Nasza szkodliwa żywność

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zapewnia, że artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są zdrowe i bezpieczne – ale rzeczywistość temu przeczy.

W Polsce stwierdza się przypadki wprowadzenia do obrotu produktów spożywczych , które mogą być zagrożeniem dla zdrowia – to podstawowy wniosek z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli. Badała ona, dlaczego żywność spożywana w Polsce nie jest w pełni bezpieczna.
NIK skontrolowała Główny Inspektorat Sanitarny, Główny Inspektorat Weterynarii, Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontrolą objęto lata 2017 – 2018.
Niestety, rządy Prawa i Sprawiedliwości odbiły się już negatywnie na sprawności służb sanitarnych. NIK stwierdza więc: „Działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności wymaga usprawnienia, by lepiej chronić konsumenta przed spożyciem produktów o niedostatecznej jakości”.
Główną przyczyną tego, że jemy złą żywność, jest zbyt długi czas oczekiwania na wyniki badań laboratoryjnych – to powszechna bolączka, co widać i dziś przy okazji wykonywania testów na koronawirusa. Te opóźnienia sprawiają, że utrudnione jest sprawne wycofanie z rynku szkodliwych produktów. Problemem jest także brak mechanizmów pozwalających na ujawnianie nielegalnej produkcji artykułów mięsnych i wędlin, wytwarzanych poza wszelkimi kontrolami sanitarnymi.
Jeśli nawet badania wykryją obecność szkodliwych substancji w żywności, to wycofywanie jej ze sprzedaży udaje się zwykle tylko częściowo – i niebezpieczne artykuły spożywcze zostają skonsumowane.
Na przykład, w ubiegłym roku, w trybie alarmowym podjęto akcję wycofywania z handlu dziewięciotonowej partii moreli suszonych zakupionych w Turcji. Tryb powiadomienia alarmowego spowodowany był tym, że w morelach stwierdzono znaczne przekroczenie maksymalnego poziomu dwutlenku siarki, który to związek chemiczny, zastosowany w nadmiarze może doprowadzić do zgonu. Silnie bowiem drażni drogi oddechowe i jest trujący dla zwierząt (oraz szkodliwy dla roślin). W mniejszych ilościach jemy i pijemy go prawie wszyscy, gdyż jest stosowany jako konserwant E 220.
Nasze służby sanitarne, przypomnijmy, przejęte już przez PiS, co miało ewidentny wpływ na ich skuteczność, zaczęły „energicznie” działać, by wyeliminować szkodliwe morele. Skutek? Z 9 000 kg szkodliwych moreli odzyskano tylko 90,6 kg, zaś pozostała część (99 proc. ) została sprzedana i zjedzona. Taki to właśnie „tryb alarmowy”.
Także w ramach powiadomienia alarmowego (chodziło o przekroczenia dopuszczalnej liczby szkodliwych bakterii listeria monocytogenes w łososiu solonym), ze 150 opakowań ryby wycofano z obrotu i zutylizowano 64 sztuki. Resztę – pozostałe 86 szt. – sprzedano klientom indywidualnym.
Gdy wykryto, że w składzie suplementu diety znalazła się pankreatyna (wyciąg z trzustek wieprzowych, który szkodzi w przypadku nadwrażliwości na białko mięsne, przy zapaleniu trzustki czy mukowiscydozie i może spowodować uszkodzenie jelit) to „aż” pięć opakowań produktu zostało wycofanych ze sprzedaży, a 241 sztuk (98 proc.) zostało sprzedanych klientom – i skonsumowanych.
W przypadku „Rodzynek sułtanki”, w których stwierdzono przekroczenie najwyższego dopuszczalnego poziomu ochratoksyny47 (związek kancerogenny), wycofano ze sprzedaży 151 sztuk produktów, a klientom w sklepach normalnie sprzedano 2441 szt. (94 proc.).
