Tej wojny nikt nie wygra

Dwie rzeczy dają duszy największą siłę – wierność prawdzie i wiara w siebie. (Seneka)
Historia narodów uczy, że narody niczego nie nauczyły się z historii. (Georg Christoph Lichtenberg)

„Strach pomyśleć co by z Polską było, gdyby po pierwszym września 1939 nie było czerwca 1941 roku (…), z jakąż radością odetchnąłem(…) gdy się o tej niemieckiej agresji dowiedziałem! Nie dlatego, broń Boże, abym Niemcom życzył zwycięstwa, ale dlatego że w moim przekonaniu w głębi Rosji spotka Niemców klęska. Bez udziału Związku Sowieckiego w drugiej wojnie światowej nie byłoby pełnego nad Niemcami zwycięstwa, a Polska nie odzyskałaby piastowskiej granicy na Odrze i Nysie…”(33 Zeszyt Historyczny Paryż 1975, s.54).
Taki pogląd wyraził Eugeniusz Kwiatkowski – osoba wielce zasłużona nie tylko w okresie II Rzeczypospolitej (zainicjował budowę portu i miasta w Gdyni, wniósł wielki wkład w rozwój polskiego przemysłu chemicznego: zakładów azotowych w Chorzowie i Tarnowie, znacznie przyczynił do powstania Stalowej Woli, tworzył fundamenty przemysłu ciężkiego, kierował opracowaniem 4 – letniego planu inwestycyjnego przewidującego rozbudowę infrastruktury zwiększającej obronny potencjał kraju…), ale również w odbudowie po wojnie morskiej gospodarki w Polsce.
Eugeniusz Kwiatkowski w okresie PRL-u podkreślał swą bezpartyjność i przywiązanie do cywilizacji chrześcijańskiej. W pewnym stopniu przyczyniło się to do tego, że po krótkim czasie został odsunięty w cień. Mimo to akceptował program politycznej i gospodarczej przebudowy kraju i potępił „działania londyńskiego podziemia” (tamże s.52).
Aż strach pomyśleć, co by stało się z Polską, gdyby doszło do III wojny światowej, której oczekiwały zbrojne formacje antykomunistycznego podziemia zwane dziś „Żołnierzami Wyklętymi”…
W pierwszych latach po wyzwoleniu spod okupacji hitlerowskiej większość polskiego społeczeństwa miała dość wojny. Tak jak Eugeniusz Kwiatkowski, aktywnie włączyła się w odbudowę kraju i nie aprobowała destrukcyjnych, a zwłaszcza zbrodniczych działań antykomunistycznego podziemia.
Choć wielu Polaków czuło wielki żal z powodu utraty na rzecz Związku Radzieckiego zabużańskich terenów przedwojennej Polski, to w bardzo szybkim czasie wielu z nich zadomowiło się na odzyskanych po wiekach Ziemiach Północnych i Zachodnich.
Do dziś czujemy wielki sentyment do Wilna, Lwowa i innych znajdujących się za naszą wschodnią granicą miejscowości, w których przed wojną liczebnie i kulturowo dominowała ludność polska. Racje geopolityczne i historyczne jednak sprawiają, że powinniśmy pogodzić się z tym stanem rzeczy, zwłaszcza po rozpadzie Związku Radzieckiego. Uświadamiamy bowiem sobie, że Litwa do Wilna, Białoruś do Grodna, Ukraina do Lwowa, mają takie same geopolityczne i historyczne prawa, jak my do Gdańska, Koszalina, Szczecina, Wrocławia i innych miejscowości Ziem Odzyskanych, w których przed wojną mieszkała ludność niemiecka.
Po roku 1989 diametralnie zmienił się kurs polityki naszego państwa. Dotychczasowego najważniejszego sojusznika – z okresu PRL-u – Związek Radziecki zaczęliśmy traktować jako potencjalnie największego wroga. Lech Wałęsa za swój wielki sukces – w okresie sprawowania funkcji prezydenta państwa – uznał doprowadzenie do wycofania z Polski wojsk radzieckich. Mogło się w tym momencie wydawać, że spełniła się wola Józefa Piłsudskiego, by nie było na terenie naszego kraju żadnych
obcych wojsk.
Ten stan rzeczy trwał bardzo krótko. Zakończył się wraz z naszym przystąpieniem do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego (NATO), a jeszcze bardziej – po pojawieniu się u nas wojsk amerykańskich. W ostatnim czasie rządzący naszym krajem coraz wyraźniej starają się o zwiększanie u nas liczebności tych wojsk. Czynią to, rzekomo nie tylko dla dobra Polski, lecz i wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej.
Moim zdaniem więcej korzyści byśmy osiągnęli, wzorując się na Finlandii. Tym sposobem mielibyśmy bardziej poprawne stosunki z Rosją, w następstwie czego bardziej z nami liczyłyby się kraje zachodnioeuropejskie i Stany Zjednoczone.
Śmiem obawiać się, że amerykańskie bazy wojskowe – o których zainstalowanie i zwiększenie w naszym kraju coraz usilniej starają się aktualnie sprawujący władze nasi politycy – w przypadku zaistnienia ogólnoświatowej wojny nuklearnej, spełnią prędzej dla Stanów Zjednoczonych rolę piorunochronu, aniżeli zafunkcjonują jako parasol ochronny, który sobie fundujemy. Innymi słowy, za własne pieniądze, przybliżamy ewentualność zamienienia Polski w poatomową pustynię.
Głosicieli tezy, jakoby starania o zwiększenie liczby stacjonujących w naszym kraju wojsk amerykańskich mają na celu zabezpieczenie nas przed możliwością zbrojnej napaści ze strony Rosji, powinny przynajmniej zastanowić dane statystyczne, z których wynika, że wydatki tego państwa na zbrojenia (61, 4 mld USD) są niemal dziesięciokrotnie mniejsze od wydatków Stanów Zjednoczonych (649 mld USD co równa się sumie wydatków na ten cel 7 kolejnych państw w rankingu: Chiny 250 mld USD, Arabia Saudyjska 67,6 mld USD, Indie 66,5 mld USD, Francja 63, 8 mld USD (największe wydatki w Europie), Rosja 61, 4 mld USD, Wielka Brytania 50 ml mld USD, Niemcy 49 mld USD( źródło portal milmag.pl).
