Lekkoatleci Roku 2020

Szwedzki tyczkarz Armand Duplantis i wenezuelska trójskoczkini Yulimar Rojas zostali uznani za najlepszych lekkoatletów 2020 roku. Wyróżnienia ogłoszono podczas dorocznej gali World Atletics.

Duplantis był faworytem do tej nagrody wśród mężczyzn i rzeczywiście wyróżnienie trafiło w jego ręce. Szwed w lutym dwukrotnie bił rekord świata – najpierw w Toruniu uzyskał 6,17 m, a kilka dni później, w Glasgow, skoczył 6,18 m. We wrześniu z kolei ustanowił rekord świata na otwartym stadionie, uzyskując na mityngu w Rzymie wysokość 6,15 m. Duplantis jest najmłodszym lekkoatletą w historii, który otrzymał to wyróżnienie.
Nagrodzona tytułem lekkoatletki roku Yulimar Rojas poprawiła w tym sezonie halowy rekord świata w trójskoku (15,43 m) 24-letnia Wenezuelka jest od trzech sezonów królową kobiecego trójskoku. Dwukrotnie zdobyła mistrzostwo świata, we wrześniu 2019 roku wspięła się na drugie miejsce w rankingu wszech czasów (15,41 m). W tym roku w sezonie halowym uzyskała rewelacyjny wynik 15,43 m, poprawiając o 7 cm rekordowe osiągnięcie Rosjanki Tatiany Lebiediewej z 2004 roku. Do tej pory zaledwie osiem kobiet pokonało w trójskoku w hali barierę 15 metrów. Rekord świata w tej konkurencji, wynoszący 15,50 m, należy od 1995 roku do Ukrainki Inesy Krawiec.
Nagrodę federacji członkowskich otrzymał natomiast Polski Związek Lekkiej Atletyki. To nowe wyróżnienie przyznawane przez World Athletics (dawny IAAF), ustanowione w celu uhonorowania krajowych federacji, które w trakcie pandemii koronawirusa przyczyniły się do rozwoju lekkoatletyki. Oprócz Polskiego Związku Lekkiej Atletyki nominowano pięć innych federacji z całego świata. Nasza lekkoatletyczna federacja została doceniona za to, że pomimo pandemii z powodzeniem zrealizowała większość zawodów w kraju, w tym trzy rangi World Athletics Continental Tour (dwukrotnie w Chorzowie i raz w Bydgoszczy).

Sądowa porażka Caster Semenyi

Dwukrotna mistrzyni olimpijska w biegu na 800 m Caster Semenya przegrała apelację w szwajcarskim sądzie najwyższym. Biegaczka z RPA będzie musiała zastosować się do przepisów Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (World Athletics), które nakazują farmakologiczne obniżenie poziomu testosteronu u zawodniczek z zaburzeniami rozwoju płci (DSD), startujących na dystansach od 400 m do jednej mili (1609 m).

