Syn i ojciec

Jedna z kart dramatycznej historii stosunków polsko-ukraińskich.

Kresy Wschodnie Polski. Lata wojny. Rok 1943. Mieszkali tam Polacy, Ukraińcy i inne narodowości. Właściwie nie było wsi i miast, w których mieszkały różne nacje. Od lat Polacy i Ukraińcy stanowili większość mieszkańców. Była to kraina mozaiki narodowościowej. Niemal od stuleci tak było. Po I wojnie światowej osiedliły się tam tysiące Polaków. Władze Polski niepodległej nadawały tam ziemie osadnikom wojskowym.

Lachy

Była to żyzna ziemia. Otrzymali oni znaczną pomoc finansową i materialną od państwa polskiego. Tworzono duże, zasobne gospodarstwa rolne, na które z zazdrością spoglądali Ukraińcy, nazywając ich właścicieli panami, Lachami. Ogromny dramat ludności polskiej na tych terenach rozpoczął się w czasach parcia Niemców na wschód. Zajęli oni znaczne obszary byłego Związku Radzieckiego.
Ich polityka narodowościowa sprzyjała powstaniu ośrodków nacjonalistów ukraińskich o charakterze zbrojnym i politycznym. Niemcy zapowiadali pomoc w powstaniu państwa ukraińskiego. Niezależnej, wolnej Ukrainy. Oczywiście była to tylko gra propagandowa w celu uzyskania poparcia działań zaborczych Niemiec.
W tych to warunkach rozpoczął się dramat polsko-ukraiński, w którym zamordowano w sposób okrutny tysiące Polaków. Wiele źródeł historycznych wymienia 200 tysięcy. Były to przerażające mordy Polaków. Ginęli tylko dlatego, że byli Polakami. Tak jak Żydzi, bo byli Żydami, przedstawicielami innej, gorszej rasy ludzi. Ginęli w odwecie i Ukraińcy.
Wieś polsko-ukraińska jak wiele innych na Wołyniu. Zamieszkiwali ją Polacy i Ukraińcy, Żydzi i Białorusini. Byli sąsiadami. Spotykały się dzieci i młodzież obu narodów. Żyli w przyjaźni. Razem grali w piłkę, tańczyli na wiejskich potańcówkach. Powstawały małżeństwa polsko-ukraińskie.

Byli sąsiadami

Znali się od dzieciństwa, obcując nieustannie ze sobą. Na wesela przychodzili mieszkańcy niemal całej wsi. Taki był zwyczaj od dziesiątków lat. Żyli po prostu w zgodzie, a nawet i przyjaźni. Zaczęło się to zmieniać na gorsze po wkroczeniu Niemców na te ziemie. Bogate, zasobne gospodarstwa Polaków były solą w oku dla ideologów nacjonalistów ukraińskich. Ich zbrojne ramię UPA wypowiedziała bezwzględną walkę Polakom.
Niemcy, licząc na ich wsparcie, obiecali po wojnie pomoc w powstaniu niezależnej Ukrainy, samodzielnego państwa.
Ale wróćmy do wspomnianej wyżej wsi na Wołyniu. Do jednej z rodzin polsko-ukraińskich. Ona Polka, a on Ukrainiec. Przez kilka lat żyło się im dobrze. Byli szanowani przez mieszkańców wsi. Nie byli wyjątkiem małżeństwa polsko-ukraińskiego. Nikt im nie dokuczał.

Stado gęsi i kaczek

Małżeństwo miało syna. Był już dorosły, miał 18 lat. Powodziło im się dobrze. Urodzajna ziemia rodziła dobre plony pszenicy i buraków cukrowych. Liczna trzoda chlewna, ptactwo, krowy i kilka tuczników. Stado gęsi i kaczek, które buszowały w wiejskim, wspólnym stawie. Ale wśród mieszkańców byli i tacy, którzy zazdrościli im ich dostatku, chociaż na przednówku pożyczali sąsiadom zboże i ziemniaki do zasiewu.
Zbliżały się jednak dramatyczne czasy w ich spokojnym życiu. I to, podobnie jak w setkach wsi na Wołyniu, oddziały zbrojne UPA rosły w siłę, obejmując swym zasięgiem znaczne obszary. Kierownictwo tego ugrupowania zaleciło Ukraińcom bezwzględną walkę z ludnością pochodzenia polskiego: mieli być wymordowani wszyscy, starcy i dzieci pochodzenia polskiego.
Programowym hasłem była walka o niepodległą Ukrainę. Polacy podejmowali walkę obronną, tworząc zgrupowania samoobronne. Rozpoczęły się okrutne mordy całych rodzin pochodzenia polskiego.
Zbliżała się północ. Syna wciąż nie było w domu. Jego rodzice z niepokojem spoglądali w okna. A on nie wracał. Złe przeczucia i niepewność. Ich myśli były dramatyczne. Mało mówili do siebie. Nie mogli spać. Czekali na powrót syna. Cisza. Nic nie mówili. Nie wiedzieli jeszcze, że ich syn był już członkiem jednego z oddziałów nacjonalistów ukraińskich. Dotychczas syna oceniali pozytywnie, młody, a taki rozważny. Pomagał w pracy w polu i utrzymaniu licznej trzody chlewnej. Mówili do sąsiadów, że mają dobrego syna.

