, że walka o zniesienie wiz dla Polaków jest teraz dla niego najważniejszą sprawą.
– Zrobię wszystko, niebo i ziemię poruszę, aby stosunki polsko-amerykańskie były bez wiz. Niedługo wybieram się do USA i „pierwsze zwarcie” na wszystkich spotkaniach i wykładach będzie m.in. na ten temat – poszedł na całość były prezydent.
Poleciał i poruszał ten temat z zastępcą sekretarza stanu w Departamencie Stanu USA, przewodniczącą komisji spraw zagranicznych Kongresu Stanów Zjednoczonych oraz z Hillary Clinton.
– Ta ostatnia rozmowa była dość ciekawa. Ona była zdziwiona, że wizy dla Polaków jeszcze istnieją, nie wiedziała o tym – opowiadał po powrocie, przekonany, że Amerykanie zniosą wizy w „krótkim czasie”.
Nie znieśli, a zastępca rzecznika prasowego ambasady USA Dick Custin wciąż musiał odpowiadać na pytania dlaczego ludzie starający się o wizę muszą stać na mrozie, a nie mogą czekać w środku?

Cacanki

– Miło mi ogłosić, że podejmę współpracę z Kongresem i naszymi zagranicznymi partnerami, by zmodyfikować program o ruchu bezwizowym – powiedział pod koniec 2006 r George Bush podczas wizyty w Estonii. I dodał, że chodzi o partnerów z krajów wschodniej Europy.
A Polska też jest we wschodniej Europie.
Nie była jednak. Od października 2008 bez wiz mogą śmigać do Stanów obywatele Litwy, Łotwy, Estonii, Węgier, Republiki Czeskiej, Słowacji i Korei Południowej. Ale przecież Bush powiedział przy tej okazji, że „inne kraje znajdują się na drodze do włączenia do programu bezwizowego.

Wymagania wuja Sama

Dlaczego się nie udało? Bo – jak tłumaczyli Amerykanie – „Polska nie spełniła wymogu zejście poniżej progu 10 procent odmów wiz wnioskującym o nie obywatelom danego państwa”.
Gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi, to należy zaznaczyć, że amerykańskie prawo pozwalało wtedy na zniesienie wiz dla obywateli tylko tych krajów, w których konsulaty USA odrzucają nie więcej niż 3 proc. podań wizowych.
A taka Litwa, która w 2006 r. odmów miała prawie 28 proc., a rok później ich odsetek nie przekroczył 10, pokazuje, że Amerykanie to jajcarze. Ilość odmów zależy tylko i wyłącznie od tego ilu osobom mają konsulowie odmówić. Nie ma jasnych i precyzyjnych kryteriów. Wszystko zależy od osoby rządzącej w Stanach i jak ona powie, że w Polsce odmówić trzeba jednemu procentowi wnioskujących o wizę, to pracownicy konsulatów tylko tylu osobom odmówią.
Wprowadzenie 7 krajów do amerykańskiego programu bezwizowego pokazało wszystkim, że jakiekolwiek negocjacje o wizach nie mają sensu. Amerykanie sami muszą mieć w tym interes.
Polscy politycy byli świadomi, że to my mamy militarny biznes do wuja Sama, więc o wizach nie gadali. Robili to dziennikarze. W 2009 roku spytali o przepustki kończącego urzędowanie w Polsce ambasadora Victora Ashe. I usłyszeli, że ”w tym roku obchodzimy 90-lecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między Polską a USA. Wasz kraj obchodzi 20. rocznicę wolnych wyborów, minie też 10. rocznica udziału Polski w strukturach NATO i piąta rocznica przystąpienia do Unii Europejskiej. Byłoby miło, gdyby w tym roku udało się doprowadzić do zwolnienia polskich obywateli z obowiązku wizowego”.

Obama nie mógł

Bronisław Komorowski nie pytał wprost Obamy w grudniu 2010 roku o wizy. To prezydent USA dał się gajowemu podpuścić i zapowiedział, że wizy dla Polaków zostaną zniesione do końca jego kadencji. Znaczy do końca 2012 r.
Tuż przed Wszystkimi Świętymi w roku 2012 ambasador USA w Polsce Lee Feinstein opowiadał, że „prezydent Obama jest zdecydowanie za wejściem Polski do programu ruchu bezwizowego. Nikt nie działa równie zdecydowanie na rzecz naprawienia tej sytuacji jak prezydent Obama. A jeśli chodzi o terminy, to mogę zapewnić, że świadomość, iż jest to kwestia, którą trzeba rozwiązać szybko, jest powszechna”. W pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada Obama został prezydentem USA na kolejną kadencję.
A nowym ambasadorem USA – Stephen Mull. Na pierwszym spotkaniu z polskimi mediami powiedział co? Oczywiście „mam nadzieję, że już wkrótce Polacy nie będą potrzebowali wiz do Stanów Zjednoczonych, bo prezydent Obama bardzo dobrze rozumie, jak ważna jest to sprawa dla Polski”.
Druga kadencja Obamy też się skończyła. Ale pod jej koniec pewien Amerykanin wykrzyczał, że jak zostanie prezydentem USA, to w 2 tygodnie po zaprzysiężeniu zniesie wizy dla Polaków. Donald Trump się nazywał.
W 2017 roku usłyszeć było można od kolejnego ambasadora Stanów w Polsce Paula W. Jonesa, że „prezydent Donald Trump popiera zniesienie wiz dla Polaków, Polska nie spełnia jednak jednego kryterium związanego z odsetkiem odmów”. Jakiego? „Wymagany jest odsetek poniżej 3 procent, Polska ma obecnie 5,5 procent”.
Dokładnie to samo usłyszał też pierwszy, od bardzo dawna, polski polityk, który pojechał do Waszyngtonu walczyć o zniesienie wiz. Czyli Waszczykowski. Bo konieczne to było nowej władzy do pokazania, że Polska wstaje z kolan.
Nie wstała. Wciąż była w tej samej grupie krajów Unii, których obywatele potrzebują wjazdówki do Stanów. Jesteśmy jednym klubie z Bułgarami, Rumunami, Chorwatami i – nie wiedzieć czemu – Cypryjczykami.
Rok do Polski przyleciała kolejna amerykańska ambasador. I nie pytana przez nikogo opowiadała wszem i wobec nie o bazach wojskowych, bo nie ma o tym pojęcia, tylko o wizach.

