Wymusił karnego na Wembley

W minioną sobotę nad ranem wieku 76 lat zmarł Martin Peters, 67-krotny reprezentant Anglii, mistrz świata z 1966 roku. Jego karierę w ekipie „Synów Albionu” zakończyły w 1973 roku przegrane eliminacje do MŚ 1974. Anglicy przegrali wtedy z Polską 0:2 w Chorzowie, a u siebie na Wembley zremisowali 1:1.

Dla urodzonego 8 listopada 1943 roku Martina Petersa zakończony niepowodzeniem mecz z Polską na Wembley był nie tylko klęską zespołu, lecz także osobistym sportowym dramatem. Miał już wtedy 30 lat, dwa występy w mistrzostwach świata, w tym jeden, w 1966 roku zakończony zdobyciem światowego czempionatu. Dla Petersa i innych graczy angielskiej kadry z jego pokolenia występ na turnieju w RFN w 1974 roku miał być pożegnaniem. Nie docenili jednak zupełnie im wtedy nieznanych piłkarzy z Polski. W Chorzowie przegrali 0:2, po golu przypisanym Robertowi Gadosze oraz strzelonym przez Włodzimierza Lubańskiego, którego szybkości nie docenił kapitan zespołu Anglii Bobby Moore. Legendarny stoper, także mistrz świata z 1966 roku, zapłacił za swój błąd utratą wiodącej roli w reprezentacji. W rewanżowym spotkaniu z Polakami na Wembley już nie zagrał, a opaskę kapitana selekcjoner ekipy „Synów Albionu” Alf Ramsey powierzył właśnie Petersowi.

Najsłynniejszy angielski trener wysoko cenił piłkarskie umiejętności Petersa. Dostrzegł jego talent już w pierwszej połowie lat 60. ubiegłego wieku, gdy zaczął robić karierę w zespole West Hamu United. Zadebiutował w barwach tego zespołu jako 19-latek w 1962 roku i w kolejnych sezonach stawał się coraz bardziej znaczącym graczem „Młotów”. Zanim odszedł z tego klubu w 1970 roku do Tottenhamu za rekordową wówczas kwotę 200 tys. funtów, rozegrał w nim w sumie ponad trzysta meczów i strzelił 81 goli. Dzisiaj wciąż zaliczany jest do największych legend West Hamu, którego bramkarzem jest obecnie Łukasz Fabiański.
Ramsey włączył Petersa do swojej mistrzowskiej ekipy niemal w ostatnim momencie. 23-letni skrzydłowy zadebiutował w reprezentacji Anglii w maju 1966 roku przeciwko Jugosławii (2:0), a już w drugim meczu towarzyskim z Finladia zaliczył pierwsze trafienie. W pierwszym spotkaniu rozgrywanych na Wyspach Brytyjskich MŚ 1966, z Urugwajem (0:0), Peters był jednak tylko rezerwowym. Ale już w drugim meczu mistrzostw, z Meksykiem (2:0), pojawił się na boisku, podobnie jak w ostatniej potyczce grupowej z Francją (2:0), a następnie w ćwierćfinałowym meczu przeciwko Argentynie (1;0), w półfinałowym z Portugalia (2:1) i wreszcie w wielkim finale z udziałem zespołu RFN, wygranym przez Anglików w kontrowersyjnych okolicznościach po dogrywce 4:2. Jedną z bramek w tym pamiętnym spotkaniu zdobył Martin Peters, który w drużynie narodowej będzie przez kolejne lata jednym z ulubionych graczy Ramseya i rozegra w sumie 67 meczów i zdobędzie 20 bramek.

W pamiętnym dla nas meczu na Wembley rozegranym 17 października 1973 roku Peters był nie tylko kapitanem zespołu, lecz także graczem, który oszwabił wszystkich przy rzucie karnym podyktowanym dla Anglików. Na bramkę zamienił go Allan Clarke i pewnie dlatego to on zapisał się lepiej w pamięci polskich kibiców, ale największą zasługę miał w zdobywaniu wyrównującego gola właśnie Peters. Legendarny skrzydłowy dopiero po wielu latach przyzna w swojej autobiografii „The Ghost Of ‚66”, że w starciu z Adamem Musiałem symulował faul i nabrał sędziego. Jak pamiętamy ostatecznie Jan Tomaszewski „zatrzymał Anglię” i to biało-czerwoni zagrali w MŚ 1974.

A Peters grał potem jeszcze długo w piłkę, chociaż już nie dostawał powołań do kadry Anglii. W 1975 roku odszedł z Tottenhamu do Norwich City, a na koniec kariery, którą zakończył w 1981 roku, występował jeszcze w Sheffield United. Próbował potem sił jako trener, lecz szybko zniechęcił się do tego zawodu i od 1984 roku aż do emerytury pracował jako agent ubezpieczeniowy. W 2016 roku zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera.

 

Boniek wszędzie chce być pierwszy

Fot. Nie wszystkim kalendarz PZPN w takiej wersji się podoba

 

 

PZPN przygotował specjalny kalendarz na swoje stulecie. Wydawnictwo nie wszystkim się jednak podoba, bo na okładce centralne miejsce zajmuje prezes Zbigniew Boniek.

 

Limitowany kalendarz dopiero od 10 grudnia ma znaleźć się w sprzedaży, ale sekretarz generalny PZPN Maciej Sawicki nie wytrzymał i wrzucił na Twittera zdjęcie pierwszej strony. No i z miejsca wywołał medialną burzę. Na okładce zamieszczono zdjęcia siedmiu wybitnych postaci polskiego futbolu: Włodzimierza Lubańskiego, Kazimierza Deyny, Gerarda Cieślika, Zbigniewa Bońka, Grzegorza Laty, Kazimierza Górskiego i Roberta Lewandowskiego.

Dlaczego tylko tych siedmiu – wie zapewne tylko artysta, który okładkę skomponował i być może zleceniodawca tego projektu. Skoro to jednak kalendarz nawiązujący do stulecia istnienia Polskiego Związku Piłki Nożnej, to zgrzytem jest pominięcie na jego najważniejszej stronie takich kolumnowych przed wojną postaci, jak Józef Kałuża, Wacław Kuchar i Ernest Wilimowski, czy bardziej współczesnych futbolowych gwiazd, jak Jan Tomaszewski, Józef Młynarczyk czy Jerzy Dudek. A skoro wśród piłkarzy znalazło się miejsce dla trenera Kazimierza Górskiego, nietaktem jest pominięcie Antoniego Piechniczka, który także doprowadził biało-czerwonych do trzeciego miejsca na mistrzostwach świata.

Kibiców i część dziennikarzy nie to jednak zbulwersowała najbardziej, tylko sposób ustawienia siedmiu wybranych postaci na okładce kalendarza, a szczególnie umieszczenie w centralnym punkcie prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. Dlaczego nie Kazimierz Górski? – pytają jedni. Dlaczego nie Kazimierz Deyna” – oburzają się inni. Odpowiedź jest prosta – bo ktoś wybrał Bońka i jego wybór jest tak samo zasadny, jak byłby w przypadku Górskiego czy Deyny. a może nawet bardziej, bo obecny prezes PZPN swoimi dokonaniami w profesjonalnym futbolu gasi każdego konkurenta do tytułu najważniejszej postaci stulecia naszej piłkarskiej federacji. Ten fakt nie jest jednak dla wszystkich taki bezsporny, a Boniek aż taki wielkoduszny nie jest, żeby usuwać się na bok komukolwiek, jeśli nie musi. Nie musi, a poza tym lubi być wszędzie pierwszy.