Oko smoka

Rozgrywki wywiadów w kolejnym fragmencie pierwszego tomu trylogii Tomasza Turowskiego „Zabij pożyczonym mieczem”.

Gdy po dramatycznych wydarzeniach w katuńskiej bazie nastroje nieco się uspokoiły, przyszedł czas na zamknięcie operacji „Kły smoka”. Nieczajew żywił wielkie oczekiwania związane z zadaniem Pawła, czyli z „odwróceniem” szamana – organizatora najazdu na Centrum Optyczno-Laserowe. Podejrzewał, że działał on na zlecenie chińskich służb i że jest kluczem do wielu jeszcze nie odkrytych tajemnic, związanych ze zleceniodawcami tej terrorystycznej operacji. (…)
Nie było więc nic dziwnego w tym, że pułkownik SWR naciskał na jak najszybsze zorganizowanie wypadu w rejon jeziora Chubsuguł. (…) Decyzje zapadły. Ustalono, że Paweł powinien ruszyć następnego dnia, ale nie sam. Wright zdecydował, że będą mu towarzyszyli bracia Stanley. Pochodzili z Teksasu, z tradycyjnej rodziny hodowców bydła. Byli świetnie obeznani z jazdą konną i z używaniem broni, umieli poruszać się w terenie, czytać ślady. Słowem, stanowili wymarzoną eskortę, świetne wsparcie w tej dość karkołomnej wyprawie. Bob i Ted przyjęli polecenie szefa bez szemrania. Wprawdzie byli informatykami, lecz nie zatarło to w ich psychice instynktu przygody i ryzyka pierwszych osadników Dzikiego Zachodu. Gromow dodał do tej trójki drużynę Wympieła, uzbrojoną tak, że jej siła ognia przypominała mały pancernik z czasów drugiej wojny. To na wypadek, gdyby znowu się natknęli na jakichś niezidentyfikowanych „zagończyków”. Czas pilił, bo mając w pamięci upór, z jakim Chińczycy starali się wyeliminować wszystkich, którzy brali udział w ataku na Centrum, zdawali sobie sprawę, że poszukiwany przez nich szaman jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Dotarcie przez dziurawą granicę do Mongolii nie było dla nich najmniejszym problemem. (…) Dalej, przez specjalnie dla nich otwarty korytarz w zabezpieczeniach, udać się mieli tylko trzej jeźdźcy. Obecność większej grupy, a szczególnie komandosów, mogła skończyć się nikomu niepotrzebnym międzynarodowym konfliktem mongolsko-rosyjskim.
Rankiem, następnego dnia po podjęciu decyzji przez dowództwo, dziesięciu mężczyzn, ochrzczonych na tę okazję mianem Specjalnej Grupy Operacyjnej, ruszyło na wschód wierzchem, w „indiańskim szyku”, a tam, gdzie szerokość górskiego szlaku na to pozwalała – w podwójnej kolumnie. Marsz, bo tak to można było określić, gdyż momentami ścieżka zawężała się na tyle, że schodzili z koni, prowadząc je za sobą za uzdy, trwał prawie trzy dni.
Do strefy przygranicznej dotarli bez przygód i nieprzewidzianych zdarzeń. Czekał tam już dowódca patrolu straży granicznej, który dołączył do nich wraz z dwoma żołnierzami. Odblokowali przejście przez zasieki, wskazali wyznaczoną na tę okazję czerwonymi chorągiewkami trasę między ładunkami min hukowych. Siódemka z Wympieła zatrzymała się pod słupem granicznym z godłem Federacji Rosyjskiej, pozostali trzej jeźdźcy zbliżyli się do znajdującego się po przeciwnej stronie. Widniało na nim godło Mongolii – stylizowany skrzydlaty rycerz na złotym rumaku w pełnym galopie nad zielonym morzem stepu chyba, jako że Mongolia jest państwem śródlądowym.


Kilkanaście kilometrów dalej, na odcinku granicy praktycznie pozbawionym zabezpieczeń, dwóch ludzi z trudem przedzierało się pieszo przez zarośla. Jeden z bronią, przewieszoną przez ramię, krępy o migdałowych oczach i szaro-brązowej karnacji, jakby uwędzonej twarzy. Drugi wyższy, o jasnej cerze i kruczoczarnych włosach, nieuzbrojony. Pokonywali bezdroże w kierunku dokładnie przeciwnym do tego, który przemierzyła mniej więcej w tym samym czasie trójka jadąca konno. Unikali nawet ścieżek czy wydeptanych przez zwierzęta traktów ich stałych wędrówek. Liczyli na to, że w chaszczach, na piargach, wśród gęstwiny drzew mają więcej szans na uniknięcie niebezpiecznego dla nich spotkania z ludźmi w mundurach mongolskich lub rosyjskich. I że nieumundurowanych wysłanników Państwa Środka też uda im się ominąć.