Georgetta

– Powiem tak. Jestem ambitna. Nie lubię przegrywać. Nie mogę usprawiedliwić faktu, że nie byliście dotąd objęci programem bezwizowym. Powinniście być – piała w mediach Georgette Mosbacher. – To może być ostatnia sprawa, którą załatwię, ale jestem zdeterminowana, by ten program bezwizowy przeprowadzić. Stawiam sobie za cel zniesienie wiz dla Polaków przed końcem mojej kadencji. Chciałabym, żeby stało się to w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy – dodawała.
I jak widać dopięła swego. Tyle, że cena za to, żeby Trump nakazał wydawanie wiz więcej niż 97 proc. wnioskujących o nie Polaków była wliczona w 4,47 mld dolarów za parę Patriotów i 6,5 mld dol za samoloty F-35. Brak wiz za brak offsetu i zawyżoną cenę sprzętu bojowego dowodzi, że Trump wciąż jest świetnym biznesmenem. 14 dolarów za dwuletnią niewizę, która jest niezbędna do przejścia przez bramkę amerykańskiego lotniska, pokazuje to najdobitniej.

„Piątka Dudy”, czyli do USA bez wiz

Po słynnym nowojorskim Greenpoincie – gdzie można było zjeść polskiego schaboszczaka, ruskie pierogi lub napić się oryginalnej polskiej wódki, znika ostatni symbol polskości nierozerwalnie związany z wyjazdami naszych rodaków do USA – wizy!

Po wielu latach starań żelazny punkt rozmów przywódców Polski i USA, utracił aktualność. Prezydent Trump podpisał stosowną decyzję, uruchamiając tym samym procedurę zniesienie urzędniczej uciążliwości dla Polaków. Prezydent Duda nie krył dumy, że to właśnie na czas jego kadencji przypadło to szczęśliwe wydarzenie.
– Długo rozmawialiśmy z prezydentem Trumpem na ten temat i cieszę się, że się udało – powiedział skromnie, ale dumnie do telewizyjnych kamer.
Rzeczywiście wydarzenie ma charakter symboliczny i to pod kilkoma względami.
Po pierwsze – cechuje je pewna trwałość. Wizy zostaną zniesione, ale procedury zachowane. Oznacza to, że oficer emigracyjny nadal będzie mógł zawrócić naszych rodaków z lotniska do domu, jeśli stwierdzi, że w jakikolwiek sposób uchybili oni amerykańskim przepisom. Od jego decyzji nadal nie będzie odwołania. Może się więc tak zdarzyć, że jak dotąd nasz „Kowalski” nawet oryginalnego hot-doga nie powącha, tylko ciupasem odesłany zostanie z powrotem do domu.
Po drugie – jest to decyzja praktyczna. Polacy znacznie rzadziej jeżdżą już do USA za pracą i są znacznie ostrożniejsi, jeśli chodzi o podejmowanie pracy „na czarno”, gdyż pracę – i to legalną – mają pod bokiem, w Europie. Jako obywatele Unii Europejskiej mają szerokie możliwości znajdowania odpowiedniego do swoich kwalifikacji i temperamentu zatrudnienia na starym kontynencie. Oficjalna praca w Unii daje ten dodatkowy profit, że gwarantuje prawa pracownicze łącznie z prawami emerytalnymi. Legalna praca w Unii, to bardzo istotny czynnik, który wpływa na spadającą liczbę chętnych na wyjazd do USA. Ponieważ chętnych jest mniej, to i odsetek odmów udzielonych starającym się o wizę, też w końcu spadł poniżej wymaganych trzech procent, co przez lata blokowało wszelkie rozmowy o ułatwieniach wizowych. No, bo kto dziś jeździ do USA, żeby pracować? Nikt, chyba.
Po trzecie – co poniekąd jest konsekwencją nowej sytuacji, czas pobytu Polaków, którzy przyjadą do USA już bez koniecznych dotąd wiz, został skrócony ze 180 dni do 90. To jest logiczne – przecież ktoś, kto przyjeżdża do USA w celach turystycznych lub biznesowych siłą rzeczy nie może tam przebywać w nieskończoność, bo musi wracać do pracy w Polsce, lub w którymś z krajów UE. Wakacje też nie trwają wiecznie – każdy urlop kiedyś się kończy, więc na co komu aż 180 dni?!
Po czwarte – skoro nie będzie już wiz, nie będzie też opłat wizowych. 160 dolarów zostanie w kieszeni każdego wyjeżdżającego do USA rodaka. Dokładnie – 146, bo jednak 14 dolarów za autoryzację w elektronicznym systemie ESTA zapłacić trzeba będzie.
Po piąte – sukces wizowy, prezentowany jako osobisty sukces pana prezydenta Dudy, jest też sukcesem Unii Europejskiej. To bowiem Komisja Europejska wszczęła przed kilku laty poważne, merytoryczne i bardzo twarde rozmowy na temat zniesieniem systemu wizowego dla obywateli wszystkich swoich krajów członkowskich. Stanom Zjednoczonym zagroziła nawet w pewnym momencie nałożeniem – gdyby ich opór w tym względzie trwał – obowiązku wizowego na obywateli amerykańskich pragnących przyjechać do Europy.
„Osiągnięcie wzajemności wizowej dla wszystkich państw członkowskich UE jest naszym głównym priorytetem. Ostatnie doświadczenia pokazują, że dalsze zaangażowanie dyplomatyczne przynosi pozytywne rezultaty, dlatego będziemy trzymać się tego podejścia również w przypadku USA. Ruch bezwizowy leży w interesie krajów po obu stronach Atlantyku i oczekujemy konkretnych działań wszystkich stron, aby przyspieszyć osiągnięcie tego celu” – mówił po zniesieniu wiz dla obywateli UE przez Kanadę, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa Dimitris Awramopulos.
Należy się więc cieszyć, że pan prezydent Andrzej Duda tak umiejętnie skorzystał z postawy Unii Europejskiej.

