Kamienicznik-oszust skazany

Poznański sąd skazał kamienicznika Josefa L. na 8 miesięcy więzienia i 20 tys. grzywny za oszustwo. Aby zmusić lokatorki do wyprowadzki, mężczyzna uniemożliwił swobodne poruszanie się po klatce schodowej, odciął wodę i gaz oraz próbował im wmówić, że kamienica jest przeznaczona do rozbiórki.

Lokatorka, która razem z córką złożyła w sprawie prywatny akt oskarżenia, nie dożyła wyroku, jaki zapadł w środę. Stefania Chlebowska zmarła w czerwcu w wieku 101 lat. W kwietniu zdążyła jeszcze złożyć w sprawie zeznania. Opowiadała, jak kamienicznik Josef L. wymuszał na niej opuszczenie domu, w którym mieszkała od 1959 r., niewielkiej kamienicy na poznańskim Starym Mieście. Mówiła o pozorowanym „remoncie”: wykopach, wierceniu, wymontowywaniu drzwi z mieszkań, które już stały puste. Wreszcie o tym, jak na klatce schodowej pojawiły się drewniane bale, rzekomo do podtrzymywania stropu. Odległość między nimi wynosiła zaledwie 40 cm i starsza, nie w pełni sprawna fizycznie osoba nie miała szans swobodnie między nimi przechodzić. Gdy kobieta doznała ataku duszności i musiało przyjechać do niej pogotowie, ratownicy musieli przenosić ją do karetki na specjalnych saniach przez poręcz schodów. Po powrocie ze szpitala Stefania Chlebowska przekonała się, że w budynku odcięto wodę i gaz.

Kobieta oraz jej córka Hanna otrzymały również pismo, z którego wynikało, że muszą opuścić kamienicę, bo został wydany nakaz jej rozbiórki. Sprawdziły w nadzorze budowlanym i przekonały się, że to nieprawda. Dopiero wtedy pojawiła się szansa na zainteresowanie sądu działalnością Josefa L: prywatny akt oskarżenia o oszustwo.

Wcześniejsze próby zainteresowania policji i prokuratury postępowaniem kamienicznika nic nie dały. Czynności śledczych były umarzane lub nie podejmowano ich wcale.

Mężczyzna nie przyznawał się do winy i twierdził, że wysłał pismo w najlepszych intencjach – z troski o lokatorki! Dlaczego zaś niezgodnie z prawdą sugerował, że nadzór budowlany nakazuje rozebrać budynek? Tłumaczył się… niedostateczną znajomością gramatyki języka polskiego (urodził się na Ukrainie, deklaruje narodowość szwajcarską).

Sąd Rejonowy w Poznaniu nie dał wiary tym wyjaśnieniom. W środę Josefowi L. wymierzono karę 8 miesięcy bezwzględnego więzienia i 20 tys. zł grzywny za oszustwo, a sędzia Renata Żurowska stwierdziła w uzasadnieniu, że nie ma wątpliwości, iż całokształt działań mężczyzny zmierzał do jak najszybszego opróżnienia kamienicy z lokatorów. Kamienicznik zamierzał na miejscu budynku mieszkalnego wznieść nowoczesny obiekt z przestrzenią biurową, czym chwalił się w lokalnych mediach. W momencie, gdy wysyłał Stefanii i Hannie Chlebowskim pismo o rzekomej rychłej rozbiórce, na parterze kamienicy normalnie działały sklepy – ich nie starał się zlikwidować. Prawdziwy wniosek do nadzoru budowlanego mężczyzna złożył dużo później.

– W ocenie sądu, on doskonale sobie zdawał sprawę, że stan kamienicy w momencie jak ją zastał nie uzasadniał natychmiastowego wysiedlenia lokatorów, a podejmował działania, aby ten stan pogorszyć – mówiła sędzia Żurowska o Josefie L.

Jego działania nazwała „brutalnymi i bezprawnymi”, podkreśliła, że „prawo własności nie ma bezwzględnego charakteru” – właściciel nieruchomości musi respektować prawa lokatorów.
Josef L. nie stawił się w sądzie. Obecnie przebywa poza granicami Polski.

