Tykające bomby na dnie Bałtyku

Trujące substancje zatruwają polskie wody. Rząd PiS nic nie robi, aby ograniczyć rozmiary tej katastrofy ekologicznej.
Tytułowymi tykającymi bombami są oczywiście zatopione statki i okręty – i szkodliwe substancje, które już zaczynają się z nich wydobywać. Jest to niebezpieczeństwo doskonale znane od dziesięcioleci, ale wciąż nikt nie próbuje go wyeliminować.
Największe zagrożenie stanowią pochodzące z okresu II wojny światowej niemieckie jednostki „Stuttgart” i „Franken”. Z pierwszego wraku już wydobywa się paliwo, drugi, z powodu korozji może się zapaść w każdej chwili i spowodować ogromną katastrofę ekologiczną. Do tego w rejonie Głębi Gdańskiej może spoczywać na dnie co najmniej kilkadziesiąt ton amunicji i bojowych środków trujących, w tym jeden z najgroźniejszych: iperyt siarkowy. Od wojny już kilkakrotnie doszło do poparzenia nim rybaków i plażowiczów.
Wśród najgroźniejszych źródeł zanieczyszczeń Bałtyku wymienia się wycieki paliw i substancji ropopochodnych oraz uwalnianie się bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu. Jak się okazało w wyniku międzynarodowych i krajowych projektów badawczych, problemy te dotyczą również polskiej strefy Bałtyku.
Na naszych wodach zalegają setki wraków statków, a także broń i amunicja chemiczna – pozostałości głównie po II wojnie światowej i okresie zimnej wojny. Problem w miarę upływu kolejnych dekad nabrzmiewa. Wraz z postępującą korozją wraków okrętów, pojemników i beczek z bronią i amunicją chemiczną oraz zwiększającą się eksploatacją Morza Bałtyckiego, wzrasta bowiem ryzyko przedostawania się szkodliwych substancji do wód i dna Bałtyku oraz organizmów żywych. Njgroźniejsze jest ryzyko nagłego, niekontrolowanego wycieku ogromnej ilości substancji niebezpiecznych wskutek zapadnięcia się skorodowanego wraku i rozszczelnienia pojemników z paliwem.
W przypadku wraku tankowca „Franken”, zatopionego przez radzieckie lotnictwo, badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku wskazują na możliwość zalegania nawet 6.000 ton paliw i produktów ropopochodnych. Skorodowany wrak może pod wpływem własnego ciężaru zapaść się i spowodować nagły wyciek dużej ilości tych substancji. Tymczasem, jak wynika z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli, odpowiedzialna za zwalczanie zagrożeń i zanieczyszczeń środowiska morskiego spowodowanych rozlewem na powierzchni morza substancji ropopochodnych, Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa jest zdolna do zebrania własnymi siłami i środkami około 3.000 ton oleju, a przy wykorzystaniu sił i środków innych jednostek – do 3.500 ton. Reszta – zatruje środowisko bałtyckie.
Już mamy do czynienia z katastrofą ekologiczną spowodowaną przez wrak statku „Stuttgart” (zatopiony w Zatoce Puckiej przez samoloty amerykańskie). W jego otoczeniu stwierdzono plamę o przybliżonej powierzchni zaolejenia około 415 000 m². Ponadto, powiększa się zasięg skażenia dna.
„Badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku w kwietniu 2016 r. potwierdzają, że mamy do czynienia z lokalną katastrofę ekologiczną. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości nic z tym nie robi, choć „Stuttgart” leży blisko plaż bałtyckich. ” Tam gdzie zalega mazut utworzyła się strefa azoiczna (strefa pozbawiona życia), która wraz z plamą poszerza swój zasięg degradując środowisko naturalne” – stwierdza Instytut Morski.
Nie tylko wraki stanowią groźbę. Znalezione na terenie Niemiec duże ilości amunicji chemicznej oraz zapasów bojowych środków trujących, po II wojnie światowej wojska alianckie postanowiły zatopić w oparciu o ustalenia Konferencji Poczdamskiej. Na obszarze Morza Bałtyckiego wyznaczono miejsca zatopień (znajdujące się poza polskimi obszarami morskimi lub na ich granicy m.in. Głębie Gotlandzka i Bornholmska).
Jednak jak wynika z międzynarodowego projektu badawczego CHEMSEA, wyznaczone miejsca nie stanowią jedynych, w których zatapiano broń chemiczną lub w których zatopiona broń chemiczną może się znajdować. Potwierdzono bowiem występowanie bojowych środków trujących lub produktów ich rozpadu również w Głębi Gdańskiej i Rynnie Słupskiej – czyli w polskich obszarach morskich. „Stanowisko” składowania środków bojowych w Głębi Gdańskiej ma średnicę 0,62 mil morskich.
Ponadto chemiczne środki bojowe znajdowano także na plażach w Dziwnowie, Kołobrzegu i Darłowie, co sugeruje istnienie większej liczby takich podwodnych miejsc gdzie wrzucano do morza broń chemiczną – a także zatapianie jej gdzie popadło, zwykle podczas transportu do miejsc wyznaczonych.
