Człowiek do zadań specjalnych – rozmowa ze Zbigniewem Szałajdą

To był ciekawy wywiad; nie miał z góry ustalonych pytań ani tez; płynął wartko, od czasu do czasu stawiając kropki, wielokropki, wykrzykniki. Rzadko kiedy zaplątał się jakiś znak zapytania. Zbigniew Szałajda, wicepremier w rządzie Wojciecha Jaruzelskiego i Zbigniewa Messnera, ma 87 lat. Wciąż czynny zawodowo, prezesuje firmie z branży przemysłowej. Pojawia się w biurze, dogaduje kontrakty, jeździ za granicę. W zeszłym roku, własnymi siłami wydał autobiografię pt. „Człowiek do zadań specjalnych”. 

Ze Zbigniewem Szałajdą rozmawiamy na kilka dni po wydaniu biografii Mieczysława Rakowskiego, autorstwa Michała Przeperskiego, której promocji IPN, formalny wydawca i pracodawca Przeperskiego, nie chce się podjąć. Pokazuję Z. Szałajdzie okładkę. Na niej uśmiechnięty Rakowski z papierosem. 

Znał Pan dobrze tego człowieka ze zdjęcia?

– No pewnie. On razem z Urbanem mi się wyświetla, kiedy sobie go przypominam. A Urban to jeszcze żyje?

Żyje, całkiem dobrze się ma. Rozmawialiśmy nie tak dawno temu…Panowie rozumiem, też musieliście się dobrze znać. 

– Oczywiście. Tylko, muszę Panu powiedzieć, Urban nie był przez wszystkich w rządzie lubiany. On bardzo szybko wkradł się w łaski Jaruzelskiego, Jaruzelski mu wierzył. Ale Jaruzelski miewał bardzo często niezbadane sympatie i antypatie. Myśmy np. dowiadywali się często na konferencjach Urbana, rzecznika rządu, co rząd zrobił, a bardzo często rząd tego nie robił. Urban cały czas prowadził politykę Jaruzelskiego. Nawet później, kiedy premierem był już Messner, z którym znałem się dużo wcześniej, częstokroć ze zdumieniem komentowaliśmy między sobą, że Urban mówi o rzeczach, których my kompletnie żeśmy nie robili, albo co powinniśmy robić. Poza tym w moim odczuciu, po 1990 roku, on przekroczył pewne etyczne granice; z tym mocnym antyklerykalizmem. Ludzie nie bardzo chcieli tego słuchać.  

A przed 90. rokiem? 

– Nie lubiliśmy go. On, zresztą, z tego co pamiętam, z nikim się nie przyjaźnił. Trzymał się tylko z Mieczysławem Rakowskim, Danielem Passentem…

I jaki ten Rakowski był?

– Z Rakowskim się bardzo dobrze znałem. Przyjaźniliśmy się. On, według mnie, przestał być tym którym powinien być, od momentu, kiedy odszedł z „Polityki”, z funkcji redaktora naczelnego. Bo był do tego momentu przez nas bardzo lubiany i szanowany jako dziennikarz. Natomiast w polityce przez małe „p”, był maksymalnie cyniczny. Siedzieliśmy obok siebie na posiedzeniach Rady Ministrów. Pamiętam, że wtedy on bardzo często dawał Jaruzelskiemu różne propozycje politycznej natury, zazwyczaj chybione. Może chciał się zrehabilitować za stan wojenny, kiedy popełnił kilka błędów; poobrażał robotników w Gdańsku itp. Poza tym pamiętam, że my w takiej małej grupie: Porębski, Barcikowski, ja, Rakowski, Messner, spotykaliśmy się dość często, prywatnie, u Porębskiego. Jego oficer ochrony smażył kotlety, a my troszkę żeśmy tam popijali. To był dla nas wtedy bardzo trudny czas. Pamiętam, że któregoś razu siedziałem obok Rakowskiego i on mówi mi wówczas tak: „Wiesz Zbyszek, ja nie lubię takiego nic; nic się, kurwa, nie dzieje; ja to już bym wolał zamiast tego jakąś wojnę, żeby można się było wykazać, coś robić, a tak, to co my robimy? Trwamy tylko”. Wie Pan, ja jednoznacznej opinii o Rakowskim sobie do dziś nie wyrobiłem, ale wiem jedno: on nic dobrego dla Polski nie zrobił. Rakowski, Urban, Pożoga, wiceminister od Kiszczaka, i Ciosek, który, jakby nawrócił się, nieoficjalnie, na stronę antyjaruzelską, po pobycie w Arłamowie i spotkaniu z Wałęsą, opracowali po stanie wojennym plan, kiedyśmy szukali próby otwarcia na świat, w którym podnosili, że rząd Messnera nie doprowadzi do niczego dobrego i najlepiej byłoby, żeby wszystko w Polsce Ludowej zmienić. A tym, który ma to wszystko zmienić i poprowadzić, ma zostać Mieczysław Rakowski. I Jaruzelski mu uwierzył; uwierzył w to, że Rakowski doprowadzi do sytuacji, w której Polska będzie krajem gospodarki rynkowej, pod parasolem ochronnym Związku Radzieckiego. Jaruzelski przez cały czas wspólnej pracy był pod wrażeniem niezwykłej inteligencji Rakowskiego. Ale ta inteligencja Rakowskiego była na styku opętania przez rządzę władzy; Rakowski marzył o tym, żeby być I sekretarzem i premierem, jak Jaruzelski; on nawet tego nie krył. Pamiętam kiedyś taką sytuację: siedzimy raz z Messnerem w jego gabinecie, kiedy Messner był jeszcze premierem i dzwoni wewnętrzna linia rządowa-widać, pali się czerwona lampka, że dzwoni Jaruzelski, który w pierwszych słowach się odzywa: „Mietku wiesz, mam do Ciebie sprawę…”. A Messner wtedy mówi: „Nie, tu na razie jeszcze Messner a nie Mietek”. Niby nic takiego, ale widać, że spisek był już przygotowywany od dłuższego czasu. 

To był ktoś w tym Waszym towarzystwie, kto się krajowi przysłużył?

– W KC byli partyjni robotnicy, czynownicy i byli ludzie, którzy rozumieli problemy gospodarcze. I takim bardzo trzeźwo myślącym i rozumującym człowiekiem, mającym duży autorytet był Barcikowski. Inny, sekretarz ds. ekonomicznych, Woźniak, z którym też bardzo dobrze się współpracowało. I mnie, jako wicepremierowi, wystarczała współpraca z tymi dwoma ludźmi; nie miałem ani czasu ani potrzeby zasięgać rady czy pomocy od innych. I tak szło też w dół; byli tacy, którzy chcieli współpracować, rozumieli, ale i tacy, którym zawsze coś nie pasowało.  

A potem przyszedł Okrągły Stół i powywracał Wasze mniejsze stoliczki…

– Myśmy uważali, w gronie technokratów, że trzeba zrobić wolne wybory, a Okrągły Stół, to był zbiór ludzi niekompetentnych. Z tamtej strony była reprezentacja silnie polityczna, ale niedojrzała, która nie miała pojęcia, jak się rządzi. Gdyby nas, technokratów, doproszono do obrad Okrągłego Stołu, to my byśmy tak ochoczo rąk do góry nie podnieśli. Nie dlatego, żeby dalej trwać u władzy, ale żeby społeczeństwo zdecydowało. Okrągły Stół, poza oddaniem władzy „Solidarności”, niczego tak naprawdę nie zmienił; nie zaproponował, jaka ta nowa Polska ma być. Ustalił proporcje, oddał kraj w ręce ludzi niedoświadczonych, którzy, być może i chcieli dobrej Polski, ale kompletnie nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. 

Więc się zabrał Mazowiecki z Wałęsą i Michnikiem…

– U Mazowieckiego główną postacią był Balcerowicz. Ja w książce swojej piszę, że to był zły duch dla Polski. On zniszczył polski przemysł, co tu kryć. Mówię o tym z pełną świadomością, bo Balcerowicza poznałem z jak najgorszej strony. Kiedy rząd Messnera upadł, trzeba było coś m.in. ze mną zrobić, a ja, może to zabrzmi nieskromnie, ale jednak byłem wówczas jakąś postacią, której nie można się było ot tak pozbyć. Zaproponowano więc mnie jako zastępcę stałego przedstawiciela, bo Balcerowicz był, jako minister finansów pierwszym, przy RWPG. A żeby mi osłodzić choć odrobinę ten „awans”, uczyniono mnie ambasadorem nadzwyczajnym. Pojechałem do Moskwy na 1,5 roku. To była nawet fajna posada. Wtedy to już odpowiedzialności praktycznie żadnej, duże biuro. Balcerowicz któregoś razu postanowił do mnie, do tej Moskwy, przyjechać. Ja na tę okoliczność przygotowałem rożne rozmowy na wysokim szczeblu, w tym z premierem, cały kalendarz wizyty, jak to się zwykło robić w takich sytuacjach na świecie. On jak przyjechał, to nas wszystkich, pracowników RWPG, ambasady, zebrał w jednym miejscu i oświadczył: „Proszę Państwa, ja tu przyjechał nie po to, żeby ożywiać współpracę gospodarczą. Ja tu przyjechałem, żeby zlikwidować naszą współpracę ze Związkiem Radzieckim, i to zlikwidować tak, żeby ona nigdy nie mogła się odrodzić.” Po takiej deklaracji, to w zasadzie tam nie było już co zbierać. Co nie bądź jeszcze wtedy rozmawiałem na miejscu z Osiatyńskim, ale w zasadzie oni wszyscy byli owładnięci tą ideą, którą Balcerowicz przywiózł od Sachsa z Ameryki. Po tej moskiewskiej deklaracji Balcerowicza byłem któregoś razu, jeszcze jako przedstawiciel RWPG, w Warszawie, i poprosiłem o wizytę u mojego bezpośredniego przełożonego, czyli u Balcerowicza. On mnie przyjął. I na tym spotkaniu pytam go: „Jak to dalej będzie, Panie premierze, bo ja w zasadzie nie wiem czy moja osoba na coś się Polsce jeszcze może przydać. Balcerowicz na to: Szanowny Panie, całą tą gospodarkę, którą wyście wznosili, trzeba zburzyć do fundamentów. Ja na to: I co dalej? Na tym, mówi Balcerowicz, trzeba wybudować nową gospodarkę i nowy przemysł. A kto to będzie finansował, pytam. Amerykanie. A kto będzie to uruchamiał? Amerykanie. A kto będzie zarządzał? Amerykanie. Słucham tego wszystkiego i mówię mu: Panie premierze, to jest ułuda, to jest wszystko nierealne. Nieprawda, mówi Balcerowicz, to jest realne! Może za waszych rządów to było nierealne, ale za naszych wszystko to się uda zrobić. Po jakimś czasie było spotkanie szefów państw grupy RWPG. Ja pojechałem tam wówczas z Mazowieckim. Znałem dobrze rosyjski, poza tym to były zagadnienia gospodarcze, o których też co nie bądź wiedziałem. Chciałem to jeszcze obsłużyć, a mając w pamięci rozmowę z Balcerowiczem sprzed miesiąca albo dwóch, poprosiłem po tym spotkaniu Mazowieckiego o zdymisjonowanie mnie z tej funkcji, bo ja całe życie budowałem, ja się nie nadaję do rujnowania. 

Słuchał Pan Balcerowicza ostatnio? Choćby na Campusie, organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego?

– Kiedy ja słucham teraz Balcerowicza, to on nie mówi już tak wyraźnie jak kiedyś. On się teraz wyspecjalizował w krytyce. Nie daje rozwiązań, jak dawniej, ale ustawia się na wygodnych pozycjach recenzenta. Historia, moim zdaniem, nie przyzna mu racji, ale powinniśmy go jednak zapamiętać; jako tego, który miał wyrazistą wizję Polski, ale zupełnie nietrafioną, która przyniosła jej dużo więcej start niż korzyści. W tej wizji Balcerowicza, niszczenia i budowania na gruzach, najbardziej uderza bezsens tego pomysłu. Byłem jakiś czas temu w Hucie Katowice, którą nowe właścicielstwo z ArcelorMittal określa jako swoją perłę w koronie firmy. Mówiłem ludziom, pracownikom, że myśmy nie budowali tego dla Gierka, dla Szałajdy czy dla partii, ale dla Polski, bo wiedzieliśmy, że te dzieła naszych rąk przeżyją nas samych. I burzyć to wszystko i niszczyć? Po co, w jakim celu? 

A co „nowa Polska” postawiła od podstaw na waszych gruzach? 

– Wie Pan, ja to śledzę na bieżąco, interesuje się i nie znam żadnego takiego przykładu, żeby jakąś fabrykę po 90. roku wybudowano, która by stała się konkurencyjna dla gospodarek zachodniej Europy, nie wspominając o Chinach. Był Wrocław i fabryka wagonów, nie ma nic. Był Elbląg i produkcja turbin, które szły na cały świat, teraz w rękach obcego kapitału, podobnie jak hutnictwo, na którym się akurat najlepiej znam. Fakt, zbudowano trochę dróg, co jest plusem, ale to wszystko przecież za unijne dotacje. Porty? Wszystko leży. W Szczecinie stępka się ostała. Kiedy Morawiecki ogłaszał swoje orędzie, to ja powiedziałem, że gdybyśmy siedli z Gorywodą, tym od finansów i wypili pół butelki whisky, to byśmy taki plan w trzy godziny we dwóch opracowali. Bo co mu się z tego sprawdziło? Milion samochodów elektrycznych, gdzie to jest?

A ja tu jednak widzę pewne podobieństwo do Waszych planów. Wy przecież też porywaliście się na wielkie rzeczy; Port Północny, Huta Katowice, fabryki domów-to przecież też były w założeniach megalomańskie projekty. Czym to się w swoim rdzeniu różni od pomysłu na przekop Mierzei Wiślanej czy Centralny Port Komunikacyjny?

– Tak, to prawda, takie były. Ale z tą różnicą, że myśmy te cele zrealizowali. A pomysły Morawieckiego mają uwodzić ludzi, są hasłami wyborczymi, żeby na nich głosowali. 

Może jeszcze zrealizują?

– Kiedy?

Mierzeję przekopują ponoć cały czas…

– Niby tak, ale teraz to wszystko stanęło. Ja coś o tym wiem, bo przy takich wielkich budowlach potrzebne są specjalne, walcowane kształtowniki, a ja mam firmę, która zajmuje się min. handlem wyrobami stalowymi. Huta Katowice takie rzeczy produkuje, ale teraz w ogóle nie ma na to zamówień. A najgorsza jest bezczynność. Tylko co z tego, kiedy nawet nie ma dziś dobrej platformy, żeby to wszystko przypominać i zestawiać tak jak my tu mówimy…

A w Sejmie Lewica nie może być taką, za przeproszeniem, platformą?

– A kto by miał o tym z Lewicy mówić? Czarzasty?

A choćby i On!

– Wie Pan, on jest w tym momencie kompletnie niewiarygodny. On przez całe swoje życie był tylko partyjnym robotnikiem. On nie ma żadnej innej przeszłości. Po tym jak zagłosował razem z PiS-em, w moich oczach tę wiarygodność do reszty utracił. 

A nie przekonuje Pana, że to było głosowanie nad środkami unijnymi, których Polska potrzebowała w covidzie, a pieniądz barw partyjnych nie ma…

– A gdzie są te pieniądze?

Na razie zamrożone…

– A no właśnie. Czarzasty chyba wie, dlaczego są zamrożone i z czego to się wzięło. Należało wtedy zagłosować przeciw i wtedy PiS zrealizować by musiał ten swój ład z tymi poprawkami które wniosła opozycja, a jak nie, to rząd pisowski by upadł i nowy rząd przeprowadziły wszystko od początku, jak należy. Ja wróżę Czarzastemu, że przy takim uprawianiu polityki niebawem nit nie będzie o nim pamiętał. 

A jak się Panu te nowe porządki w Nowej Lewicy podobają?

– W ogóle mi się nie podobają. Jedyna osoba, która jest jako tako wyrazista, to jest pani wicemarszałek Senatu, którą Czarzasty zrugał w sposób urągający godności. Nie dziwota zatem, że Czarzasty nie jest lubiany, bo kto ma lubić człowieka który się tak zachowuje, zwłaszcza w stosunku do kobiet. 

Jeździ Pan czasem w interesach do Chin?

– Parę razy byłem. Raz nawet rozmawiałem z Den Xiaopingiem, jeszcze za premierostwa. Pamiętam, że miał taki charakterystyczny zwyczaj, że co chwilę spluwał do spluwaczki…

Pańskim zdaniem Chiny prześcignęły już USA w wyścigu o palmę pierwszeństwa światowej mocarstwowości?

– Nie. I raczej się to szybko nie stanie, moim zdaniem, bo Stany są budowane na solidnych fundamentach, co prawda 200 letnich, ale porządnych; demokracja, Senat, prezydent, rządy prawa…

A nie sądzi Pan, że to się wszystko sypie na naszych oczach? Widział Pan „człowieka-bizona” szturmującego Kapitol?

– No w porządku, ale mimo tego, Amerykanie porzucili Trumpa i wybrali Bidena…

A co robi Biden teraz? Wyprowadza wojska z Afganistanu. To nie jest porażka Ameryki?

– Bezwzględnie, to jest porażka USA. Ale wie Pan…Trump to nie była moja bajka, a że się wycofali? A co mieli zrobić?