Istnieje wiele jeszcze innych wskazań, że nie Rosja lecz najbardziej spośród wszystkich państw zmilitaryzowane Stany Zjednoczone stanowią potencjalnie największe zagrożenie dla światowego pokoju. Przecież nie do obrony swojego terytorium, ale w celach imperialnych utrzymują one potężną flotę składającą się – w pierwszej kolejności – z 11 uderzeniowych atomowych lotniskowców i 10 lotniskowców z klasy wielkich okrętów desantowych. Nikt nie może – pod tym względem – z nimi konkurować. Wielka Brytania i Francja posiadają po jednym lotniskowcu uderzeniowo-atomowym, a Rosja, Chiny i Włochy po jednym lotniskowcu konwencjonalnym.
Wyraźnym – choć tylko na moment zauważonym – objawem gotowości Stanów Zjednoczonych do zbrojnego wsparcia swoich interesów w każdej części świata, były ich niedawne (czerwiec 2019 r.) przygotowania do ataku na Iran. Ich samoloty były już w powietrzu, a okręty gotowe do odpalenia pocisków manewrowych. Pretekstem ku temu było zestrzelenie przez irański system rakietowy amerykańskiego drona szpiegowskiego. Gdyby nawet przyjąć za prawdziwą argumentacje prezydenta USA Donalda Trumpa, że do zestrzelenia doszło nad cieśniną Ormuz na wodach międzynarodowych, to nie w sposób nie zauważyć, że wody te znajdują się w bezpośredniej styczności z wybrzeżem Iranu, a od Stanów Zjednoczonych oddalone są tysiące kilometrów.
Gdyby osobom kierującym polityką Stanów Zjednoczonych naprawdę zależało na wprowadzeniu na świecie trwałego pokoju, a mniej zaangażowane były w interesy poszczególnych grup kapitałowych (zwłaszcza związanych z przemysłem zbrojeniowym), to po rozpadzie Związku Radzieckiego i samolikwidacji Układu Warszawskiego (1991 r.) powinny zmniejszyć liczbę i siłę swych wojsk.
Bardzo krytycznie oceniamy prężenie militarnych muskułów przez maleńką Koreę Północną. Z rezerwą traktujemy oświadczenia jej przywódców, że czynią tak wyłącznie w celu zabezpieczenia swego kraju na wypadek agresji z zewnątrz. W tym samym czasie zdajemy się nie dostrzegać wzrastającego potencjalnie zagrożenia światowego pokoju ze strony militaryzmu amerykańskiego.
To nie mała Korea Północna lecz Stany Zjednoczone są supermocarstwem, które w ostatnim półwieczu wielokrotnie złamało – ustalony prawem międzynarodowym – zakaz stosowania groźby użycia siły i używał jej przy rozwiązywaniu sporów. Istnieje przy tym wiele wskazań, że sytuacje konfliktowe na świecie niejednokrotnie były i są inicjowane, a następnie wzmacniane przez niektórych wpływowych polityków amerykańskich. Dość często swoją zbrodniczą działalność próbują ukryć pod szyldem tzw. „ingerencji humanitarnych”. Tak między innymi było w przypadku niewinnych ofiar, w tym też dzieci, skutkiem bombardowań Jugosławii przez amerykańskie lotnictwo. Akcję tę należałoby potępić również za to, że została dokonana – podobnie jak późniejszy atak wojsk USA na Irak – bez uzyskania mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Pretendowanie Stanów Zjednoczonych do odgrywania roli żandarma światowego jeszcze bardziej się uwidoczniło, kiedy nawet wbrew stanowisku swoich najważniejszych europejskich „sojuszników” – Francji i Niemiec kontynuowały zbrojną interwencje w Afganistanie.
Antypokojową politykę Stanów Zjednoczonych trafnie podsumowała Beata Karoń w artykule zamieszczonym w tegorocznym wydaniu „Trybuny” (nr 53/1507/) – stwierdzając, że doprowadziły one do „osłabienia pozycji i roli ONZ w regulowaniu konfliktów oraz naruszenie mechanizmów regulujących zasady użycia siły w stosunkach międzynarodowych” co „grozi[…] eskalacją trwających a także wybuchem nowych wojen”.
Zastanawiającym jest, że nie zauważają tego kierujący naszym państwem politycy oraz większość publicystów. Co gorsza, zamiast protestować przeciwko zagrażającym pokojowi światowemu militarnym działaniom Stanów Zjednoczonych zaczęli się do nich łasić, a jednocześnie niczym ratlerek wściekle ujadać na Rosję i Białoruś – kraje z którymi wcześniej – przez ponad 40 lat – byliśmy połączeni węzłami przyjaźni.
Warto zauważyć, że dopóki istniał Związek Radziecki, nie było tak wielu niekontrolowanych możliwości wybuchu wojny nuklearnej. Dziś może ją wywołać, tzw. „ingerencja humanitarna” Stanów Zjednoczonych na tak mały kraj jak Korea Północna. Z drugiej strony należy zauważyć – że posiadany przez nią nuklearno-rakietowy arsenał stanowi skuteczny atut odstraszający przed takową ingerencją.
Ostrzeżeniem nie tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale całego świata powinny być tragiczne skutki – dokonanego 11 września 2001 roku – zamachu terrorystów Al-Kaidy na dwa wieżowce World Trade Center i budynek Pentagonu. W moim odczuciu należałoby to wydarzenie potraktować jako wyjątkowo wyraźny symbol końca epoki, w której obowiązywała rzymska zasada: „Si vis pacem, para bellum” – Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny.
Zrozumienie bezsensu wojny i że tą drogą ludzkość może dojść do samozagłady, było czynnikiem, który doprowadził do wybuchu Wielkiej Rewolucji Październikowej w Rosji. Jakoś dziwnie mało kto dostrzega genialności opracowanego wówczas przez Włodzimierza Lenina pierwszego dokumentu władzy radzieckiej jakim był wygłoszony w drugim dniu rewolucji 9 listopada 1917 r. na II Zjeździe Rad „Dekret o pokoju” (jego fragmenty zacytowałem w przypisie do niniejszego artykułu).
„Dekret o pokoju”, był najlepszą z możliwych propozycji zakończenia monstrualnej rzezi, jaką była I wojna światowa, ale także aktem rozpoczynającym nową kartę w dziejach ludzkości. Domyślam się, że wielu czytelników, nie od razu ze mną się zgodzi z tezą, że wola ustanowienia na świecie trwałego i sprawiedliwego pokoju na świecie stanowiła główny wyznacznik polityki Związku Radzieckiego. Wola ta była często była poddawana trudnym próbom i w takich wypadkach niejednokrotnie państwo to było zmuszone do stosowania zasady „Si vis pacem, para bellum”. Długo można byłoby ten problem rozważać. Myślę, że ostatecznym probierzem prawdziwości dążenia Związku Radzieckiego do ustanowienia na świecie trwałego i sprawiedliwego pokoju, było… samorozwiązanie tego państwa.
