Czy zdążą się odkuć?

Hotelarze i restauratorzy są w znacznie lepszych nastrojach – i mają nadzieję,że tegoroczne lato pozwoli im odbić się od dna.

Branżowy barometr koniunktury na III kwartał 2021 r. dla branży hotelarskiej, restauracyjnej i cateringowej wyraźnie poszedł w górę. To nie tylko oczywisty efekt wakacji, lecz i wyraźnej poprawy sytuacji branży pomiędzy trzecią a czwartą falą pandemii. W rezultacie, według barometru koniunktury przygotowanego przez Europejski Fundusz Leasingowy, polscy hotelarze i restauratorzy są w najlepszych nastrojach od ponad dwóch lat, czyli od czasów jeszcze na długo sprzed pandemii.

Wartość barometru koniunktury EFL na III kwartał br. dla sektora HoReCa (hotele, restauracje, firmy cateringowe) wyniósł 59,9 pkt. – sporo powyżej granicy 50 pkt., wskazującej na rozwój. To niemal dwa razy wyższy wynik niż w II kwartale br. (37,2 pkt.) i najlepszy od drugiego kwartału 2019 roku, kiedy osiągnął 63 pkt. A zarazem, jest to  najszybciej rosnący (plus 22,7 pkt. licząc kwartał do kwartału) i najwyższy wskaźnik spośród wszystkich  badanych sektorów gospodarki.

 Na taki wynik największy wpływ miały rekordowe prognozy dotyczące wartości sprzedaży. Aż 77,5 proc. hotelarzy i restauratorów spodziewa się jej wzrostu w związku z sezonem wakacyjnym i zniesieniem ograniczeń COVID-owych – i swoje oczekiwania realizuje, lawinowo podnosząc ceny. Nikt nie spodziewa się zmniejszenia obrotów. Jest to zdecydowanie odmienny obraz od tego z końca marca i początku kwietnia tego roku, kiedy ponad połowa przedstawicieli branży (52,5 proc.) obawiała się mniejszej sprzedaży, a na jej wzrost liczyło tylko 12,5 proc. zapytanych. Wówczas sektor restauracyjno – hotelarsko – cateringowy najbardziej pesymistycznie wyobrażał sobie swoją przyszłość, teraz jest odwrotnie.

Od zawsze barometr koniunktury EFL dla sektora HoReCa był w III kwartale na jednym z najwyższych poziomów. W tym roku, obok znaczenia wakacji i urlopów, doszło do tego jeszcze zniesienie ograniczeń pandemicznych. W rezultacie, hotelarze i restauratorzy oceniają najbliższe miesiące najlepiej nie tylko od rozpoczęcia pandemii, ale od połowy 2019 roku.  Ów barometr jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju, wzrostu sprzedaży i produkcji. W badaniu, wykonanym przez agencję Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm z Polski.

– Tak korzystny odczyt nie oznacza jednak, że huraoptymizm w tym sektorze powrócił na stałe. Rok temu również w III kwartale optymistyczne prognozy poszybowały w górę, aby w kolejnych odczytach spaść nawet poniżej progu ograniczonego rozwoju. Z obiektywną oceną sytuacji poczekajmy do kolejnego pomiaru, który będzie miał miejsce na przełomie września i października tego roku. Wówczas przekonamy się, jak silna okaże się kolejna fala koronawirusa oraz jakie będą decyzje rządowe dotyczące nowych restrykcji. To te czynniki zaważą na prognozach przedsiębiorców – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL, który jak widać, raczej oczekuje, że w Polsce kolejne restrykcje pandemiczne nastąpią.

Nadzieje na dużo lepszą koniunkturę nie przekładają się na inwestycje. Przedsiębiorcy z branż HoReCa dobrze wiedzą, że ich hossa jest tylko chwilowa, więc 94 proc. z nich nie planuje żadnego wzrostu poziomu inwestycji, a jedynie 12,5 proc. prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (kredyty i pożyczki). Spodziewają się natomiast poprawy sytuacji finansowej – co zrozumiałe przy wzroście sprzedaży, bo większe zamówienia pozytywnie wpływają na płynność.  60 proc. przedsiębiorców prognozuje zatem poprawę płynności finansowej. To także jest najwyższym wskaźnikiem wśród wszystkich  badanych sektorów gospodarki.