W założeniu pragnęli dojść do terenu, na którym są jednak ludzie. Wśród koczowników Tuwińców ów uzbrojony miał, a jakże, kuzynów. Żadna granica nigdy nie stanowiła przeszkody dla rodzinnych więzi nomadów. Dwaj wędrowcy mieli zamiar osiąść na granicy stepu i lasu, dość daleko od jurtowych osiedli, ale na tyle blisko, by w razie potrzeby w ciągu kilku godzin do nich dotrzeć. To, że szamani żyli często w odosobnieniu, jak eremici, nikogo tu nie dziwiło. Jak również to, że często mieszkali z nimi ich pomocnicy – uczniowie. Trzeba tylko było zachować rozsądną równowagę między izolacją od reszty plemienia, a selektywnie dokonywanymi kontaktami z jego przedstawicielami, o co miał zadbać pomocnik szamana.
A w najgorszym scenariuszu, gdyby macki rosyjskich służb i tu ich dosięgły, pewnie darowano by im życie, czego nie mogli się spodziewać po Chińczykach. Caagan Bee doszedł do wniosku, że tu, w przysłowiowej „paszczy lwa”, na terytorium państwa, które zaatakował i to boleśnie, jest najbezpieczniejszy. Khenbish, nauczony doświadczeniem poprzedniej tułaczki, mógł się z nim tylko zgodzić.


Zjeżdżali ze wzgórza łagodną pochyłością, która otworzyła przed nimi widok stepu, przejmującego władanie nad górskim dotąd krajobrazem, i obraz pięciu jurt z taflą jeziora w tle. Dotarli do kresu swej podróży. Na ich widok kilku koczowników wyszło przed domostwa. Kobieta, wyraźnie najważniejsza w całej grupie, zaczęła iść w kierunku przybyszy. Rzuciła okiem na łęk siodła jadącego na czele. Zobaczyła przytroczoną kamczę z rękojeścią otoczoną magicznym puchem sierści. Na szyi, na skórzanym postronku, miał amulet z wilczych kłów.
– Witaj – lekko skinęła głową, patrząc Pawłowi w oczy. – Jak każdy gość jesteś darem duchów, a widzę, że ty jesteś wysłannikiem tych dobrych.
– Witaj, Purev. Niosę ci pozdrowienie od Ojun.
– Znam jej moc i wiem, że jest ona z tobą, ale tego, kogo szukasz, tu nie znajdziesz.
– Jak to, czyżby zawiódł człowiek cień?
– Nie zawiódł. Po prostu ci, którzy opuścili nasze obozowisko dziś o świcie, a może wcześniej, trudno powiedzieć, byli sprytniejsi. Zresztą wiesz, szamani mają swe sposoby na znikanie.
– Wielka szkoda, niosłem mu i jego pomocnikowi posłanie pokoju i ocalenia życia.
(…) Wraz z zapadającym mrokiem rozległ się nad stepem gardłowy śpiew Tuwińców, któremu towarzyszył dźwięk strun prostych, ale harmonijnie z nim zestrojonych instrumentów. Paweł chyłkiem wymknął się z kręgu i wrócił do jurty. Wygrzebał z torby podróżnej telefon satelitarny, ustawił małą antenę w poszukiwaniu impulsu zwrotnego. Znalazł go po chwili. Przekazał umowny sygnał świadczący o tym, że nie zdołali nawiązać kontaktu z szamanem. Później, już otwartym tekstem, poinformował, że najprawdopodobniej zmierza on wraz z pomocnikiem do Tuwy, i że istnieje obawa, iż wiedzą o tym również w Pekinie.
(…) Bracia Stanley i Paweł, po serdecznym pożegnaniu z Purev i jej ludźmi, zaopatrzeni w pemikan z suszonego mięsa jaka, ususzone i zasolone drobne rybki wobły i w połcie, jej wędzonych, większych współbraci, wolnym truchtem, aby nie forsować koni, zmierzali ku granicy. Prawdę mówiąc chodziło nie tyle o zmęczenie zwierząt, ile o to, żeby odsunąć w czasie chwilę składania niepomyślnego raportu, świadczącego o fiasku misji. Paweł uprzednio zawiadomił bazę, że wracają w takim samym składzie, w jakim wyruszyli, określając przybliżony czas przekroczenia strefy między Mongolią a Rosją, tak więc dowództwo zrozumiało, że wyprawa się nie powiodła, Że coś nie zadziałało, jak trzeba.
Przy ponownie otwartym korytarzu czekali na nich pogranicznicy i drużyna Wympieła w komplecie. Poinformowali jej dowódcę, młodego porucznika, że istnieje spore prawdopodobieństwo, iż ci, których poszukiwali, błąkają się właśnie po okolicznych wzgórzach i kotlinach, maskując się poprzez wybieranie zalesionych szlaków.
W minorowych nastrojach rozpoczęli zwartą grupą powrót do bazy. Znowu czekała ich kilkudniowa droga i trudy przedzierania się przez pustkowia gór. Marną pociechę stanowiło to, że istniała jakaś śladowa szansa na natknięcie się na zbiegów, którzy tak skutecznie uniknęli wcześniej spotkania z nimi.