Nowa regulacja obowiązuje od 8 maja 2019. Według badań zleconych przez World Athletics (dawniej IAAF), biegaczki z syndromem DSD mają wyższy poziom testosteronu niż wynosi średnia dla kobiet, co skutkuje większą masą mięśniową oraz wyższym poziomem hemoglobiny. Jaką to daje przewagę nad rywalkami nie posiadających cech hiperandrogenicznych pokazały ostatnie igrzyska olimpijskie, w 2016 roku w Rio de Janeiro. W biegu na 800 m wszystkie miejsca na podium zajęły zawodniczki z DSD – Caster Semenya (złoto), Burundyjka Francine Miyonsaba (srebro) i Kenijka Margaret Wambui (brąz). Czwartą lokatę zajęła Kandyjka Melissa Bishop, a na piątej pozycji linię mety minęła Polka Joanna Jóźwik. Reprezentantka Polski pozwoliła sobie po biegu na wypowiedź, która wywołała w lekkoatletycznym światku spore poruszenie. „Margaret Wambui jest trzy razy większa ode mnie, ma 185 cm wzrostu przy moich 167 cm, a na wadze różnica na jej korzyść wynosi około 20 kg. Ma wielką łydkę i wielką stopę, kiedy ona zrobi jeden krok, ja muszę trzy. Jak mam z nią rywalizować jak równa z równą? Dla zawodniczek takich jak ja czy Melissa Bishop, to krzywdzące. Wszystkie trzy medalistki mają poziom testosteronu zbliżony do męskiego, stąd ich wygląd i wyniki. Dla mnie to dziwne, że sportowe władze nic z tym nie zrobią” – narzekała Jóźwik, za co spotkała ja ostra krytyka i musiał potem za swoje słowa przepraszać. Ale problemu nie dało się już „zamieść pod dywan” i władze Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF, obecnie po przemianowaniu World Athletics) w końcu musiały jakoś ten problem rozwiązać.
W 2018 roku IAAF uznała, że Caster Semeny, najlepsza z budzących kontrowersje biegaczek średniodystansowych ma za wysoki poziom testosteronu i nie może startować z kobietami na dystansach od 400 metrów do jednej mili. Chyba że obniży farmakologicznie poziom hormonu do poziomu ustalonego w najnowszych przepisach World Athletics. A stanowią one, że u biegaczek startujących na dystansach od 400 m do 1 mili poziom testosteronu nie może przekraczać pięć nanomoli na litr. Semenya natychmiast zakwestionowała decyzję władz światowej federacji, bo w przeszłości już na krótko musiała swój poziom testosteronu zmniejszyć, ale natychmiast odbiło się to na jej sportowych wynikach. Potem lekkoatletyczne władze musiały wycofać się z tych regulacji i Semenya znów była bezkonkurencyjna: oprócz olimpijskiego złota wywalczonego w Londynie i w Rio de Janeiro ma też na koncie trzy tytuły mistrzyni świata (2009, 2011, 2017.
W 2019 roku Semenya nie wystartowała w kolejnych mistrzostwach świata, w Dausze. Decyzję IAAF (WA) o obowiązkowym obniżeniu poziomu testosteronu biegaczka zaskarżyła do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS), ale ku swemu rozczarowaniu trybunał stanął po stronie władz światowej federacji lekkoatletycznej i uznał za zasadną decyzję iz Semenya nie może startować w zawodach lekkoatletycznych, jeśli nie obniży poziomu testosteronu w organizmie. Kilka tygodniu po tym wyroku opłaceni przez południowoafrykański rząd prawnicy Semenyi złożyli apelację w szwajcarskim Sądzie Najwyższym, którą kilka dni ten organ w całości odrzucił.
Dla 29-letniej lekkoatletki w RPA to cios, o ile rzecz jasna zamierza w przyszłym roku wystartować w igrzyskach olimpijskich w Tokio. Teraz chcąc nie chcąc będzie musiała obniżyć poziom testosteronu, inaczej może zapomnieć nie tylko o olimpijskich medalach, ale startach we wszystkich imprezach pod szyldem World Athletics.
Zawodniczka uważa, że wszystko co się dzieje wokół niej jest celową kampanią mającą na celu zniechęcenie jej do dalszego uprawiania sportu. „Jestem wzięta pod lupę, bo jestem niepokonana. Gdybym mogła porównać z kimś moje życie, porównałabym je z Jezusem. Też zostałam ukrzyżowana” – powiedziała w jednym z wywiadów. I wciąż zapewnia, że nie zamierza zgodzić się na przymusowe przyjmowanie leków obniżających poziom testosteronu.
Decyzja szwajcarskiego sądu na świecie została przyjęta różnie. W mediach społecznościowych zaroiło się od opinii, że wyrok jest dyskryminujący i ma nawet podłoże rasistowskie. Tak uważa na przykład pisarz i aktywista społeczny z RPA Ulrich Janse van Vuuren. „Ma wrażenie, że ludziom w Europie trudno jest zaakceptować fakt, że afrykańska biegaczka jest po prostu najszybsza na świecie” – napisał na Twitterze. Ale też na Starym Kontynencie pojawiły się głosy w obronie Semenyi. Brytyjski reżyser Kieran Hurley nazwał wyrok sądu groteskowym. „To cholernie perwersyjna decyzja i koszmarne traktowanie nadzwyczajnej lekkoatletki” – skomentował.
Nie brakuje też jednak opinii popierających werdykt szwajcarskiego sądu. Ich argumentacja jest taka – wyrok z pewnością jest krzywdzący dla Semenyi i innych zawodniczek z DSD, z drugiej jednak strony daje szansę podjęcia z nimi wyrównanej rywalizacji przez zawodniczki nie posiadające cech hiperandrogenicznych, co było z kolei dla nich krzywdzące. A przecież jedną z fundamentalnych zasad w sporcie jest właśnie równość szans w rywalizacji.

