Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.