Weekendowa służba Kościołowi i partii

Błaszczak nie miał pomysłu na WOT. No to mu go podsunął Episkopat.

Macierewicz wymyślając Wojska Obrony Terytorialnej, kroił je pod siebie. Chciał mieć swoją własną armię, która jakby co, to może nawet dokonać zamachu stanu. Macierewicza kazali się Kaczyńskiemu pozbyć Amerykanie, a WOT nie osiągnął nawet ćwierci tej mocy, jakiej potrzebowałby do obrony swej osoby minister od Tupolewa.

Błaszczak przejął zatem armię z dobrodziejstwem inwentarza, czyli kilkutysięcznym strupem wojska weekendowego. Nie mógł go rozwiązać, bo oznaczałoby to maksymalny obciach dla pisowskiej władzy. Pozostało mu brnąć w macierewiczowską ślepą uliczkę. Z drobnymi, jednak, korektami.

WOT nie miały mieć wyspecjalizowanych w pełni zawodowych jednostek helikopterowo-komandosowskich, ani nawet paru plutonów czołgów. Weekendowe wojsko wbrew zapowiedziom, nie miało mieć własnego wywiadu, ani prowadzić choćby działań kontrwywiadowczych. Ma być tym, czym za komuny były jednostki Obrony Cywilnej. Jedyne co obie służby dziś odróżnia, to fakt, że nominalnie żołnierze WOT, to tacy sami żołnierze jak reszta polskiego wojska. Tyle, że o wiele częściej niż reszta występują na mszach i straszą pełnym uzbrojeniem cywilów w Mc’Donaldsach, albo na szlakach turystycznych.

Na koniec tamtego roku liczebność WOT przekroczyła 25 tysięcy. Parę razy za dużo w stosunku do występujących w Polsce susz, powodzi i pożarów. Czyli czegoś, gdzie jednostki te mogłyby zrobić coś pożytecznego. I gdy w styczniu tego roku szefostwo MON drapało się po głowach co zrobić z zaplanowanym na ten rok fantem powiększenia stanu weekendowego wojska do 29 tysięcy, w sukurs przyszedł im koronawirus.

Okazało się, że policji jest za mało nawet do pilnowania dziesiątków tysięcy ludzi zamkniętych na kwarantannach. No to na ulice wyprowadzono wraz z nimi weekendowych. Okazało się jednak, że coś z nimi jest nie halo, bo – choćby w Szydłowcu – władze samorządowe kazały im spadać z gminy, bo zamiast nieść pomoc WOT zajmował się emitowaniem wirusa SARS COV-2. Wykombinowano zatem, że samochody WOT staną się wymazobusami. Jednak po tym, jak większość pobranych przez weekendowych próbek zamiast do badań, nadawała się do utylizacji, odpuszczono sobie i to.
Szykowały się matury. Umyślono zatem, że weekendowi będą pomagać w szkołach, aby do egzaminu nie podszedł żaden zakażony. W kilku szkołach ustawiono zatem coś, co okrzyknięto najnowocześniejszą bronią z COVID 19, znaczy bramki z termowizją. I jak się w takiej pojawiał ktoś z podniesiona ciepłotą ciała, to żołnierz go skutecznie od matury eliminował.
Ci, co się znali na zarazie i wiedzieli, że maturzyści koronawirusa przechodzą bezobjawowo popukali się w czoło. Ale ponieważ władza w Polsce – tak jak w innych krajach – musiała wykazywać, że z COVID walczy, to mierzenie temperatury niewnoszące niczego do tej walki, było idealną formą udawania, że państwo coś robi.

Władze niektórych gmin same wpadły na pomysł, jakby tu WOT wykorzystać. Do pandemii było bowiem tak, że do ośrodków pomocy społecznej, po pomoc rzeczową upoważnieni potrzebujący przychodzili sami. Przez wirusa nie przychodzili i oni i osoby, które paczki wydawały. Samorządom potrzebni byli ludzie i samochody. To wszystko miały WOT.
Dowództwo nie zawahało się tego użyć i rozwozić paczek po ludziach z listy MOPS. O tej praktyce dowiedział się Caritas. Błyskawicznie wystąpił więc do dowództwa weekendowych aby wojsko zaczęło robić to co do tej pory Caritas robiło swoimi samochodami i wolontariuszami oraz pracownikami. WOT się zgodził, bo czemu niby miałby się nie zgodzić. Całą logistyką prywatnej bo podlegającej Kościołowi Caritas zajęła się więc struktura będąca częścią świeckiego – w świetle prawa – państwa.