Drugiego dnia obudzili się po nocnym biwaku skostniali z zimna. Na nic się zdały płaszcze-pałatki i śpiwory, nie mówiąc o cienkich płótnach indywidualnych namiotów. Zimna, które nastało, nie były w stanie pokonać. Po porcji tłustych, wędzonych ryb, zakąszonych żołnierskimi sucharami i popitych gorącą, prawie czarną, właściwie esencją, a nie herbatą, dosiedli koni, też już napojonych i nakarmionych. Nieśpiesznie, zaczęli posuwać się stępa po nieprzyjaznym piargu zbocza.
Gdy dotarli na szczyt wzgórza, otworzyła się przed nimi panorama dwóch grzbietów z otwartą kotliną. Jej środkiem płynął wijący się strumień. U końca tej rozszerzającej się ku końcowi niecki widniała ściana lasu, najpierw dość rzadkiego, później przechodzącego w gęstwinę iglastych i liściastych drzew. Te ostatnie dodawały intensywnych kolorów szarozielonemu tłu dna doliny, okalających ją skał i porastających je niskich krzewów. Słońce uniosło się już nad wzgórzami, niebo było przejrzyste i miało ten odcień wypłowiałego błękitu, który świadczył o tym, że jesień już przejęła władanie nad przyrodą i niebawem nadejdzie zima.
Pawłowi przyszły na myśl widoki opisywane w „Dersu Uzała” Arsienjewa, choć akcja tej klasycznej książki podróżniczej, za której ekranizację Akira Kurosawa zdobył Oscara, rozgrywała się w Ussuryjskim Kraju, gdzie przeważają niziny. Jednak kolory, szczególnie te intensywne, są podobne w całej centralnej Azji.
Porucznik z Wympieła omiótł lornetką grzbiety wzgórz, zatrzymując dłużej wzrok na tym po prawej.
– Wydaje mi się, że ktoś tam jest – powiedział.
Grupa zatrzymała się.
– Ale może to mi się tylko wydawało – dodał po chwili.
A gdyby nawet ci się nie wydawało, to zanim tam dotrzemy, na pewno zdążą nam umknąć – uspokoił go Paweł.
– Jeśli mamy do czynienia ze zbiegami… – zawahał się porucznik.
Już miał zamiar schować lornetkę do pokrowca, gdy jeden z braci Stanley, Bob, zwrócił mu uwagę:
– Hej! Wygląda na to, że z szyi kotliny, akurat pod nami, ktoś wychodzi!
Porucznik szybko skierował okular lornetki we wskazanym kierunku.
– Tak! Widzę jednego… A za nim jeszcze jeden! Pierwszy jest uzbrojony, drugi chyba nie.
– Pamiętacie, ta nomadka, Purev, mówiła, że pomocnik szamana polował ze sztucerem, który zabrali ze sobą – dodał Ted.
– To mi wygląda na Bavariana. Można strzelać z niego czasami sześć razy z rzędu. To znaczy, że może mieć pięć nabojów w magazynku, szósty w komorze Ma też zamontowaną na szynie nad zamkiem lunetę – uściślił porucznik, wyostrzając obraz zoomem.
Ich wymianę zdań o cechach zauważonego uzbrojenia przerwała niespodziewanie seria z broni maszynowej. Dźwięk wystrzałów dochodził właśnie z grzbietu prawego wzgórza, na którym porucznik zauważył wcześniej obecność jakiejś żywej duszy. Komandosi Wympieła automatycznie ukryli się, gdzie kto mógł. To samo uczynili Paweł i bracia Stanley.
– Widać chmurki pyłu w pobliżu dwójki mężczyzn, którzy rzucili się ucieczki. To pociski z automatu – relacjonował półgłosem porucznik.
Paweł wziął lornetkę od Teda. Zauważył, że przygięte ku ziemi sylwetki, zaczęły kierować się na prawo w stronę zarośli, by w ten sposób utrudnić zadanie prowadzącym do nich ogień, bo do pojedynczego strzelca dołączyło już kilku innych. Stromizna zbocza stała się naturalną osłoną zbiegów.
– Co robimy, poruczniku? – zapytał Bob.
– To mogą być ci dwaj, o których nam chodzi. Tylko kto, do cholery, na nich poluje poza nami? Chyba powinniśmy naszym ogniem przygwoździć tamtych z grzbietu wzgórza do ziemi i wezwać wsparcie z bazy.
– Baza jest daleko, nie zdążą – zaoponował Paweł.
– Tak, nasza jest daleko, ale pogranicznicy mają tu niedaleko uzbrojone Mi-8 i Ka-52 w odwodzie!