Tak czy inaczej, niezaprzeczalnym faktem jest, że dopóki trwaliśmy w sojuszu ze Związkiem Radzieckim, głównym wyznacznikiem naszej polityki, było hasło „Nigdy więcej wojny”. Przykładem czynnego wkładu we wdrażaniu w życie idei pokojowego współistnienia państw o różnych ustrojach społecznych był plan Rapackiego (stworzenia strefy bezatomowej w Europie Środkowej; sformułowany 2 października 1957 r.) i plan Gomułki (zamrożenia zbrojeń atomowych w Europie Środkowej; sformułowany 28 grudnia 1963 r)…
Aczkolwiek nasza armia w okresie PRL była znacznie liczniejsza i silniejsza, to miała charakter zdecydowanie obronny. 16 lat służyłem w Ludowym Wojsku Polskim. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w jakikolwiek sposób przygotowywano mnie tu działań agresywnych wobec jakiegokolwiek kraju na świecie. W ostatnich latach co rusz dowiadywałem się o żołnierzach polskich wracających inwalidami z misji wojennych. Z takim zjawiskiem nie spotykałem się w okresie PRL. Matki oddające wówczas synów do wojska, nie tylko nie miały powodów do obawy o ich bezpieczeństwo ale były przekonane, że oni stamtąd wyjdą pełnowartościowymi mężczyznami. Świadomość ta była niemal powszechna. Dwuletnia służba była okresem, w którym młodych chłopców nie tylko przysposabiano do obrony Ojczyzny, ale też kształtowano w nich właściwą postawę patriotyczną i obywatelską.
W czasach PRL-u inne niż obecnie było nastawienie naszego społeczeństwa wobec zagrożenia wojennego. Głęboki sprzeciw i krytykę wywoływały w nim działania wojenne Stanów Zjednoczonych w Wietnamie. Aż trudno uwierzyć, że w ostatnich latach większość naszego społeczeństwa potraktowała amerykańskie interwencje zbrojne w byłej Jugosławii oraz w Afganistanie i Iraku tak, jak by nic się stało. Czyż nie dostrzegamy, że skutki zbrojeń i militarnej polityki Stanów Zjednoczonych stanowią odzwierciedlenie łacińskiej sentencji: „Ubi solitudinem faciunt, pacem appellant” – Gdy pustynię uczynią, nazywają to pokojem (Tacitus, „Agricola” 30).
Ciekawe, czy jak – nie daj Boże – dojdzie do wojny światowej z użyciem broni nuklearnej, będziemy śpiewać ten nasz narodowy refren: „Polacy, nic się nie stało…”. Pewnie nie. Najprawdopodobniej zginiemy, bo tym razem nie będzie nikogo, kto nas przed tym niebezpieczeństwem uchroni.

Dekret o pokoju 9 listopada 1917 r.
(fragmenty)

Rząd robotniczy i chłopski, stworzony przez rewolucję 24-25 października(7-8 listopada wg obecnego kalendarza – przyp autora) i opierający się na radach delegatów robotniczych, żołnierskich i chłopskich proponuje wszystkim wojującym narodom i ich rządom niezwłocznie rozpocząć rokowania o sprawiedliwy pokój demokratyczny.
Za pokój sprawiedliwy i demokratyczny, którego pragnie przytłaczająca większość wyczerpanych, znękanych i zmaltretowanych przez wojnę robotników i klas pracujących wszystkich krajów wojujących – rząd uważa niezwłoczny pokój bez aneksji (tj. bez zaboru obcych ziem bez przyłączenia przemocą obcych narodowości) i bez kontrybucji.
Rząd Rosji proponuje wszystkim narodom wojującym niezwłoczne zawarcie takiego pokoju i wyraża zarazem gotowość poczynienia natychmiast, bez najmniejszej zwłoki, wszystkich decydujących kroków, aż do zatwierdzenia wszystkich warunków takiego pokoju przez pełnomocne zgromadzenie przedstawicieli ludu wszystkich krajów i wszystkich narodów.
Przez aneksję, czyli zabór obcych ziem, rząd – zgodnie ze świadomością prawną właściwą demokracji w ogóle, a klasom pracującym w szczególności – rozumie wszelkie przyłączenie do wielkiego lub silnego państwa małej lub słabej narodowości bez ściśle, wyraźnie i dobrowolnie wyrażonej zgody i chęci tej narodowości, niezależnie od tego, kiedy to przyłączenie przemocą zostało dokonane, jak również niezależnie od tego, jak dalece rozwinięty lub zacofany jest naród przemocą przyłączony lub przemocą utrzymywany w granicach danego państwa. Niezależnie od tego wreszcie, czy naród ten żyje w Europie, czy też w odległych krajach zaoceanicznych (…)
Jeżeli jakikolwiek naród jest utrzymywany w granicach danego państwa przemocą, jeżeli wbrew wyrażonemu przezeń życzeniu – niezależnie od tego, czy życzenie to znalazło wyraz w prasie, na zgromadzeniach ludowych, na uchwałach partyj, czy też w buntach i powstaniach przeciw uciskowi narodowemu – nie udziela mu się prawa, by w swobodnym głosowaniu, po całkowitym wycofaniu wojsk narodu przyłączającego lub w ogóle silniejszego, bez najmniejszego przymusu rozstrzygnął kwestię form swego bytu państwowego – to jego przyłączenie jest aneksja, tj. zaborem i aktem przemocy.
Jednocześnie rząd oświadcza, że bynajmniej nie uważa wymienionych warunków pokoju za ultymatywne, tzn. zgadza się na rozpatrzenie również wszelkich innych warunków pokoju, nalegając jedynie (…) na to, by były całkowicie jasne, by bezwzględnie wykluczały jakąkolwiek dwuznaczność i jakakolwiek tajemnicę przy proponowaniu warunków pokoju.