Polskie władze nie przejmują się tymi wszystkimi zagrożeniami. „Zarówno administracja morska jak i ochrony środowiska nie rozpoznawały zagrożeń wynikających z zalegania w zatopionych na dnie Bałtyku wrakach ropopochodnego paliwa i broni chemicznej. Nie szacowały też ryzyka z nimi związanego i skutecznie nie przeciwdziałały rozpoznanym i zlokalizowanym zagrożeniom. Może to doprowadzić do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę” – stwierdza najnowszy raport NIK
Kontrola NIK objęła m.in. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Środowiska (obecnie Ministerstwo Klimatu), Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, Urzędy Morskie w Gdyni, Słupsku i Szczecinie, Morską Służbę Poszukiwania i Ratownictwa. Kontrolą objęto okres od 2016 do pierwszej połowy 2019 r.
Najwyższa Izba Kontroli wskazała na brak rozpoznania zagrożeń wynikających z zalegania wraków z paliwem i broni chemicznej na dnie Morza Bałtyckiego. „Administracja morska i administracja ochrony środowiska wzajemnie obarczają się odpowiedzialnością za przeciwdziałanie tym zagrożeniom, nie uznając swoich kompetencji” – zauważa NIK. Jest to po prostu, typowe dla rządów PiS, usprawiedliwianie własnej bezczynności. NIK wskazuje bowiem, że z przepisów jasno wynika podział obowiązków w zakresie rozpoznania zagrożeń.
Ale nawet gdy gdzieś dokonano jakiegoś rozpoznania, oczywiście nic z tym nie robiono. „Administracje nie podejmowały działań prewencyjnych i interwencyjnych. Zarówno Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej jak i Minister Środowiska (obecnie Minister Klimatu) zostali ocenieni negatywnie” – podkreśla NIK.
Tak więc, administracja morska (Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wraz z Dyrektorami Urzędów Morskich: w Gdyni, Słupsku i Szczecinie) nie dokonała inwentaryzacji dna – czyli, jak stwierdza NIK: „Nie rozpoznała miejsc, ilości, rodzaju i stanu materiałów niebezpiecznych (paliwa i produktów ropopochodnych z wraków oraz bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu)”.
Wszystkie te zagrożenia były programowo ignorowane przez PiS-owskie władze. „Nawet w przypadku mogących stanowić największe ryzyko wśród rozpoznanych wraków statków, niemieckich jednostek „Franken” i „Stuttgart”, jak i zlokalizowanych w Głębi Gdańskiej miejsc zatopienia broni chemicznej, nie podejmowano skutecznego przeciwdziałania tym zagrożeniom, które doprowadziłoby do ich neutralizacji” – podkreśla NIK. Nie opracowano też metodyki i techniki szacowania ryzyka, związanego ze skażeniem środowiska morskiego.
Zaniedbania władz są wręcz karygodne. Administracja ochrony środowiska (Minister Środowiska, obecnie Minister Klimatu, wraz z Głównym Inspektorem Ochrony Środowiska) pomimo posiadania informacji o zagrożeniach ze strony materiałów niebezpiecznych, nie prowadziła monitoringu polskich obszarów morskich pod względem stężeń bojowych środków trujących oraz produktów ich rozpadu – a także pod względem paliw i produktów ropopochodnych z wraków statków.
Badaniami i oceną jakości wód nie objęto nawet rozpoznanych już miejsc zatopień bojowych środków trujących i wraków statków z paliwem. W szczególności dotyczyło to broni chemicznej, zalegającej w Głębi Gdańskiej, w środku naszych wód terytorialnych.
Administracji kompletnie nie zależało na obronie interesów Polski. Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, wykonujący prawa właścicielskie Skarbu Państwa do wód terytorialnych, nie zechciał wystąpić do państw będących właścicielami statków zatopionych na polskim terenie, o pokrycie kosztów usunięcia wraków lub o jakąkolwiek inną pomoc w usunięciu zanieczyszczeń dokonanych przez okręty tych państw. Nie podejmował także żadnych działań w celu uzyskania informacji o miejscach, ilości i rodzaju broni chemicznej, która została zatopiona w polskich obszarach morskich.
Wyniki kontroli są druzgocące. Po jej zakończeniu NIK skierowała liczne wnioski do rządu: o rzetelną ocenę ryzyka związanego z występowaniem materiałów niebezpiecznych w polskich obszarach morskich; o przeprowadzenie kompleksowej identyfikacji zatopionych środków trujących oraz paliw i produktów ropopochodnych; o rozpoznanie skali zagrożeń i inwentaryzację dna; o usunięcie bezpośredniego zagrożenia wynikającego z zalegania na dnie morza statków „Franken” i „Stuttgart” – czyli o to, by rząd PiS zaczął wreszcie cokolwiek robić, by ograniczyć rozmiary katastrofy ekologicznej w wodach Bałtyku.
Zabrakło w tym wszystkim jednego, bardzo ważnego wnosku: do prokuratury. Bezczynność władz PiS powinna zostać przerwana i ukarana, zanim trujące substancje ostatecznie nie zniszczą naszych wód i plaż.