Rzucili wyzwanie World Athletics

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki nie zapłaciła grzywny w wysokości pięciu milionów dolarów, nałożonej na nią przez World Athletics w 2019 roku po przyłapaniu kilku działaczy na próbie manipulowania w sprawie notorycznie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Władze światowej federacji mają teraz problem, bo Rosjanie nie zamierzają ustąpić.

Rosyjska Federacja Lekkiej Atletyki (RUSAF) została zawieszona w listopadzie 2015 roku za naruszenie przepisów antydopingowych. Na igrzyskach w Rio de Janeiro z plejady znakomitych rosyjskich zawodników na starcie pojawiła się jedynie mieszkająca i trenująca w tym czasie w USA skoczkini w dal Daria Kliszyna, której umożliwiono występ pod neutralna flagą. Światowa federacja lekkoatletyczna (IAAF, a obecnie World Athletics), kierowana przez Brytyjczyka Sebastiana Coe’a, zawiesiła RUSAF w prawach członka tej organizacji i zakazała rosyjskim lekkoatletom startów pod flagą swojego kraju. Gdy już wydawało się, że sankcje zostaną zniesione i reprezentacja Rosji będzie mogła wystąpić na igrzyskach w Tokio, Athletics Integrity Units, organizacja badająca wszelkie wykroczenia dopingowe w lekkiej atletyce, jesienią 2019 roku zawiesiła pięciu rosyjskich działaczy, którym udowodniono manipulacje w sprawie nagminnie unikającego kontroli antydopingowych skoczka wzwyż Daniła Łysenki. Była to kontrowersyjna decyzja, bo ta kara powinna kończyć sprawę, tymczasem World Athletic za przewinienie tej grupki osób ukarała całą RUSAF nakładając na nią grzywnę w wysokości 10 milionów dolarów. Ostatecznie połowę tej kwoty zamrożono, ale pozostałe pięć milionów dolarów Sebastian Coe i spółka nakazali zapłacić do 1 lipca 2020 roku. To był warunek zdjęcia z rosyjskich lekkoatletów zakazu startów w narodowych barwach.
W lutym tego roku nowym szefem RUSAF został Jewgienij Jurczenko, 52-letni biznesmen, właściciel dobrze prosperującego funduszu inwestycyjnego, na tyle bogaty, że mógł nawet zapłacić te pięć milionów dolarów grzywny z własnej kieszeni. Nie zrobił tego jednak z przyczyn prestiżowych i przede wszystkim politycznych, podzielając stanowisko innych członków władz rosyjskiej federacji lekkoatletycznej, którzy nie zgadzają się na takie arbitralne traktowanie ze strony World Athletics. A że podobny pogląd w tej kwestii wyrażają też najważniejsi politycy w Rosji, z prezydentem Władimirem Putinem na czele, RUSAF ostatecznie wyznaczonej grzywny nie zapłaciła.
Ta decyzja wywołała rzecz jasna głęboką frustrację w szeregach czołowych rosyjskich lekkoatletów. „To jest cholerny wstyd” – napisała na swoim profilu społecznościowym Anżelika Sidorowa, mistrzyni świata w skoku o tyczce z ubiegłego roku. Z kolei Marija Łasickiene, trzykrotna mistrzyni świata w skoku wzwyż, w wypowiedzi dla agencji Ria Novosti stwierdziła: „Jestem już znużona tym bałaganem, który panuje od pięciu lat. Męczy mnie bezkarność i bierność rosyjskich działaczy, którzy nie próbują bronić czystych sportowców”. Sidorowa i Łasickiene należą do Komisji Zawodników Wszechrosyjskiej Federacji Lekkiej Atletyki, więc skarżą się w mediach niejako także w ich imieniu.
Nie wiadomo jak postąpią w tej sytuacji władze World Athletics. Mają naradę 29 i 30 lipca.

