Sanacja sanacji

Wy już wiecie, a ja nie, jak rozmawiać trzeba z lu-dem. Żeby się rymowało. Ja wiem, że trzeba staroświecko, że mocno, że prostolinijnie i zachowawczo. A Wy, że nowocześnie, progresywnie; żeby pytać i czekać na odpowiedź, żeby nie wiecować, tylko zarażać ideami i programem. Owoż, jeszcze nie dziś, Panie i Panowie, nie w tej Polsce. Albo raczej, nie z tym, co trzeba.

Kiedy będziecie czytać ten tekst jako pierwsi, ja będę prawdopodobnie biegał z samego rana po bezdrożach Warmii i słuchał za pomocą bezprzewodowych słuchawek punk-rocka albo ska. Ja też, podobnie jak i Wy, będę już znał wyniki wyborów. W pierwszej turze. Bo, pisząc te słowa, wiem jak tu siedzę, że druga tura będzie. I wejdzie do niej Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Robert Biedroń nie wejdzie.

Gdyby nie covid, wszystko było by inaczej, powie jeden. A ja Wam powiem, że, czy z covidem czy bez, Duda wygrałby 10 maja i tak, w regulaminowym czasie gry, bez dogrywki. Tak by było. Jako ktoś pamiętać nie chce, albo ma krótką pamięć, niech sięgnie do internetów i przypomni sobie, jak się sprawy miały w sondażach i w badaniu nastrojów społecznych przed marcem 2020. Oprócz Dudy liczył się Kosiniak-Kamysz, może Hołownia. Reszta, łącznie z Małgorzatą Kidawą-Błońską, była kwiatkiem do kożucha. Statystami. Czy się to komu podoba czy nie, tak właśnie było. I w przypadku lewicy, tak pozostało. Wykonana została wielka praca z której zebrano mizerny plon. I w życiu nie uwierzę, tak jak Dudzie, że w przyszłości to biedroniowe poparcie zamieni się w realne głosy za wspólną sprawę w następnych elekcjach. Bo źleśmy uczynili, stawiając na Biedronia.

Nie lubię pisać ani mówić: „a nie mówiłem”, ale w tym przypadku będę zrzędliwym starcem, który właśnie Wam tak powie. Pamiętam jak dziś, jak prorokowałem w końcówce października albo na początku listopada, że wystawianie na kandydata na prezydenta jednego z trójki spośród liderów świeżej lewicy parlamentarnej, tj, Biedroń-Zandberg-ktoś z SLD, no bo nie Czarzasty, nie jest dobrym pomysłem. Mało tego, pisałem; jest to pomysł nad wyraz zły. Bo nawet, przy całej sympatii dla kandydata oraz przy maksymalnym zaangażowaniu wewnętrznym frakcji, będzie On cały czas postrzegany jako lider jednego ze skrzydeł, a nie lider całej formacji. Nie przeskoczymy tych podziałów w głowach, że ludzie z Razem nie będą oddawać pełni swoich sił w walkę za człowieka Wiosny/SLD i odwrotnie. Że trzeba nam, ludziom lewicy, człowieka spoza naszych partii i organizacji. Człowieka oddanego sprawie, ale jednocześnie na tyle rozpoznawalnego i cenionego w Polsce, który całym sobą i swoim życiorysem, wsparłby myśl lewicową na kolejne miesiące i lata. Bo po październiku 2019, było szansownie. Lewica miała wtedy wiatr w żaglach. Przypomnieć można choćby słynne wystąpienie Adriana Zandberga przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu Morawieckiego. To naprawdę było coś. I to coś należało złapać i wycisnąć zeń esencję; iskrę czerwoną, która by, puszczona na wyschnięte ściernisko idei w Polsce, rozpaliła serca i umysły. Sięgnięto tymczasem po zabieg znany i do trzewi sprawdzony w postaci lidera formacji, który zgłosił akces. Nic bardziej przewidywalnego. A od lewicy w Polsce, w tym czasi i tej przestrzeni, oczekiwano czegoś ponad przewidywalność i przeciętność.

Czy zapytał ktoś wyborców lewicy, kogo chcą jako kandydata na prezydenta? Czy, wbrew temu co robi prawica na nasiadówkach na Nowogrodzkiej, ktoś wyszedł do ludzi i rozpoczął dyskusję, na wskroś ideową, kto powinien być lewicowym kandydatem na prezydenta? Niestety. Nic podobnego się nie zadziało. Czekaliśmy tygodnie, żeby usłyszeć to, co w kuluarach było wiadome od dawna; że to Robert Biedroń. Bo Robert Biedroń jest Robertem Biedroniem i przez wysługę lat oraz przymioty osobiste zasłużył na nominację, a Wam, maluczcy, nic do tego. Centrala zdecydowała. A jak zdecydowała, to widocznie wiedzieć musiała. Amen.
Była jeszcze trzecia droga. Była. Ten obcy, jak z lektury dla klas szóstych. Człowiek spoza partyjnej nomenklatury. Z dorobkiem. Z nazwiskiem. Ze spuścizną. Bez zarzutów. Choćby nepotyzmu, albo braku wywiązywania się obietnic wyborczych. Zdecydowano inaczej. Tzn. ktoś zdecydował. Kto? Idę o zakład, że można dojść, kto. Kto był personalnie odpowiedzialny za wystawienie tej, a nie innej kandydatury. A jeśli idzie taką odpowiedzialność ustalić, po wyborach, przy rozliczaniu kampanii, należałoby się rozliczyć i z pomysłodawcą. Choćby był to sam zainteresowany. Trzeba. Dla czystości sytuacji. Da nowego otwarcia. Bez znaczenia z kim pod żyrandolem.