Po północy

Nie mieli dotychczas żadnych sygnałów, że ich syn, jednak, jest jednym z tych, którzy mordują Polaków. A on już popierał czynnie propagandę głoszącą, że trzeba likwidować panów Polaków i przejmować ich gospodarstwa. Po północy syn wrócił. Nie powitał rodziców z uśmiechem na twarzy, jak to czynił dotychczas, gdy wracał późno z potańcówki wiejskiej. Rodzice zasypali go pytaniami, gdzie był, co robił tak długo w nocy.
Myśleli, że może przebywał z dziewczyną, z którą spotykał się wieczorami. Zawsze mówił o spotkaniach z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Na pytania rodziców nie odpowiedział. Milczał. Głowę miał pochyloną. Podszedł do niego ojciec, pytając, a on odpowiedział szeptem, biorąc ojca za dłoń i wchodząc do drugiego pokoju. Zamknął za sobą drzwi, żeby matka nie słyszała, co mówił ojcu.

Rozkaz – zastrzelić matkę

Patrząc na ojca, miał bladą twarz i smutny jej wyraz. Z wielkim wysiłkiem wypowiedział słowa: Mam rozkaz zastrzelić matkę, bo jest Polką, a Polacy są naszymi wrogami, zabrali nam ziemię i nie popierają naszej walki o powstanie suwerennej, wolnej Ukrainy, naszego narodowego państwa. Wyjął z kieszeni kurtki pistolet. Te słowa syna wywołały u ojca trwogę, mało brakowało, by padł na ziemię. Cisza trwała ileś sekund. Był w stanie trwogi i rozważał, co ma czynić. Czy pozwolić zastrzelić matkę, jego żonę, która urodziła mu upragnionego syna. Mijały sekundy.
Wreszcie straszna, dramatyczna decyzja. W tym czasie syn jeszcze powiedział, że jeśli nie wykona rozkazu, to czeka go rozstrzelanie za zdradę narodową.
– Tato, jestem młody, ja chcę żyć, nie umierać – mówił roztrzęsiony.
Po paru sekundach ojciec powiedział ściszonym głosem: Synu, to twoja matka, jesteś bliskim krewnym, masz tę samą krew. Będziesz potępiony za matkobójstwo.
– Tato, ja muszę! – niemal wykrzyknął. – Ja to zrobię!
Między twoją matką a mną nie ma pokrewieństwa, jest tylko urzędowy zapis – odparł ojciec. Syn trochę się zastanawiał, będąc wyraźnie zaskoczony tym, co przed chwilą powiedział jego ojciec, Ukrainiec, wyraził zgodę, by to ojciec zastrzelił matkę. Przekazał ojcu pistolet, mówiąc, by uważał, bo jest naładowany, tylko trzeba odbezpieczyć. Odbezpieczając pistolet ojciec skierował lufę w pierś syna.

Strzał

Padł strzał. Syn padł na ziemię. Pojawiła się krew na ubraniu. Ojciec, klęcząc nad synem, głośno płakał. Matka zabitego syna usłyszawszy strzał, weszła do pokoju. Też klęczała i głośno płakała, że jej ukochany jedynak leżał martwy na ziemi. Ojciec przez dłuższy czas nic nie mówił do żony, a łzy płynęły niemal strumieniem z jego oczu.
– Boże, dlaczego nas tak ukarałeś – pytała matka. – Co się tu stało! – nie mówiła, lecz krzyczała.
A on odpowiedział, że musiał to zrobić, bo syn na rozkaz miał ją zastrzelić.
– Boże, swoją matkę! to zbrodniarze, nie ludzie – mówił do żony.
Zostawili wszystko, cały swój majątek, gospodarstwo, które tworzyli przez wiele lat. Uciekli ze swojej wsi. Zwierzęta i ptactwo wypuścili na podwórko, otwierając bramę. Psa też uwolnili z łańcucha, każąc mu zostać, by nie utrudniał ucieczki przed banderowcami. Uciekali z wioski, w której po rodzinie żony przejęli gospodarkę i dobrze im tu się żyło, mimo pracy od rana do nocy, jak to bywa w gospodarstwach rolnych. Praca jest zawsze, cały rok, zimą i latem.

Byli katolikami

Pistolet, którym zastrzelił syna wyrzucił już w lesie w pewnej odległości od wioski. Mogli się przecież spodziewać pościgu ukraińskich oprawców. Było jeszcze ciemno. Może nikt ich nie widział – myśleli, prosząc o to Boga. Byli katolikami. Nie wiedzieli, dokąd mają iść, byle jak najdalej od wioski. Zastanawiali się, co robić, gdzie się udać i ukryć. Rozdzielili się. Tak będzie bezpieczniej.
Była już druga połowa roku. Ustalili, że spotkają się dopiero wtedy, gdy odejdą na bezpieczną odległość.
Było jeszcze ciepło, deszcz nie padał. Musieli rozglądać się, czy ich nikt nie śledzi. Teren ucieczki był zamieszkiwany przez Ukraińców. Trwoga przeszywała ich ciała. Las pełen zarośli. Nie można było się ukryć. Mieli mięso i chleb, który upiekli dwa dni przed tym tragicznym wydarzeniem.