Za rok igrzyska zaczną się 23 lipca

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, Komitet Organizacyjny Tokio 2020, Rząd Metropolitarny Tokio i Rząd Japonii uzgodniły wspólnie nowy termin Igrzysk XXXII Olimpiady w Tokio. Rozpoczną się one 23 lipca 2021 roku i potrwają do 8 sierpnia. Natomiast igrzyska paraolimpijskie odbędą się w dniach 24 sierpnia – 5 września.

Jak już powszechnie wiadomo, igrzyska w pierwotnie zaplanowanym terminie 24 lipca – 9 sierpnia 2020 roku zostały przełożone na przyszły rok z powodu pandemii koronawirusa. Po konsultacjach prowadzonych przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski z komitetem organizacyjnym Tokio 2020, władzami miejskimi Tokio oraz rządem Japonii podjęto decyzję, że za rok igrzyska odbędą się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia. Przełożenie daty igrzysk to wydarzenie bez precedensu w 124-letniej historii nowożytnego olimpizmu.
Japonia w organizację imprezy zainwestowała już 13 miliardów dolarów. Szacuje się, że roczny poślizg będzie kosztował ten kraj dodatkowe trzy miliardy dolarów. Ale wedle miejscowych mediów Japończycy nie mają prawa narzekać, bo przecież sami zabiegali o organizację igrzysk, nie zawsze zresztą w uczciwy sposób. Sekret ten wyjawił Haruyuki Takahashi, były już dyrektor agencji reklamowej Dentsu Inc, który przyznał, że zapłacono mu 8,2 miliona dolarów za skuteczne lobbowanie w MKOl za kandydaturą Tokio. Jego stałym „klientem” był niesławnej pamięci afrykański działacz Lamine Diack, były prezydent światowej federacji lekkoatletycznej, wyrzucony na margines sportu za korupcję i tuszowanie afer dopingowych. Takahashi twierdzi, że także innych wręczał cenne prezenty, czym zapewnił poparcie dla olimpijskiej kandydatury stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni. W nagrodę został później członkiem zarządu komitetu organizacyjnego igrzysk.
MKOl w oficjalnym komunikacie wyjaśnił, że na decyzję o nowym terminie wpłynęły trzy czynniki: konieczność ochrony zdrowia sportowców i wszystkich zaangażowanych w igrzyska osób, konieczność ochrony interesów sportu olimpijskiego oraz potrzeba dopasowania się do uwzględnienie globalnego kalendarza sportowego. „Nowy termin daje wszystkim zaangażowanym w organizację igrzysk maksymalny czas na poradzenie sobie z ciągle zmieniającą się sytuacją oraz zakłóceniami powodowanymi pandemią koronawirusa. Jestem przekonany, że wspólnie ze wszystkimi interesariuszami możemy sprostać temu bezprecedensowemu wyzwaniu. Ludzkość znajduje się obecnie w ciemnym tunelu. Igrzyska Olimpijskie Tokio 2021 mogą być światłem na końcu tego tunelu” – stwierdził przewodniczący MKOl Thomas Bach. W komunikacie potwierdzono też oficjalnie, że wszyscy sportowcy, którzy uzyskali już kwalifikacje olimpijskie, będą mogli na ich podstawie wystartować w igrzyskach także za rok.
Czas trwania zmagań olimpijczyków nie ulegnie zmianie i także za rok potrwa planowane dwa i pół tygodnia. Szesnaście dni później na tych samych arenach wystąpią uczestnicy paraolimpiady.
Decyzja MKOl wymusi poważne korekty w przyszłorocznym kalendarzu sportowym. Pierwszą „ofiarą” nowego terminu igrzysk jest światowa federacja lekkoatletyczna (World Athletics), która w 2021 roku zaplanowała w dniach 6-15 sierpnia mistrzostwa świata w Eugene. Ponieważ światowy czempionat będzie teraz kolidował z igrzyskami, został przez lekkoatletyczne władze przełożony na 2022 rok. „Wspieramy działania Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, by igrzyska w 2021 roku odbyły się w dniach 23 lipca – 8 sierpnia 2021. To daje naszym sportowcom czas, by wrócili do treningów i ze spokojem przygotowali się do najważniejszej dla nich imprezy” – napisano w oficjalnym komunikacie opublikowanym przez World Athletics. „Podjęliśmy już rozmowy z organizatorami mistrzostw świata w Eugene, by ustalić nowy termin tej imprezy w 2022 roku. Dyskutujemy także z organizatorami Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej, a także z European Athletics, bo wiemy, że te instytucje także mają w 2022 roku zaplanowane własne imprezy” – napisano w oświadczeniu World Athletics. Z podobnymi kłopotami przyjdzie się też zmierzyć wielu innym sportowym organizacjom, które miały w przyszłorocznym kalendarzu zaplanowane imprezy w swoich dyscyplinach sportu.

