Groteska to egzystencja

Stale mam wątpliwości co do tego, w jakim stopniu aktorstwo to zawód, a w jakim styl życia, sposób jego przeżywania
– z Janem PESZKIEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Należy Pan do bardzo nielicznego grona aktorów, których fenomen stał się tematem studiów analitycznych, w dużym stopniu z powodu, choć nie tylko, Pana głośnych spektakli schaefferowskich. One niejako jednocześnie, paradoksalnie, stały się już klasyką teatralną, będąc zarazem Pana nieustannym eksperymentem z możliwościami i granicami zawodu aktorskiego…

Stale mam wątpliwości co do tego, w jakim stopniu aktorstwo to zawód, a w jakim styl życia, sposób jego przeżywania. W ogromnym stopniu te pytania wzbudził we mnie właśnie Bogusław Schaeffer, który, gdy byłem jeszcze w młodzieńczej fazie zawodu, pokazał mi, że o człowieku można mówić kompletnie innym językiem niż ten nam dobrze i od dawna znany, z zupełnie nieznanej mi perspektywy.

Na czym polega istota teatru Schaeffera?

Na rozbiciu świata na czynniki pierwsze, na mikroelementy, które dopiero gdy się złoży w całość, dają pełniejszy obraz sytuacji człowieka .Dramaturgia Schaeffera ma rodowód muzyczny. Aktor to nieskończony w swoich możliwościach instrument. Chodzi tylko o to by stroił. Dla mnie było to wtedy jednocześnie wstrząsające odkrycie. Dało mi poczucie, że takie widzenie świata jest adekwatne do mojego, intuicyjnego wtedy widzenia i do mojej sytuacji egzystencjalnej. Dlatego spotkanie z zespołem MW2 Adama Kaczyńskiego i Bogusława Schaeffera rozstrzygnęło o mojej drodze zawodowej, przyspieszyło moje dojrzewanie.

Dlaczego właśnie tonację groteskową uznał Pan za tę odpowiadającą Panu najbardziej?

Jest pewną tajemnicą, dlaczego tak się dzieje, ale groteska wydaje się być najbardziej pojemną formułą, w której można opowiedzieć o naturze ludzkiej egzystencji. W o wiele większym stopniu niż tonacja całkowicie serio. Nie przypadkiem ten ton przyjęli najwięksi mistrzowie awangardy teatralnej XX wieku. Najwyraźniej ten ton okazał się najtrafniejszy w badaniu i portretowaniu ludzkiej egzystencji.

W pewnym momencie znalazł Pan na tej drodze wsparcie ze strony Mikołaja Grabowskiego, z jego inscenizacjami pokazującymi polską tradycję w krzywym zwierciadle, w kontekście współczesnym, na czele ze słynnym „Opisem obyczajów” według księdza Jędrzeja Kitowicza…

Z Mikołajem Grabowskim przewędrowałem większość mej teatralnej przygody. Spotkaliśmy się najpierw w zespole MW-2 szlifując wspólne myślenie o teatrze a potem w Teatrze Jaracz w Łodzi, w Polskim w Poznaniu oraz w Teatrach: Słowackiego i Starym w Krakowie. To z nim dobieraliśmy się do Gombrowicza i jego polskich gęb. W tamtych czasach gorączkowych poszukiwań – w roku 1976 w Łodzi po raz pierwszy zagrałem napisany dla mnie przez Bogusława Schaeffera „Scenariusz dla nie istniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego”, który – jak łatwo obliczyć – gram 39 lat.