 Jedno od wielu kwartałów pozostaje jednak niezmienne – spośród wszystkich badanych sektorów gospodarczych, w HoReCa najwięcej ankietowanych twierdzi, że pandemia koronawirusa spowoduje zamykanie biznesów hotelarskich i gastronomicznych (aż 85 proc.). To jednak zupełnie oczywisty wynik, biorąc pod uwagę, że takie miejsca zawsze idą na pierwszy ogień wszelkich ograniczeń epidemicznych.

Dlatego też wszyscy zapytani przedsiębiorcy z tej branży są pewni, że koronawirus ma zdecydowanie niekorzystny wpływ na ich firmę (72,5 proc.), lub w najlepszym razie raczej niekorzystny (pozostali, czyli 27,5 proc.).

Restauratorzy, hotelarze i cateringowcy bardzo obawiają się tego, co będzie pod koniec tego roku. 2 na 3 zapytanych jest zdania, że w kolejnych 6 miesiącach sytuacja w ich branży pogorszy się. Taka ocena ma wpływ na oczekiwania co do bardziej trwałego powrotu  koniunktury. Prawie połowa przedsiębiorców (49 proc.) uważa, że nastąpi to dopiero w ciągu najbliższych trzech lat. Grupa optymistów, spodziewających się, że dobra koniunktura na dobre wróci już w przyszłym roku liczy zaś 29 proc. Pozostali chyba w ogóle już nie mają większych nadziej na stałą poprawę.

Warto na koniec zauważyć, że główny barometr koniunktury liczony dla całej polskiej gospodarki, w trzecim kwartale tego roku wzrósł do 53,5 pkt. Osiągnięty poziom jest o 0,7 pkt. wyższy niż w drugim kwartale tego roku i jednocześnie także  najwyższy od II kwartału 2019 roku, kiedy to liczył 54,52 pkt. Jak widać, firmy z praktycznie wszystkich branż uważają, że obecne osłabienie pandemii pozwoli im na bardzo szybki wzrost.

Czy przyjdzie lekka odwilż?

