Pytania o przyszłość,

nie w pandemicznej rzeczywistości, a w polskiej, powyborczej perspektywie są przedwczesne bez rozważania przyczyn przegranej w dniu 12 lipca. Po to, aby nauka nie poszła w las.

Co prawda z tą wiedzą nabytą w okresie wyborów jest różnie – niektórzy politycy, nie tylko z Platformy Obywatelskiej, są przeciwni powyborczym rozliczeniom mając zapewne na uwadze utrzymanie jedności swoich partii, a wielu uważa, że we wrogich warunkach i przy matactwach wyborczych PiS porażka w rzeczywistości jest wielkim obywatelskim zwycięstwem, a wiec i w jakimś stopniu ich samych. Nadto kto lubi przyznawać się do błędów i wynikających z nich konsekwencji ?

Pierwsze opinie i oceny już mamy.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że PO wykazała się „totalną arogancją i nieumiejętnością konsolidowania opozycji… Nie przedstawiła Rafałowi żadnego spójnego programu… Jakby ktoś do Biedronia zadzwonił i normalnie, po ludzku powiedział: chodźcie się spotykamy, Władysław Kosiniak- Kamysz, Robert Biedroń, Szymon Hołownia, pogadajmy o tym, bo Polska jest najważniejsza… Ze sztabu PO dostawaliśmy takie sygnały: generalnie się nie wtrącajcie, dlatego że wasz elektorat i tak na Trzaskowskiego zagłosuje, a nam jest potrzebny elektorat np. Konfederacji bądź Hołowni.”

Piotr Pacewicz w OKO.press : „Trzaskowski nie miał programu z wizją Polski, ale dla wielu sam stał się tą wizją. I jakoś przekonywająco, mimo wszystkich wygibasów ideowych w stylu Platformy, która boi się własnego cienia, dał do zrozumienia, że chce Polski nowocześniejszej, bardziej otwartej, mniej nienawistnej, mocno samorządowej, Polski bez ostrej ideologicznej szajby. Sam chyba nabierał przekonania, że „mamy dość” odwróci losy kraju w końcu pierwszej ćwiartki XXI wieku.”

Kamil Durczok, pomimo swoich szczególnych kłopotów, celnie napisał w Onecie: „Kandydat opozycji poległ nie dlatego, że nie pokonał artylerii wymierzonej w niego przez PiS, rząd i medialne ramię partii, czyli TVP. O dziwo, z tym sobie znakomicie poradził. Nie wygrał, bo poza złością na PiS i nadzieją na zmianę nie zaproponował nic. A to, mimo całej wściekłości na drużynę Kaczyńskiego, za mało… Ludziom omamionym gusłami PiS nie zaoferował nic…jego oferta była słaba. A właściwie jej nie było”

Jeszcze należy koniecznie przywołać opinię Miłosza Wiatrowskiego o tym, że pora kończyć z obecnym modelem opozycji („GW”, 17.07.2020) i Jędrzeja Włodarczyka „Byt (nadal) określa świadomość” („Dziennik-Trybuna”, 17.07.2020). Oba teksty zasługują na pogłębioną lekturę.

Ewenementem

staje się wynik Trzaskowskiego – co wszyscy zgodnie podkreślają – osiągnięty bez polemicznej ostrości wypowiedzi i spójnego programu wyborczego, a jedynie z kilkoma oderwanymi od siebie zapowiedziami, nadto bez daleko idącego porozumienia z opozycyjnymi kandydatami i partiami. Dowodzi to co prawda, że 10 milionów Polaków ma dość urządzania swojego kraju przez Zjednoczoną Prawicę, ale również stanowi przyczyny porażki.