Mogli np. przygotować się na ewakuację, a nie robić to za pięć dwunasta gdy Talib stał u bram Kabulu. 

– To prawda, powinni to starannie przygotować, ale moim zdaniem, tak jak w przypadku Iraku, zawiódł amerykański wywiad. Żeby nie wiedzieć, w jakim tempie przesuwają się wojska nieprzyjaciela przy dzisiejszej technice, dronach, satelitach itp. to po prostu śmieszne. 

Czy pańskim zdaniem, trwanie w sojuszu militarno-gospodarczym z Amerykanami, zwłaszcza pod rządami administracji Bidena, jest dla nas strategicznym wyborem? A jeśli nie, to gdzie szukać partnera?

– Chiny bardzo mocno wchodzą do gry, to widać. W gospodarce są w stanie narzucić ceny, którym żaden podmiot zachodni nie sprosta i zarzucić rynek swoim towarem, z dumpingowymi cenami. Poza tym uważam, że partner tak daleki jak Chiny, podobnie jak USA, nie da nam stabilności, bo jest zwyczajnie zainteresowany najbardziej swoją najbliższą okolicą i w razie niebezpieczeństwa nie pośle tu swoich wojsk. Uważam, że gwarantem na tu i teraz jest dla Polski dobra i mądra współpraca z Unią Europejską, nie judzenie i nie obrażanie bez przerwy Putina, bo to nikomu nie jest potrzebne. Niech Pan zauważy, że żaden rozsądny kraj z Europy tego nie robi, tylko my. Ułożyć sobie z putinowską Rosją poprawne stosunki, zacieśnić współpracę na arenie europejskiej, a Amerykanów traktować jako stróża w NATO, ale nie kupować u nich za miliardy czołgów i samolotów tylko dlatego, że są amerykańskie. Zresztą po co? Putin ma w Królewcu rakiety, które po 10 minutach dolecą do Warszawy. 

Pańskim zdaniem, za parę tygodni, gdy ludzie dostaną nowe prognozy za prąd, rząd się może się wywrócić na tych podwyżkach, jak, nie przymierzając, Messner w 1988?

– To jest zagadka. Dajmy na to: szczepienia. Gdyby rząd wprowadził obowiązek sczepień, to najbardziej dostałby od swojego własnego elektoratu, bo gros tych, którzy nie chcą się szczepić, to wyborcy PiS-u. Najpewniej jednak będzie tak, że PiS powie, że cenom winna Unia, która narzuca kary za emisję CO2 i dlatego prąd drożeje, więc to nie nasza wina. Ludzie, moim zdaniem to kupią. Niestety. Jak dołoży się do tego wsparcie Kościoła, i dodatkowe rozdawnictwo z budżetu. To się zamyka Jak to nie pomoże, to wtedy rewolucja. Swoją drogą, to jak słucham dziś ministra Niedzielskiego, to mam do niego ogromny żal, że nie robi zbyt wiele, żeby wyszczepić Polaków jak najwięcej. Mówi tylko, że czwarta fala covid która już mamy, będzie gorsza niż trzecia. I tyle. A ja z tą wiedzą zostaję i nic nie mogę zrobić, tylko czekać. A może by tak aktywniej zadziałać, już nie namawiać, ale spróbować wprowadzić model francuski czy włoski. Sam już jestem po trzeciej dawce szczepionki i każdego będę namawiał, żeby się zaszczepił, ale za rząd PiS-u roboty nie zrobię. 

No właśnie, czego więcej trzeba, żeby PiS oddał władzę? Były białe marsze w obronie sądów, były czarne protesty przeciw zaostrzaniu prawa aborcyjnego. I nic. Trwają, jak mawiał Rakowski..

– Zmiany wtedy nastąpią, kiedy wyjdą z ludu, ze społeczeństwa. Żadne zmiany na nic się zdadzą, jeśli będą inspirowane przez polityków. Tylko sam naród musi własną siła je wypracować. Musi się zmienić mentalność całych grup społecznych. A to się nie dzieje za szybko. Poza tym wie Pan, jak się słucha całej tej propagandowej armii, którą, swoją drogą, PiS ma lepszych niż opozycja, to wcale nie jestem przekonany, że te wszystkie podwyżki, to jest coś, czego by nie przekuli na swoją modłę. A przy okazji sojusz tronu i ołtarza, co dla władzy dzisiejszej jest bezcenne, będzie trwał w najlepsze, nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, kiedy się na uroczystościach beatyfikacyjnych kard. Wyszyńskiego gości kogoś, kto jest oskarżony o pedofilię.

Dla ludzi pamietających lata 80. nazwisko Szałajda wiąże się najczęściej z dwoma sprawami: wybuchem w Czarnobylu i katastrofą samolotu w lesie kabackim. Jak Pan słyszy: Czarnek, szefem atomistyki polskiej, to co Pan sobie myśli?

– Wie Pan…to tak, jakby Pan słyszał: Ważny, szefem lekarzy szpitala na Bielanach Absurd! A Błaszczak? Kto to jest Błaszczak? To jest człowiek, który w życiu ustępu nie wybudował, a on się zakochał się w Abramsach, które będą stały nie wiadomo po co, albo w ogóle do nas nie przyjdą…Niech mi Pan poda przykład jednego, kompetentnego ministra tego rządu?

…ciężko…a ten od finansów?

– Nikt go nie zna, tak jak on nie zna Polski, bo jak był w Londynie, to nie miał kiedy poznać. 

To może Pan, Panie Zbyszku? Jest jeszcze chęć i siła? 

– Jakbym miał 30 lat mniej i przy innych ludziach…Wie Pan, sukcesem jest zawsze dobieranie odpowiednich ludzi. To nie jest sztuka zebrać załogę profesorów i kazać im działać. Z tego kompletnie nic nie wyjdzie. Podobnie, jak oddanie władzy w ręce robotników; oni też, prędzej czy później, wszystko zaprzepaszczą. Nie dlatego, że mają złą wolę. Mogą mieć najlepszą. Trzeba rozumieć człowieka jako takiego. Rozmawiać z każdym. Umieć wybaczać ale i nagradzać. Najlepiej, gdy jest doświadczenie plus wiedza. Ale do rządzenia trzeba jeszcze mieć naturę, a o to bardzo ciężko. Zwłaszcza dziś. Wie Pan…trzeba być zdolnym „w miarę”. Tych najzdolniejszych polityka przytłoczy, a słabych zostawi na pastwę losu. 

Ach ten XXI wiek

W sobotnio – niedzielnym wydaniu Rzeczpospolitej („Plus Minus”, 10-11.lipca 2021 ., ss. 10-11) dr Michał Patryk Sadłowski, adiunkt w Uniwersytecie Warszawskim zadał sobie trud analizy debaty w sferze publicznej w Rosji, w związku z 30- tą rocznicą rozpadu związku Radzieckiego. Według powyższej analizy dyskutanci skupili się na ocenie rozwoju sytuacji w ZSRR, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych XX wieku i próbie charakterystyki sytuacji bieżącej.

Wydaje się, że analizując sam problem, jak to zostało wyżej określone, rozpad Związku Radzieckiego należy scharakteryzować w innym kontekście, nie tyle emocji, co obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Ukształtowane w latach 1917- 1991 państwo było kontynuatorem Carskiej Rosji, państwem autorytarnym, postagrarnym, scentralizowanym, z postagrarnym systemem prawnym. M.P. Sadłowski następująco charakteryzuje ocenę sytuacji z 1991 roku Piotra Awena, ministra w rządzie reformatora Jegora Gajdara. „Piotr Awen wskazuje, że ten ból po utracie wielkiego państwa, tworzonego na przestrzeni tysiąca lat, pojawił się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, nie tylko u elity państwowej ZSRR, czy przywiązanej do komunizmu części społeczeństwa, ale i u ekipy reformatorów, która kierowała się marzeniem o stworzeniu nowoczesnego, demokratycznego państwa rynkowego „ (tamże s. 11).
Charakterystyczne jest, że ani w przytoczonym cytacie, ani według cytowanej analizy całej narracji dotyczącej 30-tej rocznicy rozpadu Związku Radzieckiego niewiele lub zgoła nic nie mówi się o ludziach i ich marzeniach.
W owej analizie pojawia się wątek, że
część społeczeństwa nie jest gotowa podjąć odpowiedzialność za swoje życie i przejawić samodzielną inicjatywę,
ale wątek ten na konstatacji faktu się kończy i nie jest kontynuowany chociażby w kontekście jak powinien funkcjonować współczesny człowiek.
Pojawia się wątek, że rządząc takim państwem jak Rosja trzeba wybrać co jest ważniejsze, „czy siła państwa, czy wolność” (s.11).
Można odnieść wręcz wrażenie, że w analizowanej debacie pominięto, czy wręcz zbagatelizowano wątek wolności człowieka, jego marzeń, wątpliwości i oczekiwań.
Trudno w krótkim prasowym tekście wdawać się w subtelności, warto sądzimy jednak spojrzeć na problem Rosji, jak na problem wielu innych państw, próby sprostania wymogom współczesności. Górnolotnie należało by powiedzieć, że współczesność stwarza frapujące wręcz możliwości rozwoju, tak poszczególnych ludzi, jak i grup społecznych, całych narodów i całych cywilizacji, wymaga to jednak zainicjowania określonej narracji, przyjęciu pewnych idei i próbie dokonania postępu, chociażby w ograniczonym zakresie i chociażby względem określonych idei.
Polska była w omawianym okresie, w o tyle szczęśliwej sytuacji, że znaczna część społeczeństwa optowała za wzorcami zastosowanymi w krajach Europy Zachodniej, Rosja zaś, co wydaje się wynikać z cytowanej analizy, na taki wybór się nie zdecydowała. Powstaje pytanie, dlaczego?, czy jak mówi się w debacie ważniejsza jest siła państwa, czy wspomniany już duch niechęci do samodzielności, czy partykularne interesy pewnych grup. Prawdopodobnie wszystkiego po trochu.
We współczesnej nauce dużą popularność zdobywają rozważania dotyczące prób modelowania dziejów ludzkości. Warto sądzimy przywołać dostępną w języku polskim monografię Federica Laloux’a „Pracować inaczej” (Studio Emka, Warszawa 2015), która dzieli dzieje ludzkości na epokę zbieractwa ( purpurowa), epokę agrarną ( bursztynowa), przemysłową (oranż) i poprzemysłową (zieleń). Ciekawe jest, że według tej idei struktury organizacyjne ukształtowane w każdej z tych epok, oraz systemy wartości będące podstawą prawa w danej epoce, funkcjonują dalej w życiu społeczeństw mimo, że dominuje już inna epoka.
W wysoko rozwiniętych współczesnych państwach aż do 10 proc. rozwiązań stosowanych w praktyce norm regulowanych jest przez prawo i tyleż procent ogółu struktur organizacyjnych upowszechnionych w epoce zbieractwa dalej przejawia się we współczesnym społeczeństwie.
Dotyczy to głównie grup społeczeństwa, gdzie przemoc przejawia się szczególnie często, ale przecież nie tylko (np. gangi uliczne).
Aż 40 do 50 proc. ogółu problemów wyżej przedstawionych rozwiązywane jest według norm i w strukturach agrarnych społeczeństwa agrarnego (bursztynowe), a zaledwie 30 – 40 proc. właściwych jest epoce przemysłowej i do 20 proc. z epoki poprzemysłowej.
Sądzimy, że warto popatrzeć na 30-tą rocznicę rozpadu ZSRR, jako rocznicę załamania się scentralizowanej, autorytarnej struktury postagrarnej, zastosowanej w próbie tworzenia do 1991 roku struktury przemysłowej, która na pewno w latach 80-tych ubiegłego wieku i wcześniej stanęła wobec problemu konsumpcji, wolnego wyboru, wolności, czyli problemów typowych dla społeczeństw przemysłowych.
Epoka przemysłowa w dziejach ludzkości okazała się niewiarygodnie krótka, bo tak gdzieś od początku XIX wieku, choć raczej od jego połowy, to niewiarygodne, ale tylko do roku 1960.
Oczywiście w wielu regionach świata tego przemysłu i w 1960 roku było niewiele, oczywiście tu i ówdzie została ta epoka przeciągnięta po XXI wiek, ale nie dalej, patrz kryzys finansowy w 2008 roku, gdzie nikt się nad produkcją nie zastanawiał, debatowano tylko, co zrobić z finansami i ile pieniędzy dodrukować, epoka usług.
Do dziś w krajach wysokorozwiniętych specjalnie problemów epoki usług się nie podnosi. Trudne to i nieprzyjemne, lepiej porozmawiać o nowych aplikacjach, systemach 5G, itd. Każdy sobie jakoś da radę.
Łatwo jest zwrócić uwagę, że F. Laloux kładzie nacisk na współwystępowanie charakterystycznych dla danej epoki modeli gospodarowania ( w tym typowe struktury organizacyjne) i typowych dla danej epoki rozwiązań prawnych. Debatując nad rolą i znaczeniem prawa w danej epoce, można nieco inaczej scharakteryzować epokę oranżową jako zainicjowaną zmianami prawnymi (prawo stanowione, powstanie i rozwój współczesnego parlamentaryzmu) i ekonomicznymi ( gospodarka towarowo- pieniężna, manufaktury) wraz z początkiem w Europie Renesansu.
Uczestnicy cytowanej debaty nie przejmują się ani prawem stanowionym, ani parlamentaryzmem, ani społeczeństwem usług. A szkoda!
Wczytując się w tekst F. Laloux’a łatwo dostrzec, że zmiana epoki przemysłowej na poprzemysłową (żeby nie mówić o epoce usług, to takie trudne) wymaga znacznej decentralizacji struktur organizacyjnych i pluralizmu, tak w życiu społecznym, jak i gospodarczym, bo jakże inaczej stworzyć warunki żeby można było spokojnie sobie grzebać na półkach z dziesiątkami par butów (szczególnie numer 43, większe, półkę dalej) i dyskretnie popatrywać na wieszak z kilkudziesięcioma wzorami spodni „do chodzenia po domu”.
Model poprzemysłowy wybrała Polska trochę wcześniej, bo w 1989 roku, a może jeszcze wcześniej? Chiny do dziś trwają w systemie autorytarnym, postagrarnym, pomandaryńskim (są oczywiście jakieś enklawy w środowisku naukowym, w środowisku twórców , artystów studentów).
Rosja utknęła w społeczeństwie oranżowym, scentralizowanym, autorytarnym. Można zaobserwować pewną ilość konsumpcji, ale nie za dużo , trochę wolności jest , ale jest armia i jest potęga.
Jakoś trudno było nam wskazać chociaż jednego przestępcę, który z workiem pieniędzy uciekł by nie na Bermudy, do Londynu, czy Paryża, a do Pekinu, czy Moskwy. By tam się skryć przed wymiarem sprawiedliwości.
Teoria integralna wskazuje, że nawet w małych liczebnie środowiskach funkcjonują modele zachowań i struktury organizacyjne złożone z wielu elementów. Łatwo zrekonstruować sytuację, w której każde z małżonków żyje w innej niszy organizacyjnej. Przykładowo mąż pracuje w dużej korporacji, jest programistą komputerowym, pracuje w zespole programistów, tworzą oni w wielu przejawach zespół wręcz turkusowy, (następny po zieleni). Żona, wywodząca się z rodziny o tradycyjnych w kraju wartościach, słabo rozwiniętym, tkwi w niszy wręcz agrarnej , bursztynowej. Ich dziecko jest pod dużym wpływem matki, spędza z nią wiele czasu, z ojcem zdecydowanie mniej, chodzi do ekskluzywnej szkoły w wielkim mieście. Turkusu tam raczej nie ma, ale zieleń, czemu nie. Jeśli była by to szkoła preferująca tradycyjne wartości, prestiżowa w danym środowisku, pewnie byłby tam system nie tyle agrarny, co przemysłowy (oranżowy). Czy ta trójka może się dogadać? Czemu nie, zwłaszcza przy silnej wspólnocie interesów. Pieniądze, wsparcie od tradycyjnie myślących teściów system wartości kształtowały by się trochę wyżej niż bursztyn. Czy byłby to oranż? Niekoniecznie. Co nie znaczy, że w czasie niedzielnego obiadu, także przy teściach, ojciec i syn nie pozwalali by sobie na uszczypliwe uwagi o ciemnocie z prowincji, czego nie dostrzegała by matka, ani jacy oni są mądrzy, ten jej syn i mąż i dyskretnie, ale stanowczo broniła by ich. A rodzice dziewczyny,no cóż, dzielna ta nasza córka i jaka mądra i wykształcona. Mieszka wraz z rodziną w wielkim mieście. Będzie o czym opowiadać znajomym po powrocie.
Podobnie może być przy powściągliwie prowadzonej polityce między różnymi, czasami wrogimi wręcz wobec siebie grupami, no ale są pieniądze, jest dobrobyt, jest nowy apartament dla córki, wakacje zagranicą i nowy samochód dla syna.
Oczywiście jeśli konflikt nie jest konfliktem o sposób życia i wartości, lecz o interesy gospodarcze, zwłaszcza zaś o to która grupa ma słuszne regulacje prawne, a która jest krzywdzona, rozwiązanie jest już trudniejsze i wymaga znacznych talentów negocjacyjnych, a i tak konsensus może być trudny do osiągnięcia, patrz Bliski Wschód., czy Afganistan.
W sporach społecznych wielka rola przypada politykom. W sporach tych na ogół obiektywnych racji jest niewiele, za to sprzeczności interesów mogą być fundamentalne. W społeczeństwie przy dowolnej działalności kilka procent zespołu pracowniczego ma inicjatywę, jest kreatywne, przewodzi , rodzi to pokusę o korzystne rozdysponowanie zysków, walkę o ograniczanie świadomości społecznych, selektywna politykę inwestycyjną w zakresie infrastruktury państwowej. Lotnisko międzynarodowe w metropolii – tak , jesteśmy przecież w centrum świata, drogi lokalne- kto tam będzie jeździł?, zaraz będą spory o wykup ziemi pod inwestycję, spory o trasę drogi, po co to wszystko? Stara droga jest zupełnie dobra i niezbyt przeciążona, może do tematu trzeba wrócić w przyszłej kadencji?
Godzenie przeciwstawnych interesów grupy społecznej, bardziej kreatywnej np. przedsiębiorcy i ich pracownicy, to jest bardzo trudne, to raczej nie negocjacje, czy nie zawsze negocjacje, te są możliwe w konkretnym przedsiębiorstwie, konkretnej branży, lecz inny instrument menedżerski, przetarg , często sprawdzający się do konkluzji, coś za coś. Widać, ze zarządzanie może dostarczyć wielu mechanizmów i wielu instrumentów politykom pomocnym w rozwiązywaniu problemów politycznych.
Najgorsza jest sytuacja, kiedy politycy uważają, że „zło niech śpi”, może jeszcze tę kadencję uda się przetrzymać.
Konflikt niedostrzegany, jak ta legendarna strzelba na ścianie salonu w dekoracji teatralnej, wcześniej, czy później musi wypalić.
Stąd od polityków należy oczekiwać aktywności identyfikowania problemów, monitorowania ich rozwoju, stymulowania dla łagodzenia form ich przejawiania, a przede wszystkim konceptualizacji ich rozwiązania lub chociażby rozwiązywania.
Jak już na poły anegdotycznie napisaliśmy na początku tego tekstu, wbrew pozorom świat jest głęboko podzielony, często wielu o tych podziałach woli nie mówić, opowiadane są ludziom sytuacje o świetlanej przyszłości, a jednocześnie wywożone są pieniądze nie do Rosji, czy Chin, lecz na Bahama, do Londynu , czy Paryża.
W świecie współczesnym nie ma sytuacji, żeby we wszystkich regionach świata, wszystkim ludziom nie zapewnić godnego poziomu życia, nie mówimy tu o jakiś wyjątkowych luksusach, lecz o godnym życiu. Potrzebna jest tylko identyfikacja, konceptualizacja i działania, co jak wielokrotnie mówiliśmy jest trudne.
W Polsce mamy głęboki konflikt wielu grup społecznych, który nie ma nic wspólnego z komunizmem. Minęło 30 lat, dorasta drugie pokolenie tych, co komunizmu nie pamiętają.
Konflikt dotyczy nie tyle Polski, ile współczesnego świata. Albo ruszymy jako społeczeństwo ku obecnym wyzwaniom społeczeństwa usług, albo będziemy grzęźli w różnych quasi problemach, co kto komu powiedział. To nie jest tak, że ci co brzydko mówią, w środkach masowego przekazu nie wiedzą co się naprawdę dzieje. Oczywiście, że wiedzą, wystarczy wyjąć tabelkę ilustrującą strukturę zatrudnienia w poszczególnych krajach. Na którym miejscu w poszczególnych sektorach jest Polska? Liczbę zatrudnionych do ogółu zdolnych do pracy, poziom wykształcenia, infrastruktura, drogi, budynki użyteczności publicznej, szpitale, gmachy akademickie. Mamy pełny obraz sytuacji.
Dwie wcześniej przedstawione grupy społeczne mające przeciwstawne interesy mogą doprowadzić do wojny domowej, jak w Iraku, czy Syrii lub podjąć próbę szukania kompromisu.
W naturalny sposób Lewica reprezentuje grupy społeczne związane z wykonywaniem zarobkowo pracy i to na ogół nie te uprzywilejowane (prace na umowy zlecenie – „umowy śmieciowe”). Lewica opowiada się za postępem, bo tylko innowacyjność, rozwój mogą poprawić sytuację ludzi pracy. Lewica jest postępowa, ale żeby była słyszana, powinna mieć 20- 30 proc. przedstawicieli w Sejmie. W tym celu konieczna jest odpowiednia strategia, program, świadomość konieczności zmian i konsekwentnie próbować je wdrażać.
Nowoczesne organizacje mają na ogół nowoczesne struktury organizacyjne. Współczesna nauka zarządzania i jakości ma wiele do zaoferowania. Działania elastyczne ( zmienne, zwinne), zdecentralizowane, horyzontalne, kierujące się zarządzaniem, tak zwanym procesowym, co stwarza szanse współpracy z wieloma organizacjami pozarządowymi, sprzyja inicjatywom lokalnym, ułatwia współpracę w sieciach międzyorganizacyjnych ( np. przedsiębiorstwa, partie polityczne, samorząd terytorialny, organizacje pozarządowe), na przykład jako grupa nacisku dla inwestycji komunalnych, budowy nowej autostrady, przyciągnięcia inwestora zagranicznego.
We współczesnym świecie, we współczesnej otwartej, globalizującej się gospodarce Nowa Lewica może odegrać znaczną rolę w kreacji prospołecznych rozwiązań, we wskazaniu sposobów ich rozwiązywania, a także w ich rozwiązaniu. Stąd tak ważna jest nowoczesna struktura organizacyjna, zdolna podjąć powyższe wyzwania w dzisiejszym świecie.