W Polsce na COVID-19 umiera najwięcej ludzi w Europie, ale w gospodarce widać poprawę nastrojów.
Barometr koniunktury na drugi kwartał bieżącego roku, opracowany przez Europejski Fundusz Leasingowy wskazuje na wyraźną poprawę nastrojów wśród przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw. Główny indeks koniunktury wyniósł 52,8 pkt., o 3,5 pkt. więcej niż na początku tego roku. Jest to syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności tych firm do wzrostu i rozwoju.
Wartość powyżej progu ograniczonego rozwoju wynoszącego 50 pkt. oznacza, że w odczuciu przedsiębiorców sytuacja w kontekście prowadzenia działalności gospodarczej w najbliższych miesiącach ulegnie poprawie.
Eksperci EFL zwracają uwagę, że jest to najwyższy wskaźnik nastrojów liczony od wybuchu pandemii COVID-19 w ubiegłym roku. Ostatni raz, lepsze nastroje były dwa lata temu, przed pandemią – w II kwartale 2019 r. (54,5 pkt.). Ten optymizm przedsiębiorców może nieco zaskakiwać, gdy weźmie się pod uwagę, że w Polsce codziennie na COVID-19 umiera najwięcej ludzi w Europie. – W dotychczasowych pomiarach, w normalnym, pozapandemicznym czasie, co roku pomiędzy I a II kwartałem nastroje wśród MŚP wyraźnie się poprawiały o kilka punktów. Bardzo liczyliśmy na podobny obraz również w tym roku i stało się to faktem. Optymizmem napawa także to, że został przekroczony próg ograniczonego rozwoju, który wskazuje, że firmy widzą światełko w tunelu rozwojowym i inwestycyjnym. Ale czy poprawa nastrojów to tylko jednorazowy wynik czy długofalowy proces, przekonamy się po dwóch – trzech kolejnych pomiarach – mówi Radosław Woźniak, prezes EFL.
Ów próg ograniczonego rozwoju małych i średnich firm, który wynosi co najmniej 50 pkt. stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców, dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują właśnie sprzyjające warunki do rozwoju tego sektora, natomiast wynik niższy oznacza oczywiście, że warunki te są niekorzystne. Poziom 52,8 pkt. osiągnięty w II kwartale 2021 r. wyraźnie wskazuje, iż mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.
Analizując dane z poprzednich czterech pomiarów widać, że ostatni rok to stagnacja zwłaszcza pod względem inwestycji. Odsetek firm planujących ich wzrost utrzymywał się poniżej 10 proc., aczkolwiek równie niski był odsetek MŚP przewidujących spadek inwestycji.
W drugim kwartale bieżącego roku sytuacja pod tym względem uległa znacznej poprawie. Można zaobserwować wręcz skokowy wzrost planowanych inwestycji w małych i średnich przedsiębiorstwach, z 5,3 proc. do aż 25 proc. Z drugiej strony należy zwrócić uwagę, że istotnie zwiększyła się również grupa przedsiębiorstw wieszczących spadek inwestycji – z 8,5 proc. do 18 proc. – Taka polaryzacja opinii może wskazywać na diametralnie różne sytuacje, w jakich znalazły się poszczególne firmy. O inwestycjach nie ma mowy w sektorze hotelarsko – restauracyjno – cateringowym, który wciąż jest w większości zamknięty. Zdecydowanie bardziej skore do inwestowania są przedsiębiorstwa produkcyjne czy transportowe. To zróżnicowanie nastrojów utrzyma się jeszcze kilkanaście miesięcy, a może nawet, w przypadku wybranych branż, dwa – trzy lata – dodaje prezes EFL.
Wciąż rośnie też odsetek firm przewidujących wzrost zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne (kredyty). W najnowszym pomiarze jedna na cztery firmy zakłada wyższe zapotrzebowanie na pożyczki i kredyty (26 proc., natomiast w I kwartale 2021 r. było to 22,5 proc.). Może to świadczyć o tym, że potrzeby finansowe mikro, małych i średnich firm się zwiększają wraz z perspektywą dalszego trwania restrykcji związanych z pandemią. Jednak w przypadku firm, które myślą o inwestycjach, dodatkowe fundusze najpewniej przyczynią się do realizacji ich planów rozwojowych.
Coraz lepsze wyniki obserwuje się też jeśli chodzi o przewidywaną płynność finansową. Co piąty przedsiębiorca liczy na jej poprawę. To wzrost w porównaniu z poprzednim kwartałem o 4,7 punktów procentowych. – To najlepszy wynik od wybuchu pandemii COVID-19 w Polsce. Ten wskaźnik, obok przekroczenia progu ograniczonego rozwoju, może wskazywać, że idzie odwilż. I z taką nadzieją poczekamy na kolejny pomiar – uważa prezes Radosław Woźniak.
Natomiast w przypadku prognoz dotyczących sprzedaży nie widać niestety znaczących zmian w porównaniu do poprzednich pomiarów. Obecnie tylko 21 proc. firm liczy na wzrost zamówień (w I kwartale bieżącego roku i w IV kwartale 2020 r. również było to po 21 proc.).

Nasza gospodarka hamuje powoli

Polski produkt krajowy brutto w trzecim kwartale tego roku wzrósł o 3,9 proc. w porównaniu z trzecim kwartałem 2018 r. W drugim kwartale bieżącego roku rozwój był nawet nieco szybszy, bo PKB wzrósł o 4,6 proc. w stosunku do tego samego kwartału 2018 r.