Rafał Trzaskowski w swojej kampanii powtórzył niejako wypromowane przez jednego z partyjnych geniuszy i obowiązujące przed wyborami czerwcowymi w 1989 roku hasło o niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej, sprzeczne w tego rodzaju rywalizacją. I jeżeli jeszcze można powyższe wyjaśniać zamiarem zyskania wyborców z innych partii i niezdecydowanych, to brak programu wyborczego woła o pomstę do nieba. Nadziwić się nie można niezborności sztabu wyborczego Trzaskowskiego i struktur PO lub KO, nie mówiąc już o różnych specach wyborczych, że nie potrafili stworzyć zwartej, skutecznej i przekonywującej narracji dla kandydata na prezydenta. Można oczywiście doszukiwać się różnych powodów, ale najważniejszym wydaje się trwała niemoc Platformy Obywatelskiej, która nie tylko z racji polityczno-ideowych tego ugrupowania, nie pozwala jej ogarnąć umysłowo materialnego położenia milionów obywateli tego kraju, oczekiwanego przez nich szacunku nawet gdy są inni oraz faktu, że na scenie politycznej znajdują się jeszcze alternatywne ugrupowania.

Było już wiadomo

po I turze wyborów, a i wcześniej nie stanowiło żadnej tajemnicy, że przekupstwo finansowe PiS przynosi oczekiwane poparcie. Można się na to obruszać i krytykować beneficjentów tych działań, ale warto jednak zrozumieć, co nie jest zbyt trudne, dlaczego te 500+, 13-ta emerytura i temu podobne są aż tak dla nich ważne, że nawet odpuszczają PiS-owi i kandydującemu Andrzejowi Dudzie szereg matactw, kłamstw i idiotyzmów. O tym powinni wiedzieć stratedzy Trzaskowskiego, tym bardziej, że doskonale znali przewidywania i szczegółowe analizy wyborcze, ale sprowadzili przebieg kampanii do jedynie słusznych skądinąd, ogólnych haseł.

Moja wnuczka,

jak wiele młodych dziewcząt i kobiet głosując na Trzaskowskiego, zawiedziona ostatecznym wynikiem, pytała mnie, dlaczego jego sztab wyborczy nie opracował programu adresowanego punktowo do określonych grup wyborców, dlaczego nie uwzględnił bądź zlekceważył materialną sytuację milionów, dlaczego…wiele jeszcze razy.

Natomiast Cezary Michalski przedstawiając receptę „Jak pozbawić władzy Kaczyńskiego” („Newsweek”, 13-19.07.2020) uważa: „Zamiast zapewniać, że nic, co dane przez PiS, nie będzie odebrane, demokraci i liberałowie muszą zaproponować Polsce własne 500+ – motywacyjne, wolnościowe, prorozwojowe, skupione na równości szans życiowego startu, a nie na równości żołądków. Demokratyczna opozycja ma w swoim programie wszystkie elementy takiego bonusu: stypendia dla dzieci z uboższych rodzin, pieniądze dla nauczycieli, obniżki podatków pomagające pracownikom i przedsiębiorcom. Jednak jej liderzy wciąż nie potrafią tego wypowiedzieć w postaci mocnego hasła.”

W tym kontekście paradoksem jest odwoływanie się Trzaskowskiego do tradycji Solidarności, która potrafiła jednak przedstawić swój program w 21 postulatach.

Odpowiedzialna polityka społeczna państwa

to niwelowanie różnic społecznych i wyrównywanie szans, adresowanie środków finansowych do grup i dziedzin działalności szczególnie ważnych, zagrożonych, ale również istotnych dla rozwoju kraju, także wsparcie najsłabszych. To nie mają być jakieś dawane z łaski bonusy, a naturalny wyraz odpowiedzialności państwa za swoich obywateli i dalszy jego rozwój.
Podkreślić jednocześnie należy, że jej istotnym elementem musi być egalitaryzm wyrażający się m. in. w progresywnym podatku dochodowym, tak zresztą znienawidzonym przez wielu liberałów, oraz kierowanie środków selektywnie do grup i dziedzin najbardziej zagrożonych. Również potrzebne jest tworzenie relacji pomiędzy pomocą państwa a odpowiedzialnością obywateli, stanowiąc realizacje wzajemnych zobowiązań i powinności.