Rząd znosi tajną dyplomację, wyrażając ze swej strony stanowczy zamiar prowadzenia wszystkich rokowań zupełnie jawnie wobec całego,narodu i przystępując niezwłocznie do ogłoszenia w całości tajnych traktatów, uznanych lub zawartych przez rząd obszarników i kapitalistów i kapitalistów w okresie od lutego do 25 października 1917 r. Całą treść tych traktatów, o ile miała ona na celu, jak to było w większości przypadków, zapewnienie korzyści i przywilejów rosyjskim obszarnikom i kapitalistom, utrzymanie lub powiększenie aneksji Wielkorusów – rząd ogłasza za bezwarunkowo i niezwłocznie anulowaną (…)
Rząd proponuje wszystkim rządom i narodom wszystkich krajów wojujących niezwłoczne zawieszenie broni (…) Odrzucamy wszystkie punkty dotyczące grabieży i przemocy, lecz chętnie przyjmiemy wszystkie punkty, w których zawarte są warunki stosunków dobrosąsiedzkich i porozumienia gospodarcze, tych punktów odrzucać nie możemy (…) Nasze wezwanie roześlemy wszędzie, będzie ono znane wszystkim. Nie będzie można ukryć warunków wysuniętych przez nasz rząd robotniczo–chłopski (…) My mamy inne pojecie o sile. W naszym pojęciu państwo jest silne świadomością mas. Państwo jest silne wówczas, kiedy masy o wszystkim wiedzą o wszystkim mogą wydać sąd i wszystko czynią świadomie. Nie mamy żadnego powodu, by obawiać się powiedzieć prawdę o znużeniu, albowiem jakie państwo obecnie nie jest znużone i jaki naród nie mówi o tym otwarcie?

Rzadko bywa tak aby myśl ludzka realizowała się od razu. Wojna światowa trwała jeszcze cały rok, ale ponad dwadzieścia lat później rozpoczęła się na nowo. Zakończyła się w roku 1945. Chociaż od tego czasu w różnych punktach kuli ziemskiej wybuchają co rusz nowe konflikty zbrojne, to mimo wszystko zwiększają się coraz bardziej szanse na zbudowanie świata, w którym zwaśnione strony będą potrafiły się ze sobą porozumieć na zasadach określonych przez Lenina w „Dekrecie o pokoju”. Wskazuje na to chociażby fakt, że od połowy XX wieku poziom przemocy na świecie systematycznie maleje. Według danych „Human Security Brief 2006” liczba poległych w konfliktach międzypaństwowych spadła z ponad 65 tysięcy rocznie w latach 50 – tych ubiegłego wieku do niecałych 2 tysięcy w obecnym dziesięcioleciu ( Stevern Pinker, „Żegnaj przemocy”, „GW”, 7 lipca 2007 r.).
Niemal całkowicie spełnił się zawarty w „Dekrecie o pokoju” postulat likwidacji kolonializmu. Przed Rewolucją Październikową aż 72 proc. powierzchni świata, zamieszkałe przez 69 proc. ludności, podlegało władzy kolonizatorów. Począwszy od wielkich odkryć geograficznych XV i XVI wieku większość państw Europy Zachodniej rozwijała się i bogaciła kosztem wyzysku kolonialnego. Państwa te bez skrupułów przez kilkaset lat rabowały i eksploatowały terytoria zamorskie kilka a nawet kilkadziesiąt razy większe od siebie. W podziale świata uczestniczyła także Rosja carska. Władała nie tylko uzyskanymi w drodze aktów rozbiorowych ziemiami dawnego państwa polskiego, ale także podboju Finlandii, części Bałkanów i Turcji oraz niezmierzonych obszarów Azji Środkowej i Północnej. Imperializm rosyjski za ostatnich carów rozszerzył się także na Mandżurię i częściowo na Chiny.
Bezpośrednio pod wpływem rewolucji październikowej rozpoczął się proces wyzwalania się wielu narodów spod zależności kolonialnej. Fala rewolucyjna ogarnęła Chiny, Indie, Turcję, Indonezję, Koreę, państwa arabskie oraz inne kraje Wschodu /94/. Wszystkie ówczesne i późniejsze sukcesy narodów Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej i Oceanii nie mogłyby zostać osiągnięte bez powstania pierwszego państwa, a później – całego systemu socjalistycznego/94/. Tak czy inaczej od czasu rewolucji październikowej radykalnie zmieniła się polityczna mapa świata. Proces dekolonizacji nabrał szczególnie szybkiego tempa w okresie lat 1956 – 1976. Powstało wówczas 67 nowych państw. Za koniec epoki kolonializmu uznaje się rozpad ostatniego klasycznego imperium jakim była do połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku Portugalia. Wówczas to tylko niecały1 proc. powierzchni ziemi z 0,5 proc. ludności świata, pozostał w zależności kolonialnej.
Twierdzeniu, że mocarstwa kapitalistyczne dobrowolnie zrezygnowały z kontynuowania polityki kolonialnej przeczy między innymi fakt, że tak długo jak było to możliwe eksploatowały zależne od siebie kraje. Jeszcze po II wojnie światowej istniały wielkie imperia kolonialne: brytyjskie (33mln km²), francuskie(10mln km²) oraz holenderskie, belgijskie i portugalskie( każde po około 10mln km²). Zdaniem profesora Włodzimierza Bojarskiego zmiana nastąpiła pod wpływem idei wolnościowych ostatniej wojny światowej oraz zaangażowania kolonii w wojnie po stronie państw kolonialnych.
Trudno zaprzeczyć, że podstawowym źródłem tych idei był wyjątkowo pozytywny obraz Związku Radzieckiego jako głównej siły w walce z zagrożeniem faszystowskim. Po zakończeniu wojny komunizm w miarę upływu czasu stawał się coraz mniej modny. Politycy zachodni starali się go wszelkimi sposobami zatrzymać. Zdawali sobie jednak sprawę z jego atrakcyjności. Prezydent Stanów Zjednoczonych Harry Truman wyraził to następnymi słowy: „ Komunizm pojawia się wszędzie tam, gdzie jest nędza i brak nadziei. Dlatego musimy utrzymać nadzieje przy życiu”.

Lech Fabjańczyk

Walka o władzę robotniczą

Magda Ostrowska
1978-2017

19 czerwca mija druga rocznica przedwczesnej śmierci Magdy Ostrowskiej, publicystki „Dziennika Trybuna”, a wcześniej „Trybuny”, „Rewolucji”, „Lewą nogą” i innych tytułów. Magda pojmowała swoją pracę dziennikarską jako misję, formę aktywizmu politycznego i społecznego. Takich tematów dotyczyły przede wszystkim jej teksty ukazujące się w naszej gazecie. Ale pasjonowały ją także kwestie teoretyczne i historyczne – związane z ruchem robotniczym i rewolucyjnym. Przygotowywała rozprawę doktorską poświęconą kryzysowi współczesnej demokracji. Przypominamy jej tekst należący właśnie do tej kategorii. Jest to skrót jej opracowania na temat rad robotniczych i innych form samoorganizacji politycznej klasy pracującej, który ukazał się pod tym samym tytułem w 4. numerze półrocznika „Rewolucja” w 2006 roku. Pełną jego wersję można znaleźć na stronie internetowej Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa: www.iwkip.org.