Księga Wyjścia (26)

Ballada o pomocy, niemocy i ludzkich problemach

Zawsze najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy chwilę po tym gdy wyślę już tekst do redakcji. Za każdym razem obiecuję sobie, że następny będzie prawdziwą bombą, bo przecież pomysł mam. Zawsze jednak wygrywa lenistwo i odkładam pisanie na wtorek, środę, tak bym się do czwartku wyrobił. Gdy już zbliża się pora wysłania, to w panice usiłuję sobie przypomnieć o czym miałem pisać. Oczywiście, nigdy nie pamiętam i nie potrafię sobie przypomnieć. Z pomysłem na tekst jest podobnie jak ze snem, jeśli się go w porę nie uchwyci, to na zawsze przepada.
Zacząłem pisać kolejną – drugą część książki „Z dna”, mam nadzieję, że zaskoczę tych co czytali, a tych, którzy nie mieli okazji zachęci ona, by sięgnęli po część pierwszą. Być może to przez książkę czy wcześniejsze felietony, a może dlatego, że nie ukrywam swoich nałogów, nie ma tygodnia, by nie kontaktował się ze mną ktoś, kto ma syna, brata, męża dotkniętego tą parszywą chorobą, jaką jest nałóg. Głównie syna, bo najczęściej kontaktują się ze mną zrozpaczone matki.
Schemat rozmowy zawsze jest ten sam – błagam, niech mu pan pomoże – dostaję wiadomość w folderze „inne”. Odpowiadam, że nie da się pomóc, jeśli sam uzależniony nie będzie chciał, zwykle mówię wtedy do ściany, bliscy odrzucają ten argument i w końcu błagają żebym przynajmniej z tym kimś porozmawiał. Nie jestem cudotwórcą i rozmową również nie przekonam, że ktoś taki ma problem, jeśli kontaktują się ze mną czytelnicy „DT”, jest okazja by wyjaśnić co tak naprawdę zrobić mogę. W momencie gdy wasz bliski dojdzie do wniosku, że sobie z tym nie radzi, i potrzebuje by ktoś mu pomógł, wtedy oczywiście pomogę, pokieruję, podpowiem co i jak załatwić, nawet pomogę w formalnościach niezbędnych do przyjęcia na specjalny oddział szpitalny, mogę też dowiedzieć się, kiedy ów człowiek będzie mógł tam przyjechać, kiedy będą mieli wolne miejsce i powiedzieć o ośrodku, który według mnie jest najlepszy. Mało tego, pojadę z nim na ten oddział i dopilnuję by wyładował we właściwym miejscu. Wbrew temu co często słyszę pod swoim adresem od zrozpaczonych matek, nie jestem cudotwórcą i nie sprawię, że syn przestanie pić czy ćpać. Jedynie załatwię formalności i zaklepię miejsce w szpitalu. Tyle mogę.
Jeśli jestem już przy temacie pomocy, to warto pociągnąć wątek. Nie ma nic gorszego niż pomoc niedokończona i nic bardziej niemoralnego niż pomoc, która ma wypromować pomagającego. Jestem absolutnym przeciwnikiem doraźnej pomocy, tylko gorącym zwolennikiem pomocy systemowej. Robienie akcji na operację dla chorego dziecka, gdzie poza codziennym cierpieniem jest jeszcze narażone na to, że jego zdjęcie będzie na okładkach gazet i ogłoszeniach społecznych największych stacji telewizyjnych. Gdyby te stacje, występujący aktorzy, lektorzy i ekipa realizatorów takich spotów zrezygnowała honorarium za wzruszający występ zakończony słowami „nie bądźmy obojętni, Adaś czeka na naszą pomoc” – zwykle chodzi o kosztowne, zagraniczne zabiegi. Adaś nie musiałby czekać, kasa, która poszła do kieszeni realizatorów spotów spokojnie, by wystarczyła. Brutalnie rzec ujmując – niebawem doczekamy się czasów, gdy pojawią się ogłoszenia: „inwalida pilnie potrzebny”.
Pomijam już to, że pieniądze na tego typu operacje powinno zapewniać państwo. Nikt, kto jest chory nie powinien być zdany na łaskę innych i samodzielnie zebrać pieniądze, lecz w sposób systemowy powinno być to załatwione. Jeśli Adaś potrzebuje mieć operację w Australii, to państwo polskie powinno tę operację sfinansować. I tyle.
Przeszedłem płynnie do tematu dziwnej pomocy, ale podczas ostatniej mojej rozmowy z ordynatorem lubelskiego detoksu zamieniliśmy o tym kilka zdań. Okazało się, że bardzo podobnie na to patrzymy, a wzruszające obrazki, gdy grupa młodych i silnych himalaistów wciągnie inwalidę na Mount Everest, spiker w studio łamiącym się głosem opowie o bohaterstwie i poświęceniu pomagaczy, dostaną medal – lub nawet kilka – oraz gratyfikację finansową pokrywającą wszelkie koszta z odpowiednio wysokim naddatkiem za swoje ogromne poświęcenie, dadzą kilka wywiadów, pokażą nieszczęśnika, który jeszcze mając we krwi adrenalinę – a światła kamer dopełnią wrażeń – będzie autentycznie szczęśliwy. Kiedy ekipy telewizyjne zwiną jużsprzęt, pomagacze odstawią inwalidę z wózkiem do domu. Zaczną szukać kolejnego, który będzie pretekstem innej wyprawy i innego wyzwania – na przykład rejsu dookoła świata. Sam wypad na Mount Everest to opłaty rzędu stu tysięcy złotych. Ale gdy zbieramy za pomocą inwalidy idzie szybciej, po sukcesie znacznie łatwiej zdobyć już kasę na kolejne kosztowne wyzwanie. Może nawet ten poprzedni się dorzuci. Tamten z Himalajów po chwilowej euforii, naładowany adrenaliną, opowie całej swojej rodzinie o przygodzie życia, a gdy już nikt nie będzie chciał go po raz setny słuchać, to popadnie w depresję. Konkluzja psychiatry była, zbieżna z moją. Ot, po prostu grupa młodych,zdrowych ludzi znalazła sobie sposób na życie. Swoje życie, bo inwalidę potrzebują tylko po to, by zdobyć kasę i uchodzić w świecie za bohaterów. Najgorsze jest to, że biedak zawsze na końcu pozostanie porzucony sam sobie.