Z satysfakcją wyrok przyjęli bliscy zmarłej Stefanii Chlebowskiej. – Oskarżony organizował zło przeciwko innym ludziom. Działał z premedytacją przeciwko 93-letniej wówczas kobiecie [fałszywe pismo wysłał w 2011 r. – przyp. MKF]. Mam nadzieję, że ten wyrok będzie ostrzeżeniem dla innych „czyścicieli” kamienic. Na ich moralność nie ma co liczyć. Dla nich liczy się jednak rachunek ekonomiczny. Mogą zrozumieć, że to się nie opłaca – powiedział poznańskiej Gazecie Wyborczej zięć kobiety Stefan Rusek.

Gwałt, nie gwałt

Na ulice Barcelony wyszło kilka tysięcy wściekłych kobiet, by zaprotestować przeciwko zadziwiającej interpretacji sądu, że nie doszło do zgwałcenia 14-letniej dziewczyny.

W 2016 roku w miejscowości Manresa sześciu mężczyzn wykorzystało seksualnie 14 letnią dziewczynę, będącą pod wpływem alkoholu i narkotyków. Prokuratura oskarżyła ich o gwałt zbiorowy, w hiszpańskim prawie zagrożony karami do 20 lat więzienia. Sąd w Barcelonie orzekł jednak, że gwałtu nie było, ponieważ nieprzytomna ofiara nie okazała sprzeciwu, co wykluczało ze strony sprawców użycie przemocy.
Tak więc skazano ich jedynie za wykorzystanie seksualne i skazano na wyroki od 10 do 12 lat więzienia. Hiszpanki na ulicach protestują przeciwko zbyt niskiej, ich zdaniem, karze.
Sąd owszem, podniósł, że wiek ofiary nie mógł pozostać niezauważony dla sprawców, lecz jednocześnie odstąpił od zakwalifikowania tego jako gwałtu, ponieważ ofiara jako nieprzytomna nie mogła być ofiarą przemocy lub zastraszania, a przestępcy „mogli dokonać swoich czynów bez użycia jakiejkolwiek przemocy lub zastraszania, by pokonać opór, którego przecież nie było.”
Ofiara twierdziła, że co najmniej dwóch ze sprawców miało w rękach przedmiot przypominający broń, co miało wpływ na jej zachowanie i wyczerpywało znamiona przemocy, jednak sąd nie dał wiary jej zeznaniom , powołując się na luki w pamięci, które zostały udowodnione podczas procesu. Sędziowie uznali, że nie wiadomo, czy zeznania dziewczyny były jedynie „przebłyskami” niektórych scen lub też słowami zasugerowanymi przez otoczenie.
Specjalistka prawa karnego dr Patricia Faraldo, na której zdanie powołują się protestujące kobiety uważa, że interpretacja sądu o ciągłym pozostawaniu 14 latki w stanie nieprzytomności jest niepoprawna i nieprawdziwa.
W Hiszpanii, według danych prokuratury, rośnie liczba gwałtów zbiorowych.

Pułapka na Żuka

Lublin stał się słynny na cała Polską i resztę świata. Z powodu zakazu dla Marszu Równości środowisk LGBT zaplanowanego na najbliższą sobotę 13 października.

 