Karol Marks, analizując wydarzenia 1848 r., doszedł do ogromnie ważnego wniosku teoretycznego i programowego – stwierdził, że w przypadku rewolucji proletariat nie może jedynie przejąć w swoje ręce biurokratycznego (zarówno cywilnego, jak i policyjno-wojskowego) aparatu państwowego stworzonego przez burżuazję, lecz musi go rozbić i na jego gruzach zbudować nowy aparat, oparty na zupełnie innych zasadach.

Taki nowy ustrój nie mógł być opracowany przez kilku panów z elity, zapisany przez nich w konstytucji i podarowany ludowi, aby teraz lud „rządził się sam”. Mógł się wyłonić i ukształtować tylko w walce z uciskiem i wyzyskiem, na podstawie praktycznego doświadczenia samych mas, jako uwieńczenie wielokrotnych prób tworzenia nowych, oddolnych organów demokracji robotniczej, walki klasowej i walki o władzę robotniczą, „które miały się pojawiać w każdej prawdziwej rewolucji na przestrzeni XIX i XX stulecia. Za każdym razem, gdy do tego dochodziło, powstawały one jako spontaniczne organa ludu, nie tylko poza wszystkimi partiami rewolucyjnymi, ale zgoła nieoczekiwanie dla nich i dla ich przywódców”, pisze Hannah Arendt. Nagłe powstawanie i szerzenie się takich nowych organów stanowi prawidłowość wszelkich oddolnych rewolucji proletariackich, a zarazem „rzeczywiście ludowych”. Arendt tylko częściowo ma rację twierdząc, że co prawda Marks i Lenin doskonale zdawali sobie sprawę z rewolucyjnej roli komun i rad, ale nigdy nie myśleli o tych organach „jako o ewentualnych zalążkach nowego ustroju, lecz uważali je wyłącznie za narzędzia, które okażą się zbędne, gdy rewolucja dobiegnie końca. Teraz natomiast stanęli w obliczu organów ludowych – komun, rad, Räte, sowietów – które najwyraźniej zamierzały przetrwać rewolucję”. Przecież z doświadczenia Komuny Paryskiej Marks od razu wyciągnął niezmiernie ważne wnioski – ustalił na jego podstawie pewne zasady ustrojowe państwa robotniczego, a gdy po wybuchu Rewolucji Lutowej rady delegatów robotniczych po raz drugi powstały w Rosji, Lenin dostrzegł w nich podstawowe organy przyszłego państwa robotniczego. Natomiast jest faktem, że Lenin nie dostrzegł takich organów w komitetach fabrycznych, o których niżej będzie tu mowa, i w tej sprawie popełnił błąd.
„Nie wdając się w żadne utopie, Marks oczekiwał od doświadczenia ruchu masowego odpowiedzi na pytanie, jakie konkretne formy zacznie przybierać ta organizacja proletariatu jako klasy panującej, w jaki mianowicie sposób organizacja ta zostanie połączona z najpełniejszym i najbardziej konsekwentnym «wywalczeniem demokracji».” W oczach Marksa takim doświadczeniem przynoszącym pierwsze odpowiedzi na pytania, na które nie mógł on dać odpowiedzi jako teoretyk, stała się Komuna Paryska. Marks dostrzegł w niej, mówiąc słowami Lenina, olbrzymiej wagi doświadczenie dziejowe, pewien krok praktyczny, o wiele ważniejszy niż setki programów i rozważań teoretycznych: pierwszy w historii wyraźny przejaw dążenia proletariatu do demokracji robotniczej i samorządnej władzy robotniczej, jednym słowem pierwszą dyktaturę proletariatu.
Od 1917 r. Lenin wskazywał właśnie na Komunę Paryską jako na pierwowzór rad delegatów robotniczych, które powstały podczas rewolucji 1905 r. i odrodziły się po Rewolucji Lutowej 1917 r., czyli zupełnie nowy typ władzy, którą robotnicy mieli wprowadzić oddolnie po rewolucyjnym zburzeniu biurokratycznego aparatu państwa burżuazyjnego. W marcu 1917 r. pisał, iż „instynkt klasowy robotników pozwolił im zrozumieć, że w czasach rewolucyjnych jest im potrzebna zupełnie inna, nie tylko zwykła organizacja; słusznie wkroczyli oni na drogę wskazaną przez doświadczenie naszej rewolucji 1905 r. oraz Komuny Paryskiej 1871 r.; stworzyli Radę Delegatów Robotniczych, zaczęli ją rozwijać, rozszerzać i wzmacniać.” Stwierdzał, że „krocząc drogą wskazaną przez doświadczenie Komuny Paryskiej 1981 r. i rewolucji rosyjskiej 1905 r., proletariat powinien zorganizować i uzbroić wszystkie najuboższe, wyzyskiwane części ludności, aby one same bezpośrednio wzięły w swe ręce organy władzy państwowej, same stały się instytucjami tej władzy”. Znaczenie rad delegatów nie polegało więc na tym, że oto robotnicy wywalczyli sobie w ten sposób jedynie możliwość zabierania głosu czy decydowania za pośrednictwem swoich wybranych demokratycznie przedstawicieli, lecz na tym, że wprowadzona przez nich demokracja rad miała zastąpić demokrację parlamentarną. Choć historia uczy, że niczego nas nie nauczyła, ma ona walor uniwersalny, bowiem w ciągu następnych stu lat – tak jest, do dzisiaj – robotnicy wielokrotnie, w różnych okresach i w wielu różnych krajach tworzyli takie same lub podobne organy i mechanizmy, jakie w praktyce wypracowali robotnicy rosyjscy w 1905 r. i wcześniej paryscy komunardzi. Z całą pewnością będziemy świadkami ich tworzenia w skali masowej również w bieżącym stuleciu, gdyż jest to zjawisko charakterystyczne dla przełomowych momentów w walkach klasowych, dla sytuacji przedrewolucyjnych i bezpośrednio rewolucyjnych. Na ogół robotnicy tworzą je nieświadomi innych politycznych doświadczeń, bez programu politycznego czy planu, nie pod wpływem propagandy i agitacji partii politycznych – choć taka propaganda i agitacja jest nieoceniona – lecz powodowani swoimi własnymi doświadczeniami, interesami i dążeniami. Arendt bardzo słusznie zauważyła, że „to właśnie brak ciągłości, tradycji i zorganizowanego wpływu czyni identyczność tego zjawiska tak bardzo uderzającą. Najważniejszą spośród cech wspólnych wszystkim radom jest oczywiście spontaniczność ich pojawiania się.” Innymi słowy, stanowią one naturalny twór klasy robotniczej, ilekroć natura tej klasy przejawia się w niezależnej działalności politycznej i materializuje się w samoorganizacji.