Wynik trzeciego kwartału jest natomiast nieco gorszy od przewidywań ekspertów, którzy typowali wzrost wynoszący 4,1 proc. Okazuje się, że dość niskie jest zwłaszcza tempo rozwoju przemysłu i budownictwa
Prognozy polskich ekspertów ekonomicznych mają jednak to do siebie, że z reguły się nie sprawdzają. Tak więc, kompletnie nie należy się przejmować tym, że faktyczne wyniki gospodarcze są niezgodne z ich oczekiwaniami.
Mimo tego, że polska gospodarka w trzecim kwartale tego roku rozwijała się nieco wolniej niż w drugim, to w rzeczywistości mamy jednak do czynienia z jej przyśpieszeniem. Nasz produkt krajowy brutto wzrósł bowiem w trzecim kwartale tego roku o 1,3 proc. w porównaniu z drugim kwartałem br.
Oznacza to właśnie szybszy rozwój, gdyż w drugim kwartale nasz PKB wzrósł jedynie o 0,8 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem.
Ostatni kwartał powinien zamknąć się czteroprocentowym wzrostem PKB. Natomiast średnio w całym bieżącym roku tempo rozwoju wyniesie najprawdopodobniej 4,2 proc.
Polska gospodarka będzie wprawdzie rozwijać się już nieco wolniej, ale nie jest to żadne raptowne hamowanie, lecz spokojne zwalnianie biegu, z jakim ma się do czynienia podczas jazdy pod górkę. Sprzyja jej zaczynające się lekkie przyśpieszenie gospodarki niemieckiej oraz niezłe wyniki naszego eksportu, spowodowane dość słabym złotym.
Oby tylko ta nasza górka okazała się niezbyt duża i miała łagodne zbocza.

„The Day After” – 14 października 2019 r.

W odróżnieniu od filmowego świata nuklearnej zagłady z 1983 roku, na polskiej ziemi jest zwykłym,
kolejnym poniedziałkiem, bowiem w przeddzień nic nadzwyczajnego nie wydarzyło się.

Z taką konstatacją pogodzić się trzeba było już wcześniej nie oczekując w niedzielnych, programach wyborczych sensacji z badań exit poll. Dobra wiadomość to powrót LEWICY na ławy sejmowe, prawie zjednoczonej, bo mogłaby być jeszcze mocniejsza o Inicjatywę Polska, Zielonych i ruchy kobiece. Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło, a sprawą niejako wtórną jest kwestia samodzielnego sprawowania władzy bowiem gdyby zabrakło kilku posłów, to znaną metodą sobie dobierze. O Platformie, nawet z nową twarzą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, zamilczę, bo niewiele odmiennego, a nadto bardzo spóźnionego, w stosunku do swojej przeszłości, miała do zaproponowania wyborcom.

Wyniki wyborów

rozstrzygnęły się nie za ośmioletnich rządów tej ostatnio wspomnianej partii, ani za czteroletnich PiS-owskich, a dużo wcześniej. W „Spieglu” czytamy, że Jarosław Kaczyński i jego partia zawdzięczają wyborcze sukcesy nie tylko połączeniu nacjonalizmu z państwem socjalnym, lecz przede wszystkim „przemyślanej długofalowej strategii”. To prawie prawda ale nie jest to żadne, przemyślane państwo opiekuńcze, a kupczenie państwowymi pieniędzmi, nadto jest ona niepełna i nie wszystko wyjaśniająca.
Wielokrotnie na tych łamach wskazywałem, że sukces PiS budowały postsolidarnościowe, wszystkie polskie rządy od 1989 roku poprzez zaniechanie, zarzucenie bądź niedocenianie takich podstawowych wartości jak sprawiedliwość społeczna, rzeczywista równość obywateli, także wobec prawa, wreszcie realnie funkcjonującą demokrację. Ekipy postsolidarnościowe zamieniły niemałym wysiłkiem solidarność we wzajemną nienawiść obywateli, historię w poligon kłamstwa, dobre obyczaje w oczernianie wzajemne. Przepisy Konstytucji już w latach dziewięćdziesiątych próbował naginać do potrzeb ówczesnej głowy państwa Lecha Wałęsy jego prezydencki minister Lech Falandysz, a gdy dziś słyszę o kolejnych aferach podsłuchowych, to nieodparcie nasuwa się fraza: „Dał nam przykład Adam Michnik jak nagrywać mamy”.
Hasło o odzyskanej wolności, powtarzane jak mantra przy każdej okazji, mające wyjaśnić, usprawiedliwić i przekonać, nie wyczerpywało oczekiwań obywateli tej nowej Polski.