Paweł natychmiast zaczął wywoływać bazę przez telefon satelitarny, aby przekazali apel o pomoc do wojsk ochrony pogranicza FSB. Wklepywał już koordynaty miejsca, w którym się znajdowali, a porucznik w pośpiechu wyznaczał stanowiska strzelcom i cele, gdy nagle dobiegł ich odgłos kanonady z przeciwległego wzgórza. Najpierw jazgot ciężkiej broni maszynowej, a później głuche eksplozje granatów. O dziwo, nie widzieli nowych gejzerów odłamków skał w miejscu, gdzie ukrywała się zaatakowana wcześniej dwójka, natomiast słupy dymu wykwitły na grzbiecie wzgórza po prawej stronie, skąd wyszedł pierwszy ostrzał.
– Co u licha? Używają granatników, a przecież tu nie powinno być żadnych naszych! – krzyknął zdezorientowany porucznik.
– Myślę, że nie tylko my ścigamy tych poszukiwanych – wtrącił Bob.
– Niewykluczone, że to „przyjacielski ostrzał” między dwoma grupami Chinoli – pociągnął jego myśl Paweł, przypominając sobie podejrzenia o chińskim polowaniu na szamana.
Jego mózg pracował na maksymalnych obrotach. Zupełnie zagubiony porucznik zostawił drużynę w stanie zawieszenia, nie wydając na razie komendy „ognia!”.
– Może powinniśmy pomóc tym z lewej w wybiciu tych z prawej, a potem, gdyby lewi próbowali zejść, by zatrzymać tych dwóch na dole, weźmiemy się za nich? – zaproponował młody dowódca Wympieła.
– Niezły pomysł, ale poczekajmy chwilę, wolałbym, żeby Ka były już blisko.
– Masz rację – Ted zwrócił się do porucznika. Widać było, że spodobał mu się jego pomysł. – Jednak zgadzam się też z Pawłem, a on tu jest najwyższy stopniem – znalazł kompromis.
Czekali. W pewnej chwili z dala dobiegł ich charakterystyczny warkot silnika Aligatora, jak nazywano śmigłowce szturmowe Ka-52.
– Dobrze się chłopcy spisali. Teraz: ognia! – krzyknął porucznik,
Atakujący z prawej, przykryci niespodziewaną nawałą ogniową, ucichli. Być może zaczęli się wycofywać, bo i oni usłyszeli zbliżające się śmigłowce, albo zostali doszczętnie zlikwidowani. Cisza nie trwała jednak długo, bo nad głowami rosyjsko-amerykańskiej grupy zaczęły bzykać, jak rozwścieczone osy, kule z lewego grzbietu. Wympieł odpowiedział.
– Ani jedni, ani drudzy nie odpuszczają. Widać zależy im na tych dwóch bardziej niż na życiu. To tylko potwierdza, że chodzi o naszą „zgubę” – zwrócił się do porucznika Paweł.
– Też tak myślę. Zaraz ich uspokoimy. Przerwać ostrzał lewego grzbietu!. Ogień na prawo, na wprost – wydał rozkaz.
Zauważył rosnące w oczach trzy punkty, trzy ważki na niebie. Leciały w kluczu. Na czele Ka-52, a za nim dwa Mi-8.
– Nadciąga kawaleria – zaśmiał się Ted. – Jak w starych filmach o moim Teksasie.
Porucznik wyjął z kabury rakietnicę. Wystrzelił. Dymny wskaźnik celu oznaczył grzbiet prawego wzgórza. Ka-52 jakby zatrzymał się w powietrzu, obrócił w kierunku wskaźnika i odpalił salwę rakiet. Po nim, błyskawicznie, powtórzyły ten zabieg oba Mi-8. Rakiety, chyba też napalmowe, rozwinęły wachlarz płomieni, morze wzbijającego się w niebo ognia. Jeśli nawet ktoś jeszcze pozostał na tym wzgórzu, to teraz na pewno go już nie było. Mimo to dwa śmigłowce, lecąc nisko na ziemią, kosiły, każdy z czterech z podwieszanych działek kalibru 23 mm, gałęzie drzew prawego wzgórza. Tymczasem Aligator konstrukcji Kamowa zajął się lewym, kończąc dzieło zniszczenia seriami zabójczych trzydziestomilimetrowych pocisków z działka 2A42.
Porucznik z Wympieła przez cały czas starał się gorączkowo nawiązać kontakt z prowadzącym klucza. W końcu mu się udało.
– Tu ziemia. Jednostka A-21, Wympieł. Spróbujcie usiąść na dnie doliny. Jest tam dwóch ludzi. W żadnym razie nie strzelać. Macie ich podjąć, jeśli żyją. Sprawa najwyższej wagi państwowej. Wykonać.
W odpowiedzi zabrzmiało:
– Zrozumiałem. Mi-8, manewr 0-45, wykonać.
Niemal równocześnie na tę samą częstotliwość polowej radiostacji przebił się przez zakłócenia głos z bazy:
– Wysłaliśmy do was nasz Mi-8 z zestawem medycznym i z Kelly. Będzie za ponad godzinę. Meldujcie o rozwoju sytuacji. Potwierdźcie.