Prawdę mówiąc, mam już dość komentarzy politycznych. Wydaje mi się, że po prostu szkoda marnować liter. Oczywiście teksty polityczne są najłatwiejsze, bo tematy i pomysły dostajemy na tacy. Ależ ile można pisać to samo, parafrazując jedynie jakieś, funkcjonujące już opinie. Można być za, przeciw lub bez opinii, ale zawsze jest okazja by się przy tym powymądrzać. Nie ma nic odkrywczego w najbardziej wyrafinowanym obśmianiu marszałka Kuchcińskiego, hejterki Emilii, papierowego lodołamacza, systemu Pegasus, który właśnie czyta to co piszę, czy wiceministra sprawiedliwości i sędziów delegowanych do MS.
Akurat ten budynek znam dosyć nieźle. Wiele razy plątałem się po jego korytarzach współtworząc programy dokumentalne dla TVP info. Tak, tak, pracowałem w tym gnieździe szerszeni, dopóki nie wywalili. Zawsze przed realizacją programu, robiłem dokładny rekonesans szukając alternatywnych dróg, którymi mogłaby uciec mi ofiara, którą chciałem nagrać, oraz miejsca skąd miałbym najlepszy widok na wszystkie drogi jej ucieczki itp. Tylko ekipa mnie klęła, bo operator i dźwiękowiec chcieli się wcześniej zainstalować, a goniąc kogoś musieli nagrywać z ręki, naprawdę cholernie trudno biegnie się po schodach z jednym okiem w kamerze pilnując by nie stracić ani kadru, ani równowagi podtrzymywaniem wtedy biedaka, ale musiałem też dopaść z dźwiękowcem cel. Wtedy chodziło o aferę reprywatyzacyjną. Poznałem więc wszystkie wyjścia i windy, miejsca skąd mógłbym obserwować drogę ucieczki interesującej mnie postaci.
Pomimo tego, że naprawdę nie bardzo chce mi się już pisać o polityce, jest to temat wdzięczny i zawsze na czasie, ale jeśli coś jest na czasie, to po jakimś czasie jest już po czasie i nadaje się na śmietnik. Pracując w tygodniku „NIE” wielokrotnie pisałem o premierze Buzku czy ministrze Pałubickim. Mimo, że któryś z tych tekstów dostał nagrodę, to pewnie już prawie nikt nie pamięta smutnego ministra w sweterku. Fajnie jest pisać teksty trwałe, ponadczasowe, ale w obliczu afer i nadchodzących wyborów raz jeszcze pójdę na łatwiznę i napiszę kilka słów o polityce. Postaram się jednak robić odskocznie, bo ileż można siedzieć w tym nomen omen szambie – to nie była aluzja do warszawskiego wycieku. Wycieku, z którym nikt nie wie co zrobić, zapewne gdyby stało się to za rok, PiS bez wahania oskarżyłby Trzaskowskiego, ale i HGW tak do końca się nie da tym obciążyć, bo okazuje się, że w tej plątaninie rur brał również udział Lech Kaczyński i nikt nie wie czyjego pomysłu zakręt zatkało to gówno.
O wybory jestem spokojny, z pewnością PiS nie powtórzy już wyniku i najprawdopodobniej sytuacja będzie wyglądała tak, że nikt nie osiągnie większości zdolnej do samodzielnego rządzenia. Zacznie się czas zwany casus – radny Kałuża, Gowin czy Poncyliusz, którzy są trochę w PiS-sie, a trochę w PO. Jak to śpiewał Kazik, nastanie czas gdy z zakamarków partii i komitetów wyjdą „Kurwy wędrowniczki” usiłując znaleźć sobie odpowiednio wymoszczone łoże. Wszystko zależy od tego, jaką pulę rzuci na stół PiS, a z pewnością będzie ona wysoka.
W którymś z poprzednich felietonów pisałem o wojnie domowej w wypadku gdyby obecna władza przegrała. Okrągły stół udało się przeprowadzić bezkrwawo, ponieważ ustępujący mieli gwarancję bezkarności. A jeżeli teraz prawie wszyscy z PiS-u są w coś umoczeni i wszystkie partie straszą ich Trybunałem i sądami, to będą się bronić jak Kordecki w Częstochowie i tak łatwo władzy nie oddadzą. Usiłują grać, najmocniejszą według nich kartą – czyli stosunkami z Trumpem, USA i wizami do upragnionej niegdyś Ameryki, ale Polacy zaczęli mieć już te wizy w dupie.
Ci, którzy wyjechali tam zarobkowo już dawno je sobie załatwili (dostali albo kupili) i od lat tam siedzą, albo z biedy wrócili. Ci, którzy zostali – drżą, by nie stracić pracy, nowi emigranci raczej nie wybiorą kierunku, gdzie karton i śpiwór w Central Parku to maks na co mogą liczyć. Azbest się skończył, to i Polacy przestali być potrzebni. Coś, co byłoby bardzo atrakcyjne dwadzieścia lat temu, przestało mieć jakąkolwiek wartość, chyba że ktoś chce zwiać przed polskim wymiarem sprawiedliwości, ale i tak wybierze bezpieczniejszą Amerykę Południową. Teraz bardziej atrakcyjny byłby bezwizowy ruch z Rosją lub Chinami. Amerykę toczy bezrobocie, wielkie firmy motoryzacyjne upadły wraz z całymi miastami, ot jak choćby dawna enklawa polskich robotników czyli Detroit. Opustoszałe domy i fabryki, śmieci walające się po ulicach, a nieliczni mieszkańcy, którzy tam zostali, nie wychodzą z domu bez całego arsenału broni, krótka przy sobie długa w samochodzie. Teraz już naprawdę nie ma po co tam jechać. Rozpatrując w kategoriach zarobkowych oczywiście, bo cokolwiek myślę o Ameryce, to zawsze warto zwiedzić ten kraj. Naprawdę jest piękny.