48 godzin sport

Pech piłkarza Górnika Zabrze
Mimo przerwy w rozgrywkach Górnik Zabrze stracił kluczowego zawodnika. Ofensywny pomocnik zabrzańskiej drużyny Łukasz Wolsztyński podczas ostatniego przed zawieszeniem rozgrywek meczu 26. kolejki, z Cracovią, zerwał więzadło krzyżowe w kolanie. Wstępną diagnozę potwierdziły ostatecznie szczegółowe badania. 25-letniego piłkarza, który w tym sezonie zagrał we wszystkich 26 meczach ligowych Górnika i zdobył dwa gole, czeka teraz co najmniej półroczna przerwa.

W Meksyku też już nie grają
W Europie poza ligami ukraińską, węgierską, rosyjską, turecką wszystkie zawiesiły rozgrywki z powodu pandemii koronawirusa. Za oceanem postąpiono podobnie m.in. w USA, a w poniedziałek także w Meksyku, gdzie tamtejsza piłkarska La Liga MX po 10 kolejce wstrzymała rywalizację do odwołania.

World Athletics znów atakuje
World Athletics (dawna IAAF) nałożyło na Rosyjską Federację Lekkoatletyczną 10 mln dolarów kary za naruszanie przepisów antydopingowych. Ponadto światowa federacja lekkoatletyczna postanowiła, że na igrzyskach w Tokio będzie mogło wystąpić pod neutralną flagą jedynie dziesięciu rosyjskich zawodników. Co ciekawe, rosyjska federacja (RusAF) musi zapłacić 5 mln dolarów do 1 lipca 2020 roku, wtedy wpłata pozostałych pięciu milionów zostanie zawieszona na dwa lata. Dlaczego jednak sztucznie ograniczono liczbę zawodników wolnych od dopingu, mogących startować pod neutralną flagą, pozostaje słodka tajemnicą szefa World Athletics Sebastiana Coe.

Kubica nie pojeździ w DTM
Władze wyścigowej serii DTM (Deutsche Tourenwagen Masters), w której w tym sezonie ma się ścigać także Robert Kubica, poinformowały o odwołaniu testów, które były zaplanowane w dniach 16-19 marca na niemieckim torze Hockenheim. Powodem tej decyzji jest oczywiście epidemia koronawirusa. Z tego powodu zagrożony jest otwierający sezon wyścig na belgijskim torze Zolder, zaplanowane w dniach 24-26 kwietnia. DTM to jedna z najbardziej zaawansowanych technologicznie i najpopularniejszych serii wyścigowych na świecie, która na wielu torach przyciąga nie mniejszą publiczność niż Formuła 1.