Nie trzeba nam wielkiej wody

Dla skutecznego usunięcia zagrożenia powodziowego nie wystarczy
budowanie wałów, tam i wielkich zbiorników.

Hydrotechniczne, kosztowne rozwiązania, wymagające przebudowy środowiska i wylewania setek tysięcy ton betonu to najczęściej jedynie iluzja bezpieczeństwa przeciwpowodziowego.
Kotlina Kłodzka, jeden z najbardziej zagrożonych przez wylewy rzek region Polski, po 22 latach od „powodzi tysiąclecia” wciąż czeka na rzetelny program zmniejszenia ryzyka powodziowego.
Najlepiej wiedzą o tym ci, którzy tam mieszkają – po ogromnej powodzi z 1997 r., seryjnie zdarzały się tam następne: w latach 2001, 2008, 2009, 2010, 2013.

Dziewięć zbiorników

Na szczęście, ponieważ opady były mniejsze, kolejne powodzie nie przyniosły tak tragicznych skutków jak w 1997. Jednak spowodowały stałe zaniepokojenie mieszkańców i skutecznie podważyły ich wiarę w regulację rzek, budowę obwałowań oraz zbiorników zaporowych jako ewentualne panaceum na zagrożenie.
Kotlina Kłodzka, pod względem zagrożenia wodą, to jedno z wyjątkowych miejsc w Polsce. Tam z reguły powodzie przychodzą bardzo szybko, zaskakując mieszkańców i prowadząc do wielkich strat. Największa powódź w 1997 r. zniosła wiele budynków, dróg, a także przyniosła ofiary śmiertelne.
Także i dziś mieszkańcy nie mogą czuć się całkowicie bezpiecznie. Obecnie planowana jest tam przez przedsiębiorstwo Wody Polskie, z udziałem Banku Światowego, budowa 9 nowych zbiorników retencyjnych.
– Te zbiorniki poprawiają jedynie wybiórczo i w niewystarczającym stopniu bezpieczeństwo powodziowe kilkunastu tysięcy mieszkańców, na około 160 tys. osób zamieszkujących ten region. Dlatego w Kotlinie Kłodzkiej trwa dziś słuszny bunt obywateli przeciwko planom Wód Polskich – oświadcza Julia Rokicka, przewodnicząca Partii Zieloni we Wrocławiu.