Siekiery i widły

No i stało się. Nad ranem zostali zauważeni przez nieliczną grupę ludzi, którzy mieli różne rodzaje broni oraz siekiery i widły. Od razu wiedzieli, z kim mają do czynienia. Wśród nich były kobiety, które miały w rękach grube drewniane kołki. Otoczyli ich. Mąż szepnął do żony, że muszą udawać uciekinierów przed Polakami, że są rodziną ukraińską. Dowódca pytał ich, co tu robią i dokąd idą. Odpowiedzi ojca brzmiały dość wiarygodnie. Ukraińcy przyglądali się im niedowierzająco.
– Jak się ściemni, to pójdziecie z nami – usłyszeli polecenie.
Ta wypowiedź poraziła ich niczym ogień. Wiedzieli, gdzie oni idą i co mają zamiar czynić. Atak na polskie siedziby i gospodarstwa, które mają słabą obronę, bo mieszkańcy nie zdążyli uciec do większych osiedli, które już miały zorganizowaną samoobronę.
– Pójdziecie z nami – jeden z nich powiedział ponownie.
Uzbrojono ich, on dostał widły, ona nóż do podrzynania gardeł Polakom.
– Jeszcze będziemy odpoczywać. Musimy ich zaskoczyć w czasie snu, a oni późno kładą się do łóżek.
Ściemniło się.
– Co robić – zastanawiali się. – Uciekać? Nie, zabiją nas tu, w lesie – myśleli. Trwoga i strach ogarnęły ich myśli.
– Co robić, jak uciec od tej bandy morderców. Daleko przecież nie oddalili się od swojej wioski. Mogą być rozpoznani jako zabójcy syna – medytowali.
Z żoną ustalili, że nocą, gdy będą się zbliżać do osiedla, na które planowano morderczy atak i będą rozstawieni na stanowiskach, muszą uciekać pojedynczo w różne strony, w odwrotnych kierunkach.

W odwrotnych kierunkach

Określili teren spotkania po udanej ucieczce, bo na pewno ich rozstawią w różnych miejscach. I tak zrobili. Gdy oddział rozpoczął atak na polskie zabudowania, padły strzały ze strony mieszkańców, zaskakując bandziorów z UPA. Korzystając z zamieszania, zdecydowali się na ucieczkę w kierunku odwrotnym do ataku. Uciekali co sił, aby jak najdalej oddalić się od tych ludzi z siekierami i widłami. Nie oglądali się. Ratowali życie. Biegli. Po pewnym czasie, gdy spotkali się w umówionym miejscu, zobaczyli ogień palących się zabudowań. Mogli się tylko domyślać, że trwa tam mordercza walka o życie mieszkańców.
Słyszeli pojedyncze strzały broni palnej. Mieszkańcy podjęli walkę, bowiem ich czujki rozpoznały, że zbliżają się banderowcy. Trwała zażarta walka atakujących z obrońcami życia. Gdy uciekali, zaczęło się już rozwidniać. Nastawał kolejny ciepły dzień ich dramatycznego życia. Jakże okrutnego. Mówili do siebie, że ich to musiało spotkać.
– Co robić, gdzie się udać, jak żyć, przyjdzie zima, mrozy – rozmyślali. Przeżywali smutne dni pełne niepokoju o jutro.
– Co jeszcze może nas spotkać? – pytała żona męża, którego jeszcze bardziej kochała, gdy poświęcił syna, by ona mogła żyć.
Ale co to za życie po takiej rodzinnej tragedii. Czy nie lepiej byłoby, gdyby to ona zginęła.
– Jeszcze nie wiedziała, że urodzi córkę i drugiego syna i będą mieli nowe gospodarstwo na zachodzie Polski po zakończeniu wojny.

Już nie było odwrotu

Uciekając przed siebie w kierunku zachodnim i wychodząc z lasu, ujrzeli pojedyncze zabudowania gospodarcze. Nie było to okazałe siedlisko ludzi oddalone od wsi o parę kilometrów. Ale na pastwisku pod lasem pasły się dwie krowy. To już było coś. Mieli mleko i jego przetwory. Pastucha nie było widać. Powiedział żonie, że wejdzie do tego domu.
– Ty czekaj tu na mnie – powiedział żonie. Nie pokazuj się ludziom, bo mogą tu pojawić się różne osoby. Nie wiadomo, kto Polak, a kto Ukrainiec.
– Dobrze, idź. Będę czekać, aż dasz mi jakiś znak, że mam przyjść – odpowiedziała.
Skierował kroki w kierunku zabudowań. W obejściu nie było nikogo. Zapukał do frontowych drzwi. Czas się dłużył. Tak mu się wydawało. Usłyszał po ukraińsku – proszę. Zatrwożył się. Ukraińcy? Ale nie ma już odwrotu. Jego ucieczka tylko by pogorszyła ich sytuację. Wszedł.

Chleb własnego wypieku

Przy stole siedziała czteroosobowa rodzina. Młode małżeństwo i dwoje dzieci, córka i syn. Mieli po parę lat. Jedli zupę mleczną z kaszy jęczmiennej i chleb własnego wypieku, jak się później dowie. Na stole leżał także biały ser, całe to jadło własnej produkcji jak u niego we własnym domu, którego już nie ma. Popatrzył na to jadło.
Zauważył to gospodarz domu, zapraszając do stołu. Po chwili wahania usiadł przy tym zastawionym stole. Był zachęcany do jadła, nic jednak nie mówił, że w lesie czeka na niego żona. Jedli w ciszy, a gdy śniadanie się skończyło, gospodarz zaczął go pytać, co tu robi samotny w lesie, gdzie mieszka, w której wsi. Wiedząc już, że spotkał rodzinę ukraińską, musiał kłamać.
Odpowiedział, że uciekli z wioski, która została zaatakowana przez uzbrojonych Polaków. Z nim uciekła i jego żona, która jest w lesie. Żona gospodarza powiedziała, by ją przyprowadził, bo na pewno jest głodna. Tak uczynił, dziękując za zaproszenie.