Przykładowo będą to podatki wyższe dla lepiej zarabiających, 500+ i 13 emerytura uzależnione od sytuacji materialnej danej rodziny i wysokości otrzymywanych świadczeń, gdyż dla osób z wyższych finansowych półek służą dzisiaj jedynie do zakupu przysłowiowych wacików. I podobnie, pomoc finansowa medycznym rezydentom powinna jednocześnie zobowiązywać ich do wyznaczonego, obowiązkowego jej odpracowania w publicznej służbie zdrowia. Warto zresztą, poza proponowanymi stypendiami dla młodych z biedniejszych rodzin powrócić do znanego i wyjątkowo celnego systemu stypendiów fundowanych z czasów PRL, które, obecnie dostosowane do nowej sytuacji, zastępując pożyczki bądź dodatkowe zatrudnienie studenta, kierowały by niezbędne państwu kadry do najbardziej potrzebujących sektorów.

Budowa takiego programu

jest sprawą stosunkowo prostą i, co ważne, w realizacji finansowej możliwą, a w powszechnej społecznej percepcji również w pełni wiarygodną. Zwarty i konkretny koncept mógłby być adresowany do:
* rodzin – za R. Trzaskowskim darmowe żłobki i przedszkola ●
* młodych – za A. Zandbergiem mieszkania do wynajęcia finansowane przez państwo lub samorządy
* nauczycieli i lekarzy – wzrost zarobków w proporcji do zmieniającej się średniej płacy
* wyrównanie płac kobiet i mężczyzn
* wspomożenie najniższych emerytur dodatkową wypłatą ● osób od określonego wieku stałą ulgą na leki oraz dotacją do ośrodków opieki
* wsparcie matek na emeryturze – za M. Trzaskowską świadczeniem za każde dziecko.

Można tę listę bez większych problemów rozpisać jeszcze na kolejnych stronach, uwzględniając m. in. dofinansowanie służby zdrowia i wsparcie samorządów.Taki zwarty, czytelny i jednoznaczny program mógłby stanowić skuteczną przeciwwagę pisowskiemu rozdawnictwu dóbr, natomiast zasadniczą kwestią jest czy całą tzw. demokratyczną opozycję stać na jego akceptację. Rozwiewa częściowo te obawy liberalny publicysta Łukasz Pawłowski, który w tekście „Zrzutka na pożar Polski” („GW”, 18-19.06, 2020) wychodząc z odmiennych od lewicy paradygmatów akceptuje program prospołeczny m. in. takimi słowami: „ludzie kupują te wszystkie prywatne ubezpieczenia, korepetycje i wizyty u lekarza, bo tak chcą? Bo to wyraz ich wolności? Czy dlatego, że muszą, bo państwo nie wywiązuje się z umowy społecznej?”

Rafał Trzaskowski wielokrotnie mówił

o konieczności przebudowy działalności istniejących partii politycznych, zachęcał także młodych do partyjnej aktywności, ale z uwagi na jego możliwą sprawczość to wszystko dotyczy przede wszystkim macierzystej Platformy Obywatelskiej. Jednocześnie zapowiedział w Gdyni stworzenie ruchu obywatelskiego pod hasłem nowej solidarności pragnąc tym działaniem podtrzymać społeczną aktywność z okresu wyborczego.
Można zasadnie powątpiewać czy odwołanie się do Solidarności, której liczni następcy w postsolidarnościowych PO i PiS tak właśnie urządzali i urządzili obecną Polskę, jest najlepszym pomysłem, ale widocznie lepszego nie było. Natomiast sama idea powołania takiego ponadpartyjnego ruchu wydaje się celną, bo jak pisał Marek Beylin („GW”,14.07.2020): „Wybory pokazały, że skończył się czas dominacji PiS w społeczeństwie. Nastąpiło masowe demokratyczne przebudzenie”, a tego trendu nie da się łatwo zatrzymać.