Powodem wydania zakazu była planowana na ten sam dzień kontrmanifestacja środowisk narodowych, która miałaby zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców. Dodatkowo zakazujący marszu prezydent miasta Krzysztof Żuk powołał się na opinię policji, z której ma wynikać, że planowany jest przyjazd na marsz dużej grupy osób, która może doprowadzić do zakłócenia zgromadzenia. Na to lubelski komendant miejski policji insp. Mariusz Dudzik zadeklarował, że policja jest w stanie pełnej gotowości. Żuk ponadto zawiadomił również policję o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osoby – przeciwników Marszu Równości – którzy mieli w internecie umieścić rzekomo wpis: „może dałoby radę pokierować zboków na Majdanek”. Wpis został opatrzony zdjęciem pieca krematoryjnego.
Wobec tych faktów prezydent Żuk, powołując się na art. 14 prawa o zgromadzeniach, podjął we wtorek, 9 bm. decyzję o zakazie Marszu Równości. A także o zakazie kontrmanifestacji narodowców. Oczywiście decyzje te rozpętały burzę wśród zwolenników jak i przeciwników Marszu Równości. Całej sprawie dodaje pikanterii fakt, że radni PiS ucieszyli się najpierw z tej decyzji a potem skrytykowali Żuka. Za to, że w uzasadnieniu jej powołał się tylko za argumentem bezpieczeństwa, a nie powołał się na obrazę uczuć religijnych oraz „nieobyczajne zachowanie” uczestników marszu. Ponadto sprzeciwili się argumentacji, że prezydent dostrzegł zagrożenie płynące ze strony kontrmanifestacji narodowców, a nie ze strony popierających marsz. I w związku z tym zwołali na 12 października nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej Lublina.
Organizatorzy Marszu Równości odwołali się w środę o zakazującej decyzji do sądu okręgowego twierdząc, że „decyzja prezydenta Żuka nie ma podstaw prawnych, i że to nie oni stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców”. Jednocześnie zapowiedzieli, że jeśli nie dostaną zgody na marsz, to: „i tak zaproszą wszystkich chętnych na sobotni spacer”.
Sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Zofia Homa uznała w środę argumenty decyzji prezydenta Żuka, tym samym podtrzymała ją w mocy. Uzasadniając ją stwierdziła, „że w razie eskalacji ewentualnego konfliktu mogliby ucierpieć nie tylko uczestnicy manifestacji, ale przebywający wówczas w Lublinie turyści. Dodała również, że w obu przypadkach ( Marszu Równości i Manifestacji Narodowców ) wyznaczono zbyt mało osób pełniących rolę służby porządkowej oraz przyjęto zbyt małą liczbę uczestników”. Od tego orzeczenia przysługuje zainteresowanym stronom zażalenie do sądu apelacyjnego, który musi rozstrzygnąć kwestię, w ciągu 24 godzin, najpóźniej do piątku.
I tak oto prezydent Krzysztof Żuk, starający się o reelekcję, popierany przez lubelską Koalicję Obywatelską, w skład której wchodzą Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Inicjatywa Polska, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Polskie Stronnictwo Ludowe oraz inne stowarzyszenia i inicjatywy stał się przyczyną wrzenia środowisk wolnościowych i demokratycznych.
Żuk, lider lubelskiej PO, wystraszył się – jak twierdzą mieszkańcy – żądań PiS oraz ich zwolenników, którzy ostro przeciwstawiają się idei marszu. I jeszcze zwołują nadzwyczajną sesje Rady Miejskiej aby na niej wyrazić swoją dezaprobatę dla tej inicjatywy.
Lublin i Lubelszczyzna jest bardzo homofobicznym regionem. Homofobii „uczeni” jesteśmy wszędzie gdzie tylko się da, twierdzą przedstawiciele LGBT. Wielu z nich uważa, że dominacja PiS w regionie sprawia, iż Lubelszczyzna jest ostoją średniowiecznych stosunków feudalnych. I lubelski marsz miał być okazją do demonstracji zmiany tego stanu. Miał też być dobrym pretekstem do zaprezentowania kandydatów do samorządu wywodzących się ze wszystkich środowisk demokratycznych i wolnościowych, w tym samego prezydenta Żuka. Zapowiedzieli w nim udział m.in. posłanka Joanna Mucha z PO oraz inni politycy, którzy wspierają takie ruchy.
Zarząd Miejski SLD w miniony piątek podjął stanowisko w sprawie Marszu Równości, w którym czytamy m.in., „że sprzeciwia się kampanii nienawiści, pogardy, kłamstw i wykluczania prowadzonej przeciwko organizatorom Marszu Równości w Lublinie oraz przeciwko osobom, które mają zamiar wziąć udział w tym wydarzeniu. Prawo publicznego wyrażania swoich poglądów jest zagwarantowane wszystkim obywatelom przez Konstytucję RP”.
Jednak po wtorkowym oświadczeniu Żuka o zakazie marszu, nikt z władz partii nie zabrał publicznie głosu i nie odżegnał się od tej decyzji i poprzestali jedynie na zamieszczonym w Internecie stanowisku.
Dziwi to zwłaszcza, że Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar w odpowiedzi na ten zakaz, stwierdził: „Argumentacja zgodnie, z którą marsz mógłby naruszyć bezpieczeństwo lub stanowić zagrożenie, jest w całości chybiona. To klasyczny przykład sytuacji, w której organizatorów Marszu Równości obarcza się winą za to, że inni obywatele czy przeciwnicy mogliby doprowadzić do sytuacji zagrażającej zdrowiu i życiu uczestników marszu i mieszkańców miasta. Nie ma miejsca w Polsce na podobną retorykę. Decyzja prezydenta oznacza, że to ofiary ponoszą odpowiedzialność za dyskryminację – w postaci zakazu manifestowania i organizacji pokojowego zgromadzenia. Obowiązkiem władzy publicznej jest zapewnienie bezpieczeństwa w trakcie zgromadzenia. Prezydent nie może uchylać się od obowiązków”.
Zapewne Krzysztof Żuk wydając zakaz, chciał zdjąć z siebie odpowiedzialność za ewentualne „zadymy” w mieście i przy okazji „puścić oko” do elektoratu prawicowego.
Ale wyszło zupełnie odwrotnie. Prawica skrytykowała go za to, żądając podania „prawidłowego” uzasadnienia tej decyzji i zwołuje sesje RM Lublina. Lewicowy elektorat zawiódł się na nim jako na kandydacie podszytym strachem, nie szanującym zasad wolnościowych i demokratycznych i nie dającym gwarancji stałości podejmowanych decyzji. Nie można też wykluczyć takiego scenariusza, że u podstawy decyzji prezydenta legł „gorący kartofel” podrzucony rękami zwolenników prawicy mający być prowokacją polityczną przeciwko antypisowskiej koalicji. Stąd kontrmarsz narodowców przeciwko wyznawcom równouprawnienia i zwolennikom LGBT, a także prowokacyjne wpisy na portalach społecznościowych w internecie.
Niektórzy twierdza, że termin marszu – tydzień przed wyborami – to niefortunny wybór. Tylko taka wolnościowo-równościowa demonstracja zorganizowana później nie miałaby takiego wydźwięku i nie miałaby tak dużego społecznego i propagandowego odbioru.
Prezydent Żuk zapomniał chyba wydarzeń sprzed lat, gdy zakazując warszawskiej Parady Równości, prezydent Lech Kaczyński łamał Konstytucję RP, a także Europejską Konwencję Praw Człowieka. Wypowiedział się o tym Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. I to zastanawia, czy Krzysztof Żuk, 61-letni ekonomista, polityk, były minister Skarbu Państwa, prezydent Lublina od ośmiu lat, uległ prowokacjom i przestraszył się? Czy też utracił zmysł polityczny i zdolność przewidywania konsekwencji swoich działań i doradzających mu ludzi? Najgorsze jednak to, że bez względu na to jaki wyda wyrok sąd, to organizatorzy Marszu Równości i jego prawicowi przeciwnicy, mogą nie zastosować się do jego orzeczenia. Wówczas odpowiedzialnym za to co może się wydarzyć w nadchodzącą sobotę, będzie właśnie Krzysztof Żuk, który za wszelką cenę chciał jej uniknąć.