– Potwierdzamy. Bez odbioru.
Mi-8 z klucza, który przyszedł im z pomocą, ostrożnie osiadł na dnie doliny przy strumieniu. Z kabiny wybiegła rozrzucona w tyralierę siódemka pograniczników.
– Mądrzy chłopcy, wzięli swój desant – skomentował porucznik, odpalając kolejny znacznik ku miejscu, gdzie ostatnio zniknęła im z oczu poszukiwana dwójka.
Komandosi pobiegli we wskazanym kierunku, jednak po chwili zatrzymali się. Jeden z nich, najpewniej dowódca, odpiął od pasa ręczny megafon i coś krzyknął.
– Wzywa ukrywających się do wyjścia z podniesionymi rękami – komentował na górze porucznik, który nie odstawiał lornetki od oczu.
Nie widać było żadnego ruchu. „Czyżby wszystko na darmo?”, Pawła, który wyobraził sobie dwa trupy, oblał zimny pot. Komandos powtórzył wezwanie:
– Wychodzić, bo zaczniemy ostrzał!
Gałęzie jednego z niskich, rozłożystych iglaków poruszyły się i wypełzł spod nich człowiek. Z trudem uniósł się na nogach, podniósł ręce, zachwiał się i upadł na ziemię. Tyraliera ruszyła ku niemu biegiem.
– Mamy rannego. Dostał parę kul. Opatruje go nasz sanitariusz – meldował przez radio dowódca.
Po pewnym czasie usłyszeli kolejny meldunek:
– W chaszczach trup.
– Jak wygląda? – zapytał
Paweł.
– Niski, skóra żółta, jakby na złocisto uwędzona. Skośne oczy. Chyba jakiś tutejszy koczownik. Przy nim sztucer.
– A ranny? Jak wygląda ranny?
– Wysoki, czarne włosy, skóra prawie biała. Oczy ma takie
nasze…
Paweł odetchnął.
– Tego właśnie szukamy – rzekł do otaczających go ludzi. – Idziemy do was! – krzyknął przez radio.
Cała dziesiątka zaczęła szybko, ślizgając się prawie po głazach, schodzić ze wzgórza w kotlinę.
Gdy dotarli do rannego, był nieprzytomny. Sanitariusz krzątał się koło niego, zaciskając opaski nad miejscami ran na nodze i na ramieniu. Najgorzej wyglądał postrzał po prawej stronie klatki piersiowej. Kula uszkodziła chyba płuco, bo na ustach mężczyzny pieniła się na czerwono zabarwiona ślina.
– Macie tlen? – spytał porucznik z Wympieła.
– Mamy.
– Spróbujcie mu podać i postarajcie się, żeby się nie wykrwawił.
– Zatkam ranę wejściową gazą i dam kroplówkę płynu fizjologicznego. Mam też jednorazową dawkę adrenaliny pod ciśnieniem.
– Wstrzyknij. Ten człowiek musi przeżyć. Wasza w tym głowa – zakończył z groźbą w głosie porucznik.
Mijał czas. Ranny oddychał z trudem. Sanitariusz odsysał krew i flegmę z gardła, aby się nie udusił, lecz bał się go przewrócić na bok, aby nie spowodować większego krwawienia i utrudnić wentylację klatki piersiowej.
– Więcej nie dam rady zrobić. Pewnie ma jakiś krwotok wewnętrzny. Może trzeba zastosować odmę, ale nie mam doświadczenia ani sprzętu.
– Trzymaj go przy życiu, zaraz nadejdzie pomoc.
I rzeczywiście, niebawem usłyszeli łoskot silnika zniżającego się na maksymalnej prędkości helikoptera. Wyrównał lot i osiadł, dość gwałtownie na ziemi obok drugiej maszyny. Z przedziału desantowego wyskoczyli dwaj specnazowcy z noszami, Kelly i jeszcze jeden oficer w mundurze Specnazu, którego Paweł nie znał.
– To doktor Timofiejew – powiedział jeden z komandosów Wympieła. – Jest chirurgiem i internistą, lekarzem naczelnym bazy. A ci dwaj z noszami to pielęgniarz i felczer.
– No to mamy tu cały personel szpitalny. Ciekawe, czy mają też sprzęt? – zapytał po rosyjsku Paweł, na tyle głośno, by usłyszeli go podchodzący specnazowcy.
– Mamy sprzęt reanimacyjny, kroplówki, podstawowy zestaw chirurgiczny, a nawet rozkładany stół zabiegowy z reflektorem – uspokoił go Timofiejew. – Mamy też morfinę. Chyba mu ją zaraz podam – dodał, wbijając strzykawkę w ramię rannego, który otworzył oczy.
– Jesteś wśród tych, którzy ocalą ci życie, Caagan Bee – Paweł spojrzał mu prosto w oczy.
– Nareszcie. A co z Khenbishem?
– Nie żyje.