Jedno wydaje się pewnym, że Platforma Obywatelska w swoim dotychczasowym kształcie wyczerpała możliwości przywódcze na polskiej scenie politycznej. O paradoks, potwierdził to na gdyńskim wiecu jej obecny lider Borys Budka wypowiadając bardzo wiele okrągłych i pustych w sumie słów o zmianie Polski, z których jednoznacznie wynikało, że takim sposobem żadnych zmian dokonać nie sposób. Natomiast sądzić należy, że Trzaskowski taką świadomość posiada.

Utrzymanie i zjednoczenie aktywności

z czasów wyborów w jakiejś formie ruchu obywatelskiego, postulowane przez wielu publicystów, stanowiło by pewne odwzorowanie Zjednoczonej Prawicy, dające szansę na opór wobec zamiarów PiS, a następnie odsunięcie go od władzy. Zadanie nadzwyczaj trudne, skomplikowane i wymagające przede wszystkim daleko idącego kompromisu i powszechnego zrozumienia nadrzędnego celu, jakim jest obrona demokracji i prawa w Polsce.

Z tym zrozumieniem mamy już dziś kłopoty, bo Bartosz Rydliński tak pisze: „Zrozumiałe jest to, że spora część lewicy chciała i zagłosowała na Trzaskowskiego w kontrze, w proteście przeciwko Andrzejowi Dudzie i praktyce rządów PiS. Ale jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego.”(„D-T”, 20.07.2020). Sądzę, że ta demokracja na sztandarach Trzaskowskiego w zupełności wystarcza różnicując go fundamentalnie od Kaczyńskiego, a entuzjazm wyrażał nadzieję na klęskę Dudy. Ale tak się nie da budować jakiegokolwiek porozumienia.

Bardzo dużo nie wiemy – czy Trzaskowski będzie liderem takiego przedsięwzięcia gdyż do obecnej pozycji wyniosły go głosy sympatyków wielu partii i równie wielu przekonań; czy odezwą się stare polskie swary, różne interesy poszczególnych politycznych ugrupowań i ich przywódców. Równie trudne będą poszukiwania wspólnej platformy programowej wśród często sprzecznych haseł, poglądów, przekonań.

Ale to nie jest mission impossible, w Polsce XX wieku kilkukrotnie się udało. Dlaczego nie teraz ?

A na Ordynackiej…

Uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu Stowarzyszenia „Ordynacka”, jakie 16. listopada odbyło się w warszawskich „Hybrydach”. Ciekawe z wielu powodów – charakteru i misji tego stowarzyszenia oraz trzech wystąpień, których miałem możność wysłuchać.

 