Z motyką…

Przebywali już drugi dzień u tego ukraińskiego rolnika. Wieczór. Rozmawiali. Gospodarz powiedział – porywają się z motyką na słońce. Niepodległej Ukrainy nie będzie po wojnie. Stalin dogada się z Zachodem. Niepotrzebnie giną Polacy i Ukraińcy. Mąż zastanawiał się, czy gospodarz mówi tak tylko dlatego, bo chce się dowiedzieć, przed kim on ucieka.
Po trzech dniach pobytu u tej ukraińskiej rodziny podziękowali za gościnność. Prawdy jednak nie ujawnił, dlaczego ucieka.
Daty z kalendarza
Jest rok 1944. Armia Czerwona przekracza rzekę Bug, gromiąc niemieckiego okupanta na terenach Polski. Nasi bohaterowie, ojciec i matka zabitego syna, po licznych, wręcz dramatycznych przejściach, przebywali już w Polsce.
Był rok 1945. Na ziemiach odzyskanych dostali gospodarstwo rolne w jednej z wsi Dolnego Śląska, gdzie przesiedlono również wielu Ukraińców z Polski wschodniej. Powodziło im się dobrze. Murowane zabudowania, energia elektryczna, woda. Warunki lepsze niż tam na Wołyniu. Jednak do końca swego życia ciernie im uwierały w ich myślach i świadomości. On do końca życia nie miał uśmiechu na twarzy.
Los chciał, że pozbawił życia swego syna, za cenę życia jego żony. Odwiedzali wielokrotnie mogiłę syna, a łzy same płynęły z ich oczu. Pani Jadwiga urodziła córkę i drugiego syna, ale ten pierwszy wciąż był bliski jej sercu.
Teraz siostra i brat odwiedzają miejsce, gdzie spoczywa ich starszy brat. Nie dowiedzieli się jednak od rodziców prawdy o przyczynach jego śmierci. Była to dramatyczna tajemnica rodzinna. Pan Władysław Beck wiedział o okolicznościach śmierci tego młodego człowieka, którego urodziła matka Polka, a ojcem był Ukrainiec.
To właśnie on opowiedział mi tę historię. Jest to jednostkowe, ale jedno z bardzo wielu zdarzeń w historii relacji polsko-ukraińskich.

Przejścia brak Ważny tunajt

Przypomniał mi się dziś Dołhobyczów. To taka wioseczka w powiecie hrubieszowskim, w której jeszcze pół roku temu działało graniczne przejście pieszo-rowerowe z Ukrainą. Jedyne takie na Lubelszczyźnie. W ostatnich sześciu miesiącach przekroczyło je 3,5 tysiąca podróżnych, z czego 850 pieszo lub rowerem. Funkcjonowało od lipca 2015 do końca 2018 r. I dość.