Byłoby fascynujące móc prześledzić, co mnie akurat nie było dane, proces przeobrażania się tego monodramu, przede wszystkim Pana aktorskiego przeobrażania się wraz z upływem lat i wchłanianiem doświadczeń…

Proszę sobie wyobrazić, że są widzowie, którzy oglądają ten spektakl od jego narodzin. Zdarza mi się otrzymywać od nich uwagi. Potwierdzają one i moje odczucie, że monodram nie uległ szczególnie silnej ewolucji w miarę upływu lat. Świadczy to moim zdaniem o wybitności tekstu Schaeffera i trafności jego poglądów. W sumie, w ciągu tych blisko czterdziestu lat dałem około dwóch i pół tysiąca spektakli w Polsce i na świecie.

W „Poczcie aktorów polskich” Witold Filler tak Pana scharakteryzował: ”Rzecz, którą musiał sobie Peszek wtedy uświadomić, to przede wszystkim własne, kiepskie warunki zewnętrzne. I nie to, że był niepozorny. On był po prostu żaden. Ani piękny, jak Łapicki, ani gruby jak Czechowicz, ani chudy jak Kobuszewski. Żaden. Więc postanowił uczynić ze swej żadności oręż”. Przepraszam za przydługi spicz, ale proszę powiedzieć, jak się dokonuje takie przeobrażenie?

W jakimś momencie, nie od razu, uświadomiłem sobie, że moja ówczesna nieokreśloność, czy „żadność”, jak określił cytowany przez pana krytyk, jest ogromnym potencjałem. Że mogę w tej swojej nieokreślonej sylwetce zawrzeć nieskończenie wiele kolorów, że mogę się dowolnie i wielokrotnie stwarzać. Od geja przez pedofila do mordercy, od świętego po diabła, od króla do żebraka. Nawiasem mówiąc, w roku 1965 zagrałem jedną kompozycję Bogusława Schaeffera z cyklu AUDIENCJI , która była krótkim traktatem właśnie o „nieokreśloności w muzyce. Przywołana tu „żadność” mojej sylwetki okazała się dla mnie atutem, błogosławieństwem, szeroką bramą do rozlicznych możliwości. Z naszym zawodem związany jest dość często problem nieadekwatnych aspiracji i fałszywych identyfikacji. Aktor czuje się na przykład stworzony do wielkiej klasyki dramaturgicznej, a predyspozycje, że tak powiem – obiektywne, pchają go ku komediowości i rodzajowości. Mnie moje nieokreślone długo predyspozycje pozwoliły tego męczącego problemu uniknąć.

A jednocześnie z upływem lat „żadność” zniknęła i przekształciła się u Pana w sylwetkę aktorską niezwykle wprost barwną, bardzo charakterystyczną, niemal do granicy tego, co nazywa się w aktorstwie charakterystycznością. Dlatego moim zdaniem nie miał racji Filler, który dwa zdania dalej napisał, że Pan pokazał, że „na scenie jak i w życiu „każdy może stać się Juliuszem Cezarem”. Otóż nie każdy. I tu dotykam fenomenu oddziaływania aktora na widza, tego co często nazywa się aktorskim charyzmatem. Czy ma Pan na tę kwestie jakiś skrystalizowany pogląd?

To jest zagadnienie trudne do nazwania, tu wkrada się jakiś rodzaj metafizyki. Aktor emituje coś, co wywiera wrażenie na widzu, ale dlaczego tak się dzieje? Dlaczego jeden aktor ma to w sobie a inny nie. Czy to rodzi się z zasady podobieństwa duchowego z widzem, czy przeciwnie, z fascynującej obcości, pewnej egzotyki? Nie mam na to pytanie sprecyzowanej odpowiedzi. Choć z pewnością mogę powiedzieć, że aktor wyzwolony, wolny, „otwarty” ma większe szanse oddziaływać na widza magicznie niż aktor zasznurowany czy zamknięty w sobie.