Panuje w Polsce przekonanie, że jeśli nie byłeś na wyborach, to nie masz prawa krytykować. Głupie to jak cholera. Po pierwsze, świadome niegłosowanie też jest wyborem, a po drugie – krytykować można zawsze. Niegłosowanie może być sprzeciwem wobec wszystkich zarejestrowanych komitetów i jak najbardziej niegłosujący ma prawo jechać po każdym i oceniać sytuację w kraju.
Już mi się flaki przewracają, gdy różni eksperci – niczym alchemicy – przewidują powyborczy obraz sceny politycznej. Dla TVP liczy się jedynie siła druzgocącej porażki innych niż PiS ugrupowań, natomiast publicyści z „Wyborczej” i akolici TVN dzielą włos na czworo. Czy Brak Trumpa wpłynie na wyniki, ludzie oderwani od realiów, wciąż sądzą, że wiza do USA to marzenie każdego Kowalskiego – sorry Marian.
Ludzie głosują emocjami, nie programem, a wniosek, że PiS nie powtórzy wyniku wziął się stąd, że obserwując różne dyskusje coraz więcej ludzi wybiera się na te wybory. I to ludzi, którzy nigdy na wyborach nie byli, a ich jedynym celem jest wymiana tego skompromitowanego układu.
Żeby nie tłumaczyć się z wpadek, podczas dyskusji politycy PiS przyjęli nową formę narracji polegającej na nie dopuszczeniu do głosu nikogo. Zachowują się jak stacje, czy nadajniki w PRL które zagłuszały „Wolną Europę”. Kilka razy włączyłem telewizor, to już w połowie pierwszego zdania generowali z siebie jakieś niezrozumiałe fale, poproszeni przez prowadzących o wyhamowanie emocji i zmianę tonu, twierdzili, że to nie oni, bo oni tylko się bronią. Socjologowie roztrząsają czy mina Dudy, czy też szambo w Wiśle doda lub odejmie komuś kilka promili. Do tego jeszcze afera Emilii, hejtu i lodołamacza zrobionego z taśmy klejącej.
Nad tym lodołamaczem chwilę bym się zatrzymał, bo taką głupotę mogłaby przebić jedynie łódź podwodna, której kadłub zrobiono by z siatki ogrodzeniowej. Wynik może więc być sporą niespodzianką.
Rząd po wyborach pewnie będzie koalicyjny PO (KE), PSL i SLD, choć i inne scenariusze są możliwe. Zależy jaką pulę rzuci na stół PiS. Fałszywa lewica? Dosyć często słyszę taką opinię o eseldowskiej koalicji. Fakt, sam tak myślę i naprawdę ciężko pohamować mi wkurzenie na Biedronia po podwójnym oszustwie wyborczym. Ewidentne pokazał, że zależy mu jedynie na pensji Europosła i parlamentarnej gaży Śmiszka. Faktycznie to trio pokazało jak się robi politykę pod stołem.
Jest jednak sposób by naprawić to, co założyli Czarzasty, Zandberg i Biedroń – okazuje się że jest sposób by z fałszu zrobić prawdę, a z fałszywej lewicy, tę na którą wszyscy czekaliśmy. Można z czystym sumieniem oddać głos i bez wstrętu spojrzeć w lustro. Wystarczy ominąć na listach jedynki i dwójki. Gdyby cały lewicowy elektorat postawił krzyżyk przy środkowym kandydacie, to może wreszcie wyłoni się z tego prawdziwa lewica. System D’Hondta działa tak – do sejmu wchodzi kandydat, który dostanie najwięcej głosów. Choćby startował z trzynastego i pół miejsca. Głosy oddane na pozostałych kandydatów są „dodawane” zwycięzcy, a jeśli jest ich wystarczająco dużo, to wejdą również inni kandydaci.
Startujący z pierwszych, drugich czy ostatnich miejsc są kandydatami układów, zakulisowych rozgrywek, często brudnych i śmierdzących oszustw i zawartych kompromisów. Wszyscy inni widnieją na listach z idei, wiary w program, dali się namówić cwaniakom, którzy umieścili ich tam dlatego, by zebrać po kilka głosów choćby tylko rodziny i znajomych. Robią za lep na muchy dla pająków zajmujących te trzy eksponowane miejsca, które wcale nie muszą wygrać. To byłaby niespodzianka, niektóre komitety każą sobie słono płacić za eksponowane miejsce.
Gdyby wreszcie przerwać ten mit „jedynek”. Oczywiście, wszyscy pracują na wynik całego ugrupowania, ale nikt środkowych poważnie nie traktuje. Było wprawdzie kilka przypadków, że wszedł ktoś ze środka listy, i były to głośne przypadki, bo prawdopodobieństwo jest mniejsze niż wygrana w totolotka. Jeśli chcemy mieć lewicę spoza układów to głosujmy na środki. Może na tej bazie wyłoni się prawdziwa siła polityczna lewicy. Pomijając już to, że liderzy dostaną po nosie. Będzie to manifest, że chcemy lewicy, ale nie ze srebrnej tacy, którą nam podajecie. Był kiedyś taki mit, że ci z jedynek to najbardziej prawi i doświadczeni działacze, ludzie, których partia nagrodziła za wybitne zasługi. Nie tym razem, teraz nie ma czystych rąk na jedynkach, to wynik cichych zakulisowych układzików i szelest pieniędzy. Głosujmy na środki, a parlament będzie inny. cdn