Podobnych przykładów jest bez liku. Mrożone mięso z kurczaka, które po rozmrożeniu okazało się nieświeże, w produkcji zostało ugotowane i w całości sprzedane klientom indywidualnym. Nieświeże mrożone brokuły: zakwestionowano 5184 kg, wycofano z obrotu i poddano utylizacji 150,3 kg, zaś reszta towaru (97 proc.) została sprzedana klientom. Kapusta włoska – zakwestionowano 13 024 kg towaru, całość sprzedano klientom. W jednej z ferm kurzych ubito 4,9 tys. szt. kur w których miesie stwierdzono potem obecność trującego fipronilu (powoduje u ludzi jedzących takie mięso wymioty, nadpobudliwość i napady padaczkowe). Z uboju tego pozyskano 16,1 tys. kg mięsa, z czego 10,6 tys. kg sprzedano do Liberii, zaś pozostała część trafiła do handlu w kraju. Odbiorca w Liberii został poinformowany o konieczności wycofania skażonej partii produktów, natomiast część mięsa, które pozostało na terenie Polski (0,56 tys. kg) została sprzedana konsumentom bez zbędnego informowania o czymkolwiek. I tak właśnie dziś wygląda troska o bezpieczeństwo żywności w naszym kraju.
Problem w tym, że w Polsce kompetencje w zakresie bezpieczeństwa żywności rozdzielone są między kilka instytucji, co nie sprzyja ich sprawnemu działaniu. Występują także braki kadrowe. Nie ma natomiast jednego urzędu wiodącego, co sprawia, że instytucje zajmujące się bezpieczeństwem żywności działają praktycznie bez żadnego nadzoru, zwłaszcza, że formalnie są podległe trzem organom naczelnym.
Polski model nadzoru nad bezpieczeństwem żywności negatywnie wyróżnia się w skali europejskiej. Wśród krajów Unii Europejskiej dominującym rozwiązaniem jest powołanie na poziomie krajowym jednego organu właściwego do spraw bezpieczeństwa żywności czy mającego charakter naczelny i nadzorczy wobec innych.
U nas, w przypadku potwierdzenia, że dany produkt spożywczy jest niebezpieczny, organy inspekcji same nie wycofują go z rynku. Dysponują jednak – teoretycznie – odpowiednimi narzędziami administracyjnymi. Mogą stosować m.in. ograniczenie lub zakaz wprowadzania żywności do obrotu czy nakazać przedsiębiorcy wycofanie żywności z obrotu. Tymczasem skuteczność tych narzędzi jest ograniczona, zwłaszcza w przypadku towarów z krótką datą przydatności do spożycia. Trafiają one do konsumentów jeszcze przed zakończeniem działań odpowiednich służb.
Kontrola NIK ustaliła np., że jeszcze przed zakończeniem analiz laboratoryjnych sprzedano żywność z bakterią listeria monocytogenes, pomimo pobrania próbek żywności już na etapie produkcji. Bakteria ta może okazać się bardzo groźna dla słabszych organizmów, przede wszystkim dla dzieci i kobiet w ciąży.
Głównymi przyczynami wydłużenia czasu badań były, jak podaje NIK, ograniczenia sprzętowe, awaryjność oraz konieczność wielokrotnego powtarzania analiz. Dlatego właśnie w wielu przypadkach cała lub niemal cała skażona żywność zostaje sprzedana. Poza tym, żadne instytucje w Polsce nie wypracowały skutecznych rozwiązań zapobiegających prowadzeniu nielegalnej produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, bez nadzoru urzędowego lekarza weterynarii.
W okresie od grudnia 2016 r. do stycznia 2019 r. Inspekcja Weterynaryjna ujawniła 290 przypadków takiej nielegalnej produkcji – a to oczywiście wierzchołek góry lodowej.
Za sprawą PiS, we wszystkich instytucjach inspekcyjnych nastąpił w ostatnich latach spadek zatrudnienia lub znaczna fluktuacja kadr. W laboratoriach badających próbki żywności występowały braki kadrowe i sprzętowe, co przekładało się na długi czas wykonywania badań.
Jak stwierdza NIK, najbardziej dotkliwe skutki niedoborów kadrowych stwierdzono w Inspekcji Weterynaryjnej. Zmniejszenie zatrudnienia lekarzy o 6,5 proc. miało negatywny wpływ na pracę większości powiatowych zespołów ds. bezpieczeństwa żywności, uniemożliwiając ich prawidłowe funkcjonowanie.
NIK po kontroli wystąpiła z wnioskiem do Prezesa Rady Ministrów – o zwiększenie finansowania organów inspekcji w celu podniesienia skuteczności ich działania. Można jednak być pewnym, że dziś występowanie do premiera o zwiększenie finansowania czegokolwiek (może z wyjątkiem płac prominentów PiS-owskich, wyborów oraz upamiętniania żołnierzy wyklętych) to głos wołającego na puszczy.