S.O.S. dla polskości w kraju i na świecie

Proszę nie traktować niniejszego opracowania jako „przemądrzałe pustosłowie”. Bowiem po dokonaniu obiektywnej analizy sytuacji, przedstawiam na koniec konkretny program i propozycje jej poprawienia. Współczesne dwa bardzo groźne kryzysy globalne – pandemiczny i ekonomiczny oraz coraz gorsza sytuacja społeczna w świecie, a także wzrost napięcia międzynarodowego każą spojrzeć po nowemu na położenie Polski i Polaków w tym kontekście.

Tym bardziej że pogarszająca się sytuacja globalna w wyniku ww. kryzysów już wpływa negatywnie na coraz trudniejsze położenie Polski i Polaków wszędzie tam, gdzie oni się znajdują. Propaganda sukcesu eksponuje, naturalnie, „pozytywy”; ale coraz bardziej dotkliwych negatywów też nie brakuje. Wspomnę na początek jedynie o dwóch z nich – w skali mega, jak teraz śmiesznie ludzie powiadają, czyli makro; a mianowicie: – poważne generalne osłabienie pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz – brak efektywnych i realistycznych poczynań sanacyjnych (naprawczych) celem poprawy sytuacji – teraz i w przyszłości. Dramatyczny paradoks polega też na tym, że popsute zostały stosunki RP ze wszystkimi sąsiadami i, nadto, z nowym „starszym bratem”, z UE, z Watykanem, z Rosją, z Chinami i z in. Nawet Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja i Czechy już nie „boją się” Polski i lekceważą ją (czyli „olewają” – jak mówią nasze młodziaki i in.). Wystarczy!
Najpierw jednak parę słów o sobie oraz o moim tytule merytorycznym i moralnym upoważniającym do publicznego wypowiadania w sprawach określonych w temacie niniejszego opracowania. Po ukończeniu studiów na Wydziale Handlu Zagranicznego SGPiS/SGH w Warszawie i po studiach podyplomowych za granicą wstąpiłem do korpusu polskiej służby zagranicznej i do korpusu służby cywilnej. Całość mojej kariery zawodowej związana jest z problematyką międzynarodową. Pracowałem na placówkach zagranicznych w Paryżu (dwukrotnie), w Pradze, w Pekinie, w Szanghaju oraz w Ho Chi Minh Ville (d. Sajgon). Natomiast w kraju – byłem doradcą ds. globalnych Prezydenta RP i 4 Premierów rządów RP. Poczynając od trzeciego roku studiów do dziś – nieprzerwanie podróżuję po świecie. Do tej pory zdołałem odwiedzić prawie 150 krajów świata (od Rovaniemi, w Finlandii do Johannesburga, w RPA oraz od Tokio i Harbinu do Los Angeles, Meksyku, Monterrey, Nowego Jorku, Montrealu i Toronto); uczestniczyłem w licznych konferencjach międzynarodowych, także w ramach Rodziny ONZ (UN Family). Jestem autorem wielu książek i publikacji na tematy międzynarodowe.
Prawie przy każdej sposobności spotykałem Polki i Polaków – z kraju lub z emigracji. Zachowuję w serdecznej pamięci wspomnienia z tych spotkań. Niektóre spośród nich wywarły na mnie szczególnie silne wrażenie. Np. w trakcie zwiedzania jednego ze szpitali w Ałma Acie (ówczesnej stolicy Kazachstanu) podeszła do naszej grupy pielęgniarka i poprosiła, abyśmy udali się niezwłocznie do oddziału ginekologiczno-położniczego, bowiem tam przyszedł właśnie na świat… mały Polak. Rzeczywiście, widziałem przez szybę ochronną to maleństwo i jego matulę, a łzy zakręciły mi się w oczach na ten widok, zwłaszcza że przypomniałem sobie natychmiast dramat i epopeję rodaków zesłanych z Kresów do dalekiego Kazachstanu. To spotkanie z maleńkim Polakiem, tam daleko, uznaję za radosne i optymistyczne – mimo wszystko.
Inny przykład jest smutny i bolesny. Nie tak dawno byłem w Iranie, po raz kolejny. I także po raz kolejny odwiedziłem polski cmentarz Dulab w Teheranie. To było bardzo nietypowe spotkanie z Polonią – na cmentarzu. Pochowano tam 1937 polskich wygnańców, w tym 409 wojskowych. Umarli oni, na wiosnę 1942 r., z głodu, z chłodu i z chorób, ewakuując się z ZSRR z armią gen. Władysława Andersa poprzez Iran, Palestynę, Włochy i dalej – byle bliżej do Ojczyzny. Była to wielka masa ludzka – razem 115.000 osób, wśród których 25.000 cywilów, a w tej liczbie – 13.000 dzieci. 2.600 spośród nich, głównie sierot i półsierot, znalazło schronienie w ośrodku dla dzieci w mieście Isfahan, w środkowym Iranie. Tam także można znaleźć wiele pamiątek po nieszczęsnych małych Polkach i Polakach. Niewielka gromadka spośród nich żyje po dzień dzisiejszy. Spotykam się z nimi od czasu do czasu, głównie na przyjęciach i na imprezach organizowanych przez Ambasadę Islamskiej Republiki Iranu w Warszawie. Odwiedziłem jeszcze wiele cmentarzy polskich na świecie, szczególnie na Kresach Wschodnich, w Wilnie, we Lwowie, w Katyniu, w Chatyniu (na Białorusi), Pere Lachaise w Paryżu (Szopen) i in. Naturalnie, stosunkowo najsilniejsze wrażenie sprawia cmentarz polski na Monte Cassino. Byłem tam, na górze, pięć razy, z czego dwa – na piechotę. Ale do tej pory trudno mi uwierzyć, że można było zdobyć tę zaminowaną górę i twierdzę – w krzyżowym ogniu niemieckich karabinów maszynowych. A jednak! Cena za zwycięstwo była jednak bardzo wysoka!
Również w mojej rodzinie nie brak skrajnych przykładów polskich losów na emigracji, dobrowolnej czy przymusowej. Najpierw o dobrych przykładach. Od czterech pokoleń, w Stanach Zjednoczonych mieszka i pracuje liczne grono moich pobratymców pięć skoligaconych rodzin wielkopolskich, których praojcowie osiedlili się tam, na początku XX wieku, na wschodnich obszarach USA, szczególnie w Detroit i w Chicago oraz – w ogólności – na terenie stanów Illinois i Michigan, ale później dotarli aż do Florydy. Ciężko pracowali, więc powodziło i powodzi się im bardzo dobrze. W moich czasach studenckich, ciocia Gienia pisała jeszcze do mnie listy po polsku. Zazwyczaj, do każdej koperty wkładała dla mnie banknoty 5-cio lub 10-cio dolarowe, które były wyjmowane (kradzione) przez pocztowców. Później dowiedziałem się, że otwierali oni koperty na parze… ; natomiast dzieci cioci Gieni, szczególnie Dean, dziś pani profesor, z którą korespondowałem przez dłuższy czas, już nie znają polskiego. Dean wolała pisać i rozmawiać po angielsku, tym bardziej że, na studiach, ja już nieźle posługiwałem się tym językiem. I to jest znamię bardzo poważnego problemu zanikania języka polskiego w zakresie globalno – polonijnym. O tym, poniżej.
Drugi skrajny przykład tym razem, przymusowej „emigracji” w rodzinie, jest niezwykle dramatyczny i przejmujący do głębi. Miałem wujka, który był porucznikiem Korpusu Ochrony Pogranicza na Kresach Wschodnich (pułk „Wilejka”). Wujek zdążył jeszcze wziąć ślub z ciocią Krysią, zanim wpadł w ręce oprawców z NKWD i został rozstrzelany nazajutrz po ślubie. Ciocię zaś włączono do transportu zesłańców polskich i skierowano w okolice Kustanaju (w północnym Kazachstanie), gdzie wysadzono ich na zaśnieżonym pustkowiu, odległym o 300 km od najbliższej wioski. Trzeba było zaczynać wszystko „od zera”. Ale niektórzy przeżyli również ten koszmar, a w tej liczbie także ciocia Krysia. Wróciła ona jakimś cudem do pojałtańskiej Polski i tu żyła jeszcze dość długo. Ale nigdy ponownie za mąż nie wyszła – tak bardzo kochała swego rozstrzelanego męża i na zawsze pozostała mu wierna.
Sumując własne dość bogate, radosne, smutne acz interesujące doświadczenia oraz obserwacje teoretyczne i praktyczne nt. statusu Polski, Polaków i Polonii w kraju i na świecie mogę stwierdzić nieskromnie, iż – poczynając od czasów studenckich – interesuję się nieprzerwanie i aktywnie tą problematyką – jako swoistą „studnią bez dna”. Czynię to raczej jako amator, a nie profesjonalista, choć napisałem już niemało na te tematy. Tak więc, analizując kwestię w ujęciu długofalowym i dynamicznym oraz z zachowaniem niezbędnej głębi i szerokości analizy, dochodzę do generalnego wniosku, iż nasza sytuacja w epoce post-jałtańskiej w Europie i na świecie, szczególnie po zakończeniu „zimnej wojny”, ulega systematycznemu pogorszeniu nie tylko w tzw. kategoriach wizerunkowych („image”), ale również politycznych, strategicznych, ekonomicznych, kulturalnych i innych. Co gorsza, końca tego negatywnego procesu nie widać!
Ocena merytoryczna:
współpraca Polaków ponad podziałami oraz status Polski i Polaków na świecie – to tematy doniosłe i dziś znacznie bardziej aktualne niż kiedykolwiek przedtem. Obie te kwestie wymagają rzetelnej analizy w świetle współczesnych uwarunkowań oraz przyszłych potrzeb i możliwości. Szczerze mówiąc, sytuacja jest trudna i niezbyt dla nas korzystna; nagromadziło się zbyt wiele zaniedbań i dysproporcji w działaniu; brak jest realistycznych programów, odpowiednich środków i mechanizmów oraz elementarnej koordynacji poczynań między kompetentnymi instytucjami polskimi w kraju i polonijnymi za granicą, a także między jednymi i drugimi. W zasadzie, „każdy sobie rzepkę skrobie” i „nie wie lewica, co robi prawica”. Korzystają na tym jedynie nieprzyjaciele sprawy polskiej, których na świecie nigdy nie brakowało i których przybywa coraz więcej, nawet w propolskiej kiedyś Francji czy nie całkiem obojętnej Szwajcarii (perypetie z polskim muzeum w Rapperswilu). Zaś w Zurichu, obserwowałem z zażenowaniem taką scenę: tam, na zebraniu polonijnym, było podium wyższe od podłogi o jakieś pół metra. Na podium i na podłodze usadowili się szwajcarscy Polonusy. Zapytałem: dlaczego tak jest? Odpowiedź: o panie, na podium siedzi arystokracja, a na podłodze pospólstwo. Oto przykład pierwszy lepszy z brzegu ilustrujący irracjonalne podziały; ale pogłębiają się one coraz bardziej; zaś frontalna konfrontacja między polskością i antypolskością nasila się zarówno w kraju, jak też poza jego granicami. W RPA, dość liczna jeszcze niedawno emigracja polska tzw. solidarnościowa (ponad 120.000) ucieka dalej bowiem w tym kraju mamy do czynienia z odwróceniem apartheidu (kiedyś biali prześladowali czarnych, a teraz czarni prześladują białych). Groźne nasilenie waśni i konfliktów międzyrasowych obserwujemy też w USA, czego szokującym przykładem było zamordowanie Murzyna, Georgea Floyda, przez białego policjanta, które zintensyfikowało potężny społeczny ruch protestu pod hasłem: „ Black Lives Matter”.
Póki co, „średni” Ziemianin (czyli obywatel planety Ziemia) nie ma, z reguły, zielonego pojęcia o Polsce i o Polakach. Jesteśmy traktowani, na ogół, jako ludzie gorszej kategorii – niepoprawni romantycy, złodzieje, pijacy, cwaniacy, fundamentaliści katoliccy, panienki nie najcięższego prowadzenia się, handlarze narkotyków itp. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak słowo „Polonia” rozumiano jako „Bologna”, a „Poland” jako „Holland” itp. Zaś Chińczycy, na słowo „Puoland” (również Polska – po chińsku), reagują natychmiast tak: Kopernik, Szopen, Curie-Skłodowska i basta. Ale znam też wiele gorszych przypadków, jak np. „polnische Idioten” (lub jeszcze gorzej), co słyszałem na własne uszy, np.: w Niemczech, w Holandii, w USA i w Izraelu; albo sławetne rosyjskie: „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica” czy „apiat eta parszywaja Polsza”. Nastroje antypolskie nasilają się nie tylko w tych krajach, w których były one tradycyjnie mocne (Niemcy, Rosja, Ukraina, Izrael czy określone środowiska polityczno-społeczne w USA), ale również w niektórych krajach kiedyś przyjaźnie usposobionych do Polski (np. Litwa, Białoruś, Czechy, Francja, W. Brytania, kraje skandynawskie i in.). Narodom i państwom sąsiadującym z Polską bardzo nie w smak są mesjanistyczne i megalomańskie ambicje niektórych sił politycznych w Polsce oraz ich skłonności do odgrywania wiodącej (przewodniej) roli w naszym regionie.