Potwierdza tę opinię

niedawno opublikowany raport z badań socjologicznych autorstwa Przemysława Sadura i Sławomira Sierakowskiego pod znamiennym tytułem „Polityczny cynizm Polaków”. Sierakowski na ten temat udzielił wywiadu w „Newsweek” (30.09-6.10.2019), w którym czytamy:
„Pokazujemy, że wyborcy wyrażają konkretną potrzebę – aktywnego państwa opiekuńczego… PiS pomaga uzasadnić wybór, który został już podjęty z innych powodów, przede wszystkim materialnych; wyborcy [PiS – Z.T.] z prowincji, często gorzej wykształceni, religijni, ale nie zawsze klerykalni. Ważne są dla nich kwestie godnościowe, a wielkie miasta i partie opozycji są realnie odczuwanym zagrożeniem. Wyrażają potrzebę wspólnoty politycznej, która ma swoich bohaterów – PiS zaspokaja te potrzeby. Elektorat małomiasteczkowy PO mało różni się kulturowo od elektoratu PiS, wyborca prowincjonalny jest dość konserwatywny i pragmatyczny;
Nasz raport jest krytyką transformacji, to właśnie ona doprowadziła do sytuacji, w której społeczeństwo straciło zaufanie do jej ojców. A pamiętajmy, że tego zaufania nie brakowało w latach 90., elity Solidarności po 1989 roku przyjęły bardzo neoliberalną postawę i długo mogły liczyć na zaufanie społeczeństwa;
Oczywiście ludzie nigdy nie głosowali na partię, która więcej zabiera, niż daje, ale nie myśleli tylko o tym, kto ile da. No i potrafili to uzasadnić jakąś własną teorią …30 lat kazano im myśleć o Polsce, a nie o sobie. Nihil novi. To klasyka w Polsce. Oni chcą zniesienia poddaństwa, my mówimy: później, najpierw niepodległość! … nikt nie wierzy, że politycy coś zmienią, więc lepiej wziąć gotówkę. Za to można sobie kupić prywatną służbę zdrowia albo szkołę;
Zarzut do Platformy nie jest tylko redystrybucyjny, ale dotyczy także tego, że sprawy takie jak szkoła i kultura nigdy nie leżały w kręgu jej zainteresowań… Opozycja jest winna w tym sensie, że przez okres swoich rządów nie była w stanie przeprowadzić żadnej modernizacji społecznej, koncentrowała się na infrastrukturze: autostrady i stadiony… nie przeciwdziałała reprodukcji elit, nie służyła oświeceniu”.
Interlokutor tej rozmowy zapytał: „Wasi rozmówcy otwarcie opowiadają o tym, że są interesowni i głosują na partię, która obiecuje większe korzyści finansowe bez względu na jej zaplecze światopoglądowe. Czy nie mamy tu do czynienia z głębszym problemem – podważaniem obowiązujących do niedawna standardów etycznych, zanikiem poczucia wstydu?” Sierakowski odpowiedział: „Ludzie stracili iluzje. Za oddany głos domagają się konkretnych korzyści. Mówimy o społeczeństwie, któremu zbyt długo kazano zaciskać pasa”. Dodam jeszcze, że obowiązujące do niedawna standardy etyczne i poczucie wstydu dobre były w minionym ustroju, w kapitalizmie, i to jeszcze w polskim, drapieżnym wydaniu, liczy się tylko kasa, dla reprezentantów tzw. zaplecza światopoglądowego podobnie.