Kiedyś ktoś powiedział, że wybitny aktor, jedna z legend sceny polskiej jakim był Czesław Wołłejko, jest podziwiany za koronkowy kunszt gry, ale „emituje krótkotrwałe fale”. A są też aktorzy mniej „markowi”, którzy „siedzą” widzowi tygodniami w głowie, w pamięci, w wyobraźni, w emocjach…

Nie potrafię odkryć tej tajemnicy, tak jak nie potrafię w pełni pojąć dlaczego ten zawód, który uprawiam tak intensywnie, niezmiennie sprawia mi radość i nie męczy, choć znam kolegów, których gra bardzo męczy, wywołuje w nich coraz większe napięcia. A ja im więcej gram, tym mniej jestem zmęczony. Zrobiłem nawet kiedyś eksperyment i zagrałem jednego dnia kilka spektakli, bodaj cztery czy pięć. No i przetrwałem to w nienajgorszej formie.

Wspomniał Pan o tym, że trzymają się Pana role postaci negatywnych, psychopatów, ale to nie są psychopaci prymitywni, lecz wyrafinowani, trochę zdziwaczali inteligenci, jak choćby Sykstus w „Pismaku” Wojciecha J. Hasa. Do niezbywalnego bagażu inteligenta należy klasyka. Czy ona może być jeszcze zrozumiała dla młodego pokolenia?

W tym temacie jestem pesymistą. Obawiam się, że kontakt młodego pokolenia z tradycją został zerwany i to bezpowrotnie. Do uratowania są tylko niszowe przyczółki w młodej generacji.

Jan Peszek – ur. 13 lutego 1944 w Szreńsku – jedna z najwybitniejszych indywidualności polskiego aktorstwa, reżyser teatralny i pedagog. Absolwent krakowskiej PWST ( 1966). W tym samym roku debiutował na deskach Teatru Polskiego we Wrocławiu (1966-1975). W następnych latach pracował m.in. w łódzkim Teatrze Nowym (1975-1979),Jaracza /1979-1981/, Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie (1982-1985) i krakowskim Starym Teatrze (od 1985 r.), a w ostatnich latach regularnie pojawia się na scenach warszawskich. x W swoim dorobku ma role u najsłynniejszych polskich reżyserów teatralnych: Jerzego Krasowskiego, Bohdana Korzeniewskiego, Krystyny Skuszanki x ,Mikołaja Grabowskiego, Rudolfa Zioło, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Michała Zadary czy Grzegorza Jarzyny. Profesor krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego. Laureat nagrody za rolę Gonzala na Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu (1981), nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika „Teatr” – za sezon 1986/1987, za rolę w „Scenariuszu dla trzech aktorów” Bogusława Schaeffera w Teatrze STU w Krakowie, oraz za rolę Jakuba w przedstawieniu „Republika marzeń” Brunona Schulza w Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Wśród ról teatralnych m.in. Tallien w „Sprawie Dantona” St. Przybyszewskiej, Leon w „Śnie srebrnym Salomei” J. Słowackiego, Hipolit w „Fedrze” J. Racine’a, Dziennikarz. Poeta, Pan Młody, Stańczyk w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Saint-Just w „Thermidorze” St. Przybyszewskiej, Konrad w „Wyzwoleniu” St. Wyspiańskiego, Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie” J. Andrzejewskiego, Gonzalo w „Transatlantyku”, Fior w „Operetce” i Henryk w „Ślubie” W. Gombrowicza, tytułowy „Fantazy” J. Słowackiego, Salieri w „Amadeuszu”, Ulisses w „Odprawie posłów greckich” J. Kochanowskiego, Reb Azriel w „Dybuku” An-skiego, „Śmierci Iwana Iljicza” L. Tołstoja, Jakub w „Sanatorium pod Klepsydrą” B. Schulza, Sganarel w „Don Juanie” Moliera, Fiodor Karamazow w „Braciach Karamazow” F. Dostojewskiego, tytułowy „Edward II” Ch. Marlowe’a. W Teatrze Telewizji m.in. Wacław i Papkin w „Zemście” A. Fredro, Józio w „Ferdydurke” W. Gombrowicza, Tomasz Mann w „Opowieściach Hollywoodu” Ch. Hamptona, Anuczkin w „Ożenku” M. Gogola. W filmie debiutował w 1969 w „Znakach na drodze” A. J. Piotrowskiego, jednak regularnie na ekranach kinowych zaczął się pojawiać dopiero na początku lat 80. Zagrał w kilkudziesięciu filmach, m.in. w: „Był jazz” F. Falka, „Trójkącie Bermudzkim” W. Wójcika, „Pismaku” W. J. Hasa, „Ferdydurke” Skolimowskiego, „Śmierci jak kromka chleba” K. Kutza, „Łabędzim śpiewie” R. Glińskiego, „Ucieczce z kina „Wolność” W. Marczewskiego, „Pożegnaniu jesieni” M. Trelińskiego, „Darmozjadzie polskim” Wylężałka, „Królu Ubu” P. Szulkina, a także w „Hiszpance” Łukasza Barczyka.