Dołhobyczów przypomniał mi się akurat dzisiaj, gdym włączył telewizor, i zobaczył prezydenta Dudę, składającego kwiaty pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej. Prezydent po raz wtóry zaapelował do władz ukraińskich o to zgodę na przeprowadzenie ekshumacji ofiar na Wołyniu. To, zdaniem prezydenta Polski, byłoby jasnym sygnałem, że nowej prezydenckiej administracji na Ukrainie zależy, podobnie jak nam, na utrzymaniu poprawnych i przyjacielskich stosunków między obydwoma krajami. Nikt ludziom życia nie przywróci, ale pamięć o nich i prawdę historyczną, nawet najgorszą, należy na światło dzienne wydobyć, choćby spod ziemi, nawet jeśli nie ma na niej mogiły. Kości pomordowanych nadal jednak pod nią tkwią i mogą pokazać światu, jak było naprawdę. Dziś już mogą. Nie bardzo jednak wierzę, że apel prezydenta Dudy spotka się na Ukrainie ze zrozumieniem, choć podobnie jak i pan prezydent, bardzo bym sobie życzył, żeby relacje polsko-ukraińskie wreszcie ucywilizować i zacieśnić. Znam Ukraińców dobrze, bo wychowałem się niespełna 30 kilometrów od nich. Znałem ich wtedy i znam ich dzisiaj. Wożą mnie taksówkami, podają zakupy w sklepie, bawią się z moim dzieckiem. Ba, z paroma grałem na jednej scenie koncerty. Nigdy nic złego mnie z ich strony nie spotkało. Wiem jednak, że póki sama Ukraina nie poradzi sobie wewnętrznie ze sobą i swoją spuścizną, niewiele się tam zmieni. A widoki na uporanie się z własnymi demonami są w Kijowie raczej nieciekawe.
Nowy prezydent Ukrainy postrzegany jest jako człowiek Ihora Kołomojskiego, skonfliktowanego z byłem prezydentem Poroszenką oligarchy, który otwarcie wspiera samodzielny batalion Azow walczący na zachodniej Ukrainie z wojskami separatystów prorosyjskich. Wiecie Państwo co to ten Azow? Na początku prywatna, nacjonalistyczna armia, finansowana z kieszeni bogaczy, takich jak m.in. Kołomojski, później, zalegalizowana przez ukraińskie władze jednostka. W jej skład wchodzą ochotnicy. Sami najlepsi synowie narodu? Nie do końca. Z przeróżnych źródeł dowiedzieć się można, że sporą grupę wojaków stanowią byli skazańcy. Obok nich, w okopach, siedzą legalni faszyści z różnych stron Europy, wyznający ideę supremacji białej rasy. Dalej ukraińscy nacjonaliści, wypisz wymaluj spod tryzuba Bandery, a jeszcze obok nich norlmalsi, postrzegający siebie jako patriotów, którym obecność pozostałych u boku nie wadzi. Wszyscy przystrojeni w mundury z wolfsangelem, przeróbką run, wykorzystywanym w symbolice neonazistowskiej. Jak ktoś ma silne nerwy i takiż sam żołądek, może sobie poszperać w sieci i poszukać filmików z przykładami na to, w jaki sposób towarzystwo obchodzi się z pojmanymi do niewoli jeńcami. Czy to znaczy że drudzy są święci? Bynajmniej. Rzecz jednak w tym, że to z Ukrainą chcemy się bratać bardziej niż z putinowską Rosją. Mam jednak wrażenie, że Ukraina niekoniecznie chce bratniego kontaktu z nami, tak bardzo, jak my z nimi.
Jeśli są wątpliwości, że w Jedwabnem było inaczej niż opisuje to Jan Tomasz Gross, to nie można zakryć ich czapką, a wszystkich tych którzy je podnoszą, nazwać kretynami i nacjonalistami, z którymi rozmawiać się nie godzi. Trzeba rzecz wyjaśnić, żeby nie tonąć w półprawdach i kłamstwach. Tak i na Ukrainie. Pokazać trzeba światu, jak było naprawdę. Kto stał za ludobójstwem, a nie za zbrodnią noszącą znamiona ludobójstwa, bo to podła i niegodziwa manipulacja, bawić się w semantykę nad cierpieniem ofiar. Obdartych ze skóry, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Jeden kolega, gdy Rzeź Wołyńska stała się ongiś głośnym tematem sporów przekonywał mnie, że dziś to nie jest dobry czas, żeby atakować Ukrainę „rachunkiem krzywd”, kiedy na wschód od Kijowa siedzi im na karku Moskal. A kiedy jest na to dobry czas? Kiedy będzie lepszy? Jak mamy dojść do wzajemnego pojednania, gdy huk armat pod Mariupolem zagłusza prawdę spod Wołynia, do której nie nazbyt odważnie próbujemy przekonać naszych politycznych partnerów.
Tymczasem, w Dołhobyczowie, zamknięto pas dla pieszych i rowerów, bo podobno trudno było utrzymać nań porządek, a przez sam fakt jego istnienia, autokary notowały obsuwki. Zbliżenie obydwu narodów o którym mówimy, jakby się…oddaliło. Ludzie nie mogą już pojechać rowerem na Ukrainę i z powrotem. Zresztą po co by mieli. Nie dość że zabiją, to jeszcze rower ukradną. Lepiej nam u siebie, przy piecu.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Na rozdartej Ukrainie

Temat wschodniego sąsiada powrócił ostatnio w związku ze spekulacjami po spotkaniu Trump-Putin. Wart jest głębszej refleksji, bowiem kryje także paskudną dla nas prawdę.

 

W roku 1918, nie tylko Polska odzyskała niepodległość ale szereg innych krajów, również te spod byłego carskiego berła: 24 lutego Estonia, 2 listopada Litwa, 18 listopada Łotwa, a jeszcze wcześniej, bo 6 grudnia 1917 roku Finlandia. A Ukraina? Jej losy, wyznaczone wcześniejszymi wydarzeniami, były odmienne.

 

Darujmy sobie

szczegółowy opis czasów powstania kozackiego, które nie przyniosło Ukrainie niezależności, ani odrębnego statusu w ramach Rzeczypospolitej. Hetmanat i Bohdan Chmielnicki szukając sojusznika w 1654 r. zawarli ugodę perejasławską, oddającą Ukrainę Naddnieprzańską pod opiekę Rosji, a ta sto lat później zlikwidowała ostatnią Sicz, stanowiącą centrum polityczne kozaczyzny.
W wyniku rozbiorów Polski Austria zajęła m. in. Galicję Wschodnią: województwo ruskie, część Podola i Wołynia, a po pewnych perturbacjach, także Lwów, natomiast Rosja zagarnęła pozostałe ziemie ukraińskie.
I tak dokonał się podział tego kraju, którego trwałość obserwować możemy po dzień dzisiejszy.

 

Wiek XIX przyniósł

dążenia niepodległościowe w wielu częściach Europy, początki przebudzenia, a na Ukrainie narodowego odrodzenia. Nie tylko jego symbolem był Taras Szewczenko – za pisanie w języku ukraińskim i promowanie niepodległości Ukrainy, ze swoich czterdziestu siedmiu lat życia jedynie dziewięć spędził na wolności, ponad trzynaście na carskim zesłaniu i pod nadzorem policji, a wcześniejsze dwadzieścia cztery jako pańszczyźniany poddany.
W odróżnieniu od wschodnich ziem ukraińskich, rusyfikowanych przez carat, w zaborze austriackim, szczególnie w późniejszym okresie autonomii, narodowościowe ambicje Ukraińców, zwanych wtedy Rusinami, rozwijały się w oparciu o działalność oświatową, wydawniczą, prasową, ruch naukowy i rodzące się elity. Sprzyjały im tak pewnego rodzaju liberalizm, jak też realizowana przez Austro-Węgry, w stosunku do podległych im narodów, stara rzymska zasada divide et impera.
W Galicji władza skupiała się w rękach Polaków, odsuwając na plan dalszy Ukraińców, a strukturę społeczną na całej Ukrainie wyznaczał przede wszystkim podział na ukraińskich chłopów i polskie oraz rosyjskie rodziny szlacheckie. Na takim właśnie tle narodziła się, przez wiele lat trwająca, nie tylko na ukraińskiej wsi, obawa przed polskimi panami.