Trump wycofał poparcie dla PiS Wywiad

Myślę, że bieżące kwestie, bardziej aktualne niż huragan, zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać. To wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej – mówi Ryszard Schnepf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Prezydent Trump w ostatniej chwili odwołał przyjazd do Polski z powodu nadciągającego nad Florydę huraganu. Warunki pogodowe są prawdziwym powodem czy za decyzją stoją jakieś powody polityczne?

RYSZARD SCHNEPF: Będziemy więc spekulować, bo przecież powody zna jedynie najbliższe otoczenie amerykańskiego przywódcy. Temat jest jednak ważny, więc dywagujmy. Byłbym bardzo powściągliwy w myśleniu, które pewnie rodzi się w głowach wielu Polaków, a mianowicie, że prezydent Trump lekceważy rocznicę wybuchu II wojny światowej. Tak z pewnością jednak nie jest. Nie lekceważyłbym też huraganu, bo w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście anomalie pogodowe przybierają wymiar u nas niespotykany i potrafią doprowadzić do zniszczenia całego stanu Floryda, czyli obszaru równego połowie Polski. To jest istotny argument. Jednak widzę tu jeszcze jeden wątek, którego bym nie lekceważył, a mianowicie Amerykanie myślą długofalowo, mają bardzo dobrych analityków i świetne dane zbierane z każdego kraju. Jest bardzo prawdopodobne, że z tych danych wynika, że PiS może przegrać wybory. Wówczas zaangażowanie prezydenta w kampanię wyborczą, bo tak jest to odbierane, mogłoby zaszkodzić kształtowanym perspektywicznie interesom gospodarczym i politycznym, także z Polską, która dla Ameryki jest ważnym partnerem.

Czy może tu chodzić o zakulisowy spór Polski ze środowiskiem żydowskim? Takie komentarze też się pojawiły.

Ten konflikt oczywiście istnieje, przede wszystkim wokół restytucji mienia, ale także w związku z uroczystościami uczczenia Brygady Świętokrzyskiej. Jednak moim zdaniem to nie są fakty determinujące, one tkwią w naszych relacjach już od dłuższego czasu. Planując tę wizytę Trump zapewne świetnie o tym wiedział i mimo to był zdecydowany tu przyjechać. Myślę, że bardziej aktualne, bieżące kwestie zadecydowały o tym, żeby wizytę odwołać, jak huragan, ale także wycofanie w jakimś stopniu – tak to należy czytać – poparcia dla PiS w kampanii wyborczej.

Do Polski przyjedzie wiceprezydent Mike Pence, polityk raczej schodzący niż jaśniejący na arenie. Jak mocno to obniża rangę wizyty?

Mike Pence jest jednak wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, więc nie deprecjonowałbym faktu jego wizyty. To osoba, która zastępuje prezydenta w naturalny sposób, natomiast Donald Trump, jakby go nie osądzać, jest jednak politykiem, który potrafi skupić uwagę, wywołać entuzjazm i potrafi być dobrym mówcą. Pence nie słynie z ognistych przemówień, jest człowiekiem cienia i dlatego zresztą jest wiceprezydentem. Cichym, ale lojalnym tłem przywódcy o silnej osobowości.

Czy administracja prezydenta, który jest w stanie obrazić się na Danię, bo ta nie chce sprzedać mu Grenlandii, jest do tego zdolna?

Prezydent Trump jest znany z niekonwencjonalnych wypowiedzi i pomysłów, jednak zawsze trzeba mieć nadzieje, że dla prezydenta USA, największej potęgi militarnej i ekonomicznej, demokracja jest czymś ważnym, bo to, że dla społeczeństwa amerykańskiego równouprawnienie, tolerancja i rządy prawa są ważne, to wiemy.
Będzie mowa o zniesieniu wiz?
Zapewne pojawi się wzmianka o możliwości rychłego wprowadzenia ruchu bezwizowego i to jest rzeczywiście realne. Gdyby jednak przyjechał nawet sam Donald Trump, to pamiętajmy, że zniesienia wiz może dokonać tylko amerykański Kongres. Prawdą jest, że procent odrzuconych wniosków wizowych prawdopodobnie spadł poniżej 3 proc., co jest wymagane w prawie amerykańskim i to będzie pozwalało na sformułowanie nowej ustawy, którą zaakceptują obie Izby. Zajmie to zapewne jeszcze kilka miesięcy. Wiemy, że została podpisana umowa pomiędzy Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i odpowiednikiem po amerykańskiej stronie, czyli Department of Homeland Security, zatem jest to realna ścieżka, na którą wchodzimy. Przypomnijmy, że na początku naszych starań poziom odrzuceń był powyżej 20 proc. Przyczyna tego, że stopniowo zmniejszała się ilość odrzuconych wniosków, leży jednak po naszej stronie. Przede wszystkim

Przed planowaną wizytą Donalda Trumpa Konferencja Ambasadorów, do której Pan należy, wystosowała list otwarty do spodziewanego gościa. Dlaczego?