Rady delegatów robotniczych nie są jedynymi takimi klasycznymi organami.
Komitety fabryczne – od kontroli nad produkcją do samorządności robotniczej
W latach pierwszej wojny światowej i w pierwszych latach powojennych, w toku walk klasowych pojawiły się również inne organy walki. Po wybuchu wojny, zapoczątkował je w 1914 r. antywojenny ruch „rewolucyjnych mężów zaufania” (delegatów oddziałowych ) w fabrykach Berlina oraz w 1915 r. ruch delegatów oddziałowych, którzy utworzyli miejski Komitet Robotniczy, w fabrykach Glasgow. To właśnie na gruncie instytucji delegatów oddziałowych, w Rosji zaraz po Rewolucji Lutowej powstały komitety fabryczne i zakładowe, które działały obok rad delegatów robotniczych. W Niemczech w kwietniu 1917 r., a więc niemal jednocześnie, powstały takie same organy, które tam nazywały się radami zakładowymi. W 1919 r. identyczne organy, zwane radami fabrycznymi, powstały we włoskim mieście Turynie. Wszędzie inicjatywa ich tworzenia wychodziła od robotników przemysłu metalowego i mechanicznego, w którym najmocniej się zakorzeniły. W innych krajach w owych latach lub w czasach późniejszych nazywały się również komitetami i radami robotniczymi (pracowniczymi). W odróżnieniu od rad delegatów robotniczych, które mają charakter terytorialny, te organy działają w przedsiębiorstwach. Albo tworzą je obieralni delegaci oddziałowi, albo są wybierane jako takie na walnych zgromadzeniach załóg czy w specjalnie przeprowadzanych w tym celu wyborach większościowych, w których głosuje się na poszczególnych kandydatów, względnie wyborach proporcjonalnych, w których głosuje się na listy kandydatów wystawiane przez organizacje związkowe, partie polityczne i inne (formalne i nieformalne, trwałe i tworzące się ad hoc) ugrupowania. Właśnie głosowanie na listy było sposobem powoływania komitetów fabrycznych w Rosji w 1917 r., gdy ustabilizowały się zasady ich obierania i działania. Z reguły organy te mają oparcie w walnych zgromadzeniach (oddziałowych lub zakładowych) załóg. Ich naturalną tendencją jest walka o kontrolę robotniczą nad procesami pracy i procesami produkcji oraz nad działalnością przedsiębiorstw, przerastająca w walkę o samorządność robotniczą – władzę robotniczą – na tym szczeblu.
Niezwykle znamiennym faktem historycznym jest to, że już 13 marca 1917 r., zaledwie w trzy tygodnie po wybuchu rewolucji, przedstawiciele komitetów fabrycznych jednego z najbardziej skoncentrowanych, klasowo świadomych i rewolucyjnych sektorów proletariatu piotrogrodzkiego – dziesięciu zakładów przemysłu metalowego podległych rządowemu wydziałowi artylerii i zatrudniających 53 tysiące robotników – określili zarówno cel, który stawiały sobie te komitety, jak i pierwsze kroki, które do niego miały prowadzić. „Określili cel nowego ładu fabrycznego jako «samorządność robotniczą na możliwie jak najszerszą skalę», a funkcje komitetów sprecyzowali jako «obronę interesów robotników przed administracją fabryczną i kontrolę nad jej działalnością».” W ciągu tygodni poprzedzających Rewolucję Październikową coraz liczniejsze komitety fabryczne przechodziły już od kontroli robotniczej do walki o samorządność robotniczą.
Najwybitniejsza dotychczas praca historyczna poświęcona komitetom fabrycznym i sprawowanej przez nie kontroli robotniczej nad produkcją, a mianowicie praca Steve’a A. Smitha, Czerwony Piotrogród: Rewolucja w fabrykach 1917-1918, rzuca zupełnie nowe światło na rolę tych komitetów. Smith dowiódł niezbicie, że w rewolucji 1917 r. piotrogrodzkie komitety fabryczne nie tylko odegrały dużo większą rolę, niż zwykło się im przypisywać, ale że odegrały większą rolę niż rady delegatów robotniczych. To komitety fabryczne były głównymi organami, w których materializował się rozwój świadomości klasowej i rewolucyjnej proletariatu, to one stały się głównymi złączami proletariatu i partii bolszewickiej, najsolidniejszymi punktami oparcia tej partii w łonie proletariatu, to one kilka miesięcy przed radami delegatów stały się potencjalnymi organami powstania zbrojnego. Socjaliści-rewolucjoniści i mienszewicy sprzeciwiali się kontroli robotniczej i głosili, że tylko scentralizowana, planowa regulacja gospodarki może ją uratować przez niszczycielskimi i rozkładowymi skutkami wojny.
Spośród wszystkich organów ruchu robotniczego (oczywiście poza partią bolszewicką, a ściślej nurtem w tej partii kierowanym przez Lenina i Trockiego) to komitety fabryczne były najpotężniejszym motorem rewolucji permanentnej – wywłaszczenia kapitalistów i nacjonalizacji podstawowych środków produkcji, a więc przerośnięcia rewolucji burżuazyjno-demokratycznej w socjalistyczną.. To one wreszcie w praktyce postawiły kwestię władzy robotniczej w przedsiębiorstwach jako podstawy władzy robotniczej w państwie oraz kwestię przeobrażeń procesów pracy i produkcji ukształtowanych przez kapitalizm i kluczowego znaczenia samodzielnej działalności klasy robotniczej w przeobrażeniach w tej dziedzinie. Tak, jak Lenin i Trocki zrozumieli ustrojowe znaczenie rad delegatów robotniczych dla państwa robotniczego dopiero podczas rewolucji 1917 r., a nie podczas rewolucji 1905 r., gdy rady te powstały po raz pierwszy, tak też, jak wykazuje Smith, podczas rewolucji 1917 r. przywódcy bolszewiccy nie zrozumieli ustrojowego znaczenia komitetów fabrycznych. To niezrozumienie w połączeniu z katastrofalną sytuacją, w której znajdowała się gospodarka rosyjska, a zwłaszcza przemysł, w chwili wybuchu Rewolucji Październikowej i w rezultacie koniecznością ratowania śmiertelnie zagrożonych sił wytwórczych przed zapaścią, rozkładem i rozpadem poprzez wprowadzenie daleko idącej centralizacji władzy ekonomicznej w rękach aparatu państwowego, miało fatalne skutki. Sprawiło, że komitety fabryczne, zamiast stać się organami oddolnej, samorządnej władzy robotniczej w państwie robotniczym, zostały wcielone do organizacji związkowych i obumarły.