PO musiałaby wystawić Ogórek, by nie wejść do II tury

– Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu – wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W piątek prezydent zaprzysiągł nowy stary rząd Mateusza Morawieckiego. Co ciekawe, premier pełni też funkcję tymczasowego ministra sportu. Dziwne?

JAROSŁAW FLIS: Nie ma rzeczywiście żadnego zaskoczenia, przetasowania są chyba nawet mniejsze, niż przy powoływaniu drugiego rządu Donalda Tuska. Sprawa ministra sportu jest dość kuriozalna. Powszechnie wiadomo, jeżeli wierzyć, że minister Paruch jest osobą dobrze poinformowaną, a trudno to podważać, że funkcja ministra sportu była elementem rozgrywek o senat i to nieudanych. Już samo podejmowanie takich rozgrywek nie jest powodem do chwały, a jeżeli jeszcze nie wychodzą, to już w ogóle jakieś kuriozum. To oczywiście nie wywróci rządu, ale jest na pewno dodatkowym obciążeniem do ogólnego bilansu ostatnich wydarzeń.
Widać też, że entuzjazm, gdy po raz pierwszy zdobędzie się władzę, jest dużo większy, niż gdy robi się to po raz drugi. Teoretycznie jest to trudniejsze, także patrząc na ostatnie ćwierćwiecze, gdzie przypadków oddawania władzy było znacznie więcej, niż jej zachowania. Chociażby z tego względu premier powinien bardziej się cieszyć, a przynajmniej to pokazywać.

Może rząd ma zbyt dużo zmartwień? Jeszcze kilka dni temu premier mówił w Sejmie: „Skarbiec jest pełny, ludzie mają pracę, granicę są bezpieczne”. Tak długo się chwalił, że aż marszałek Witek musiała mu przerywać. Teraz okazuje się, że skarbiec nie jest wcale pełen. Pomysł zniesienia limitu składek, podniesienie akcyzy do 10 proc. na alkohol i papierosy, 13. emerytura z funduszu niepełnosprawnych. Te ruchy pokazują prawdziwe kłopoty władzy?

Mamy pierwsze kłopoty rządzących i to też nie jest nowość. Znamy to z przeszłości. PO podwyższała wiek emerytalny, choć w kampanii zastrzegała się, że tego nie zrobi. Potem tłumaczyła, że to konieczne, ale koniec końców za to zapłaciła.
Teraz też PiS w kampanii opowiadał, że na wszystko jest, a jednak po wyborach okazało się, że niekoniecznie. Widać, że kampanię prowadzi się dużo łatwiej, niż później zarządza się państwem. Kampania wszystko przyjmie, a teraz trzeba się z tym naprawdę mierzyć.
Jak patrzymy na doświadczenia po, to właśnie tuż po drugim zwycięstwie teflon zaczął się rysować. Pis powinien wyciągnąć z tego wnioski. Lecz – jak widać – słodki jest ten miód i ta muchołapka działa na wszystkich. Trudno się oprzeć pokusie, żeby jeszcze trochę obiecać, a potem się zobaczy. Tylko że potem to już tak łatwo nie wygląda.