Ranny znowu stracił przytomność. Noszowi położyli go ostrożnie, po czym zamocowali pasami i ustawili na podnośniku, z którego wystarczyło już tylko przepchnąć rannego na pokład śmigłowca, który zamienił się teraz w salę operacyjną.
Timofiejew, Kelly i pozostała dwójka natychmiast przystąpili do niezbędnych zabiegów. Błysnęły reflektory lamp chirurgicznych, na usta i nos Caagana założono maskę tlenową. Rozcięli bluzę szaman. Rana na piersi wyglądała paskudnie. Otwór wyjściowy na plecach – jeszcze gorzej. Za to nie miał naruszonego kręgosłupa, tylko jedno strzaskane żebro i naruszone płuco. Ekipa medyczna, przebrana już w zielone, chirurgiczne fartuchy i czepki, zabrała się intensywnie do pracy. Zatrzasnęły się drzwi maszyny, która po chwili, tym razem wolno i ostrożnie, wzbiła się w powietrze. Można było powiedzieć, że cała pozostała na ziemi dziesiątka odetchnęła unisono. Porucznik podziękował pogranicznikom za wsparcie. Ich Mi-8 też wystartował, w ślad za dwoma maszynami, które dawno już odleciały.
W kotlinie, wraz z zachodzącym za linię wzgórz słońcem, znów zapadała cisza, przerywana tylko dźwiękami natury – sposobiącymi się do snu ptakami, nieśmiałym pohukiwaniem sów i poszczekiwaniem buszujących w trawie lisów.

Tajemnice dyplomatycznych przesyłek

Ostatnio nam obrodziło w opisy skrytych działań i tajemnych informacji, co i tak zasadniczo nie zmienia naszej wiedzy o minionych czasach.

W ubiegłym roku wydawniczą sensacją były „Tajemnice walizki generała Sierowa” – opasły tom dzienników jednego z szefów radzieckich służb specjalnych. Przyniósł niewątpliwie wiele dodatkowych informacji dla historyków i pasjonatów tamtego okresu, ale zawiódł tych wszystkich, którzy liczyli na jakieś nowe, nieznane dotąd fakty, które zmieniły by wiedzę o latach 1939-1963. Nadto autor szerokim łukiem ominął wiele ważnych wydarzeń, które niewątpliwie znal, bądź nawet brał w nich udział, zapewne z racji ich powszechnej, negatywnej oceny i wymowy. W tego rodzaju dokumentach to przywara często występująca, co nie zmienia faktu o ich źródłowej wartości.
Podobne niejako refleksje
przywołuje ostatnio wydana przez Instytut Pamięci Narodowej książka „„KARNAWAŁ” PO AMERYKAŃSKU Placówki dyplomatyczne USA w PRL wobec polskich wydarzeń”, do której wprowadzenia, wyboru i opracowania dokonał Patryk Pleskot. Rzecz o objętości 735 stron zawiera 223 dokumenty obejmujące informacje, notatki z rozmów, szyfrogramy, listy, opinie, opracowania, wykazy, sprawozdania, raporty i pisma ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie przesyłane do różnych amerykańskich instytucji. Nadto korespondencję konsulatów w Poznaniu i Krakowie oraz Departamentu Stanu. Dokonany wybór celowo obejmuje okres narodzin i działalności „Solidarności” i stąd pochodzi tytuł książki. Natomiast podtytuł zastrzega, iż przedstawione dokumenty stanowiły jedynie część amerykańskiej wiedzy o ówczesnej Polsce bowiem istniały jeszcze inne drogi i źródła jej pozyskiwania.
Poniżej cytuję obszerne fragmenty tej pracy, gdyż najlepiej tym sposobem przedstawić ją Czytelnikom.
Mylił się ten,
który by sądził, że powyższa korespondencja pochodzi z odtajnionych amerykańskich materiałów rządowych.
Wszystkie przywoływane w książce dokumenty zdobył polski kontrwywiad w ramach prowadzonej od połowy lat 70. do początku 1990 roku akcji „Tajfun”. „Kontrwywiadowczy „filtr” nałożony na dokumentację ambasady USA w Warszawie oraz konsulatów w Krakowie i Poznaniu – pisze autor – poza oczywistymi (choć w sumie ograniczonymi) mankamentami… Pozwala przede wszystkim uświadomić sobie sukces Departamentu II MSW, jakim było przechwytywanie [różnymi metodami – Z.T.] przez w sumie kilkanaście lat pokaźnej części amerykańskiej korespondencji dyplomatycznej… Jednocześnie kontrwywiad podkreślał, że nic nie wskazywało na to, by zachodni dyplomaci cokolwiek podejrzewali..” W ramach tej akcji, obejmującej także placówki dyplomatyczne innych państw, sporządzono 37 805 fotokopii z których aż 58 % dotyczyło korespondencji amerykańskiej. Pozyskane materiały, które obecnie znajdują się w archiwum IPN, tłumaczono na język polski i następnie w różny sposób wykorzystywano, także jako podstawę informacji dla najwyższych władz partyjno-rządowych PRL.