Nową jakością jest nasilająca sie kampania antypolska w instancjach kierowniczych Unii Europejskiej, brutalne postępowanie Jugendamtu wobec dzieci i rodzin polskich mieszkających w Niemczech i in. Znamienne, iż – po przystąpieniu do UE – stosunek władz tej organizacji do Polski pogarsza się z każdym rokiem, a powinno być wręcz odwrotnie. Ciekawe, natomiast jest to, iż niektóre kraje islamskie, np. Iran i Turcja, odnoszą się z szacunkiem do Polski, nazywając ją staromodnie: Lachistan. Również w Chinach próżno by szukać krytycznych czy negatywnych wypowiedzi i publikacji o Polsce. Potrzeba zmiany na lepsze jest, więc, pilna i konieczna, bowiem akcenty antypolskie są coraz silniejsze poza naszymi granicami, jak o tym świadczy powielane do upadłego kłamstwo o „polskich obozach koncentracyjnych”, o „polskim antysemityźmie” i o „współudziale Polaków w zagładzie Żydów”.
Generalnie, jednak, na świecie dominują postawy obojętności i braku poważniejszego zainteresowania tym, co dzieje się w Polsce oraz w świecie – za przyczyną Polski. Jeżeli w multimediach zagranicznych pojawiają się jakieś wzmianki o RP, to mają one raczej wydźwięk negatywny (np. konserwatyzm religijny, nacjonalizm, megalomania, faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, patologie itp.). W tym sensie, nasza obecna sytuacja różni się diametralnie od czasów tzw. „rewolucji solidarnościowej” i pontyfikatu polskiego papieża, kiedy o Polsce było głośno w świecie – i to raczej w kategoriach pozytywnych. A tymczasem, kolejne najwyższe władze RP uprawiają swoją kuriozalną propagandę sukcesu – Propagandapolitik także w analizowanych dziedzinach, zamiast efektywnej Realpolitik propolskiej i polonijnej
Zasadnicze przyczyny:
strona polska, przyznajmy to samokrytycznie i obiektywnie, ponosi główną odpowiedzialność za doprowadzenie do obecnego nader niekorzystnego stanu walki o pozycję i o wizerunek polskości w naszym regionie, w Europie, w Eurazji i na świecie. W Afganistanie i w innych krajach, do których skierowano polskie misje wojskowe, były one tam traktowane jako „agresorzy”, aby wycofać się ostatnio w niesławie (a gdzie podziało się lelewelowskie hasło: „za wolność naszą i waszą”! (Nota bene: sformułowanie „za wolność…”jest ewidentnym rusycyzmem. Po polsku powinno być raczej „o wolność…”). Jako czynniki subiektywne, mszczą się obecnie efekty całych dziesięcioleci indolencji, impotencji, niekompetencji, dezorganizacji, niedostatku koordynacji oraz braku odpowiednich programów, ich sprawnej realizacji i niezbędnych środków na cele pozytywnego promowania polskości w świecie. Dominuje, przeważnie, „radosna twórczość” i „wielka improwizacja” oraz poczynania, imprezy i kampanie organizowane ad hoc i ad casum. Nie może to zastąpić działań przemyślanych, celowych, metodycznych, systematycznych i permanentnych. W przeciwnym, bowiem, razie nasza sytuacja i pozycja w świecie ulegać będzie dalszemu pogorszeniu, bowiem inne państwa i narody, szczególnie porównywalne do Polski, a nawet znacznie mniejsze (np. Czarnogóra) nie zasypiają gruszek w popiele.
Zaś, w kategoriach obiektywnych, naszą sytuację utrudnia wiele poważnych zjawisk oraz czynników eurazjatyckich i globalnych, które, wszakże, eksponują jeszcze bardziej potrzebę, zasadność i celowość naszych efektywnych działań w analizowanej materii. Przede wszystkim, mamy obecnie do czynienia z dawno niespotykaną i bardzo groźną eksplozją nacjonalizmów i ekstremizmów różnej maści W Eurazji i w całym świecie. Bezprecedensowa skala terroryzmu oraz nastroje nacjonalistyczne, antyludzkie i egocentryczne wypierają coraz bardziej postawy bazujące na internacjonalizmie, na humaniźmie i na uniwersaliźmie. Prawie każdy naród czy grupa społeczna uważa się dziś za najważniejszą i za najlepszą pod Słońcem. Rozdęta do granic wytrzymałości „mania wielkości” udziela się także narodom stosunkowo dzielnym acz niewielkim (np.: Litwa, Węgry, Czechy, Słowacja i in.) oraz państwom wręcz mikroskopijnym (np. Luksemburg, Monako, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Qatar i in.).
W skali globalnej, toczy się już od dawna zażarta konkurencja i walka pomiędzy najsilniejszymi nacjonalizmami, spychając na pobocze ewolucji cywilizacyjnej pozytywną kategorię patriotyzmu i jej podobne. Analogicznie rzecz się ma z rywalizacją pomiędzy największymi religiami świata – szczególnie, chrześcijaństwem, judaizmem i islamem – o „rząd dusz” w gromadzie już prawie 8 mld Ziemian (dokładnie: 7.877.668.135 duszyczek, wg stanu na dzień 07.07.2021r., godz. 12.00; źródło: World Population Clock) . W rywalizacji tej, buddyzm trzyma się nieco na uboczu, ale robi swoje – z właściwym mu stoickim spokojem i tolerancją. W odróżnieniu od pokojowego rozwoju, wzajemnie korzystnej współpracy i nowego sprawiedliwego ładu światowego, co postulują Chiny (i in.), zwolennicy „starego” nadal lansują konfrontację kultur i cywilizacji. To droga donikąd, do katastrofy.
Lepsze promowanie polskości w świecie będzie też współcześnie znacznie bardziej utrudnione wskutek poważnego wzrostu napięcia międzynarodowego i licznych ognisk zapalnych, szczególnie w Afryce oraz na Bliskim, Środkowym i Dalekim Wschodzie. Wskutek kryzysu i błędnego zarządzania gospodarstwem światowym, mnożą się przeróżne zjawiska patologiczne (głód, bezrobocie, epidemie, brak wody, degradacja środowiska naturalnego, terroryzm, tragedie uchodźców i wiele innych); pogłębia się przepaść materialna i rozwojowa pomiędzy „biegunem bogactwa” a „biegunem ubóstwa” w świecie. Mnożą się stare i nowe zagrożenia, a przyspieszone zmiany klimatyczne wywołują coraz liczniejsze ekstremalne i niszczycielskie zjawiska pogodowe, nawet w nie tropikalnej Polsce.
Bardzo niebezpieczne jest też dalsze utrzymywanie się „próżni systemowej” – po krachu neoliberalizmu i (wcześniej) sowietyzmu oraz po zawaleniu się dwubiegunowego i jednobiegunowego układu sił w świecie. Zaś układ wielobiegunowy i nowy ład globalny (multilateralizm) rodzi się powoli i z wielkim trudem. Wszystko to sprawia, iż główną troską Ziemian są sprawy przyziemne (jak wskazuje sama nazwa naszej planety i jej mieszkańców) oraz ostra walka o byt i o przetrwanie z dnia na dzień, a nie interesowanie się tym, co dzieje się w innych krajach, m.in. w Polsce. Taka sytuacja obiektywna utrudniać będzie jeszcze przez długi czas, a być może – i na zawsze, nasze poczynania zmierzające do poprawy wizerunku oraz statusu Polski i Polaków w świecie. Ale starać się o to trzeba w sposób efektywny i innowacyjny.
Ponadto, współczesne raczej marne i niezbyt korzystne notowania Polski i Polaków w świadomości innych narodów oraz, faktycznie, całej społeczności międzynarodowej, wynikają, po części, z naszych tragicznych doświadczeń historycznych. Długofalowe konsekwencje materialne i moralne rozbiorów, dwóch wojen światowych, „zimnej wojny”, trzech wielkich globalnych kryzysów gospodarczych i in. również odcisnęły silne i negatywne piętno na świadomości i na moralności Polaków oraz na wyobrażeniach innych Ziemian o Polsce. Odrabianie tych strat zajmie dziesięciolecia, jeśli nie stulecia?!
Na domiar złego, funkcjonuje w czasach nowożytnych przeklęte „wahadełko polskie”, w wyniku czego nasz kraj jest raz przepychany ze Wschodu na Zachód (jak obecnie), a innym razem – z Zachodu na Wschód (jak w Jałcie i w Poczdamie). Wszyscy siostry i bracia Polacy jesteśmy „ofiarami Jałty”; właśnie tam oraz w Teheranie i w Poczdamie, przywódcy zachodni sprzedali Polskę Stalinowi, ze wszystkimi tego ponad półwiekowymi konsekwencjami. Mieliśmy wówczas „starszego brata” ze Wschodu, a teraz mamy go z Zachodu, przy czym każdy z tych „starszych braci” troszczył się i troszczy się nadal raczej o własne, a nie o polskie interesy. Teraz znów znaleźliśmy się po zachodniej stronie barykady, ale – po pewnym czasie – ponownie grozić nam będzie prawdopodobna reorientacja na Wschód, może, tym razem, nawet w stronę Chin.
Zaniedbania i zadania:
w świetle powyższego, niezbędne są pilne działania, wręcz kolosalne wysiłki i znaczne nakłady, aby poprawić jakościowo wizerunek i status Polski i Polaków w świecie. Obecny stan rzeczy wymaga radykalnej sanacji i wręcz rewolucyjnej reformy, bowiem – w przeciwnym wypadku – Polska może utracić na długo należne jej godne miejsce wśród i tak coraz bardziej skłóconej rodziny narodów świata. Tym bardziej, że współczesna Polska, jeśli chodzi o poziom jej rozwoju intelektualnego, moralnego, cywilizacyjnego i materialnego, ma już niewiele wspólnego z tą Polską, której dotyczyły ww. (i inne) krzywdzące i utrzymujące się nadal wyobrażenia, epitety i stereotypy. Pewne jest także, iż – przy pomocy dotychczasowych nieefektywnych metod i anachronicznego trybu działania w kwestii pozycji Polski i Polaków w świecie – nie udałoby się doprowadzić do polepszenia naszej sytuacji oraz do przekazania prawdy o nas Ziemianom z innych krajów. Stoi więc przed nami kardynalne i bardzo odpowiedzialne zadanie do spełnienia na obecnym nowym etapie walki o dobre imię polskości na świecie w warunkach pokryzysowego bałaganu i neoglobalizacji. Skala trudności i złożoności tego zadania jest bezprecedensowo wysoka. Celem zapewnienia powodzenia w tych staraniach, konieczne są dość gruntowne zmiany jakościowe i reformy merytoryczno-organizacyjne, żeby było lepiej. W tym duchu, pragnę przedstawić pod rozwagę następujące oceny makro:
1.niezbędne jest, nade wszystko, zdecydowane odstąpienie od dotychczasowego sztucznego i anachronicznego podziału na Polskę i na Polonię, na Polaków (w kraju) i na Polonusów (za granicą). Na świecie jest nas razem ponad 60 milionów! To ogromna masa ludzka dysponująca poważnym kapitałem pod każdym względem; tyle tylko, że jest to kapitał rozdrobniony, niewykorzystany i marnotrawiony. Krótko mówiąc, podział na Polskę i na Polonię, na Polaków i na Polonusów jest absolutnie niestosowny, przestarzały i nieprzydatny we współczesnych szybko zmieniających się uwarunkowaniach międzynarodowych, szczególnie w mozolnie i bezproduktywnie (póki co)naprawianej V globalizacji.
Rzecz w tym, że wszyscy Ziemianie są mieszkańcami jednej wielkiej wioski globalnej. Nie ma, przeto, większego znaczenia, czy dany Polak mieszka w Warszawie, w Koziej Wólce, w Paryżu, w Palermo, w Chicago, w Sydney, w Rio de Janeiro czy na Księżycu. Wystarczy, że jest Polką czy Polakiem. Proponuję więc zdecydowane zrezygnowanie z ww. przestarzałych definicji i kategorii oraz jednakie traktowanie wszystkich, bez różnicy, Polaków, także wówczas, kiedy legitymują się oni również obywatelstwem innych państw. Takie racjonalne podejście działać będzie jako silny czynnik integrujący naszą „Polish Community” w wiosce globalnej. Logiczną konsekwencją praktyczną takiego podejścia powinno być też zlikwidowanie wszelkich instytucji zajmujących się tzw. Polonią oraz skoncentrowanie się państwa i społeczeństwa na czynieniu dobra wszystkim córkom i synom Matki Polski – w kraju i na świecie;