W oczach Lenina przeobrażenie kapitalistycznych stosunków produkcji można było osiągnąć na centralnym szczeblu państwowym, a nie na szczeblu przedsiębiorstw. Postęp w kierunku socjalizmu zapewniał charakter państwa i osiągało się go poprzez politykę prowadzoną przez państwo na szczeblu centralnym, a nie poprzez określony stopień władzy sprawowanej przez robotników na szczeblu zakładowym. Gdy galopujący chaos zalewał gospodarkę, autonomia robotnicza znikała jako wątek dyskursu Lenina i coraz większy nacisk kładł on na potrzebę ścisłej dyscypliny i centralizmu. Od marca 1918 r. zaczął apelować o restaurację jednoosobowego kierownictwa w fabrykach.”
Rady na świecie
Podczas pierwszej fali rewolucji niemieckiej, od listopada 1918 do stycznia 1919 r., obok rad zakładowych powstały rady delegatów robotniczych, ale nie przeżyły tej pierwszej fali. O ówczesnej klęsce rewolucji proletariackiej w Niemczech przesądziło jednak coś innego: to, że młoda, słabo zakorzeniona w klasie robotniczej partia komunistyczna nie potrafiła oprzeć się na ruchu „rewolucyjnych mężów zaufania”, a więc na stojących za nimi radach zakładowych. Innymi słowy, przesądziło to, że dla spartakusowców rady zakładowe nie stały się takim samym złączem z proletariatem, jakim dla bolszewików stały się komitety fabryczne. Przez prawie pięć następnych lat rady zakładowe pozostawały potencjalnymi organami proletariackiego powstania zbrojnego.
W Niemczech, wskazywał Trocki, tylko rady zakładowe, a nie rady delegatów mogły naturalnie podprowadzić masy do powstania zbrojnego. Tak samo było we Włoszech, gdzie rady delegatów w ogóle nie powstały, podczas gdy rady fabryczne stanowiły kluczowy, najbardziej dynamiczny organ ogromnego zrywu robotniczego – okupacji fabryk przez ponad półmilionową rzeszę metalowców we wrześniu 1920 r. Węgierska Republika Rad, która powstała w wyniku pokojowego przejęcia władzy przez komunistów wespół z socjalistami, wbrew swojej nazwie, praktycznie nie opierała się na radach, które na Węgrzech nie rozwinęły się na większą skalę – głównie stanowiły pasy transmisyjne socjaldemokracji i biurokracji związkowej. Podobnie było w Austrii, gdzie w styczniu 1918 r. socjaldemokracja wyhamowała rozpoczynającą się rewolucję. Rady zakładowe, niemal całkowicie opanowane przez nią i związki zawodowe, którymi kierowała, stały się tam organami ruchu robotniczego ustawowo wyposażonymi w stosunkowo szerokie – z zarazem ogromnie ograniczone przez utrzymanie tajemnicy handlowej – uprawnienia w sferze kontroli robotniczej w przedsiębiorstwach, ale nie odegrały żadnej roli rewolucyjnej.
Rad nie stworzyła rewolucja chińska, choć w latach 1928-1934 w „rejonach radzieckich” utworzonych przez Chińską Robotniczo-Chłopską Armię Czerwoną komuniści proklamowali Republikę Rad. Faktycznymi organami władzy, w istocie sprawowanej przez aparat partyjny, a często zamiast niego przez aparat wojskowy, były tylko prezydia biur komitetów wykonawczych rad delegatów robotniczych, chłopskich i żołnierskich, które na ogół istniały jedynie na papierze. Wynikało to nie tylko z tego, że Komunistyczna Partia Chin podlegała biurokratyzacji stymulowanej przez import praktyk stalinowskich, ale również z tego, że „rejony radzieckie” leżały na głęboko niedorozwiniętych obszarach, na których klasa robotnicza była bardzo nieliczna,
W rewolucji hiszpańskiej 1936-1937 r. organami władzy robotniczej nie były rady, które się nie ukształtowały, lecz rozmaite komitety związkowe, międzyzwiązkowe i inne, na ogół nie pochodzące z wyboru, oraz milicje, w tym Komitet Centralny Milicji Antyfaszystowskich Katalonii.
W latach drugiej wojny światowej, podczas wojny narodowo-wyzwoleńczej i rewolucji socjalistycznej w Jugosławii, charakter rad miała przynajmniej część terenowych komitetów wyzwolenia narodowego na rozległych obszarach opanowanych przez Armię Ludowo-Wyzwoleńczą i Oddziały Partyzanckie. Podobnie było na wielu obszarach Grecji wyzwolonych przez partyzantów z Ludowej Armii Wyzwolenia Narodowego. Nazajutrz po powstaniu sierpniowym 1944 r. w Paryżu, paryskie komitety fabryczne przejęły zarządzanie wieloma fabrykami.
Podczas rewolucji sierpniowej 1945 r. zalążkowe rady ustanowiły na wielką skalę kontrolę nad środkami produkcji, aby zapewnić ich przejście z rąk okupantów japońskich w ręce Indonezji, która właśnie proklamowała niepodległość. Dokładnie w tym samym czasie to samo uczyniły zalążki rad w zagłębiu węglowym w północnym Wietnamie. Zaraz po wojnie rady zakładowe jako niezależne, oddolne organy robotnicze pojawiły się w Polsce, Niemczech Wschodnich, a także innych krajach tworzącego się wówczas bloku radzieckiego.