Jak przerwać ten zaklęty krąg

niemożności i toczącego się PiS-owskiego walca, pomimo faktu, że aż 64 proc. obywateli boi się braku demokracji w Polsce.
Sierakowski uważa, że „Bez jakiegoś zewnętrznego wydarzenia, które wywoła szok i przerwie to wszystko, wynik wyborów jest mniej więcej znany, ale w demokracji najlepsze jest to, że naprawdę nigdy nic nie wiadomo”. Pociecha niewielka na czas najbliższy i kolejną kadencję. Nie wykluczam oczywiście takiej możliwości, ale wydaje się, że nawet lądowanie Marsjan w Polsce nie tylko zmiany by nie przyniosło, a raczej umocniło elektorat Kaczyńskiego w obawach przed obcymi.
Marcin Król („Słowacki nie był głupi”, „GW”, 21-22.09.2019) pisze, że nasza romantyczna duchowość prowadziła do polityki, a remedium na dzisiejsze zło widzi tak: „…miejmy nadzieję, że chwilowy regres minie, może za dwa miesiące, a może za wiele lat. My umiemy czekać. Nie doczekamy jednak odrodzenia polskości, jeżeli zagubiony, zadeptany, zakłamany i skarlony zostanie jej sens, jedyna forma jej duchowej egzystencji, czyli romantyzm. Materiał jest, jak 200 lat pokazuje, bardzo odporny. Polskość jako duchowa forma życia znosi upodlenia i okupacje, a często w złych warunkach nieoczekiwanie rozkwita.” Można i tak, jak nie ma lepszej rady, ale jednak spełnienie nadziei oparte być może także, albo przede wszystkim, na racjonalnym oglądzie wydarzeń i przez równie pragmatyczne, przemyślane działania.

Niedocenionym wydarzeniem

wydaje się fakt zjednoczenia lewicowych ugrupowań. Oczekiwany, nie tylko przez zwolenników i sympatyków tych poglądów, traktowany jest często instrumentalnie, jako ważący krok na wyborczej drodze do ograniczenia wpływów PiS. To prawda, ale jeszcze ważniejsza jest, powtarzana przez liderów Lewicy, myśl o zjednoczeniu trzech pokoleń z ich dominującymi wartościami: równością i sprawiedliwością społeczną, demokracją i wolnością, otwartością na świat i ogólnoludzkie istotności, aktywnym udziałem w obronie szacunku dla wszystkich innych i zagrożonej ludzkiej egzystencji we współczesnym świecie. Badania potwierdzają, że dla wyborców Lewicy najważniejsze jest utożsamianie się z jej wartościami (60 proc.), gdy wśród pozostałych dwóch partii oscyluje ono jedynie w granicach 30 proc.. Wyborcy PO żywią się przede wszystkim nienawiścią do innych partii (41 proc.), zaś ci z PiS liczą na poprawę sytuacji materialnej, będąc przekonani, że nikt inny tego im nie zagwarantuje (64 proc.).

Wyniki wyborów

są zawsze naturalną okazją do rozliczeń popełnionych błędów, a często do przemeblowywania sceny politycznej. Największym przegranym będzie przede wszystkim Platforma Obywatelska, i co za tym nastąpią nieuniknione ruchy tektoniczne w jej elektoracie. Sierakowski mówił: „PO czasem wydaje się partią, która ma tak podzielony elektorat, że jest skazana na rozbiór między Lewicę a PiS.” Czas pokaże czy podzieli los kiedyś tak wszechwładnych Unii Obywatelskiej i AWS, czy rozpadnie się dzieląc swój elektorat pomiędzy dwie pozostałe siły polityczne oraz tworząc kolejne polityczne ugrupowanie.

Pewne jest natomiast jedno,

że zjednoczona nowa LEWICA, odrzucając w niepamięć błędy z niedawnej przeszłości, pozbyła się wcześniej przyklejanych łat postkomunizmu, a ze swoim nowoczesnym, otwartym programem, staje się obiecującą alternatywą dla wyborców. Jeżeli jeszcze przełamie sceptycyzm wcześniej zawiedzionych czy uzasadniony krytycyzm młodych do polityki i zachęci do aktywnego kreowania życia publicznego kraju wg ich oczekiwań oraz europejskich standardów, to liczyć można na jej trwałe i rosnące znaczenie. Miejmy nadzieję, że liderzy, dzisiejsi i przyszli, nie przegapią i nie roztrwonią tej historycznej szansy.