 

Narastający konflikt

pomiędzy rozbudzoną świadomością i ruchem narodowym Ukraińców, a licznie zamieszkałymi Galicję Wschodnią Polakami, zaowocował w listopadzie 1918 roku walkami o Lwów i szeregiem innych starć zbrojnych. Ukraińskiej Republice Ludowej, proklamowanej jeszcze 20 listopada 1917, zagrażały także Armia Czerwona i białogwardyjskie wojska, zmierzające do odzyskania terytoriów byłego cesarstwa rosyjskiego.
Koncepcja polityczna Józefa Piłsudskiego, dążąca do stworzenia bariery pomiędzy odrodzoną Polską, a ogarniętą rewolucją Rosją, poprzez wsparcie narodowych i państwowych ambicji Białorusinów i Ukraińców, napotkała u tych drugich na antypolski opór wynikający ze wcześniejszych urazów i niedawnego konfliktu zbrojnego. Oznaczało to w 1918-1919 roku utratę, jedynej być może szansy, na utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego. Spóźniona, bo dopiero w 1920 roku, wspólna, nadto wsparta tylko częściowo przez Ukraińców, wyprawa na Kijów zakończyła się we wiadomy sposób. Podczas negocjacji pokojowych w Rydze Polska uznała Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej.

 

W II RP obiecywana wcześniej

ukraińska autonomia nigdy nie doczekała się realizacji, natomiast organizowano pacyfikacje terenów Małopolski Wschodniej i akcje polonizacyjno-rewindykacyjne w czasie których niszczono cerkwie i represjonowano duchownych, zmuszając wiernych do zmiany wyznania na rzymskokatolickie.
Polonizacji tych ziem służyła niewątpliwie akcja osadnictwa wojskowego i cywilnego – osadnicy wojskowi byli weteranami wojennymi z lat 1918-21, mieli prawo do noszenia broni i byli traktowani przez władze Polski jak filar polskiej państwowości na tych ziemiach. Stanowili podstawę organizacji patriotycznych, aktywnie uczestnicząc w różnych działaniach, w poważnym stopniu dali się także we znaki miejscowym Ukraińcom.
Można bez większej przesady stwierdzić, że tamte tereny traktowaliśmy jak kolonię, nie przyjmując do wiadomości narodowych i niepodległościowych ambicji Ukraińców, co utrwalało konflikt, a nawet go radykalizowało poprzez działalność terrorystyczną i dywersyjną skrajnie nacjonalistycznych ugrupowań ukraińskich.
Jednym z niewielu Polaków rozumiejących i popierających w tamtym czasie ukraińskie dążenia był wojewoda wołyński Henryk Józewski, co na ogólną sytuację wzajemnych stosunków tych dwóch narodów nie miało niestety większego wpływu.

 

Czartowska alternatywa,

w której ukraińscy polityczni przywódcy wybrali hitlerowskie Niemcy, jako nadzieję na powstanie niepodległego państwa ukraińskiego, witając kwiatami i ozdobnymi bramami wkraczające oddziały Wehrmachtu, do samego początku skazana była na klęskę. Okazała się nadto hekatombą dla Polaków na Wołyniu oraz zamieszkujących nie tylko te ziemie, ale również niosła śmierć Ukraińcom zadawana z różnych rąk i w odmiennym czasie.

 

Jeżeli określić stosunek

polskich elit politycznych do kwestii ukraińskiej na przestrzeni ostatnich 100 lat, to można nazwać go jedynie instrumentalnym, w którym nie liczyły się racje niepodległościowe Ukraińców, a nasze antybolszewickie, antyradzieckie i antyrosyjskie doktryny.
Poza wspomnianym już „kordonem sanitarnym” Piłsudskiego, w ubiegłych latach siedemdziesiątych Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski twierdzili, że suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski. Wreszcie, po odrodzeniu Ukrainy w wyniku rozpadu ZSRR, Polska jako pierwsza uznaje jej niepodległość, uczestniczy aktywnie w różnych wydarzeniach na jej terytorium wiążąc to wszystko ściśle z doktryną Giedrojcia, promuje możliwość jej przyszłego wejście w struktury zachodnioeuropejskie.
Tak więc polska optyka w stosunku do Ukrainy w tym całym okresie była przede wszystkim funkcją naszej polityki w stosunku do Rosji. Powyższy punkt widzenia nie wykluczał oczywiście jednoczesnego osiągnięcia dwóch celów, a także nie zaprzeczał tym wszystkim postawom, które za nadrzędną i samoistną wartość uznawały samostijną Ukrainę.
Paradoksem, ale to za słabe słowo, rechotem tej starej wiedźmy Klio było, że w polskiej historii „walki o naszą i waszą wolność” nie odnalazła się niepodległość Ukrainy, głównie za sprawą interesów polskich właścicieli wielkich dóbr na jej ziemiach.