  1. współpraca ponad podziałami brzmi dumnie oraz jest zadaniem bardzo szlachetnym i bardzo potrzebnym. Rzecz jednak w tym, że owe podziały nieustannie zaostrzają i pogłębiają się w naszych bardzo trudnych czasach oraz w każdej sferze życia i pracy wszystkich Ziemian, także Polaków. Prowokacyjne poczynania b. Donalda Tuska są tego najnowszym przykładem. Podziałów nie da się zlikwidować do cna, zresztą, nie ma takiej potrzeby. W sensownych wymiarach, mogą one wzbogacać i uatrakcyjniać żywot i pracę człowieka na tym „łez padole”. Trzeba jednak zdecydowanie przeciwdziałać urastaniu podziałów, jak obecnie, do monstrualnych i niebezpiecznych rozmiarów, w poszczególnych krajach i w skali światowej. Póki co jednak, odwieczne zawołanie o „jedność w różnorodności” („unita nella diversita”) pozostaje sennym marzeniem lub pobożnym życzeniem; bowiem dominuje przemożnie nadal starożytna praktyka „dziel i rządź” („dividae et impera”). Łatwiej się rządzi podzieloną, bezmyślną i skłóconą społecznością. W naszym przypadku, celem sensownego uładzenia i ułożenia po nowemu współpracy Polaków ponad podziałami, niezbędne jest pilne złagodzenie, optymalizacja – że tak powiem, czasami sztucznie, prowokacyjnie i manipulacyjnie podsycanych oraz intensyfikowanych podziałów, różnic i rozbieżności. Tylko pod warunkiem owej optymalizacji, współpraca ponad podziałami będzie mogła być możliwa i wydajna.
    Podziały (realne czy sztuczne) zżerają, jak najgorsza zaraza, pandemia i plaga, masę energii indywidualnej i społecznej, rozsadzając od wewnątrz rodziny, sąsiadów, grupy obywateli, społeczności lokalne, jednostki terytorialne, organizacje społeczne, partie polityczne, koalicje i opozycje, wojsko, siły bezpieczeństwa, a nawet poszczególne kościoły oraz całe społeczeństwo (nie wykluczając sławetnej Polonii) i państwo. W rozterki i w perturbacje intelektualno-psychiczne wpadają nawet poszczególne osoby. Mam znajomego, który, wprawdzie posiada określone poglądy, ale… sam nie zgadza się z nimi?! Szczególnie bolesne i groźne są spory (rzeczywiste czy udawane?) pomiędzy najwyższej rangi decydentami w sprawach bezpieczeństwa i obronności kraju. Gdyby hetmani husarii króla Jana III Sobieskiego byli tak poróżnieni pomiędzy sobą, jak niektórzy obecni domorośli decydenci, to, zapewne, polskie zwycięstwo nad Turkami pod Wiedniem byłoby niemożliwe.
    Podobnie rzecz ma się na arenie międzynarodowej, na której poziom konfrontacyjności, zadziorności, niezrozumienia, nienawiści i wojowniczości jeszcze nigdy nie był tak wysoki w post jałtańskich czasach „pokojowych”, jak obecnie. I znów kłania się przewrotnie mądrość starożytna: „człowiek człowiekowi jest wilkiem” („homo homini lupus est”). Opłakane i jakże tragiczne skutki tego stanu rzeczy dostrzegalne są gołym okiem. W każdym przypadku, kryje się za tym ogrom nieszczęścia ludzkiego, morze przelanej krwi i góry strat materialnych. W imię czego? Jest to jednocześnie świadectwo totalnej impotencji współczesnego nieładu międzynarodowego, licznych organizacji międzynarodowych, łącznie z ONZ, wielkich mocarstw uzurpujących sobie prawo do panowania nad światem oraz całej wspólnoty międzynarodowej (tzw. „International Community”).
    W sposób jak najbardziej ewidentny, ów nieład międzynarodowy oraz podnoszący się nieustannie poziom konfrontacji i napięcia w świecie nie pozostaje bez negatywnego wpływu na wszystkie kraje i narody oraz na każdego Ziemianina – z osobna, żyjącego w ciągłym strachu i w niepewności jutra. Wielki paradoks cywilizacyjny naszych czasów polega na tym, że tempo przyrostu i kumulacji starych oraz nowych problemów i patologii rozwojowych wielokrotnie przewyższa tempo ich ślamazarnego „rozwiązywania”. W związku z tym dobrych rozwiązań jest za mało, a góra tych złych problemów i patologii jest już niebotyczna (vide: sławetny Climat Change, Overall Pollution i in.), powiększa się stale ich krytyczna masa wybuchowa, a ludzkość zbliża się szybko do nieprzekraczalnej granicy bezpieczeństwa. Mówię i piszę o tym z bólem i z przykrością, ale tak to wygląda w globalnych kategoriach makro!
  2. Język ojczysty, kultura narodowa, tradycje historyczne, wierzenia religijne, obyczajowość społeczna i inne czynniki stanowią silne spoiwo każdego narodu, także polskiego. W tym zbiorze atrybutów i właściwości narodowych – język odgrywa rolę wiodąca i szczególną. Jednak, sytuacja, losy i jakość języka polskiego jeszcze nigdy nie była tak podła, jak obecnie. Ulega on zastraszającej oraz przyspieszonej degradacji, degeneracji, destrukcji i …amerykanizacji. A jest to język, który przetrwał perturbacje przedzaborowe, zabory, dwie wojny światowe, „zimną wojnę”, transformację ustrojową i inne przeciwności losu. Zdał z powodzeniem egzamin wytrzymałości w okresie dominacji łaciny (makaronizmy) i francuszczyzny w Polsce; oparł się sowietyzacji, ale teraz ugina się pod ciężarem panoszącej się wszędy amerykanizacji. Naturalnie, każdy język nie jest dany raz na zawsze – ulega stałym przemianom, innowacjom i uzupełnieniom – stosownie do ewolucji i do postępu naszej cywilizacji. Powinien jednak pozostać sobą! Faktem jest jednocześnie, iż – spośród około 5.000 języków narodowych, jakie istnieją jeszcze w świecie – co 2 tygodnie (średnio) znika bezpowrotnie jeden z nich. Taka perspektywa zagraża również polskiemu.
    Ww. amerykanizacja polszczyzny (zwana również macdonaldyzacją) rozpoczęła się na dobre wraz z nastaniem epoki Internetu (którego głównym językiem jest English English i American English) oraz ulega pogłębieniu od czasu zmian systemowych w Polsce i „zafascynowania się” Polaków Stanami Zjednoczonymi, a następnie – Unią Europejską. Obecnie zjawisko amerykanizacji polszczyzny nasila się już nieomal automatycznie i lawinowo, niezależnie od tego, iż – jak to w miłości bywa – początkowa fascynacja dość szybko przemija. W każdym jednak razie, dotychczasowe efekty amerykanizacji polszczyzny są przerażające. Nie tylko szkodzą one czystości i oryginalności naszego języka, ale osłabiają jego rolę kulturalną, edukacyjną i społeczną. Naturalnie, każda grupa społeczna: młodzież, pracownicy różnych zawodów, więźniowie, sportowcy, wierni i in. mają pełne prawo do posługiwania się własnym żargonem, w którym wszakże wulgaryzmy i dziwolągi nie mogą sięgać zenitu, jak obecnie i który nie wywiera negatywnego wpływu na czystość języka klasycznego (literackiego).
    Obywatele, szczególnie młodzi, na ogół bezkrytycznie, przyjmują i małpują przeróżne potworki i neologizmy językowe, zapożyczone z amerykańskiego, czy z angielskiego (jak np. mega zadowolony – very happy, tak naprawdę – yes indeed, fokusowa – focus, ewenty – events, miłego dnia – have a nice day, progres – progress i tysiące innych) oraz utrwalają je w swojej i w społecznej świadomości – jako coś normalnego, słusznego, modnego i „trendy”. Postawa tego rodzaju traktowana jest, co więcej, jako przejaw mądrości czy inteligencji tak mówiącego, czy tak piszącego, podczas gdy jest to jedynie dowodem jego głupoty, bezmyślności i niewiedzy. Deformacja polskiego dokonuje się najczęściej poprzez dosłowne tłumaczenie słów, zdań i całych tekstów z angielskiego/amerykańskiego/ na nasz język, co, z reguły, prowadzi do absurdu. Klasycznym tego przykładem jest sławetne już powiedzonko: „miłego dnia” itd., powtarzane mechanicznie, bezkrytycznie i bezmyślnie przez miliony osób. Owszem, po angielsku: „have a nice day” brzmi całkiem poprawnie; ale, „miłego dnia” – po polsku jest wyrażeniem wręcz karykaturalnym i niedopuszczalnym. Czy dzień może być miły? Raczej przyjemny. Miły/a/ to raczej kobieta, mężczyzna, atmosfera i in.
    Problemy te dostrzegał już (czy jeszcze) Juliusz Słowacki. 18 września 1839 r. odwiedził on, m.in., tzw. grób Agamemnona, mitycznego króla Myken (nota bene: Mykeny, położone w północno-wschodniej części Peloponezu, były głównym ośrodkiem politycznym Grecji w epoce brązu, czyli w drugiej połowie II wieku p.n.e.). Pod wpływem silnej inspiracji z tej wizyty, w końcu tegoż roku, w Paryżu, poeta napisał słynny wiersz właśnie pt.: „Grób Agamemnona”, w którym stwierdził, m.in.: ”…Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą. Pawiem narodów byłaś i papugą; a teraz jesteś służebnicą cudzą…; sęp ci wyjada nie serce lecz mózgi…”. Nic dodać, nic ująć – jakże to aktualne również w odniesieniu do naszych czasów.
    Sytuację pogarsza fakt, iż tak zainfekowanym językiem polskim posługują się również wpływowe czynniki opiniotwórcze: uczeni, dziennikarze, gadające głowy, nauczyciele, kaznodzieje i in., a nawet politycy, nie wyłączając posłów i senatorów. Co więcej, kompetentne władze, ośrodki naukowe (łącznie z PAN) i uznani poloniści nie czynią w praktyce nic (albo niewiele), aby powstrzymać nawałnicę amerykanizacji języka polskiego. Ta paląca kwestia nie figuruje też w naprawczych programach „dobrej zmiany plus”. Wszystko to razem zmierza, więc, w bardzo niedobrym kierunku – do tego stopnia, że, pewnego dnia, Polacy obudzą się bez swego języka ojczystego. I wreszcie, sytuacja z nauczaniem i z kultywowaniem języka polskiego w skupiskach Polaków poza granicami RP jest, po prostu, katastrofalna. Nie brakuje przypadków, kiedy nauczanie to jest tam, najzwyczajniej w świecie, torpedowane przez miejscowe wadze.
    Powinniśmy korzystać z pozytywnych doświadczeń innych krajów, które znacznie wcześniej zderzyły się z problemem amerykanizacji swych języków narodowych; np. Francja, już od wielu lat i ze względną tylko skutecznością, zwalcza franglais (mieszanina francais + anglais), ale promuje efektywnie „culture et civilisation francaises” w świecie za pomocą np. Francophonie Mondiale. (Nota bene: jako frankofon, byłem wiceprezesem Francophonie de Shanghai, kiedy pracowałem w tym wielkim mieście). W konkluzji, bez skutecznej obrony czystości, walorów i zachowania języka polskiego trudne, lub wręcz niemożliwe, byłoby umacnianie i promowanie statusu polskości we własnym kraju i na całym świecie.
    Konkretne propozycje:
    w świetle powyższej skrótowej, z konieczności, faktografii i analizy zdołałem zasygnalizować jedynie niektóre spośród najważniejszych aspektów współpracy Polaków ponad podziałami oraz umacniania i promowania polskości w świecie. Niemniej jednak, czuję się upoważniony do przedstawienia kilku konkretnych propozycji poczynań natury makro, zmierzających do poprawienia sytuacji w kwestiach omawianych w niniejszym opracowaniu. Oto one:
  3. utworzenie w możliwie niedługim czasie Instytutu Polskiego (w randze ministerstwa), którego nadrzędnym zadaniem będzie zajmowanie się całokształtem spraw związanych ze współpracą ponad podziałami, z umacnianiem statusu Polski i Polaków oraz z promowaniem polskości w świecie, z obroną dobrego imienia Polski, a także z koordynacją poczynań podejmowanych w tych dziedzinach;
  4. zapewnienie finansowania Instytutu z centralnego budżetu Państwa – z jednoczesną możliwością pozyskiwania dodatkowych środków finansowych od Unii Europejskiej oraz od sponsorów i darczyńców krajowych i zagranicznych. Niezbędne jest także utworzenie Funduszu Promocji Polski, w którym gromadzone będą środki pozabudżetowe;
  5. opracowanie aktualnej analizy (głównie natury politologicznej i socjologicznej), której obecnie brakuje, dotyczącej stanu polskości w kraju i sytuacji Polaków za granicą, szczególnie w ich największych skupiskach. Materiał tego rodzaju powinien być uzupełniany i uaktualniany przynajmniej raz do roku, a wnioski zeń wynikające powinny być uwzględnianie przy opracowywaniu krótko-, średnio- i długoterminowych programów działania oraz w ich realizacji;
  6. określenie krótko-, średnio- i długoterminowego programu działań w przedmiotowych sprawach – odpowiednio, do roku 2020, 2035 i 2050. Programy te powinny uwzględniać nowe potrzeby i istotne zmiany, jakie dokonują się w społeczności polskiej w kraju i za granicą w XXI wieku. Chodzi, np., o zmiany pokoleniowe, o nowe fale emigracji (solidarnościowej, zarobkowej i in.) oraz o konsekwencje powszechnego dostępu obywateli polskich do multimediów, do turystyki krajowej i zagranicznej itp.
    Trzeba mieć świadomość, iż rozwiązania fragmentaryczne czy połowiczne nie doprowadzą do jakościowej poprawy istniejącej opłakanej sytuacji. Niezbędna jest jej sanacja kompleksowa, wszechstronna i dogłębna. W przeciwnym bowiem razie – Polska i Polacy nadal będą traktowani jako ubodzy krewni innych krajów i innych narodów w wiosce globalnej oraz nie wykorzystają nowych możliwości rozwojowych w XXI wieku i w kolejnych stuleciach.

Trzy razy o historii

Profesorowi Andrzejowi Romanowskiemu w 70. rocznicę urodzin.