Wszystko ważne
„Mówiąc o treści dokumentów – pisze autor pracy – najłatwiej jest stwierdzić, że amerykańskich dyplomatów interesowało dosłownie wszystko: od zakulisowych walk o
wpływy w partii (od szczebla centralnego, przez wojewódzkie, po podstawowe organizacje partyjne); przez nastroje w konkretnych środowiskach i grupach (intelektualiści, dziennikarze stołeczni i regionalni, robotnicy, rolnicy, żołnierze, ekonomiści, naukowcy, artyści, urzędnicy, cudzoziemcy…), artykuły prasowe, audycje telewizyjne i radiowe, sytuację w Kościele, działania najróżniejszych grup opozycyjnych; po takie szczegóły, jak natężenie ruchu na drogach i lotniskach, cena kanistra benzyny, długość kolejek i napisy na murach czy… gęstość wąsów Lecha Wałęsy.” To ostatnie zapewne w celu identyfikacji oryginału od ewentualnego sobowtóra.
„Mniej lub bardziej świadomie ambasador i jego podwładni prezentowali optykę samych rozmówców. A ci przecież też mieli swoje zamiary i cele w momencie, w którym decydowali się na spotkanie z przedstawicielami najpotężniejszego ideologicznego wroga „ludowej ojczyzny” (i jej „przyjaciół radzieckich”), jakim były Stany Zjednoczone. Zarówno reprezentanci władz, jak i robotników, dysydentów czy Kościoła prowadzili swoją grę. Nie zawsze mówili, co myśleli, a ich przekaz nie musiał być wolny od przekłamań i rzecz jasna subiektywizmu. Nie oznacza to, by automatycznie zakładać niewiarygodność źródeł, trzeba jednak pamiętać o ich specyfice.” Nadto miały jednak miejsce sytuacje szczególne, gdy na przykład informatorem był polski pracownik konsulatu USA w Krakowie Andrzej Głowacz będący jednocześnie współpracownikiem SB o pseudonimach Ketling i Grom.
Uwagi metodologiczne
Uwzględniając znaną powszechnie praktykę wielu dalekich od rzetelnego, historycznego oglądu opracowań IPN, nasuwa się nieodparte pytanie o przyjęte zasady wyboru dokumentów zawartych w tym zbiorze. Autor odpowiada, że „starał się, by były one reprezentatywne i pokazywały całe spektrum zainteresowań i działań… chodzi tu o ukazanie rzeczywistej, codziennej aktywności amerykańskich placówek dyplomatycznych.” Patryk Pleskot we wprowadzeniu, do którego wypadnie jeszcze nie raz powrócić, często krytycznie ocenia amerykańską politykę wobec polskich wydarzeń, tłumacząc to, a nawet jakby usprawiedliwiając, różnymi uwarunkowaniami, nadto podobnie sytuację kadrową w ambasadzie USA w Warszawie.. Nie zmienia to dalej wątpliwości dotyczących na przykład możliwości pominięcia niektórych dokumentów z uwagi na zawarte w nich informacje o pewnych osobach bądź grupach osób z polskiej strony.
Choć powyższego zapewne nie wyjaśnimy to jednak stronniczość autora odnaleźć możemy wielokrotnie; przejawia się w jednoznacznych sympatiach do Solidarności i chłodzie bądź nawet złośliwościach pod adresem tego co łączy się z ówczesnym ustrojem. Na przykład w nazwie podrozdziału „Kontrwywiad PRL…” w miejsce właściwego „Polski kontrwywiad”, tak jakby ten PRL-owski (podobnie „Służby PRL”) nie był polskim. To prawie powszechne unikanie, jak ognia, słowa „polski” przypomina pamiętną wypowiedź premiera Morawieckiego o Polsce w czasach PRL, której jakoby nie było. Podobnie jest z taką opinią: „Rzecz jasna ryzyko inwazji [radzieckiej – Z.T.] budziło również powszechne zaniepokojenie w samej Polsce: nie tylko wśród członków „Solidarności”, lecz także m.in. w Kościele.” Autor nie wymienia „także” przeważającej części członków partii, uważając być może, że powitali by radzieckie czołgi kwiatami, a tym bardziej ówczesnego kierownictwa PZPR, które mogłoby podzielić los Imre Nagy’a.
Nadto stwierdza: „Administracja Reagana deklaratywnie widziała w niej [nominacji gen. Jaruzelskiego na premiera – Z.T.] szansę na stabilizację kraju, choć obawiała się radykalnych posunięć wobec „Solidarności”. W rzeczywistości nastroje były bardziej pesymistyczne.” Na to ostatnie stwierdzenie nie przedstawia autor żadnych dowodów.