Natomiast droga odsunięcia PiS

od władzy wydaje się długa, wyboista i pełna dramatycznych zakrętów bowiem idzie tu nie tyle o likwidację jego zaplecza strukturalno-finansowego, co o trwałe przeoranie świadomości milionowego elektoratu. A to równa się dokonanym w PRL przeobrażeniom wcześniejszej, postfeudalnej struktury społecznej, co jak wszystkim wiadomo, nie było ani procesem łatwym, ani też powszechnie akceptowalnym.
Dokonać będzie się to mogło pod co najmniej trzema warunkami:
adaptując prosocjalne poczynania PiS do racjonalnego programu państwa opiekuńczego;
budując szeroki front współpracy dalekich często od siebie sił politycznych – odwołując się do Marka Beylina („GW”, 21-22.09.2019): „Dla części Lewicy wszyscy liberałowie to straszni starsi faceci, którzy od 30 lat niczego się nie nauczyli. Ma to tyle sensu, co jednak rzadsze przekonanie wśród liberałów, że każdy lewicowiec to komunista. A przecież i ci „straszni”, i „komuniści” są skazani na współpracę”;
realizując hasło „Trzeba inaczej rządzić Polską” – zaproponowane przez jednego z internautów, jako motto wyborczej kampanii opozycyjnej.
A może będzie zupełnie inaczej, bo jak pisze „Kultura Liberalna”, następuje bunt ludu ogarniający cały świat i setki tysięcy ludzi. Dlaczego nie miał by dokonać się i u nas?

Na marginesie tych rozważań

odnotować należy pojawiające się opracowania typu: „Co po PiS?”, „Jak przywrócić państwo prawa?”, ekspertyza jak „Julię Przyłębską będzie można odsunąć od kierowania TK zgodnie z Konstytucją” i podobne, które są w takim samym stopniu słuszne jak i absolutnie przedwczesne, a także nieskuteczne. Historia, m. in. z okresu II wojny światowej zna zbyt wiele przykładów ostrzeżeń, które nie zrobiły żadnego wrażenia. Nadto pośrednio zwierają szeregi: „bo te wszystkie pogróżki o tym, że po ich dojściu do władzy ludzie, którzy mieli inne poglądy, czyli PiS, zostaną ukarani (…), to są pogróżki, które trzeba brać poważnie” – stwierdził Kaczyński, który jak zwykle zamotał, bo nie o poglądy, a o łamanie obowiązującego prawa tu chodzi.
A Bartłomiej Nowotarski ostrzega („GW”, 5-6.10.2019): „ewentualny sukces w utworzeniu w Sejmie demokratycznej koalicji rządów (KO, Lewica, PSL-Kukiz) będzie musiał być wykorzystany do zdobycia społecznego zaufania dla nowych wzorców praktyki demokratycznej, ponieważ zwykły powrót do wzorców sprzed 2015 r. może być zabójczy i zrodzić jeszcze silniejszy, nawet niepisowski, autokratyczny populizm.”
No i tą sentencją powracamy do zgodnej oceny lat solidarnościowych rządów, które dziś zaowocowały kolejnym zwycięstwem PiS.

PS. Nie mogę odmówić sobie krytycznej oceny tytułu przywołanych badań Sadura i Sierakowskiego bowiem polityczny cynizm wykazali dużo wcześniej polscy politycy, zmuszając do takiej właśnie postawy miliony Polaków. W tej bałamutnej ocenie kryje się nieposzanowanie położenia i godności zwykłych ludzi. „Pogarda, w istocie klasowa – mówił niedawno Aleksander Smolar – jest wyrazem antydemokratycznej postawy części klasy średniej i elit.”