Książki, o których piszę, czytałem w tej właśnie kolejności: najpierw Witolda Kalińskiego Opowieść o ludziach w dolinie Popradu, potem Wacława Zbyszewskiego Ludzie, których znałem, wreszcie Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Przypadek sprawił, że czytałem jedną po drugiej oraz, że jest między nimi pewna łączność. Może to kwestia etapu moich lektur, sięgam obecnie rzadziej po beletrystykę, a częściej po literaturę faktu, chcąc poznać spojrzenie autorów na przeszłość, na dawne a ważne nadal zdarzenia, na ocenę ludzi, z którymi zetknęli się. Z lektur takich dowiaduję się także więcej o samych autorach, o ich poglądach, o ich stosunku do naszej historii, do ważnych postaci.
Zawsze lubiłem książki ciekawe i starannie wydane, z czasem zacząłem od nich oczekiwać jednak nieco więcej. Muszą wyróżniać się czymś jeszcze, muszą mnie uwieść, oczarować, zachwycić. I takie są te trzy książki. Jest też coś, co łączy ich autorów, to ich galicyjskość. Każdy z nich w jakimś stopniu został dobrym galicyjskim genem dotknięty i natchniony.
Z autorem pierwszej – Witoldem Kalińskim, poznanym już na Sądecczyźnie kilka lat temu, łączy mnie sporo: wieloletnia warszawska aktywność zawodowa, wiążąca się z umiłowaniem książek; mniej lub bardziej silne więzi rodzinne z Sądecczyzną; wreszcie osobista fascynacja tym regionem, co zaowocowało porzuceniem zarówno przez Kalińskiego jak i przeze mnie Warszawy na rzecz Sądecczyzny. Opowieść o ludziach w dolinie Popradu jest gawędą historyczną wywołaną naturalną ciekawością okolicy, w której mieszka autor, jej historii – tej dalszej i bliższej – oraz dziejów współczesnych. A jest to gawęda pozbawiona maniery natrętnej dydaktyki, opatrzona licznymi anegdotami i komentarzami odautorskimi przepełnionymi autoironią, nieraz kpiną, celną obserwacją zdarzeń zaprzeszłych, jakże pasujących do naszej codzienności.
Autor pomieszcza w książce wiele cytatów. To oczywiste, autor cytuje, gdyż czyta. Miłym zaskoczeniem są cytaty z dzieł bliskich mi osób: mojej Babci Zofii Skąpskiej i mego kuzyna, profesora UJ Piotra Kaczanowskiego. Cytaty te, wszystkie, nie tylko przed chwilką wymienione, to dowód na to, ile książek przeczytać trzeba, by móc jedną napisać. Chwała więc autorowi, nie tylko za to, że czyta innych, że czerpie z nich, ale że nie ukrywa tego i sumiennie na źródła wskazuje. To sygnał dla nas, po co winniśmy sięgnąć, jeśli danego tytułu jeszcze nie znamy.
Lubię książki, które pobudzają skojarzenia, wywołują odniesienia do innych lektur, narzucają chęć poprowadzenia drugiej równoległej relacji. Tak stało się, gdy natknąłem się na fragment o Kieżmarku i urodzonym w nim w 1536 roku późniejszym senatorze Olbrachcie Łaskim. Natychmiast przypomniała mi się czytana w zeszłym miesiącu książka Anny Król Kamienny sufit, znakomicie udokumentowana opowieść o pierwszych polskich taterniczkach. Jako prekursorkę górskich wspinaczek (wspinaczek w ogóle, nie tylko kobiecych) wymienia autorka Beatę Kościelecką, primo voto księżną Ostrogską. Łaski był jej drugim mężem, młodszym od niej o, uwaga, 21 lat. Pierwsza polska wyprawa w Tatry miała miejsce w 1565 roku. Tak, to nie błąd, powtórzę, chodzi o rok 1565. Polskim królem był wówczas Zygmunt II August, Rosją rządził twardą ręką car Iwan IV Groźny, w Anglii panowała ostatnia z Tudorów, Elżbieta I. Beata Łaska zaś w tym czasie wędrowała po okolicach Stawu Kieżmarskiego. Historia Beaty, jej małżeństwa z awanturnikiem Łaskim, a także relacji jej matki z dworem królewskim to temat na odrębną barwną i zaskakującą opowieść.
Wracajmy jednak do Witolda Kalińskiego. Ma on lekkie pióro, opowieść jest więc wartka, wciągająca. Znamy z grubsza historię naszego kraju i regionu, jesteśmy więc ciekawi nie tyle faktów, ile ich doboru, a nade wszystko komentarzy autora. W Opowieści o ludziach w dolinie Popradu jest tych komentarzy sporo, mówią one wiele o ich autorze, ale też o nas, o naszych przywarach i śmiesznostkach, umacniając w przekonaniu, że jednak historia lubi się powtarzać. Nie mogę oprzeć się, by kilku z nich nie przytoczyć.
Pisze autor, za Władysławem Konopczyńskim, o bitwie pod Mątwami i dodaje: „Gdyby zabitych położyć przy drodze, głowa do nogi, musiałaby ona liczyć ponad 6 kilometrów. I pomyśleć, że jedna z najbardziej krwawych bitew rozegrała się pomiędzy Polakami a… Polakami. Zaprawdę, trwamy i dziś w wieku XVII.”
Za Frankiem Kmietowiczem zaś, pisząc o czarownicach i o ówczesnym ich traktowaniu, zauważa: „… podstawowe dzieło o tym, jak postępować z czarownicami, przełożono na język polski dopiero w roku Pańskim 1614, stosowali je katolicy, zaś u prawosławnych nie było w użytkowaniu (mieli swoje sposoby). Gdy w Europie procesy o czary zanikły, w Polsce ich liczba rosła. Do dziś pozostaje owo opóźnienie.”
Cytuje też Kaliński opis jednej z wojenek domowych z początku XVIII wieku pióra Pawła Jasienicy. Uzupełnia go swoim spostrzeżeniem: „Mieszczanie nie mają się gdzie ukryć, wielu chłopów traci cały dobytek, a nieraz życie (także w dobrach klasztornych), zaś w wyniku epidemii dżumy przy życiu została w Starym Sączu znikoma część ludności (podobno 16 osób). Co prawda sam król, August II Mocny, miał spłodzić (z wieloma kobietami) kilkaset dzieci, ale trudno było tą drogą uzupełnić ubytek.”
Niektóre z komentarzy zasługują na miano aforyzmów, jak choćby ten: „Źle ulokowana ambicja jest tym, co wpędza nas w tarapaty.” Rzecz dotyczy wojen o Inflanty. Czy tylko?
Na koniec znów pro domo sua. Wspomina Kaliński mego pradziada, tak mocno, w swym studwuletnim życiu, związanego z Sądecczyzną. Pisząc o powstaniu chochołowskim i jednym z jego przywódców ks. Józefie Kmietowiczu, nadmienia: „Inny uczestnik tego powstania gościł u Antoniego Skąpskiego (też więźnia z 1846r.)” Dodam, bo książka Kalińskiego nie o tym i miejsca na wszystko by mu zabrakło, że tym innym uczestnikiem powstania w Chochołowie był Jan Kanty Andrusikiewicz, nad którym pradziad roztoczył opiekę, zatrudniając go w dobrach kamienickich, którymi zarządzał. A sam stał się politycznym więźniem austriackim, gdyż wiosną 1846 roku podczas suto zakrapianej kolacji, ustalono, iż trzeba szykować się do powstania, a pradziada okrzyknięto jego dowódcą. Nie zdołał wszakże podjąć żadnych działań, usłużny powiadomił kogo trzeba i kilka dni później zaprowadzono mego przodka do sądeckiego aresztu. Nieco później, w sądzie, już we Lwowie, usłyszał wyrok śmierci, szczęśliwie zamieniony na 10 lat twierdzy, z której oswobodziła go Wiosna Ludów.
I jeszcze jedno nazwisko wymienione przez autora chcę opatrzyć maleńkim komentarzem. Chodzi o Antoniego Jurczaka, legendarnego burmistrza Muszyny przez 26 lat. Kończąc prace nad wydaniem drugiego tomu wspomnień mojej Babci Zofii Skąpskiej, odnalazłem z nim koligację. Odległą, ale jednak. Prawnuczka siostry mojej prababki – warszawska lekarka Joanna „Jona” Łypaczewska wyszła za mąż za Stanisława Gajewskiego, był on wnukiem burmistrza Jurczaka. Oboje Gajewscy spoczęli w jego grobie na cmentarzu w Muszynie.
*
Autora drugiej książki, Wacława Zbyszewskiego, poznać nie miałem okazji, ale wiedziałem o nim, chyba z Dzienników Dąbrowskiej, a poprzez Dąbrowską od Stempowskiego. Więcej dowiedziałem się, gdy w Czytelniku ukazały się jego Gawędy o ludziach i czasach przedwojennych. Być może myliłem go wcześniej z jego bratem Karolem. Ludzie, których znałem Wacława Zbyszewskiego to zbiór wspomnieniowych felietonów drukowanych w prasie emigracyjnej zarówno za życia autora, jak i kilkanaście lat po śmierci. Trudu doboru tekstów i ich redakcji podjęli się profesor Rafał Habielski i redaktor Paweł Kądziela. W nocie edytorskiej cytują oni Józefa Łobodowskiego, który o Zbyszewskim pisał w 1971 roku w londyńskich Wiadomościach: „przerabia historię, geografię, politykę, według własnego widzimisię”. Wydaje się, że podzielają oni ten pogląd, wynika to z treści wstępu autorstwa R. Habielskiego. Co dla mnie ważne powołuje się on miedzy innymi na opinię o Zbyszewskim Stefanii Kossowskiej, współpracownicy, a od 1974 następczyni Grydzewskiego w Wiadomościach. Ważne, bo przez małżeństwo z Adamem Kossowskim jest to daleka moja powinowata. Adam to prawnuk brata mego pradziada Antoniego Skąpskiego. Mimo iż urodził się czterdzieści pięć lat przede mną, należał do tego samego co ja pokolenia. Jego bratankiem jest słynny piosenkarz Maciej Kossowski, pamiętany do dziś z przebojów „Dwudziestolatki”, „Wakacje z blondynką” czy „Agatko pocałuj”.
Wracajmy do Zbyszewskiego, bo warto poznać jego opinię o ważnych postaciach przedwojennej Polski i powojennej emigracji, nawet jeśli wiemy z góry, że są to opinie bardzo osobiste, naznaczone subiektywna oceną i sympatią, lub jej brakiem. Warto przywołać refleksję wspomnianej Stefanii Kossowskiej o zapiskach Zbyszewskiego: „Czytając go, można było się irytować, gorszyć, oburzać, ale nie można było nigdy nie przeczytać jego artykułu do końca”. Czytałem i ja wspomnienia Zbyszewskiego do końca, choćby dlatego, że część osób przywołanych przez autora (czy to jako bohaterowie poszczególnych tekstów czy tylko marginalnie w nich wspomniani) do pewnego czasu, poza ogólnikami, było mało mi znanych. Moją wiedzę o pozostałych łapczywie uzupełniałem o pełne soczystych określeń opisy Zbyszewskiego. Książka ta dając wiedzę o wielu wybitnych postaciach Polski przedwojennej, potwierdza istnienie silnych politycznych podziałów i później na emigracji, licznych koterii, grup wpływu, mówi wiele o sympatiach i niechęciach autora, jego stosunku do opisywanych postaci. W większości są to wspomnienia pośmiertne, próżno jednak szukać w nich zasady, iż o zmarłych tylko dobrze. Może dlatego właśnie lektura wciąga, autor bywa wyrazisty, ostry, często bezlitosny. Oto próbki: „…kałmucki Ksawer Pruszyński o ptasim móżdżku”; lub o Walerym Sławku: „Był to porządny człowiek, szlachetny nawet jeśli ktoś chce, ale naiwny, ale nudny, ale niewykształcony, ale słaby, ale ograniczony, właściwie co tu dużo gadać, człowiek po prostu głupi.”; czy o Sławoju-Składkowskim: „… nie najgorszy pisarz, ale nieopisany skandal jako premier”; albo: „Od Hallera pachniało głęboką, najgłębszą prowincją”.
Rafał Habielski cytuje opinię Stanisława Mackiewicza o Zbyszewskim: „nie lubi mówić rzeczy przyjemnych, natomiast lubi mówić rzeczy przykre” oraz Grydzewskiego: „pisząc o kimś, potrafi zmyślić jakieś szczegóły, jeżeli mu się to komponuje”.
Trafność obserwacji przez Zbyszewskiego środowiska politycznego oddają zdania: „Pełno u nas zawsze było takich Napoleonów międzyministerialnych, w cywilnych ubrankach, w mundurach i nawet w spódnicach, co to w głowie mieli i (mają) groch z kapustą, ale za to niechybny instynkt, jak lawirować między Rydzem a Beckiem i Mościckim, z kim utrzymywać kontakt, kogo unikać, jak do kogo trafić, jak się nie narazić.” „Jesteśmy narodem politycznie infantylnym. Nasza opinia publiczna nie znosi ludzi politycznie myślących, kocha się we frazesach, nienawidzi przywódców politycznych o jakimkolwiek formacie, i darzy swym zaufaniem safandułów, niedołęgów, pół-inteligentów i demagogów.” Słowa pisane 60 lat temu, a jakby wczoraj.
Zbyszewski zapewnia wielokrotnie czytelników, iż jest konserwatystą, ale rozdając cenzurki pisarzom i publicystom, jako tych których ceni wymienia jedynie Boya-Żeleńskiego i Dąbrowską. Kolejny dowód na złożoność poglądów Zbyszewskiego.
Boleje Zbyszewski nad tym, że Henryk Łubieński nie urodził się wcześniej, bo wstąpiłby do Legionów i miał całkiem inną karierę. Nie lubię rozważań co by było gdyby, alternatywnych historii pomijających prawdziwy bieg zdarzeń, lub pisanych na przekór znanym dziejowym wypadkom. Jednak myśl Zbyszewskiego nie jest nachalna, nie rysuje on wyimaginowanych scenariuszy, wyraża jedynie opinię o zależności losów Łubieńskiego, ale i każdego z nas, w zależności od wielu przypadków, wśród których jest dzień naszego przyjścia na świat. A przy okazji trudno nie powtórzyć za wspomnieniami mojej Babki, że był Łubieński ochotnikiem w 1920 roku. Wśród kolegów swego pierworodnego, a mego stryja Antoniego, wymienia ona poza Łubieńskim, Aleksandra Dzieduszyckiego, Mariana Nowińskiego, Alfreda Mehoffera i Jana Dąbrowskiego. Dowódcą owych dwudziestolatków (w 8. Pułku Ułanów Księcia Poniatowskiego) był słynny, z małżeństwa z Kossakówną, pułkownik Władysław Janota-Bzowski. 11 lipca wyruszyli oni z koszar na Rakowicach, by już 31 lipca wziąć udział w bitwie pod Komarowem. Łubieński, po odniesieniu ran, powrócił z frontu.
Wspomnienia Zbyszewskiego mają ten walor, iż losy bohaterów poszczególnych rozdziałów (a są to głównie szkice pośmiertne) stanowią pretekst, by pisać o kimś lub o czymś więcej niż o życiu i poglądach tytułowego bohatera. Tak jest i z Łubieńskim, więcej tu o Januszu Radziwille i środowisku konserwatystów.
Wśród rękopisów mojej Matki, przedwojennej absolwentki prawa UJ, odnajduję wspomnienie o profesorze Rafale Taubenschlagu pełne zachwytów nad jego intelektem. Tak mocno i dobrze zapadł w Jej pamięci (zapewne nie tylko za wystawione pięć z plusem – co ponoć należało u niego do rzadkości), że otrzymałem imię nie tylko po bohaterze Popiołów. Jakże miło czytać i u Zbyszewskiego dobre słowa pod adresem profesora.
Z dużą ciekawością czytałem o stosunku Zbyszewskiego do Mikołajczyka. Do tej pory znałem jego sylwetkę z pracy Andrzeja Paczkowskiego. Swego czasu poszukiwałem wiedzy o nim, gdy opisywałem, jak w 1944 roku trzej kuzyni mego Ojca wywieźli Witosa z Wierzchosławic i przez ponad miesiąc ukrywali go w Krakowie. Zleceniodawcą całej tej akcji, która miała zakończyć się lotem Witosa do Londynu był właśnie premier Mikołajczyk. Jakże inny to Mikołajczyk, ten u Paczkowskiego i u Zbyszewskiego. Ale zapewne prawdziwszym jest złożony dopiero z tych dwóch punktów obserwacji i oceny.
*
Nazwisko profesora Andrzeja Romanowskiego najpierw znałem jako współautora PIW-owskich Skrzydlatych słów, potem naczelnego Polskiego Słownika Biograficznego. Gdy objąłem ster w Państwowym Instytucie Wydawniczym, znalazłem jego nazwisko na ogromnie długiej „liście wstydu” – liście znakomitych autorów, tłumaczy i redaktorów, z którymi moi poprzednicy nie rozliczyli się z należnych im honorariów. Te nazwiska to najwyższa półka z kręgu polskiej literatury i nauki. Gdy po kilku latach pracochłonnych działań naprawczych, uzyskałem pewną stabilizację i możliwość spłacania długów, natychmiast uczyniłem to wobec autorów Skrzydlatych słów. Zapoczątkowało to naszą znajomość, moją dla profesora atencję i podziw dla jego rozległych horyzontów myśli, dla nonkonformizmu poglądów, obiektywizmu i braku koniunktury. Romanowski szkice swoje zaczyna od wydawałoby się oczywistej konstatacji, iż życie każdego z nas wypełnia siódmą część ponad tysiącletniej historii państwa i narodu. Uświadamiać prawdy oczywiste, to zadanie pozornie tylko łatwe. Autor dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami na wybrane fakty z naszej historii. Można przestawić jedną literkę, a fakty wybrane staną się faktami wybornymi i tak jest rzeczywiście, choć niektóre z wybornych bolą. Gdyby lekturę omawianych trzech książek przyrównać do obiadowego menu, te dwie pierwsze stanowiłyby smakowite najwyższej jakości przystawki, zaś książka Romanowskiego byłaby znakomitym daniem głównym, a nawet całym zestawem tych dań.
Tytuł Pamięć gromadzi prochy wywołał natychmiast skojarzenie z książką Józefa Kisielewskiego Ziemia gromadzi prochy, (pierwodruk w 1938). Tematyka książek inna; pierwsza mówi o tuż przedwojennych relacjach polsko-niemieckich, o rozwoju nazizmu, o zagrożeniu dla Polski ze strony hitlerowców. Wedle wspomnień Zofii Skąpskiej (Dziwne jest serce kobiece, tom 2) za jej posiadanie groziły ze strony okupanta surowe represje. Nie myślę o jakichkolwiek porównaniach, ale na pewno książka Romanowskiego nie będzie w smak obecnej władzy. Zapewne profesor Romanowski chciał coś przez podobieństwo tytułów przekazać czytelnikom, gdyż przekonany jestem, że o książce Kisielewskiego nie tylko słyszał, a na pewno zna jej treść. Jeden ze szkiców Romanowskiego nosi tytuł Ziemia wydaje prochy to dodatkowe skojarzenie z książką Kisielewskiego, tym bardziej, że mowa w nim o zbrodni katyńskiej, skutku totalitaryzmu, zestawianego z tym, o którym pisał Kisielewski.
Książka Romanowskiego to zbiór artykułów już publikowanych na przestrzeni wielu lat, w różnych tytułach prasowych. Zebranie szkiców w jednym tomie daje niesamowity efekt. Otrzymujemy dawkę informacji i refleksji o niezwykłej wartości. Już tytuły rozdziałów zapowiadają ucztę intelektualną, ukazują przestrzeń tematów i zainteresowań Autora. Szkice zamierzchłe, środkowoeuropejskie, komunistyczne, niemiłe, o mistrzach, wreszcie Szkice rodzinne… A każdy z nich ciekawy, zaskakujący, poszerzający wiedzę czytelnika i jego horyzonty. Ileż w każdym z tych esejów ładunku świadczącego o emocji autora, ale i wywołującego owe emocje u czytających. Znałem niektóre z tych artykułów, lecz ich obecny kontekst powoduje, że stają się ponadczasowe, zasługują więc na lekturę i za jakiś czas przez nowego czytelnika. Na pewno polecę je moim dzieciom a nawet i wnukom. Kiedyś Mikołaj Kozakiewicz wydał zbiór swoich rozważań pod tytułem Objaśnianie świecy. Kto z młodszych wie, kim był autor, kto wie, czym jest objaśnianie świecy? Dlaczego mam skojarzenie objaśniania świec z wymową książki Romanowskiego? Po to się objaśnia świecę, by świeciła jaśniej, by mocniejszym płomieniem rozświetlała mrok. Po to trzeba przeczytać książkę Andrzeja Romanowskiego, by łatwiej dojrzeć prawdę o nas, o naszej historii, o tym, że nic nie jest tylko czarne i nic nie jest tylko białe.
Wśród swoich mistrzów wymienia Romanowski, między innymi, Eugeniusza Kwiatkowskiego, Jerzego Giedroycia i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Nie byłem wychowywany w kulcie dla emigracji, a więc też dla tych dwóch ostatnich z wymienionych. O pierwszym słyszałem w domu zawsze pochlebne dobre opinie. Zapewne miał z nim dobre relacje mój dziadek, ojciec Mamy, jeden z ważniejszych przedwojennych przemysłowców. Dwóch ostatnich postrzegałem – młody, dorastający człowiek – jako przeciwników, wrogów mojej Polski, mojego PRL-u. Warto więc będzie kiedyś opisać, z jakimi emocjami, z jakim niespodziewanym wzruszeniem, przeżywałem wiele lat później bezpośrednie rozmowy w cztery oczy z Giedroyciem i Jeziorańskim.
Każdy szkic profesora Romanowskiego wart jest przeczytania, wart popularyzacji i omawiania. Uwypuklę jedynie te, które wywarły na mnie największe wrażenie, wskażę myśli, z którymi najsilniej się zgadzam i te poglądy, których tak brakuje w publicznej rozmowie o przeszłości. Był profesor mocno związany z opozycją lat 70. i 80. Nie aprobował więc ówczesnego ustroju, ówczesnej Polski, ówczesnego podporządkowania radzieckiej władzy. A jednak nie odnajdzie czytelnik w tekstach profesora pogardy, zacietrzewienia, lekceważenia, połajanek, ocen z wyższości czy wzgardy wobec czasów i ludzi PRL. Nie ma też zachwytów, żeby była jasność. Jest obiektywizm, relatywizm, rzetelna ocena z punktu widzenia surowego obserwatora sceny politycznej tej przeszłej i tej obecnej. Wielokrotnie w swej publicystyce Romanowski oddaje rację poglądom i przestrogom Jerzego Giedroycia. Wydaje się, że jest jego myśli kontynuatorem, że w ślad za nim dokonuje wyważonych ocen tego, co w Polsce wydarzyło się w czasie ostatnich czterech dekad. Szczególnie ostatnich dwóch, których książę redaktor nie mógł już obserwować. Sądzę jednak, że postrzegałby i oceniał Giedroyc polskie sprawy podobnie jak czyni to odważnie i rozważnie Andrzej Romanowski. Warto dla zobrazowania obiektywizmu Profesora przytoczyć poniższe fragmenty.