Bój (nie)ostatni Ważny tunajt

Ostrzegała firma wizerunkowa, żeby lidera na czas wyborów schować, bo narobi szkody, no i schowali. Podobno ostrzegała, bo lider rzecz bagatelizuje i do końca nie potwierdza, ale i oficjalnie nie zaprzecza. Choć długo się lider stawiał, miotał i wściekał, w końcu dał za wygraną. Kandydatem na premiera nie został. Tym samym, to nie on nie zostanie premierem.

No właśnie, kluczem do zmiany decyzji, a co dalej idzie, kluczem do pojęcia rozumowania lidera PO jest swoista mentalna selekcja negatywna. Nie idzie wygrać tego spotkania. Po prostu nie idzie. Niby dryblujemy, podajemy, strzelamy, mamy dobrych zawodników, niezły przegląd w środku pola, ale nie idzie. A Grzegorz Schetyna nie lubi przegrywać. A jeszcze bardziej od przegranych, nie znosi być kapitanem przegranej drużyny. Bo wiadomo wtedy, na kogo spada cała odpowiedzialność, albo bardziej-pełna odpowiedzialność, jak ongiś skrót PO rozszyfrował kardynał Henryk Gulbinowicz.

Wystawił więc lider PO na premiera lidera zastępczego, Małgorzatę Kidawę-Błońską. Zawsze uważałem tzw. model polski, zapoczątkowany za rządów AWS, kiedy to premierem nie zostaje szef zwycięskiego ugrupowania, tylko ktoś inny, za słaby, żeby nie napisać-cyniczny. A pamiętam doskonale, kiedy Donald Tusk mówił, że przewidywalność i trwałość demokratycznych procedur buduje się przede wszystkim przez wiarygodność, i że nie godzi się, żeby ludziom mącić w głowach nazwiskami. Jesteś szefem partii-bierzesz premierostwo. I w drugą stronę to też powinno działać-lider ugrupowania zapisuje porażkę na swoje konto i liczy się z jej konsekwencjami. Tymczasem, Donalda Tuska jak na razie nie ma w polskiej polityce, przynajmniej bezpośrednio. Jest za to Grzegorz Schetyna, i wygląda na to, że chce jak najdłużej być. Szefem. Najlepiej zwycięskim, ale jak się nie uda, to choćby tylko zwykłym szefem największej opozycyjnej partii. Ale, broń Boże, nie szefem partii przegranej. Sami Państwo wiecie, jak to brzmi. Przegrany. Ten, który nie dał rady. Drugi. Wiecznie drugi.

O pani przyszłej premier z PO-KO wiadomo, że ma męża filmowca, że pochodzi z rodziny z tradycjami politycznymi, że jest generalnie miłą osobą, która może rzeczywiście łączyć ludzi i łagodzić ich temperamenty. Ale niewiele wiadomo o jej poglądach na Polskę w XXI wieku; na gospodarkę; na sprawy międzynarodowe; światopoglądowe. W tej akurat kwestii pani Kidawa-Błońska doskonale nadaje się na twarz ugrupowania, któremu zamierza współprzewodzić, ponieważ równie niewiele wiadomo o tym, co Platforma i spółka chce zaproponować Polakom po wyborach. Ciężko też oprzeć się wrażeniu, że MK-B została przez Schetynę „wymyślona” dość naprędce. Nie przeszła naturalnej drogi właściwej liderom; nie dała się poznać, jako przywódczyni jednej czy drugiej frakcji w partii, wyrazista medialnie postać z mocnymi poglądami, których nie wahała się publicznie artykułować. Z tego m.in. powodu nie wróżę pani MK-B sukcesów, bo wiem, że ludzie, zwłaszcza w Polsce, nie lubią, jak im się próbuje wmówić za pięć dwunasta, że to jest właśnie dla nich najlepsze rozwiązanie, choć do tej pory nikt wcześniej nawet się o nim nie zająknął. Zapewne będzie tak, że MK-B przysporzy PO-KO głosów w Warszawie, choćby przez wzgląd na jej stołeczne korzenie. I zapewne te głosy zdobędzie kosztem list Lewicy, ale tego aż tak bardzo bym nie przeceniał. Dużo ciekawsze, moim zdaniem, będą losy Grzegorza-nie lubię przegrywać-Schetyny, który do dziś nie wie, że smutek po porażce, to uczucie, z którym ludzie dorośli potrafią sobie radzić.

Pani Kidawa-Błońska premierem nie zostanie. Grzegorz Schetyna też nie. Ale coś jednak trzeba będzie począć na kongresie PO, bo nie wszyscy zainteresowani losem mateczki partii, kupią spreparowany na okoliczność wyborczej klęski przekaz. Że właśnie dlatego trzeba trzymać na posadzie starego trenera, bo przed nami kolejne starcia, a nikt tak dobrze nie rozpracuje tego samego przeciwnika, jak On.

Scenariusz będzie taki: Grzegorz Schetyna na tyle skutecznie, sobie znanymi sposobami, zdławi wewnętrzny bunt, że bajeczka o kolejnym starciu pod wodzą doświadczonych przywódców i graczy przejdzie. Kolejna kadencja PiS-u nie będzie zapewne aż tak bardzo mlekoimiodopłynąca, więc szanse na zniwelowanie dystansu będą rosły. A jak będą rosły, to już niepotrzebny będzie chłopiec do bicia, albo i dziewczynka. Wtedy lider sam weźmie w ręce stery, bo będzie liderem zwycięskim. Sam poprowadzi do boju hufce i zawalczy z Kaczyńskim o Warszawę. I wygra. Zwycięski Grzegorz Schetyna! Słyszycie Państwo jak to brzmi?