Amerykańska aktywność
30 lipca 1981 roku: „Stany Zjednoczone nie mogłyby pozostać obojętne na jakąkolwiek agresję zewnętrzną czy represje wewnętrzne w Polsce”. Później wezwano do zintensyfikowania pomocy finansowej, a „administracja Reagana była zdeterminowana pomóc „Solidarności” w jak najdłuższym przetrwaniu (głównie poprzez wsparcie finansowe i charytatywne) w perspektywie dalszego osłabiania ZSRR.”
Istniejące zaledwie miesiąc Biuro Informacyjne Solidarności w Nowym Jorku 30 października zostało zamknięte; „stanowiło pewnego rodzaju pas transmisyjny między amerykańskimi kręgami rządowymi a „Solidarnością”. Takiego kanału komunikacyjnego dotychczas brakowało; nie stworzył go sporadycznie spotykający się z opozycjonistami ambasador Meehan. To m.in. za pośrednictwem biura Amerykanie mieli proponować polskim związkowcom konkretne posunięcia podczas drugiej tury zjazdu NSZZ: utrzymanie Wałęsy na pozycji lidera, wspieranie strategii „cięcia po skrzydłach” i wzmacnianie tendencji umiarkowanych, współpracę z władzami podczas wdrażania reform gospodarczych przy jednoczesnej presji na rząd na wyselekcjonowanych kierunkach, zapewniającej nowe zdobycze dla związku, a także dalszą legalizację dotychczasowych osiągnięć.”
Jesienią 1981 roku nasiliła się aktywność amerykańskich dyplomatów: „Na przykład w październiku radca ambasady USA wysłał do przewodniczącego górnośląskiej „Solidarności” teleks z zapytaniem o przebieg protestów w Hucie Katowice. Wykraczało to poza normalną działalność placówki. W listopadzie z kolei w siedzibie Regionu Mazowsze kontaktowano się z Januszem Onyszkiewiczem. Równocześnie działacze poznańskiej „Solidarności” mieli uzgodnić z konsulem USA w tym mieście formy bezpiecznej łączności na wypadek sytuacji nadzwyczajnej w Polsce.”
Stan wojenny
Autor pisze: „INR [Bureau of Intelligence and Research – Z.T.] przewidywało, że nawet armia i polskie władze mogły się zbuntować przeciwko decyzji Wielkiego Brata o interwencji. Dlatego przemyśliwany przez Jaruzelskiego „stan wyjątkowy lub jakiś rodzaj stanu wojennego” miał w ocenie Amerykanów służyć nie stłumieniu opozycji [!!! – Z.T.], ale także pozbawieniu Sowietów pretekstu do wkroczenia. Jest równie ciekawe, że stanowisko ambasady i INR było dobrze znane służbom specjalnym PRL, przez to również kierownictwu partyjno-państwowemu – a zatem i Rosjanom.” W raporcie wywiadu NRD cytowanym przez autora czytamy: „…można zakładać, że jednostki armii polskiej sprzeciwiłyby się interwencji ZSRR”. Dlatego też w Berlinie sądzono, że Moskwa miała ograniczone i możliwości, i chęci interwencji w Polsce.”
W tym okresie „coraz bardziej alarmistyczne meldunki przesyłał płk Ryszard Kukliński, postrzegany przez CIA jako wiarygodny agent. Teraz jednak nie do końca wierzono w jego rewelacje na temat możliwości wprowadzenia stanu wojennego, obawiając się dezinformacji ze strony polskich służb oraz dekonspiracji pułkownika.”
„Wydaje się, że polityczne kierownictwo USA nie zdawało sobie do końca sprawy z tego, że przeprowadzona przez Jaruzelskiego kumulacja stanowisk stanowiła przygotowanie gruntu pod operację wojskową – mimo doniesień Kuklińskiego (i innych). Wiarygodnie brzmią bardziej ogólne oceny wywiadu PRL z tych dni, że wobec niespotykanej sytuacji, jaką był „karnawał «Solidarności»”, amerykańscy (i zachodni) dyplomaci, nawet ci pracujący w Polsce, nie potrafili stworzyć pewnych prognoz i czuli się trochę zagubieni… O tej dezorientacji (być może wyolbrzymianej przez SB) świadczy chociażby wycinek szyfrogramu nadesłanego z rezydentury wywiadu PRL w Waszyngtonie do warszawskiej centrali 1 listopada 1981 r: „dokonana [przez Amerykanów] analiza […] wskazuje, że sprawa podjęcia decyzji dot[yczącej] stanu wyjątkowego nie jest bliska…”
Dodać jeszcze należy, że od tego czasu aż do 13 grudnia 1981 roku, w żadnej korespondencji ambasady USA w Warszawie nie pojawiała się nawet hipotetyczna sugestia o możliwości wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w najbliższym terminie.
Nawiązując do początku tego tekstu
należy stwierdzić, że przedstawiony w omawianej książce zbiór amerykańskich informacji z Polski nie tylko nie narusza naszej wiedzy o niedawno minionych wydarzeniach, ale nadto w pełni ją potwierdza. Nie zmienia to jednak przekonania, że z bardzo wieli powodów warto zapoznać się z tą wydawniczą pozycją.