Pisząc o Polsce Ludowej, Andrzej Romanowski przypomina najpierw konstatację Stanisława Stommy: „W Polsce w roku 1945 władzę musiało objąć takie ugrupowanie, któremu Stalin ufał. I tylko temu ugrupowaniu mógł on przekazać Ziemie Zachodnie. Gdyby władzę przejął na przykład Mikołajczyk, to byśmy tych ziem nie dostali. A wtedy do dziś żylibyśmy w nowym Księstwie Warszawskim.” Po czym dopowiada: „Gdy więc obecnie Andrzej Duda deklamuje, że Polska jest dużym europejskim państwem i ma zajmować takie miejsce, jakie się jej należy, to zapomina już dodać, kto to państwo stworzył”. A dalej: „Istnienie Polski odrębnej, poszerzonej o ziemie poniemieckie, a więc poszerzającej sowiecki stan posiadania, było sowiecką racją stanu. A przed Polakami stanęło po raz pierwszy pytanie zasadnicze, obowiązujące odtąd przez dziesięciolecia: co właściwie jest ważniejsze – Polska czy antykomunizm?”. Protestuje też Romanowski wobec nadużywania w obiegu publicznym, wobec PRL, pojęć totalitaryzm i komunizm. Pisze: „Ewentualnie można widzieć w Polsce totalitaryzm przez jeden jedyny rok: od aresztowania prymasa Wyszyńskiego we wrześniu 1953 do początku audycji radiowych Józefa Światły we wrześniu 1954”. Odnotowuje dalej: „Zniknął też analfabetyzm. Mimo namolnego w czasach stalinowskich lansowania socrealizmu i literatury radzieckiej, dbano też o polską tradycję i w masowych nakładach wydawano większość kanonu polskiej literatury”. Słynne „poznańskie”, przemówienie Józefa Cyrankiewicza interpretuje jako trzymanie się władzy kursu na demokratyzację, nie zaś, jak jest to powszechne, zapowiedź „przykręcenia śruby”. Z taką oceną słów o odrąbywaniu rąk dotąd nie spotkałem się. Nota bene, podczas jednej z kilku rozmów, które na przełomie lat 1985-86 miałem okazję prowadzić z premierem Cyrankiewiczem, powiedział, iż jedyna rzecz, której żałuje z okresu swej politycznej aktywności, jest właśnie to sformułowanie z czerwca 1956 roku.
Na koniec tych ocen warto przytoczyć takie stwierdzenie: „A jednak ani gospodarka, ani nachalna propaganda, ani codzienne kłamstwa, ani nuda, szarość i beznadzieja, ba! nawet nieprawe pochodzenie systemu, wszystko to nie powinno przysłaniać dwóch faktów fundamentalnych: samego istnienia państwa, co w czasie II wojny nie było przesądzone, oraz reform społecznych, których bilans, mimo wszelkich słabości okazał się per saldo pozytywny.” „…dziedzictwo PRL, choć pozostające w niezgodzie z wielowiekowym doświadczeniem polskości, okazało się dla narodu korzystne. Oszczędziło nam konfliktów z sąsiadami, a w dobie czystek etnicznych także (kto wie?) porachunków obywateli między sobą. Bilans PRL nie jest wyłącznie negatywny”.
Retoryka PiS próbuje mnie, i wielu o podobnych do mojej biografii, przesunąć do tak zwanej drugiej kategorii obywateli. Profesor Romanowski umacnia mnie w przekonaniu o wartości mojej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich i w administracji państwowej w latach 70. i 80. Podtrzymuje też moją wiarę w słuszność decyzji mego Ojca, który w maju 1945 roku, wraz z grupą innych małopolskich „bezetów”, wyruszył na Ziemie Zachodnie, by wprowadzać tam polską administrację rolną. Niedługo potem wstąpił do PPS, by następnie siłą rozpędu, czy inercji, a z biegiem lat chyba jednak z przekonaniem, znaleźć się w PZPR. Nie zmienia to szacunku dla innego całkiem wyboru bliskiego Ojcu kuzyna, Władysława Skąpskiego, tego od Witosa. Był on zastępcą szefa II oddziału (wywiad/kontrwywiad) okręgu krakowskiego AK, po wojnie działał w Zrzeszeniu Wolność i Niepodległość jako szef struktur krakowskich. Został aresztowany w grudniu 1946.
Tak Andrzej Romanowski pisze o generale Wojciechu Jaruzelskim: „Służył Polsce wasalnej, bo innej realnie nie było”, a wprowadzając stan wojenny: „według wszelkiego prawdopodobieństwa zapobiegł przelewowi krwi na niewyobrażalną skalę, że być może uchronił Polskę przed strefami okupacyjnymi, mogącymi przekreślić szanse narodowej emancypacji w przyszłości.” „…polska odmienność była dla Moskwy zawsze niepokojąca, a w roku 1981 wyrosła na realne dla niej zagrożenie. Ocalała, jak się wydaje, dlatego, że Jaruzelski miał w garści argument podstawowy: polski problem rozwiązał – choćby nawet połowicznie – ale sam, własnymi siłami. […] Jeszcze istotniejsze było zaś ocalenie polskiej odmienności, zrodzonej jeszcze w gomułkowskim Październiku: prywatnego rolnictwa, niezależnego Kościoła, szczątkowego politycznego pluralizmu…” „Bez Jaruzelskiego, bez jego lojalnego współdziałania, Mazowiecki z Balcerowiczem nie dokonaliby w Polsce zmiany systemu. Ba! Bez Jaruzelskiego nie byłoby europejskiej Jesieni Ludów: to przecież on wskazał Bratnim Przywódcom drogę wyjścia z sytuacji bez wyjścia”.
O stanie wojennym zaś pisze: „… zabiegł drogę najgorszym scenariuszom […] stan wojenny był koniecznością – jego alternatywą mogła być tylko bezpośrednia interwencja […] uratował polską podmiotowość i terytorialną integralność […] polską kulturową odmienność”. „Zamach stanu Jaruzelskiego w 1981 roku (9 ofiar w kopalni Wujek) był o wiele mniej krwawy niż przewrót majowy Piłsudskiego w 1926 roku (co najmniej 379 ofiar). A cierpienia internowanych w stanie wojennym nie dorównywały katuszom, jakie wobec uwięzionych byłych posłów stosowano w 1930 w Brześciu.” W innym miejscu dodaje: „… jeśli odejmiemy okres stalinowski – Polska Ludowa pod względem liczby ofiar ustępowała – i to znacznie – tak dziś sławionej II Rzeczypospolitej.” Pisząc o okresie stanu wojennego, odczuwanym przez siebie jako koszmar, o ofiarach, potrafi przywołać, pomijane w wykazach IPN, nazwisko sierżanta Zdzisława Karosa. Zauważa dalej, iż nasz, polski stan wojenny był najbardziej liberalnym stanem wyjątkowym w historii świata. Na dowód zestawia go z restrykcjami („machina śmierci”) doświadczającymi Węgrów wiele lat jeszcze po październiku 1956, czy Chilijczyków i Argentyńczyków („morza krwi”) w wyniku działań zwycięskich prawicowych junt.
Działalność IPN nazywa Romanowski demolowaniem pamięci zbiorowej. „Naszą narrację o przeszłości tworzą IPN i stabloidyzowane media. I jest to narracja, dla której nie ma alternatywy: istnieje w niej dobro i zło, światłość i ciemność – biada, gdy te porządki zostają wymieszane. […] Niezdolność historyków IPN-owskich do odróżniania rzeczy istotnych od błahych jest aż zabawna w swej jaskrawości.” Niech ilustracją będzie opinia Ryszarda Terleckiego, niegdyś szefa krakowskiego IPN, o stanie wojennym. Uważa on, że władza chciała „utopić własny naród we krwi”. Jakże to inne spojrzenie. Ale pan Terlecki na większość spraw ma inne spojrzenie.
Myliłby się ten, kto na podstawie przytoczonych zdań profesora Romanowskiego wysnułby wniosek, że potrafi on łagodnie i z wyrozumiałością odnosić się do wszystkich aspektów naszej przeszłości. Tam, gdzie trzeba, tam, gdzie tak uważa, wypowiada się jednoznacznie i ostro, boleśnie nazywając zdarzenia po imieniu. Widzi braki i błędy II RP. Oburza się słusznie na przedwojenne relacje polsko-żydowskie. Nawiązując do pogromów, choćby lwowskiego i kieleckiego z 1918, czy częstochowskiego z 1919, pyta: „czyżbyśmy wyprzedzili hitlerowców?” Jakże przejmujące to pytanie, jak już po nim nie na miejscu są dywagacje o sprawstwie w Jedwabnem. Prawda jest bolesna. Ale jak pisze Romanowski: „Musimy przypomnieć o tym fakcie samym sobie i odkryć prawdę o sobie. Nie bać się ukazać tej prawdy światu. Stanąć nagimi wobec świata, z głową posypaną popiołem. Powiedzieć potomkom pomordowanych: wybaczcie. To jest polski narodowy obowiązek.” Jednoznacznie i bez ogródek nazywa aresztowanie, proces i zgładzenie generała Emila Fieldorfa – „Nila”. To „morderstwo sądowe i niespotykana zbrodnia”. Ale jednocześnie przypomina nam, że w 1972 roku, ówczesny minister obrony narodowej, Wojciech Jaruzelski wydał dyspozycję wystawienia symbolicznego nagrobka generałowi Fieldorfowi. Protestuje przy okazji, by tym samym określeniem „zbrodni komunistycznej” nie obejmować różnego rodzaju, nagannych i karalnych, naruszeń cielesnych manifestantów przez ZOMO-wców w latach 80. Pisząc z bólem, niemal przez łzy, o Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje, Piatichatkach próbuje jednak odnaleźć szansę na wybaczenie, na nowe otwarcie, na ułożenie dobrych relacji. „Zagłada polskich oficerów miała być karą za >niesłuszną< narodowość. Pozostała świadectwem działania bezdusznej, dialektycznej maszynerii. Ten symbol losu ludzi w naszej części Europy – czy stanie się znakiem pojednania?” Nie chciałem pisać panegiryku, ale nie sposób mi w innym duchu ocenić książek Romanowskiego, Zbyszewskiego i Kalińskiego oraz zawartych w nich myśli i przesłań. Przedstawione książki są – mam tego świadomość – różnej wagi. Na pewno jedna myśl jest w nich wspólna – historia się powtarza, a my zbyt rzadko wyciągamy z niej wnioski, o ile wyciągamy jakiekolwiek. Na koniec jeszcze jedno przesłanie z Romanowskiego. Starajmy się je wypełnić. „W czasach, gdy uprawiana na co dzień historia stała się służką polityki, a słowo >komunista< funkcjonuje jako obelga […] oddanie sprawiedliwości minionemu światu – zwłaszcza takiemu światu, co minął bezpowrotnie – jest bowiem ludzką powinnością. I niezmiennym obowiązkiem intelektualisty.”

Rocznica

Pisanie artykułu z okolicznościowego z okazji 150 rocznicy urodzin Włodzimierza Iljicza Uljanowa znanego pod pseudonimem Lenin w roku 2020 w Polsce ma w sobie pewien posmak masochizmu. Jest rzeczą oczywistą że w świecie paranoicznego ideologicznego terroru określanego jako tzw. „polityka historyczna”, pisanie czegokolwiek co nie ma charakteru lojalki wobec wszechwładnych samozwańczych łowców czarownic dyktujących zasady tzw. niepoprawnej poprawności politycznej jest co najmniej kuszeniem jeśli nie prowokowaniem losu.