Ton spotkaniu nadało wystąpienie Włodzimierza Cimoszewicza, który rozwinął publikowaną kilka dni wcześniej w Gazecie Wyborczej swoją inicjatywę utworzenia jednego, ponadpartyjnego bloku wyborczego „Europa” w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. – Mniej ważne jest kto personalnie spośród koalicji proeuropejskiej zdobędzie mandat eurodeputowanego od tego, aby antyeuropejski PiS i Polska –antyeuropejska tych wyborów nie wygrała – mówił Cimoszewicz.
Zdaniem Cimoszewicza w przypadku powodzenia tej inicjatywy można by ją kontynuować w kolejnych wyborach do polskiego parlamentu pod szyldem „Konstytucja”.
W dyskusji wszyscy pomysł bloku „Europa” poparli. Andrzej Rozenek stwierdził przy tym, że wybory do PE będą rodzajem plebiscytu: kto jest za, a kto przeciw Unii Europejskiej. Zabierając głos oczywiście również poparłem propozycję Cimoszewicz, tym bardziej że przecież już w sierpniu tego roku na moim blogu („Blok Polska Europejska”, 05.08.2018), a później w „Trybunie” publikowałem bardzo podobną tezę, z identyczną wręcz argumentacją, z inną tylko proponowaną nazwą, a mianowicie „Blok Polska Europejska”. Ale przecież nie nazwa jest najważniejsza. Podkreśliłem, że Włodzimierz Cimoszewicz jest najlepszym ambasadorem i liderem tego projektu. Nie podzieliłem natomiast poglądu Rozenka. Uważam, że PiS nie jest aż taki głupi, aby dać się wciągnąć w taką konfrontację. Będzie robić wszystko, aby prezentować się jako gorliwy zwolennik Unii Europejskiej, tylko nie takiej jak obecnie. PiS będzie – utrzymywałem – starał się pokazać jako Wielki Reformator Unii. Dlatego do tej kampanii będziemy musieli przygotować się bardzo starannie. Główną osią sporu będzie według mnie kwestia integracji Unii Europejskiej.
Niespodziewanie przyszedł mi w sukurs Aleksander Kwaśniewski, który pojawił się na spotkaniu i który miał wystąpienie też poświęcone wyborom do PE. W całej rozciągłości poparł inicjatywę Cimoszewicza, podkreślając między innymi, że właśnie kwestia integracji będzie tą główną osią debaty przedwyborczej. Premier Cimoszewicz i Prezydent Kwaśniewski występując niezależnie i mówiący jednym głosem w tak ważnej sprawie – to wydarzenie na lewicy doniosłe.
Trzecim wystąpienie, równie bardzo ważnym, choć z innych powodów, i które utkwiło mi w głowie, było wystąpienie Przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Przewodniczący podzielił się swoją oceną wyników wyborów samorządowych – na ogół znaną. Że nie jest źle, choć powodów do zadowolenia nie ma. Za bardzo istotną należy jednak uznać jego wypowiedź na temat przyszłości SLD.
Czarzasty – prezentując się jako zadeklarowany pragmatyk – wygłosił oświadczenie, które sprowadzić można do kilku punktów.
Po pierwsze więc, jako pragmatyk właśnie, zrewidować on musi swoje oczekiwania co do możliwego do uzyskania przez SLD poparcia w wyborach. – Obniżyć muszę swoje oczekiwania do 7 – 8 proc., powiedział. To jego zdaniem pułap dla SLD nieprzekraczalny.
Po drugie, zdaniem Czarzastego, jeżeli gdzieś odniesiono sukcesy, to dzięki „mądrym koalicjom”.
Po trzecie, elektorat SLD od lat jest niezmienny i raczej wiekowo zaawansowany i nic nie wskazuje na to, aby mógł się zdecydowanie rozszerzyć.
Po czwarte wreszcie przyznał, że SLD nie zdołał „otworzyć się” na młodzież.
– Jeżeli więc w przyszłym roku wejdziemy do Sejmu i utworzymy klub poselski, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie gruntowna, powszechna, „do spodu” reforma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To zobowiązanie powtórzył z naciskiem i dwukrotnie, aby mocno wryło się ono w pamięć obecnych.
To bardzo dobrze, że kierownictwo SLD myśli o reformie partii. Hasło reformy postrzegać przy tym należy w świetle przedstawionych przez Włodzimierza Czarzastego wniosków z kampanii wyborczej. Nie od rzeczy są pytania o kierunki planowanej rewolucji: czy mają mieć one bardziej organizacyjny czy programowo – ideowy charakter. Nie zdziwił bym się, gdyby niejeden ze słuchaczy odebrał te słowa Przewodniczącego jako zapowiedź likwidacji Sojuszu w jego dotychczasowej formie i przekształcenia go w nowy byt polityczny. Ciekawie zapowiada się więc wewnątrzpartyjna dyskusja w najbliższych miesiącach. Ja wiem jedno: polityczny pragmatyzm, jeżeli nie służy realizowaniu jakiejś dobrej, oczekiwanej i popieranej przez ludzi idei, jest sam w sobie patologią a w najlepszym razie wiedzie wprost i tylko do patologii.

 

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkieiwcza wołania na puszczy”.