Kwestia spójności NATO, ale też wartości, była przedmiotem rozważań naszej Konferencji Ambasadorów, która jest niezależnym gremium eksperckim. W efekcie powstał list otwarty do prezydenta Trumpa. Mamy świadomość tego, że dziś polityka amerykańska jest wielowątkowa i – mówiąc dyplomatycznie – szalenie zmienna. Świat reaguje dynamicznie i administracja amerykańska poszukuje rozwiązań jednocześnie dla wielu kwestii. To sprawa Iranu, sytuacji ekonomicznej w sensie globalnym – konflikt z Chinami i niewypowiedziana wojna handlowa, która najwyraźniej nabiera prędkości, to też sprawa Korei Północnej, Bliskiego Wschodu i jakiegoś ułożenia relacji z Rosją. Niestety, czasami spójność czy to NATO, czy UE cierpi w wyniku gestów, które są wyrażane na daną chwilę, ale ich skutek jest już długotrwały. Idealnie byłoby, gdybyśmy byli krajem, który spaja te dwa organizmy. Z jednej strony być dobrym członkiem UE, tym bardziej, że im bardziej jesteśmy silni w UE, tym bardziej stanowimy wartość jako partner dla Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś jednoznacznym spoiwem w Sojuszu Północnoatlantyckim. Mamy takie możliwości choćby z tego względu, że jesteśmy największym krajem w rejonie Europy Środkowowschodniej i jednocześnie flanką wschodnią.

Napisali państwo w liście: „Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne”. Pod listem podpisało się ponad 20 byłych ambasadorów. Marszałek Karczewski skomentował, że sygnatariusze listu są oderwani od rzeczywistości, a sam list jest antypolski. Jak pan to skomentuje?

Marszałek Karczewski powinien swoje wypowiedzi ograniczyć do spraw, na których rzeczywiście zna się, choć osobiście nie wiem, w jakiej materii czuje się fachowcem. Posługiwanie się pojęciem „antypolski”, „zdradziecki” jest tanim chwytem i wyraża jedynie chęć przypodobania się szefowi. Tymczasem nami powodowało właśnie poczucie patriotyzmu i troski o dobro Polski. Za antypolskie można by natomiast uważać doprowadzenie pozycji i wizerunku Polski do stanu ruiny. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że list wywoła falę negatywnych komentarzy po stronie rządzących, choćby na zasadzie „czapki, która gore”.
Nasze słowa zbiegają się z obchodami rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę w 39 roku nieprzypadkowo. Polska była wówczas osamotniona, weszła w przestrzeń niczyją, nie była ani na Zachodzie, ani na Wschodzie. Nie była podmiotem, który inni, przede wszystkim Zachód, uznawał za swój.
Jako byli już urzędnicy, ale jednocześnie fachowcy, mamy prawo do obywatelskich zachowań, aby upomnieć się i nawiązać do tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Prawo i obowiązek. Powinniśmy być w dobrej demokratycznie rodzinie, umownie nazywanej światem Zachodu czy rodziną transatlantycką. Trzymać się razem jak pasażerowie samolotu, który wpada w turbulencje. To jest priorytet bezpieczeństwa Polski, pomijając, że kształtuje też naszą przyszłość, chociażby w kontekście dostępu do technologii, wymiany handlowej, kulturalnej, naukowej. Marzyliśmy o tym, żeby przynależeć do tej rodziny. Dziś mają miejsce wydarzenia, które szokują. Kilka dni temu światowej sławy muzycy odmówili udziału w koncercie organizowanym przez kluby „Gazety Polskiej” w nowojorskim Carnegie Hall, jako powód podając homofobiczną akcję tego pisma. Nie chodziło tu bynajmniej o wysokość gaży, bo w propagandowych działaniach jesteśmy hojni, lecz o wartości. Takie rzeczy nigdy nie miały miejsca. Wielcy muzycy, artyści byli wręcz dumni z tego, że mogą występować pod polskim sztandarem i z naszej inicjatywy promować naszą kulturę. Mnie, jako byłego dyplomatę, boli szczególnie, bo pamiętam, jak w Waszyngtonie, w Nowym Jorku czy w Chicago, ale też wcześniej w Montevideo czy Madrycie organizowaliśmy wydarzenia, gdzie ludzie kultury czy politycy przychodzili z poczuciem satysfakcji i dumy, że mogą być w polskim domu. Pamiętam entuzjazm senatorów i kongresmenów podczas premiery filmu Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei” w Bibliotece Kongresu i owację na stojąco dla przywódcy „Solidarności”, gdy tylko pojawił się na widowni. Dziś niestety możemy się tylko wstydzić, że jesteśmy kojarzeni z drugą, mroczną stroną.

Z elektroniczną wizą

Od 1 lipca 2019 roku obywatele 50 państw będą mogli wjechać Obwodu Kaliningradzkiego na podstawie wizy elektronicznej. Od takiej wizy nie będzie też pobierana opłata konsularna.