W czym nie byłoby niczego dziwnego, bo przecież pomaganie pomagającym jest dobre. Problem w tym, że nie u nas. Do roku 2015 organizacja pożytku publicznego o nazwie WOŚP mogła liczyć na wojsko, straż pożarną i policję. Inne organizacje tak samo zresztą. To jednak zmieniło się 20 grudnia 2015 , gdy ówczesny poseł PiS Stanisław Pięta zrobił wszystkim wykładnię państwowej pomocy dla organizacji pożytku publicznego. Napisał mianowicie na Twitterze, że „Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby”. Pięty po aferze miłosnej już w polityce nie ma. Zaś jego prawo działa w najlepsze.

Jedyną modyfikacją jest tylko to, że do orkiestry Owsiaka dopisano wszystkie NGO-sy, które nie są związane z Kościołem lub kimś ze Zjednoczonej Prawicy.

Obostrzenia wywołane koronawirusem się skończyły. Do MOPS–ów wrócili potrzebujący i pracownicy. WOT przestały tam być potrzebne.

Całkiem inaczej niż w Caritas. Księża wzięli kalkulatory i wyliczyli, że przejęcie ich całej logistyki przez wojsko nader się opłaciło. Skoro zatem chwyciły palec, to sięgnęły i po rękę.

W zamian za caritasowski medal In Servire Caritate dla szefa WOT gen. Kukuły, podległa Episkopatowi instytucja załatwiła sobie umowę z wojskiem weekendowym. W jej myśl, WOT bez względu na pandemię czy cokolwiek, będzie woził paczki Caritas z magazynu do magazynu, oraz rozwoził je tam, gdzie księża sobie zażyczą. Żeby jednak nikt się czepiał, w tekście umowy są nader zabawne kawałki o wzajemnym wsparciu szkoleniowym, wspólnym prowadzeniu akcji honorowego krwiodawstwa, podtrzymywaniu i upowszechnianiu tradycji narodowej oraz ochronie dziedzictwa przyrodniczego i rozwoju świadomości ekologicznej.

Zamiast płacić za transport i kombinować wolontariuszy, Caritas ma teraz państwowe wsparcie, które w przeliczeniu na kasę, daje tej instytucji parę milionów złotych oszczędności rocznie. Umowa na pomaganie pomagającym przez nie mające nic do roboty wojsko z półmiliardowym budżetem, zdawała by się być normalna. Nie tym razem jednak. Samorządy i inne organizacje charytatywne, nie będące emanacją Episkopatu Polski, umowy z WOT nie podpisały i nie podpiszą. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego? Ani tego, komu skrót WOT pomylił się ze słowem wotum. Przez całe wieki oznaczającym prezent dla Kościoła.

Terytorialsi na wojnie z wirusem

Jeszcze niedawno maszerowali na defiladach skrajnej prawicy, teraz wraz z policjantami patrolują ulice.

„Odporna Wiosna” – to oficjalna nazwa operacji przeprowadzanej przez Wojska Obrony Terytorialnej podczas epidemii koronawirusa. Członkowie oddziałów uformowanych za czasów, kiedy MON rządził Antoni Macierewicz, w kilku województwach wspólnie z policjantami przemierzają ulicę, wypatrując przechodniów, legitymując, wypytując o powód wyjścia z domu, a bardzo często również wlepiając mandat w wysokości 500 złotych.

W Elblągu są niemal na każdym osiedlu. Kroczą obok policjantów, zatrzymując, pouczając i dyscyplinując mieszkańców. Przedstawiciele miejscowej policji przyznają, że terytorialsi są wysyłani tam, gdzie istnieje podejrzenie, że mogą gromadzić się ludzie. – Dwuosobowe patrole pełnią służbę w centrum miasta, na Starym Mieście a także w innych dzielnicach Elbląga obejmując również kontrolę skwerów i parków oraz innych terenów zielonych – powiedział kom. Krzysztof Nowacki oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Elblągu.

W Koszalinie lokalni dowódcy WOT wygłaszają apele do lokalnej społeczności. W Żorach mają już na koncie pierwsze sukcesy. Terytorialsi namierzyli i spacyfikowali 46-latka, który odbijał piłkę rakietę do tenisa pomiędzy blokami, a także przyłapali na gorącym uczynku dwóch mężczyzn spożywających alkohol w jednym z garaży. Jeden z nich zaczął uciekać, jednak terytorialsi wezwali zmotoryzowani patrol, który go sprawnie dogonił. Będzie grzywna!

W całym kraju w działania związane z walką z koronawirusem zaangażowanych jest dzisiaj ok. 4435 członków Wojsk Obrony Terytorialnej.