 

Na zielonej Ukrainie

zrobiło się czerwono-czarno (to kolory flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii) od kiedy oficjalna państwowa polityka, nie tylko historyczna, przyjęła ten właśnie nurt wraz z jego przywódcami, jako wyraz akceptacji tamtych niepodległościowych, ukraińskich starań, a co za tym wzorzec dla współczesnych. Jeżeli zrozumieć można, że było to pewnego rodzaju odreagowanie na milczenie przez lata o tym nacjonalistycznym kierunku, to żadną miarą, nie tylko Polacy, nie mogą akceptować jego przewodnich haseł, sojuszów i poczynań. Zadziwia przy tym, że obecne państwo ukraińskie nie nawiązało do co prawda krótkotrwałej, ale jakże odmiennej niż nacjonalistyczne OUN I UPA, Ukraińskiej Republiki Ludowej i jej przywódców na czele z atamanem i prezydentem URL Symonem Petlurą. Była to przecież struktura państwowa także antybolszewicka i antyrosyjska, ale o zupełnie odmiennym obliczu, a nadto, co nie tylko dla nas ważne, otwarta na współpracę z Polską. A może w rozdartej i pełnej wewnętrznych konfliktów współczesnej Ukrainie łatwiej zarządzać nacjonalizmem, strachem i przemocą?

 

W tym diabelskim

kręgu niemożliwości, z którego wyjście było i leży dziś również po stronie Ukraińców, kraj ten nadal poszukuje sojuszników dla swojej niepodległości. Po Niemcach, którzy w czasie I wojny światowej stworzyli Hetmanat jako namiastkę państwa ukraińskiego, Polakach popierających URL, III Rzeszy niespełniającej oczekiwań i ZSRR, który niepodległość Ukrainy widział jedynie w formie jej przedstawiciela w ONZ, wreszcie rozbudzonych nadziejach ze strony Unii Europejskiej, przyszedł czas na Stany Zjednoczone. Były ambasador USA w Warszawie Christopher Hill nie wierzy, by Krym wrócił do Ukrainy, co nie znaczy, aby Amerykanie zupełnie porzucili tę grę, w którą włożyli określone plany i sporą kasę. I zapowiadają następną – w ostatnim oświadczeniu Pentagonu podkreślono, że potrzeby armii ukraińskiej zostały wyznaczone na podstawie przyjętej niedawno koncepcji bezpieczeństwa narodowego Ukrainy, ale użyto jednocześnie enigmatycznego określenia, że dostawa sprzętu nastąpi w terminie późniejszym. Czas pokaże na ile amerykańskie osłabione zainteresowanie Europą dotyczyć będzie także naszego wschodniego sąsiada.

 

O niepewnym losie Ukrainy

pisał ostatnio w „Gazecie Wyborczej” Michał Kokot analizując sytuacje wewnętrzną i ekonomiczną kraju oraz konflikty na linii społeczeństwo, władza i oligarchowie.
A może jednak: „Szcze ne wmerła Ukrajiny i sława, i wola”.