Po zerwaniu ze Stalinem, od 1950 r. w Jugosławii ukształtował się na 40 lat odmienny od państw bloku radzieckiego, oryginalny ustrój „socjalizmu samorządowego”, który kojarzył odgórną władzę biurokratyczną ze znacznym zakresem realnej oddolnej władzy rad robotniczych w przedsiębiorstwach. W innych biurokratycznie zdeformowanych państwach robotniczych, przypływy fali rewolucji antybiurokratycznych praktycznie za każdym razem i wszędzie cechowało tworzenie zakładowych rad robotniczych (pracowniczych): W 1956 r. ruch rad robotniczych stanowił największą zdobycz październikową polskiej klasy robotniczej, umocowaną w (bezprecedensowej poza Jugosławią) ustawie, która stanowiła, że „rada robotnicza zarządza w imieniu załogi przedsiębiorstwem będącym własnością ogólnonarodową”. Tę zdobycz stopniowo demontowano w następnych latach, w procesie „normalizacji” reżimu biurokratycznego. W tym samym czasie, podczas powstania węgierskiego, rady robotnicze wraz z Centralną Radę Robotniczą Wielkiego Budapesztu i podobnymi centralnymi radami w innych ośrodkach przemysłowych zaczęły ustanawiać władzę robotniczą, a następnie, gdy Kreml przystąpił do zgniecenia powstania, stały się organami oporu węgierskiej klasy robotniczej wobec radzieckiej interwencji wojskowej i restauracji władzy biurokratycznej. W Czechosłowacji – głównie w Czechach – rady pracownicze, zainicjowane przez załogi zakładów wielkoprzemysłowych, rozkwitły już za okupacji wojskowej państw Układu Warszawskiego, podczas Praskiej Wiosny robotniczej, która przypadła na jesień 1968 r., i wiosną 1969 r. rozdeptała je „normalizacja”. Jak to było już w zwyczaju rządzących biurokracji w Polsce i na Węgrzech, również tam oskarżono rady o to, że stanowią „anarchosyndykalistyczną formę przejścia do likwidacji własności ogólnospołecznej” – że rzekomo dążą do zastąpienia jej własnością załogową (grupową) jako formą własności prywatnej. W Chinach podczas tzw. „rewolucji kulturalnej” na stosunkowo dużą skalę rozwinęły się, a nawet sprawowały w terenie władzę rozmaite organy antybiurokratycznych ruchów robotniczych i masowych, które powoływały się na opisane przez Marksa zasady Komuny Paryskiej jako na wzór ustroju socjalistycznego. W 1981 r. w Polsce walka o samorządność pracowniczą, prowadzona przez rady pracownicze, które powstały w około 20 proc. przedsiębiorstw – głównie w największych zakładach przemysłowych – przy wsparciu nurtów samorządowych NSZZ „Solidarność”, stała się najbardziej zapalnym punktem spornym między „Solidarnością” a władzą biurokratyczną, a zarazem silnym czynnikiem polaryzacji w łonie samego niezależnego ruchu związkowego. I Krajowy Zjazd Delegatów „Solidarności” uznał przedsiębiorstwo społeczne zarządzane przez radę pracowniczą za podstawową formę własności, a samorządność pracowniczą za podstawę ustrojową Samorządnej Rzeczypospolitej.
Rady robotnicze i podobne organy ruchu robotniczego były również ważnymi aktorami sytuacji przedrewolucyjnych i kryzysów rewolucyjnych w różnych krajach słabo rozwiniętych na kolonialnych i zależnych peryferiach światowego systemu kapitalistycznego. W sytuacji dwuwładztwa, która powstała po rewolucji 1952 r. w Boliwii, Boliwijska Centrala Robotnicza (COB) samookreśliła się jako „scentralizowany system rad rewolucyjnych”, wzorowany na Komunie Paryskiej, lecz było to bardziej ideologicznym wyznaniem wiary niż faktem. Podobnie jak to było w Hiszpanii, w ślad za wiodącymi w tej rewolucji górnikami masy uczyniły swoimi organami władzy organizacje związkowe i milicje, ale w przeciwieństwie do rewolucji hiszpańskiej, w rewolucji boliwijskiej były one zintegrowane w jednej potężnej centrali robotniczej, która jako całość stanowiła organ dwuwładztwa. Po wojnie wyzwoleńczej narodu algierskiego, w latach 1963-1965, rady robotnicze odegrały ważną rolę w zarządzaniu przedsiębiorstwami rolnymi i przemysłowymi „socjalistycznego sektora” gospodarki niepodległej Algierii. Za rządów Jedności Ludowej w Chile, w latach 1972-1973, organami walki o władzę robotniczą stały się sieci ludowego zaopatrzenia bezpośredniego, organizacje związkowe „kordonów przemysłowych” i gminne komitety pracujących, które stanowiły zalążki terenowych rad delegatów. Rola rad robotniczych, zwłaszcza w strajku robotników przemysłu naftowego, który w ogromnej mierze przyczynił się do obalenia szacha i podczas którego rady te przejęły kontrolę nad produkcją, rafinacją i dystrybucją ropy, to jeden z niemal nieznanych, choć najważniejszych aspektów rewolucji 1979 r. w Iranie.
Fala antykapitalistycznych ruchów masowych, która od końca lat sześćdziesiątych przeszła przez Europę Zachodnią, przyniosła we Włoszech rozległy, dynamiczny ruch delegatów oddziałowych i rad fabrycznych. Tak, jak w 1919 r., zapoczątkowała go załoga Fiata w Turynie i rozwijał się przez 11 lat, aż do zakończonego wielką klęską strajku załóg Fiata we wrześniu 1980 r. Był to, jak dotychczas, ostatni wielki ruch rad w wysoko rozwiniętych krajach kapitalistycznych.
W ostatnich latach w Argentynie i innych krajach latynoamerykańskich ruchy załóg „odzyskanych fabryk”, tzn. bankrutujących, a przejmowanych i zarządzanych przez załogi zakładów przemysłowych, takich, jak jedne z największych a Ameryce Łacińskiej zakładów ceramicznych Zanón w Neuquén czy jak zakłady włókiennicze Brukmana w Buenos Aires, oraz, w łonie „rewolucji boliwariańskiej” w Wenezueli, ruchy na rzecz „rewolucyjnego współzarządzania” robotniczego w przedsiębiorstwach sektora państwowego zwiastują nowe pola walk klasowych, na których zapewne odrodzą się komitety fabryczne i rady delegatów robotniczych.
Prędzej czy później, wszędzie na porządku dziennym stanie stare hasło: „Cała władza w ręce rad!”