Czasy gdy w Polsce można było wypisywać takie rzeczy jak Żeromski w „Przedwiośniu”: „Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe? Umiecie tylko wymyślać, szkalować, plotkować. Macież wy w sobie zawzięte męstwo tamtych ludzi – virtus niezłomną, która może być omylną jako rachuba, lecz jest niewątpliwie wielką próbą naprawy ludzkości?” minęły wszak bezpowrotnie razem z polszczyzną, którą zostały zapisane i moralnością do której się odwoływały.
Pisanie artykułu z okazji rocznicy sto pięćdziesięciolecia urodzin Włodzimierza Uljanowa ma jeszcze jeden wyjątkowo niewdzięczny aspekt. Podobnie jak tradycja ewangeliczna, tradycja marksistowska wzywa aby „umarłym pozostawić grzebanie umarłych”. Koncentrowanie się w dzisiejszych debatach na komunizmie czy to w wersji gomułkowskiej mającej rzekomo tłumaczyć mechanizmy populizmu Jarosława Kaczyńskiego czy to w wersjach klasycznych – leninowskiej lub stalinowskiej mającej rzekomo wyjaśniać takie czy inne zjawiska współczesności jest właśnie odwracaniem się od życia i pogrążaniem się w świecie tyleż żenującej co odrażającej intelektualnej nekrofilii. Komunizm jako program globalny załamał się gdy spełnił swoją historyczną misję i ustabilizował kapitalistyczne centrum po drugiej wojnie światowej. Nie oznacza to bynajmniej ze komunizm zszedł ze sceny ale że stracił wymiar globalny i na lewicy nie zastąpiło go nic co by przejęło jego rolę.
Można by w tym momencie skończyć i umyć ręce, ale nie każdemu przychodzi łatwo zapomnieć, że obśliniony, obdarty i zbeszczeszczony przez zboczeńców trup, był kiedyś człowiekiem, którego pamięta się z lepszych czasów. Podjęcie tematu ma więc charakter poniekąd osobisty. Gdy próbuję w jakiś sposób skonkretyzować tę motywację przypomina mi się jeden z odcinków starego serialu o Arsenie Lupinie, w którym w sfingowanym pogrzebie głównego bohatera uczestniczy autor jego przygód Maurice Leblanc z wielkim wieńcem z napisem na szarfie „Temu, bez którego nie byłbym tym kim jestem”.
W sensie potocznym nie jest to zbyt oryginalna motywacja jako, że z reguły „obchodzimy” rocznice dotyczące osób, które w jakimś stopniu wytworzyły nas wpływając na to kim jesteśmy. W przypadku jednak bohatera mojego okolicznościowego wspomnienia znaczenie mają również konkretne osobiste przeżycia. Co więcej można powiedzieć, że swoiste fatum zadecydowało o tym, że moje spotkania z Leninem miały charakter w pewien sposób konstytutywny dla mojej obecności w świecie i myślenia o nim.
Już jako trzynastolatek z okazji hucznie obchodzonej rocznicy 100-lecia urodzin Lenina wygrałem ogólnoszkolny konkurs wiedzy o jubilacie. Finał konkursu będący centralnym punktem rocznicowej szkolnej akademii był moim debiutem na forum publicznym, który do dzisiaj ciepło wspominam.
Gdyby owo wspomnienie było jedynym, jak sądzę, byłoby już wystarczającym powodem do tzw. „życzliwej pamięci” chociaż niekoniecznie do pisania na ten temat. Tak się jednak złożyło że na tym epizodzie będącym tym czym dla wielu gwiazd estrady stał się Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze historia moich kontaktów z Leninem się nie zakończyła.
Kolejnym spotkaniem o charakterze znacznie bardziej już intelektualnym stała się lektura pracy „Materializm i empiriokrytycyzm” na seminarium „Dialektyka i historia” nie żyjących już Marka J.Siemka i Aleksandra Ochockiego. Chociaż ogólny klimat rozważań nie odbiegał od standardów i znakiem czasu była konstatacja jednego z prowadzących, iż ksiązka nie jest tak zła jak się spodziewał, książka okazała się, dla mnie, prawdziwym odkryciem. Najciekawsze stało się to co kiedyś zupełnie nieznane, dziś niestety, stało się zbyt znane żeby skłaniać do myślenia. Mianowicie to, że cała batalia o światopogląd, którą prowadził Lenin uderzała nie w politycznych przeciwników, ale w członków jego własnej partii. Traktowana poważnie książka pokazuje, że kwestie światopoglądowe wbrew pozorom nie przekładają się bezpośrednio na racje polityczne. Trudno nie zauważyć, że niedostrzeganie w tej debacie niczego poza partyjnymi rozgrywkami świadczy o upadku lewicowej myśli bardziej niż jej zanikający wpływ na życie społeczne. Jak sądzę właśnie pytania wynikające z lektury tkwią, u źródeł mojej głębokiej nieufności wobec fajerwerków lewicowego filozofizmu przyswajanych z uporem godnym lepszej sprawy przez wydawnictwa typu „Krytyki Politycznej”.
Ostatnim w tym cyklu spotkań i najbardziej znaczącym stała się praca nad magisterium pod kierunkiem prof. Heleny Zand na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Logika fatum zadziałała tu wyjątkowo perfidnie. Jako osoba studiująca po raz pierwszy nie miałem jasnej świadomościtego, że już w połowie studiów powinienem znaleźć sobie seminarium magisterskie na którym przygotuję pracę dyplomową. Gdy prawda ta dotarła w końcu do mojej świadomości wszystkie interesujące mnie seminaria były obsadzone przez lepiej zorientowanych kolegów. Jedynym miejscem zgodnym z moimi raczej historycznymi zainteresowaniami stał Zakład Historii Ruchu Robotniczego, gdzie nigdy nie było tłoku i do którego udałem się w akcie skrajnej desperacji. (Ze względu na wysokie wymagania egzaminacyjne skrót nazwy zakładu (HRR) odczytywano potoczne jako horror a samo miejsce cieszyło się zasłużoną sławą czegoś pośredniego między jaskinią Smoka Wawelskiego a lochami Świętej Inkwizycji.) Poczucie zgrozy nie opuściło mnie aż do obrony magisterium, ale też jestem najlepszym przykładem tego, że warunkiem sukcesu edukacyjnego nie musi być wychowanie bezstresowe. Temat który dostałem od Promotorki „Dyskusja o sojuszu robotniczo-chłopskim w partii bolszewickiej od rewolucji lutowej do upadku prawicowego odchylenia w RKP(b)” nie był oryginalny. Stanowił wariację jednej z jej najbardziej cenionych prac „Lenin a kwestia chłopska”. Chociaż sama praca nie grzeszyła oryginalnością to zwróciła moją uwagę na kwestię, która stała się przedmiotem do dziś rozwijanych przeze mnie poszukiwań, które w moim rozumieniu odwracają w kilku istotnych momentach tyleż potoczne, co popularne mniemania o Leninie jako sprawcy i przywódcy rewolucji rosyjskiej, którą wywołał i ukierunkował na realizuję jakowejś komunistycznej utopii.
Jak w wielu innych przypadkach z analizy faktów wynika obraz zupełnie inny i chyba ciekawszy niż z owych opowieści o owej wspaniałej rewolucji która wstrząsnęła światem. Fakty zdają się wskazywać na to, że Włodzimierz Uljanow był nie tyle kreatorem rewolucji rosyjskiej co jej ofiarą. I to nie, w często przywoływanym, sensie głoszącym iż rewolucja pożera własne dzieci, ale zupełnie trywialnym i dosłownym. Po zamachu, po którym nigdy nie odzyskał już pełni sił i jak pokazują długo ukrywane zdjęcia wiódł życie składające się z faz wzmożonej aktywności i niemal roślinnej wegetacji zdany całkowicie na heroiczną opiekę żony (najbardziej niedocenianej osoby w całej tej historii). To, że zachował w tych warunkach w miarę jasny obraz rzeczywistości było niemal czymś niemal nadludzkim. Patrząc na relacje Lenina z rewolucją rosyjską można odwołać się do znanej historii dżdżownicy „co to ją chłopaki na ryby wyciągnęli”.
Czasem wręcz nie sposób uniknąć wrażenia, że niewiele brakowało, żeby Lenin zmarł sobie spokojnie w Szwajcarii na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych jako mało znany, drugorzędny polityk rosyjskiej socjaldemokracji nie wywołujący większego zainteresowania dziennikarzy ani historyków.
O tym, że losy Lenina ułożyły się inaczej zadecydowało w istocie jedno fatalne wydarzenie, które przewidział niemal z matematyczna precyzją i któremu podporządkował w miarę konsekwentnie swoje działania. Tym wydarzeniem nie była, nawet rewolucja ta bowiem pojawiła się jako pewna wygenerowana przez okoliczności możliwość, a imperialistyczna wojna o podział świata. To stwierdzenie w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu”, że wojna i przemoc powracają, po latach marginalizacji, w rolach głównych na scenę dziejów zadecydowało o miejscu Lenina w historii.
Można powiedzieć, że nie było to niczym szczególnym bo na wojnę europejską liczyło, w takim, czy innym zakresie wielu polityków. Przykładem może być Józef Piłsudski rozpoczynając po rewolucji 1905 działania przygotowujące na ziemiach polskich powstanie zbrojne mające szansę jedynie w warunkach europejskiego konfliktu. Nie był to z resztą jedyny przypadek takich kalkulacji. W jakimś aspekcie świat przełomu XIX i XX wieku brzemienny był wojną światową i wielu obserwatorów to dostrzegało.
Problem polegał nie tyle na dostrzeganiu co na rozumieniu skali i zakresu zjawiska. Józef Piłsudski patrząc na nadciągającą wojnę zachował się trochę jak zajączek z anegdoty, zaproszony przez niedźwiedzicę do jej willi, który słysząc od gospodyni „bierz co chcesz” wziął radio tranzystorowe i pokicał do domu. Lenina od Piłsudskiego różniło, nie to, że pomyślał o lodówce, czy samochodzie w garażu ale, że zmierzył się z problemem dostrzegając jego ogólny zarys i wyprowadził z niego zasadnicze konsekwencje.
Gdy mówimy o dostrzeżeniu ogólnego sensu stwierdzić należy że chodziło o konstatacje, że w historii współczesnej otwiera się okres wojen i konfrontacji o charakterze globalnym (wojen o podział świata). Podkreślić trzeba natomiast, że ani w teorii, ani w praktyce nikt z zajmujących się nadciągającą wojną nie dostrzegł właściwej skali katastrofy którą wywoła. Rozmiar kataklizmu który rozpoczął się latem 1914 roku trudny jest do zrozumienia nawet dzisiaj. Zniszczenie w krótkim czasie dużej części materialnego bogactwa gromadzonego w Europie od kilkuset lat, oraz gwałtowna śmierć co najmniej kilkunastu milionów mieszkańców było wstrząsem, który przeorał bardzo głęboko cywilizację europejską sięgając jej najgłębszych podstaw. Mówiąc o rozmiarach strat językiem liczb i abstrakcyjnych pojęć nie zdajemy sobie najczęściej sprawy, że te liczby i pojęcia przekładały się na codzienne cierpienie i udrękę milionów mieszkańców Europy. Codzienne obcowanie ze śmiercią, z głodem, materialną nędzą w najbardziej bezpośrednim wymiarze, codzienne obcowanie z dziesiątkami trupów w okopach i na zapleczu, egzekucjami, głodem i zniszczeniem stało się nowa codziennością już od 1914. Trwanie wojny stan ten czyniło normą dla coraz większych rzesz ludzi i wciąganych w wir rozszerzającego się kataklizmu. Zmieniał on nie tylko sposób życia ale głęboko wnikał w psychikę uczestników. To horror wojny na wyniszczenie zrodził wybuch rewolucji w Rosji i jej przerażającą postać, która stała się przedmiotem chorobliwej fascynacji zarówno w wśród zwolenników jak i przeciwników. Ani jedni ani drudzy nie zdają sobie sprawy, ze było to wydarzenie, którego dramaturgię i aktorów nie wykreowała żadna ideologia, ale wytworzyła wojna. Że bez tej wojny żadnej rewolucji w Rosji jak i gdzie indziej by nie było i być może znacznie zamożniejsze i szczęśliwsze ziemie polskie rozkwitałyby do dzisiaj pod berłem potomków Mikołaja II Romanowa.
I wojnie i „wychowaniu z pod Werdum” zawdzięczamy nie tylko rewolucją rosyjską, ale cały ciąg wydarzeń trzydziestopięciolecia 1914-1949. Chociaż miłośnikom „historii” i wszelkiej maści ideologom trudno sobie to wyobrazić ale wszelkie faszyzmy, nazizmy, stalinizmy i temu podobne patologie nie mają żadnego samoistnego znaczenia ale stanowią elementy żywiołów rozpętanych w roku 1914. (Obecny powrót faszyzmu i nazizmu ma związek ze znacznie „łagodniejszą”, ale też dotkliwa dla ofiar, katastrofą jaką stał się dzisiejszy upadek społeczeństwa dobrobytu w pod ciosami neoliberalizmu.)
Nawet druga wojna nie była wbrew oficjalnej ideologii polskiej polityki wynikiem współdziałania Hitlera i Stalina ale, wynikiem panicznego strachu przywódców zwycięskiego Zachodu, który w ostatniej chwili, uratował się przed rewolucją wygrywając poprzednią wojnę, przed rozpoczęciem nowego konfliktu. Paradoksalnie nadzieja na ugłaskanie Hitlera mająca prowadzić do uniknięcia wojny stała się zasadniczą przyczyną jej wybuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że Hitlera można było pokonać w każdym momencie od 1933 do 1939 roku. Zasadniczym pytaniem było: Jeśli nie Hitler to co? I obawa że rozczarowani Niemcy zwrócą się ku rewolucji.
Jak na razie nie wiele miejsca zajmował w niniejszych rozważaniach Lenin ale też trzeba zauważyć, że jego rola w rewolucji dopiero z czasem ujawniła swoja wyjątkowość. Generalnie polegała ona na tym, że rozumiejąc konstytutywne znaczenie wojny dla nowych realiów wypowiedział jej zdecydowaną wojnę. Lenin był jedynym przywódcą rewolucji głoszącym konsekwentnie hasło zawarcia pokoju i wyprowadzenia Rosji z wojny. Gdy inni przywódcy mówili o wojnie do zwycięstwa on gotów był nawet na upokarzający pokój byle tylko przerwać niemożliwy do udźwignięcia przez społeczeństwo wysiłek wojenny. Co więcej jego wojna wypowiedziana wojnie miała globalny charakter, i w tym sensie też paradoksalnie oznaczało odwołanie się do koncepcji rewolucji światowej.
Co prawda wyrwanie Rosji z wiru rewolucyjnego chaosu okazało się niemożliwe, ale wojna domowa po Pokoju Brzeskim okazała się nowym etapem w rozwoju wydarzeń. Czynnikiem, który nadał wydarzeniom nowy sens, stało się podjęcie radykalnych reform realnie przekształcających układ sił w społeczeństwie. Tutaj zaznaczył się drugi istotny moment tego co nazywane bywa leninizmem i co obecne w myśli Lenina było od zawsze, ale w czasie rewolucji stało się zasadą jego polityki. Zastąpienie marksowskiej strategii rewolucji proletariackiej rewolucją sojuszy i koalicji różnych sił społecznych zjednoczonych wokół konkretnych partykularnych celów, które nie mając charakteru ostatecznego realnie przekształcały społeczeństwo. Kluczowy okazał się fakt, że przedmiotem szczególnie brutalnego wyzysku pozostawały masy chłopskie w krajach gospodarczo zacofanych. Te masy chłopskie również płaciły najwyższą cenę za wojnę, dostarczając armatniego mięsa i surowców dla jej prowadzenia.
Koncepcja przeciwstawienia się imperialistycznej wojnie przez walkę o globalne społeczeństwo kolektywnie administrujące gospodarką i elastyczną politykę sojuszy różnych sił społecznych okazała się strzałem w dziesiątkę. (Mówiąc o siłach społecznych nie uciekam od tłumaczenia historii w kategoriach walki klas ale chcę tylko podkreślić, że chodziło o wykorzystanie najróżniejszych różnic i podobieństw interesów grupowych definiowanych bardzo konkretnie i precyzyjnie wymykających się wszelkim schematom i tradycyjnej logice. To częste nieporozumienie polegające na przeciwstawianiu marksowskiej teorii –leninowskiemu politykierstwu wynika z braku świadomości że była to polityka jedynie możliwa.)
Ruch komunistyczny, który stał się wynikiem metodycznego zastosowania powyższych koncepcji charakteryzowała a niekiedy i dzisiaj charakteryzuje niesamowita plastyczność i kreatywność. Chociaż z drugiej strony podporządkowanie wszystkiego walce i konfrontacji przenosiło na obszar komunizmu brutalność i bezwzględność właściwą strategii nieustannie walczącej armii.
Nieustanna mobilizacja decydowała również o tym, że w społeczeństwie organizowanym przez ruch komunistyczny wizje konstruktywne nabierały charakteru ideologicznej utopii. Nie trzeba zbyt wiele przenikliwości, żeby zauważyć, ze w społeczeństwach wyniszczonych gospodarczo i cywilizacyjnie przez wojny i walki wewnętrzne nie istniała możliwość realizacji jakiegokolwiek sensownego projektu alternatywnego społeczeństwa. Istniała za to silna potrzeba odreagowania – zapomnienia, świętowania, kultu wybitnych jednostek, wiary w cuda, sekciarstwa, polowań na czarownice, szukania wrogów ludu, i temu podobnych ludowych rozrywek. Trudno jednak w tej atmosferze intensywnego „życia duchowego” przypominającej przysłowiową „jesień średniowiecza” szukać wyjaśnienia tego co działo się w ruchu komunistycznym. Był to skutek a nie przyczyna. Wielkość i groteska, tragedia i farsa rewolucyjnej kultury wyjaśnia może wiele kwestii antropologicznych ale nie tłumaczy niczego z wydarzeń dwudziestowiecznej historii.
Problem polegał nie na tym, że realizowano jakieś utopie, ale realizowano globalną partię szachów walcząc o reorientację rozwoju dziejów określoną przez Lenina, gdzie strona zdecydowanie słabsza dzięki przemyślanej strategii, determinacji i poświęceniu potrafiła skutecznie walczyć ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Co więcej najciekawsze okazało się to że partia ta została wygrana chociaż, sukces niekoniecznie przyniósł oczekiwane owoce. (W końcu świętowana obecnie rocznica zwycięskiej bitwy warszawskiej jest fetowaniem zwycięstwa, które ocaliło szanse Adolfa Hitlera na objęcie władzy w Niemczech, która to perspektywa w przypadku dalszego pochodu Armii Czerwonej na Zachód byłaby mało prawdopodobna.)
Zwycięstwo komunistów polegało na tym, że wymusiło stabilizację gospodarczego centrum ówczesnego świata a więc Zachodu. Pomysł na trzecią wojnę światowa stawał się zbyt groźny, żeby traktować go poważnie. Sukcesy komunizmu w walce o przekształcanie wojny w rewolucję, które doprowadziło do tego, że nie tylko największy obszarowo kraj ówczesnego świata – Rosja, ale również najludniejszy – Chiny zostały objęte antyimperialistyczną rewolucją komunistyczną.
Miejsce imperialistycznej rywalizacji zajęła w świecie kapitalizmu integracja, miejsce wojennego marnotrawstwa konsumpcjonizm, miejsce pól bitewnych i pomników wojennej chwały, supermarkety. Świat kapitalistyczny powrócił bardzo szybko do stanu z przed roku 1914 z tą różnicą że do stołu dopuszczono, przynajmniej przejściowo znacznie liczniejsze niż dotychczas towarzystwo. Społeczeństwo dobrobytu, czy też raczej społeczeństwo bezpieczeństwa socjalnego, stało się bronią wobec, której światowy ruch komunistyczny okazał się bezsilny. Uległ więc dekompozycji i pewnej marginalizacji. Problemem zasadniczym stało się załamanie jego globalnego charakteru, który zawsze decydował o jego tożsamości. Jednak o utracie aktualności przez ruch komunistyczny decyduje co innego.
Chociaż oczywiście różne konsekwencje aktywności Lenina mogą na różnych polach zachowywać mniejszą czy większą wartość to historia, którą konstytuował właśnie się skończyła. Skończyła się przy tym nie dlatego, że onegdaj Francis Fukuyama ogłosił jej koniec ale właśnie dlatego że nastąpił koniec tego końca, a więc koniec populistów, którym się wydaje że na grobie neoliberalizmu zaczynają własną historię.
Mogłoby się zdawać, że kryzys o którym mówimy mógłby mieć charakter przejściowy bo w końcu samo społeczeństwo dobrobytu i bezpieczeństwa socjalnego okazało jedynie fazą rozwoju społecznego i podzieliło los komunizmu zdemontowane przez teoretyków i praktyków neoliberalizmu. Reformy Miltona Friedmana, Margaret Thatcher, Ronalda Regana, Leszka Balcerowicza skutecznie podważyły konsensus społeczeństwa dobrobytu. Trauma społecznej degradacji i marginalizacji wyzwolonej przez neoliberalizm zrodziła reakcje populistyczną nawiązującą do najgorszych wzorów faszyzmu u nazizmu z lat dwudziestych i trzydziestych.
Na naszych oczach wszystko to bardzo szybko przechodzi do historii. Nie unieważnia tej historii bynajmniej koronavirus chociaż jego ostateczny kształt jeszcze się nie ujawnił i może przynieść wiele nieszczęść i zaskoczeń.
Zagrożenie, które jak to już jakiś czas temu stwierdziła Nami Klein, „zmienia wszystko” to nadciągające wielkimi krokami katastrofa klimatyczna związana z globalnym ociepleniem. Kapitalistyczny rozwój gospodarczy oparty na rewolucji przemysłowej oznaczał sięgnięcie po paliwa kopalne, które zwieszając w sposób wydawałoby się nieograniczony moce wytwórcze człowieka rozpoczęły zmieniać klimat w coraz bardziej destrukcyjny i groźny sposób. Rozwój konsumpcjonizmu po drugiej wojnie światowej nadał temu procesowi katastrofalną dynamikę i niszczycielski charakter.
Przywykło się mówić o katastrofie klimatycznej, jako o czymś co nastąpi może za pięćdziesiąt, może za sto lat. Wszyscy oczekują kiedy wreszcie podniesie się poziom mórz i oceanów, wybrzeże morskie dotrze do Płocka i innych podobnych cudowności. Wszyscy współczują misiom koala itd. itp. To, że katastrofa już się zaczęła i to nie na wyspach Pacyfiku, w Australii,czy Amazonii, ale w Polsce, za naszymi oknami jak gdyby do nikogo nie może dotrzeć. Pisząc o suszy hydrologicznej w Polsce, o stratach w rolnictwie, dezorganizacji upraw itd. unikamy określeń globalne ocieplenie i katastrofa klimatyczna a to jest właśnie to. Co więcej jest to trwały trend pogłębiający się z roku na rok. Nie musimy czekać na rozpuszczenie lodów Antarktydy. Nie musimy nawet wyjeżdżać. Mamy miejsca w pierwszym rzędzie. Susza razem z letnimi upałami już wkrótce może zapewnić nam moc mocnych wrażeń. Odsyłanie Grety Thunberg do szkoły, żeby się uczyła zamiast protestować jest zaklinaniem rzeczywistości i niczego nie zmieni.
Budując system małej retencji, przepraszając bobry i dokonując wielu innych niezbędnych operacji rewolucjonizujących nasze życie nie poradzimy sobie z problemem. Tylko radykalne, globalne działania mogą powstrzymać destrukcję.
Na naszych oczach skończyła się dotychczasowa historia. Czy się zacznie i jak długo potrwa nowa jest w sumie jedynym, istotnym problemem naszych czasów.