Wojna polsko-ukraińska pod banderą pojednania narodowego

Pojednanie polsko-ukraińskie ponad trudną historią to wielkie osiągnięcie wolnej Polski i wolnej Ukrainy. To efekt wysiłków obydwu społeczeństw i zasługa wszystkich ekip rządzących w naszych krajach, także kolejnych prezydentów Polaki i Ukrainy – napisali w Apelu prezydenci Ukrainy Leonid Krawczuk, Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko oraz polscy prezydenci Bronisław Komorowski i Aleksander Kwaśniewski. Wszyscy z nich to byli prezydenci.
„Pojednanie i współpraca pomiędzy Polską i Ukrainą leży w żywotnym interesie obu narodów, ma istotne znaczenie dla przyszłości całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Jest strategicznie ważne dla bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO i UE stojących w obliczu wyzwania, jakim jest agresja na Ukrainę” – argumentowali i dodali:
„Dlatego też z ogromnym niepokojem patrzymy na pojawiające się w ostatnim czasie zjawiska zagrażające pojednaniu i współpracy. Troską napawa nas zwłaszcza narastanie sporów i negatywnych emocji wokół bolesnych doświadczeń w historii wzajemnych stosunków.
Uważamy, ze między innymi ta trudna przeszłość powinna zachęcać współczesnych Polaków i Ukraińców do dalszych wysiłków na rzecz pojednania i współpracy z myślą o lepszej przyszłości naszych narodów i państw. Mnie może my być zakładnikami historii. Musimy uczyć się poszanowani odmiennych wrażliwości historycznych i szukać w przeszłości przede wszystkim tego, co nas łączy. Musimy okazać szacunek mogiłom ofiar dawnych konfliktów polsko-ukraińskich. Niczego z historii nie da się wymazać czy unieważnić, to fakt, lecz nawet najbardziej bolesne doświadczenia można uczynić źródłem wspólnej refleksji z myślą o przyszłych pokoleniach Polaków i Ukraińców”.
I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, piątka prezydentów zaapelowała „o obronę procesów pojednania między naszymi narodami”. Zaapelowali do ”władz państwowych, kościołów, samorządów, organizacji pozarządowych, mediów, środowisk akademickich, do wszystkich zwolenników pojednania, zbliżenia i przyjaźni miedzy naszymi narodami”. Apelowali o „prowadzenie cierpliwego dialogu, przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukacje oparta na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych i na wzajemnym szacunku”.
„Niech pamięć o niewinnych ofiarach dawnych konfliktów polsko-ukraińskich łączy nasze kraje i narody we wspólnej refleksji i wspólnym dążeniu ku przyszłości opartej na współpracy i przyjaźni” – zakończyli . Dla jednych optymistycznie, dla innych prowokacyjnie.
Apel prezydentów zdecydowanie poparł w prorządowym tygodniku „Sieci” profesor Przemysław Żurawski vel Grajewski wpływowy doradca w ministerstwie spraw zagranicznych. Zaapelował o pojednanie z Ukrainą w imię walki ze wspólnym wrogiem, czyli Rosją.
„Każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców w Donbasie nigdy nie pojawi się w Polsce. Gdyby Polska została zaatakowana, dobrze mieć takiego sojusznika u swojego boku”.
Pytany o antypolską działalności Organizacji ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii wyjaśnił, że „Nie ma u nas świadomości, że tradycja OUN-UPA jest tradycją rodzinna w zaledwie 5 z 25 obwodów Ukrainy. Na wschód od dawnej granicy Ii RP jest to świeża publicystycznie powłoczka, rozgrywana dziś politycznie, ale bez głębszego zakorzenienia. Poza tym jest to przede wszystkim tradycja zaciętej partyzantki antysowieckiej. Dla Polaków będzie to zaskoczeniem, ale badania socjologiczne pokazują, że te grupy społeczne, które najmocniej popierają kult OUN-UPA,są zarazem środowiskami żywiącymi najwięcej sympatii do Polski”. I dodaje, że „ w tamtej wyobraźni społecznej UPA to symbol zaciętej walki antysowieckiej. Polska to z kolei symbol odwiecznego oporu przeciw imperializmowi rosyjskiemu. Te dwa elementy nie kłócą się ze sobą, nawet łącza. Nie istnieje natomiast na Ukrainie pamięć o rzezi wołyńskiej, a jeśli gdzieś jest, to nie jest publicznie demonstrowana. To odwrotność tego, z czym mamy do czynienia w Polsce. U nas UPA jest pamiętana wyłącznie w kontekście mordów na Wołyniu i Galicji, ewentualnie walk w Bieszczadach. Nie funkcjonuje natomiast w naszej świadomości jako zaciekła partyzantka antysowiecka”.
Zupełnie inne zdanie wyraził były premier III RP Leszek Miller: „Dwóch byłych polskich prezydentów i trzech ukraińskich wystosowało apel w obronie pojednania Polski i Ukrainy. Autorzy odezwy wnoszą m.in. o prowadzenie stałego, cierpliwego dialogu, o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym i ekstremalnym zachowaniom, o edukację opartą na prawdzie i rzetelnych źródłach historycznych. Bardzo to piękne tyle tylko, że jednym z sygnatariuszy apelu jest Wiktor Juszczenko, który uczynił kult Stepana Bandery i Romana Szuchewycza oficjalną doktryną państwową. Co więcej były prezydent określił Banderę mianem „świętego” i oświadczył, że nadał mu tytuł Bohatera Ukrainy absolutnie świadomie. Juszczenko, przemawiając niedawno w Warszawie, postawił znak równości między zbrodniczą UPA i Armią Krajową, a były szef ukraińskiego IPN poradził, aby polskie władze, negocjując bolesny problem ekshumacji ofiar ludobójstwa na Wołyniu, czyniły to za pośrednictwem republiki San Escobar.
Do kogo zatem byli prezydenci apelują o przeciwstawianie się postawom nacjonalistycznym, skoro nacjonalizm ukraiński kwitnie u naszych sąsiadów w najlepsze? Kogo mają na myśli, jeśli obecny prezydent Ukrainy w odpowiedzi na nieśmiałe protesty dotyczące rehabilitacji ukraińskich nacjonalistów i faszystów oświadczył: „uznając za bohaterów narodowych UPA i Banderę, Ukraina nie powinna brać pod uwagę krytycznych opinii innych państw, w tym nawet ich oficjalnych protestów i negatywnych reakcji”. Problem z naszymi sąsiadami nie wynika tylko z nierozliczonego i nieosądzonego wojennego ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu, ale przede wszystkim z tego, co czynią dziś. A dziś z ich woli mordercy stają się bohaterami. Byli prezydenci piszą, że nie możemy być zakładnikami historii, ale nie o historię tu chodzi. Idzie o wzorce i wartości, na których wychowywani są młodzi Ukraińcy. O to, że dziedzictwo zbrodniczego nacjonalizmu Bandery, Doncowa i Szuchewycza, tradycje UPA i SS Galizien przy akceptacji ukraińskich przywódców weszło do szkolnych podręczników i staje się wzorcami dla młodego pokolenia. W apelu byłych prezydentów nie ma na ten temat ani słowa. Na szczęście widzą to inni. „Mój przyjaciel Poroszenko powiedział kilka dni temu, że Ukraina to UE i NATO. Na obecną chwilę nie mamy do czynienia ani z jednym, ani z drugim. Wszyscy muszą to wiedzieć” – oświadczył szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.
Teraz czekają nas setna rocznica walk polsko-ukraińskich o Lwów i 75 rocznica mordów na Wołyniu. Do pojednania ukraińsko – polskiego wtedy zapewne nie dojdzie. Do tego potrzebne jest też pojednanie polsko – polskie. A tego też nie widać.