Urban vs. Jezus

„Urban versus Jezus” – pod takim tytułem prowadziliśmy z red. Tadeuszem Jasińskim nasz cykl relacji z procesów naczelnego „Nie” o obrazę uczuć religijnych. W środę 10 października zapadł w tej sprawie wyrok. To precedensowe orzeczenie. Jego skutki mogą być niewyobrażalne.

 

Sędzia Rafał Stępak otworzył wczoraj puszkę Pandory, bo wychodzi na to, że pod obrazę uczuć religijnych podciągnąć można absolutnie wszystko – i zawsze znajdą się ludzie mający tyle zasobów czasowych i finansowych, żeby wojować z odmiennym oglądem rzeczywistości, jeśli tylko dostrzegają taką furtkę w przepisach prawa. Jerzy Urban musi zapłacić 120 tysięcy złotych – to największa grzywna w historii Polski w orzecznictwie dotyczącym obrazy uczuć religijnych. To anachroniczne pojęcie nadal znajduje się z naszym Kodeksie karnym. I wszystko wskazuje na to, że po tym wyroku warszawskiego sądu spokojny nie będzie mógł czuć się nikt, kto pragnie świeckiego państwa. Bo w ramach walki o świeckość mieści się również prawo do krytyki wyznania, czy praktyk religijnych. Krytyczna może być sztuka, satyra, analiza. Tymczasem polski wymiar sprawiedliwości właśnie pokazał, że zamierza z pełną premedytacją, surowo kneblować usta wszystkim, których śmieszy legenda o mężczyźnie chodzącym rzekomo po wodzie i kobiecie zapłodnionej przez nadprzyrodzone siły. Wyrok w sprawie redakcji „Nie” jest przełomowy również w tym wymiarze, że sędzia wyrwał się do przodu niczym najwierniejszy bulterier kościelnej czci: zasądził bowiem wyrok trzy razy surowszy, niż chciał tego prokurator. Ten bowiem wnioskował o 40 tysięcy złotych. Kontekst feralnego obrazka był humorystyczny, nie obraźliwy. Postać Jezusa wpisana w drogowy znak zakazu, ze zdziwioną miną, miała ilustrować tekst Agnieszki Wołk-Łaniewskiej o tym, że lawinowo wzrasta liczba apostazji w kościele. Postać nie została oszpecona, ani zanurzona w kontekście poniżającym, czy upadlającym. Sąd jednak w uzasadnieniu wskazał, że przedmiotem kultu może być według prawa nie tylko postać, ale również np. praktyka albo naczynie liturgiczne. I w związku z tym do żadnego z powyższych nie wolno odnosić się żartobliwie.