Premier Dmitrij Miedwiediew w maju br. zatwierdził procedurę wydawania wiz elektronicznych dla obcokrajowców wjeżdżających do tego regionu. Te same przepisy obowiązują już na Dalekim Wschodzie. Wjazd i wyjazd za pomocą wiz elektronicznych odbywa się przez drogowe, kolejowe i morskie przejścia graniczne, a także przez lotnisko. Władze regionalne oczekują, że obywatele co najmniej 50 krajów będą mogli z nich korzystać.
Wizy będą ważne przez 30 dni kalendarzowych od daty opublikowania zawiadomienia o wykonaniu dokumentu elektronicznego na specjalistycznej stronie internetowej rosyjskiego MSZ. Pozwolą obcokrajowcom pozostać na terytorium Kaliningradu przez okres do ośmiu dni.
Aby otrzymać wizę elektroniczną, trzeba będzie wypełnić formularz na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej (https://evisa.kdmid.ru/en-US/Home/Index). Należy to zrobić co najmniej cztery dni przed planowanym przyjazdem do Obwodu Kaliningradzkiego. Przy wypełnianiu formularza będzie wymagane także zdjęcie.
Po sprawdzeniu formularza, informacja zostanie przesłana do punktów kontroli granicznej. O przyznaniu wizy elektronicznej wnioskodawca zostanie poinformowany nie później niż po upływie czterech dni.
Obywatel ubiegający się o wizę otrzyma numer identyfikacyjny, który podczas przekraczania granicy będzie musiał przedstawić razem z paszportem.
Obcokrajowcy muszą też mieć przy sobie ubezpieczenie zdrowotne, a także bilety podróży (albo potwierdzenie ich nabycia) wyjazdu z Federacji Rosyjskiej, jeśli wyjeżdżamy z tego kraju pociągiem, odlatujemy samolotem lub odpływamy transportem morskim. Opuścić Rosję będzie można wyłącznie z terytorium obwodu kaliningradzkiego.
Wprowadzenie wiz elektronicznych ma zwiększyć liczbę przepływ turystów. W 2018 roku Obwód Kaliningradzki odwiedziło 1,5 mln osób, do roku 2025 władze chcą tę liczbę podwoić. Dla porównania: w2015 roku Obwód Kaliningradzki odwiedziło 1 mln turystów.
„Dzięki uproszczeniu trybu wizowego większa liczba obcokrajowców będzie mogła zapoznać się z naszym krajem, na własne oczy zobaczyć jak żyjemy – zarówno od strony turystycznej, jak i potencjalnej współpracy oraz dalszego współdziałania na wielu płaszczyznach” – czytamy na turystycznym portalu internetowym visit-kaliningrad.ru.
Gubernator obwodu kaliningradzkiego Anton Alichanow powiedział zaś, że podobnego kroku spodziewa się m.in. ze strony Polski Litwy.
Przypomnijmy, że przez krótki czas obowiązywał bezwizowy przygraniczny ruch obejmujący mieszkańców obwodu kaliningradzkiego i północno-wschodniego regionu Polski. Poruszanie się bez wiz mieszkańców terenów przygranicznych pomiędzy Obwodem Kaliningradzkim a Polską zostało zawieszone w lipcu 2016 roku ze względów bezpieczeństwa przed warszawskim szczytem NATO i Światowymi Dniami Młodzieży w Krakowie. I nic nie wskazuje na to, by miał być przywrócony.

Lepiej to zrobić przed wyjazdem do Rosji

Wszyscy kibice wybierający się na mundial do Rosji, a zatem także Polacy, muszą złożyć wniosek o wydanie karty FAN ID.

 

Ten specjalny dokument zastępuje wizę, jest wymagany do wejścia na stadion, ale pozwala też korzystać z darmowej komunikacji. Posiadanie karty FAN ID oraz paszportu pozwala na bezwizowy, wielorazowy wjazd i wyjazd z Rosji w dniach od 4 czerwca do 25 lipca, jednak wjazd do kraju jest możliwy tylko do 15 lipca.
Karta FAN ID wraz z dokumentem tożsamości oraz biletem to komplet niezbędny do wejścia na stadion, lecz także uprawniają kibiców do darmowych przejazdów kolejowych na wybranych trasach oraz bezpłatnych kursów transportem miejskim w dni meczowe. Miejsca w pociągach należy jednak zarezerwować wcześniej, bo wiele tras, szczególnie między Moskwą a innymi miastami będzie oblężonych.
Wniosek o wydanie FAN ID składa się przez internet wyłącznie po zakupie biletów. Do wystawienia dokumentu niezbędny jest paszport. Dokument powinien być ważny przez co najmniej sześć miesięcy od daty zakończeniu mistrzostw. Przy rejestracji w systemie FAN ID potrzebne jest też zdjęcie twarzy na jasnym tle. FAN ID wydawany jest w formie zafoliowanego formularza. Elektroniczna wersja dokumentu, przesyłana mailem po zatwierdzeniu wniosku, po wydrukowaniu zastępuje wizę, ale nie będzie respektowana przy wejściach na stadiony ani też nie uprawni do korzystania z darmowej komunikacji. Organizatorzy mistrzostw zalecają, aby wniosek o FAN ID złożyć jak najszybciej, gdyż dostawa karty pocztą może trwać trzy-cztery tygodnie. Szybciej można odebrać dokument za pośrednictwem centrów wizowych VFS Global, które w Polsce znajdują się w Warszawie, Krakowie, Gdańsku i Poznaniu. Kartę można też uzyskać w mieszczących się w miastach gospodarzach mundialu punktach odbioru. Wizyta w jednej z tych placówek umożliwia otrzymania karty wtedy, gdy przesyłka z dokumentem nie dotrze na czas lub jeśli kibic do Rosji wjedzie dzięki normalnej wizę.
Obowiązek posiadania karty FAN ID dotyczy także osób niepełnoletnich. Karta nie zastępuje wiz tranzytowych oraz nie zwalnia z obowiązku wypełnienia i posiadania przy sobie otrzymanej na granicy karty migracyjnej. W Rosji nie obowiązuje Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Podróżujący autem muszą mieć również wykupione OC oraz oficjalne tłumaczenie polskiego prawa jazdy na język rosyjski.