Były piłkarz hodował konopie
Znany przed laty polski bramkarz Henryk B., który ma na koncie jeden występ w reprezentacji Polski oraz mistrzowskie tytuły w polskiej lidze wywalczone w barwach Ruchu Chorzów (1975 i 1979 oraz Puchar Polski z Widzewem Łódź (1985), został aresztowany na terenie Holandii i oskarżony o nielegalne uprawianie konopi indyjskich oraz kradzież prądu. W proceder zamieszana jest też żona zatrzymanego. 62-letni obecnie Henryk B. karierę piłkarską zakończył w holenderskich klubach – najpierw grał w Feyenoordzie, a na koniec w Rodzie Kerkrade. Potem osiedlił się Rimburgu, gdzie wykryto jego nielegalna plantację. Przed sądem będzie odpowiadał z wolnej stopy, ale grozi mu w najgorszym razie tylko wysoka grzywna, co najmniej 50 tys. euro.

Rekordowy biznes Duplantisa

Szwedzki tyczkarz Armand Duplantis w obecnym sezonie halowym pobił już dwukrotnie rekord świata (w Toruniu 6,17 i Glasgow 6,18 m), 20-letni lekkoatleta nieźle też zarobił. W toruńskim Copernicus Cup dostał za swój wyczyn premię 6 tys. euro, a tydzień później w Glasgow już 27,5 tys. euro.

To nie jedyne profity jakie utalentowany szwedzki tyczkarz zyskał na biciu rekordów. World Athletics (pod taką nazwą kryje się teraz dawna IAAF) każdemu rekordziście świata wypłaca z własnej puli nagrodę w wysokości 50 tysięcy euro. Łatwo policzyć, że Duplantis w lutym zgarnął już 100 tys. euro plus 33,5 tys. euro od organizatorów mityngów w Toruniu i Glasgow. Ten dorobek mógł powiększyć o kolejne 100 tysięcy euro w minioną środę na zawodach we francuskim Lievin. Jean-Pierre Watelle, dyrektor tego mityngu, obiecał publicznie, że jeśli szwedzki tyczkarz znów poprawi rekord świata, zapłaci mu za ten wyczyn 50 tys. euro (drugie tyle Szwed dostałby od World Athletics).
W Lievin Duplantisowi nie udało się jednak ustanowić nowego rekordu. Konkurs skoku o tyczce wygrał w cuglach znakomitym wynikiem 6,07 m (drugie miejsce zajął dwukrotny mistrz świata Amerykanin Sam Kendricks wynikiem 5,90 m), ale jego trzy próby na 6,19 m zakończyły się niepowodzeniem.
Eksperci są jednak zgodni, że szwedzki tyczkarz ma taki potencjał, że może wyśrubować światowy rekord do poziomu 6,25 m, a niektórzy nawet uważają, że jako pierwszy przekroczy barierę 6,30 m. A to oznacza, że Duplantis może, jak kiedyś robili to Sergiej Bubka i Jelena Isinbajewa, poprawiający wyniki po centymetrze, uczynić z bicia rekordów całkiem zyskowny biznes.
Urodzony w Stanach Zjednoczonych szwedzki lekkoatleta ma wielką szansę osiągnąć pod względem finansowym taki sam gwiazdorski status, jaki w ostatnich latach był udziałem choćby jamajskiego sprintera Usaina Bolta. Po ustanowieniu rekordów w Toruniu i Glasgow agent Duplantisa Daniel Wessfeldt pochwalił się, że jego klient dostaje teraz wiele intratnych propozycji reklamowych i sponsorskich, a organizatorzy mityngów, którzy wcześniej oferowali mu za start 10 tys. euro, gwałtownie podnieśli stawki (niektórzy nawet pięciokrotnie), żeby tylko zgodził się u nich wystartować.
Duplantis miał już wcześniej zawartą indywidualną umowę sponsorską z firmą Puma, ale nie przewiduje ona specjalnych bonusów za rekordy świata, lecz jak twierdzą szwedzkie media, i bez tego jest na tyle korzystna, że zabezpiecza tyczkarza do końca życia. Ponadto ma też umowy z Red Bullem i Omegą, a jego agent właśnie finalizuje kontrakt sponsorski z Volvo. Mimo to Armand w podróżach na zawody wciąż korzysta z tanich linii lotniczych. Pewnie wkrótce to się zmieni, ale na razie Szwed budzi powszechną sympatię także za unikanie gwiazdorskich zachowań.