Obrońcy praw zwierząt usłyszeli wyrok

17 września nastąpiło rozstrzygnięcie sprawy wytoczonej aktywistom Stowarzyszenia Otwarte Klatki przez właściciela fermy norek w Pawłowie Rajmunda Gąsiorka, który po przegraniu sprawy o zniesławienie oskarżył obrońców zwierząt o wtargnięcie na fermę.

 

Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku.
W listopadzie 2013 roku Stowarzyszenie Otwarte Klatki opublikowało wyniki śledztwa na fermie norek w Pawłowie (woj. wielkopolskie) należącej do Rajmunda Gąsiorka, obecnie prezesa Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych.
Zdjęcia i filmy, ujawniające skandaliczne warunki i stan zwierząt, zainicjowały publiczną debatę na temat branży futrzarskiej w Polsce.
W odpowiedzi Rajmund Gąsiorek wniósł do sądu oskarżenie przeciwko członkom zarządu Otwartych Klatek, zarzucając aktywistom zniesławienie. Jak twierdził, materiały nie pochodziły z fermy w Pawłowie.
Po trwającym cztery lata procesie, w styczniu 2018 roku zapadł wyrok: sędzia uznał dowody za przekonywujące na tyle, że nie można mieć wątpliwości co do autentyczności nagrań. Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku Rajmund Gąsiorek zdecydował się na kolejny krok – wniósł prywatny akt oskarżenia przeciwko obrońcom zwierząt dotyczący wtargnięcia na jego fermę. Oskarżeni aktywiści złożyli wyjaśnienia, w których nie zaprzeczali, że to oni są autorami zdjęć i filmów z fermy w Pawłowie.
– Naszą intencją nie było działanie na czyjąś szkodę, lecz ujawnienie prawdy o realiach funkcjonowania ferm norek, a więc działanie w imię niezwykle ważnego interesu społecznego, jakim jest ochrona zwierząt – tłumaczy Paweł Rawicki ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Kiedy inspekcja weterynaryjna z uwagi na ograniczone zasoby ludzkie i finansowe nie jest w stanie dobrze chronić zwierząt, czujemy się zobowiązani do ujawniania nieprawidłowości na fermach – dodaje.
Sąd uznał, że obrażenia zwierząt nie były wynikiem pracy Rajmunda Gąsiorka. Powołując się na legalność fermy, podkreślił, że hodowcy nie można winić za to, że zwierzęta się okaleczają. Dodatkowo uznał, że aktywiści powinni zwrócić się o pomoc do odpowiednich organów, które przeprowadzają kontrole (zapowiedziane).
Wymiar kary to warunkowe umorzenie postępowania karnego na okres jednego roku. Sąd nie przychylił się do zarzutów oskarżyciela, że aktywiści działali dla własnego zysku – choć działanie według sądu było bezprawne, to aktywiści kierowali się troską o zwierzęta.
– Sąd wskazał, że istnieją odpowiednie organy kontroli, do których można się zwracać – jednak jak wiemy, zapowiedziane kontrole na fermach prawdopodobnie nie wykażą zaniedbań, które odkryliśmy podczas naszych śledztw – komentuje Paweł Rawicki – Najważniejsze natomiast jest dla nas w tym wyroku to, że po raz kolejny mogliśmy pokazać, że zdjęcia i filmy, które opublikowaliśmy w 2013 roku, rzeczywiście pochodziły z fermy norek Rajmunda Gąsiorka. Autentyczność naszych nagrań nie ulega wątpliwości. Naszym celem nie jest walka z Rajmundem Gąsiorkiem czy też z fermą w Pawłowie, lecz zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. To śledztwo z pewnością przybliżyło ten cel – dodaje.