Zatrzymać wodę wcześniej

Według obecnych zamierzeń Wód Polskich, budowa dziewięciu zbiorników miałaby doprowadzić do wysiedlenia około 2,5 tys. mieszkańców Kotliny Kłodzkiej.
Chodzi tu o kosztowną budowę suchych zbiorników za ok. 1,6 mld zł. Przeznaczone są one na ewentualne okresowe zalewanie – i w ten sposób mają chronić mieszkańców przed powodziami.
Zieloni uważają jednak, że ochronią jedynie w bardzo ograniczony sposób.
Wiadomo nie od dziś, że najskuteczniejsze byłoby zwiększenie retencji wodnej w dorzeczach, tak by jak najwięcej wody zatrzymywały dopływy.
Potrzebna byłaby też deregulacja – czyli w tym przypadku, oddanie dolinom rzecznym ich przestrzeni i tam gdzie to możliwe, usunięcie wałów, by wysoka woda miała gdzie się bezpiecznie rozlewać.
Konieczna jest także skuteczna ochrona terenów podmokłych, stanowiąca odpowiedź na kryzys klimatyczny.
Wszystkie te działania są bardziej żmudne i mniej efektowne, niż roboty hydrogeologiczne na wielką skalę. Trudno też zarobić duże pieniądze na realizacji.
W dodatku, nie zawsze są możliwe do przeprowadzenia, bo po prostu brakuje terenów, które można byłoby wykorzystywać jako obszary zalewowe (często już od setek lat mieszkają tam ludzie)
Dlatego więc w Polsce ochrona przeciwpowodziowa została praktycznie zdominowana przez lobby, które stosuje niemal wyłącznie kosztowne rozwiązania techniczne, finansowane z budżetu i kolejnych pożyczek Banku Światowego.
– Zagrożenie powodziami i suszami zwiększa się w wyniku postępujących zmian klimatycznych. A tymczasem, zwycięża szkodliwe i kosztowne myślenie o rzekach, jako o hydrotechnicznych ciekach do szybkiego spuszczania wody – podkreśla Radosław Gawlik, były wiceminister środowiska, który od wielu lat zajmuje się kwestiami ochrony wód.
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że to podejście jest błędne i buduje często groźną iluzję poprawy bezpieczeństwa.

Nie budować i wysiedlać miliony

Polscy Zieloni, jako partia radykalna, proponują bezwzględny zakaz zabudowy mieszkaniowej na terenach zalewowych. Pewien problem polega na tym, że na tych terenach w Polsce już od zawsze mieszkają miliony ludzi.
Chcąc więc wprowadzić w życie ów zakaz, trzeba byłoby przeprowadzić największa akcję przesiedleńczą w dziejach nowoczesnej Europy. Nieporównanie większą, niż planowane wysiedlenie ok. 2,5 tys. mieszkańców z Kotliny Kłodzkiej.
Zieloni proponują też tzw. działania nietechniczne, które ich zdaniem są kluczowe w walce z powodziami. Potrzebne byłoby więc opracowanie zintegrowanych planów ochrony przeciwpowodziowej, zorientowanych na ograniczenie ryzyka powodzi, w których nacisk zostanie położony na zwiększanie naturalnej retencji.
Opracowanie planów należy powierzyć interdyscyplinarnym zespołom, a ich przyjęcie poprzedzić rzetelnymi konsultacjami z udziałem wszystkich zainteresowanych.

Trzeba się ubezpieczać

Jak przekonują Zieloni, chodzić ma również o edukację i prawidłowe reakcje społeczeństwa na zagrożenia, indywidualne zabezpieczenia domów, ubezpieczenia finansowe, czy doskonalenie systemów ostrzegania przed powodzią (żeby ludzie odpowiednio wcześnie zdążyli uciec).
Trudno sobie wyobrazić w jaki sposób realizacja tych propozycji miałaby pomóc w ochronie ludzi i ich dobytku, gdy nadchodzi wielka woda.
Zieloni może mają czasem niezłe diagnozy, ale sugerowane przez nich terapie rzadko grzeszą rozsądkiem.