Aleksander Kwaśniewski: Wynik, który trudno będzie powtórzyć

Pierwsza tura wyborów prezydenckich w roku 2000 miała miejsce 8 października. O ile pamiętam frekwencja wyniosła niewiele ponad 60 proc. Bezapelacyjnym zwycięzcą okazał się prezydent Aleksander Kwaśniewski.

Głosował na niego blisko 9,5 mln osób. Czyli 53,3 proc. Daleko w polu zostali Andrzej Olechowski i lider AWS Marian Krzaklewski, dla którego ta porażka była ostatecznym końcem politycznej kariery. Legenda Solidarności, były prezydent Lech Wałęsa, musiał zadowolić się zaledwie 187 tysiącami głosów. Co ostatecznie przekonało go, że czas na emeryturę. Druga tura wyborów okazała się niepotrzebna.

Od miesięcy sondaże wykazywały miażdżącą przewagę Kwaśniewskiego nad rywalami. W pewnym momencie chciało na niego głosować nawet 70 proc. ankietowanych. Nawet na Podkarpaciu, które zawsze wspierało prawicę urzędujący prezydent mógł liczyć na wygraną. Tamtego dnia poprało go tu niewiele ponad 39 proc. głosujących – co było najsłabszym wynikiem w kraju – ale wystarczyło by pokonać pozostałych kontrkandydatów.

Dziś widać wyraźnie jak bardzo prezydent Andrzej Duda różni się od Aleksandra Kwaśniewskiego.

Nie przepadamy za politykami, którzy zbytnio zawracają nam głowę. Chcemy, by Prezydent, który reprezentuje majestat Rzeczpospolitej zachowywał się godnie. A już broń Boże nie podnosił głosu i krzyczał! Powinien strzec Konstytucji i być samodzielną ważną, postacią na politycznej scenie. Nie wypada mu uczestniczyć w bieżących politycznych awanturach. Uważamy, że to domena posłów, ministrów, premiera i liderów opozycji. Aleksander Kwaśniewski taki właśnie był.

W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, nie podpisywał ustaw jak leci. Rządzący do końca nie mogli być pewni jaką podejmie decyzję. A obywatele wiedzieli, że uczyni to po głębokim namyśle.

Nie starał się – jak Lech Wałęsa – zastępować rządu. Nie składał obietnic, których nie mógł spełnić. Czynnie angażował się w bieżącą politykę tylko w ostateczności. Czynił to z godnością, wyraźnie odróżniając się od reszty tzw. klasy politycznej. Dzięki temu był skuteczny.

Siłą prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego było też jego otoczenie. W jego kancelarii pracowali między innymi Danuta Waniek, Ryszard Kalisz, Danuta Hübner, Barbara Labuda, Jolanta Szymanek – Deresz. Prezydent chętnie korzystał z wiedzy i doświadczenia naukowców, ludzi kultury i Kościoła, działaczy społecznych. Umiejętnie budował swój autorytet w społeczeństwie.

Pamiętam tamtą kampanię. Pamiętam mieszkańców Rzeszowa i innych miejscowości na Podkarpaciu, którzy licznie przybywali na spotkanie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Nikomu do głowy nie przychodziło by autokarami zwozić sympatyków. Nie było takiej potrzeby.

Nie musiał też przed wyborami zabiegać o spotkanie z ówczesnym prezydentem Stanów Zjednoczonych Billem Clintonem. Miał z nim bardzo dobre relacje. Równie dobre umiał zbudować z jego następcą, Georgem W. Bushem.

Polityka zagraniczna była bardzo mocną stroną prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Za jego pierwszej kadencji Polska weszła do NATO, a za drugiej, w roku 2004, stała się członkiem Unii Europejskiej. Dziś, gdy większość europejskich przywódców traktuje nasz kraj jako nieprzyjemny problem, mam wrażenie, że dwadzieścia lat temu, liczyliśmy się na arenie międzynarodowej bardziej niż mogłoby to wynikać z siły naszej armii i gospodarki.

Jakże żałośnie na tym tle wyglądają „sukcesy” i „wstawanie z kolan” Prawa i Sprawiedliwości.

Nie wierzę, że prezydent Andrzej Duda nie zdaje sobie z tego sprawy. Że nie rozumie, iż od pierwszego dnia był pionkiem w grze prowadzonej przez kogoś innego. Jeśli jego poprzednika, Bronisława Komorowskiego nazywano „strażnikiem żyrandola” to jak nazwać prezydenta Dudę? „Długopisem”?

Aleksander Kwaśniewski nie musiał też obawiać się rodaków. Policjanci nie uganiali za osobnikami noszącymi jego kukły. Co prawda działacze Ligi Republikańskiej, na czele której stał obecny minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński, starali się organizować incydenty, lecz większość z nas przyjmowała je z zażenowaniem.

Pewnie dlatego, że w tamtych latach w polskiej polityce nie doszło do takiego zdziczenia obyczajów jak dziś. Jarosław Kaczyński nie używał na Wiejskiej słów takich jak „kanalie” czy „mordy zdradzieckie”. Nikt ich nie używał.

To, że prezydent Andrzej Duda podnosi głos, krzyczy na wiecach, straszy Polaków LGBT a wpływowy członek jego sztabu dowodzi, że tacy osobnicy nie są równi ludziom normalnym i powinniśmy skończyć ze słuchaniem idiotyzmów o prawach człowieka dowodzi, jak wielki jest strach w obozie prawicy. Oni dobrze wiedzą, że już dawno złamali wszelkie zasady, i prędzej czy później przyjdzie im za to zapłacić. Wie o tym też prezydent Andrzej Duda. Wie też, że nigdy nie dorówna swemu poprzednikowi.

Gdy kończyła się druga kadencja Aleksandra Kwaśniewskiego, pojawił się sondaż, z którego wynikało, że gdyby mógł ubiegać się o trzecią, to bez wysiłku pokonałby ewentualnych konkurentów.

Opuszczał Pałac Namiestnikowski ciesząc się sympatią ogromnej większości Polaków. To smutne, lecz prezydent Duda nie może liczyć na podobne traktowanie. Gdyż jest jednym z tych polityków, którzy radykalnie podzielili kraj. I takim zostanie zapomniany. Niestety…