Mam jednak wrażenie, że w takiej skali takiej bezczelności jeszcze nie było. Ledwo co nowy Sejm się zebrał, a już mamy poselski projekt dotyczący zniesienia limitu składek. Pęka teflon?

Tu wszystko dzieje się bardziej. Jakiś czas temu sformułowałem tezę, że Jarosław Kaczyński buduje IX RP, czyli III RP do kwadratu, czyli wszystko będzie tak samo jak do tej pory, tylko bardziej, oczywiście po za tym, że teraz to „my” będziemy u władzy, a „wy” na aucie. To też jest jeden z elementów: większe kombinatorstwo i kombinacje z instytucjami, większe obietnice i kto wie, może i szybsze zwroty akcji. Widać, że od wiosny, kiedy PiS uzyskał świetny wynik, partii rządzącej nie idzie coraz lepiej.

Czy sprzeciw Jarosława Gowina może zachwiać rządem Morawieckiego?

Do tego jeszcze daleka droga, chociaż widać, że łatwo to już było. Teraz będzie już tylko trudniej.

Na ile istotny stał się teraz Senat?

To rzeczywiście nowość w polskiej polityce. Do tej pory Senat był na trzecim, jeżeli nie dalszym miejscu, bo chyba nawet samorządy wzbudzały większe zainteresowanie, niż wydarzenia w Senacie. Oczywiście te emocje, które wywoływały spekulacje, czy ktoś przejdzie na drugą stronę, też wzmogły to zainteresowanie. Ciekawe, że sondowany był sam senator Grodzki, aby przeszedł na stronę PiS za posadę ministra zdrowia. Spekulacje w sprawie podkupywania senatorów trafiły na istotną barierę i to najlepiej widać właśnie na przykładzie nowego marszałka.
Przejście na drugą stronę oznaczałoby, że w przyszłości musiałby się on pożegnać z mandatem senatorskim, bo prawdopodobieństwo, że kandydat PiS zdobędzie mandat w Szczecinie są takie, jak szanse, że kandydat ko zdobędzie mandat na Podhalu czy Podkarpaciu.
Oczywiście jest to teoretycznie możliwe, ale raczej nikt na takim założeniu nie będzie budować swojej kariery politycznej. Tym bardziej, że lepiej być senatorem, który nagle zyskuje wielką wagę, bo Senat staje się ważny, niż kimś, kto powtarza przekazy dnia i klepie ustawy w środku nocy.

Jak bardzo Senat napsuje krwi PS-owi? Nie pytam tylko o spowolnienie procesu legislacyjnego, ale też np. o wezwanie szefa NIK-u Mariana Banasia przed komisję.

Tu wiele zależy od pomysłowości. Sam Banaś dostarcza powodów do tego, ale ważne jest jeszcze, jak zareagują na to media. I to nie media jednoznacznie opowiadające się po jednej czy drugiej stronie, ale te próbujące zachować dystans. Na przykładzie telewizji możemy powiedzieć, że nie to, jak zareaguje TVP Info czy TVN24, ale to, jak to będzie przedstawiał Polsat.
Potrzeba pomysłów, aby pozycję instytucji budować. Wiemy, że to takie proste nie jest, wystarczy spojrzeć na samorządy, które są jeszcze ważniejszą instytucją, niż Senat – tam są realne pieniądze i władza. Ale od czasu zeszłorocznych wyborów do mediów przebiło się niewiele spraw, a tak naprawdę to tylko awaria Czajki w Warszawie.
Prof. Jan Zielonka przypomniał ostatnio porzekadło tenisistów: nie ma takiej piłki, której się nie da zepsuć. Senat to jest bardzo wygodna i dobra piłka, którą opozycja dostała, ale to nie oznacza, że nie może jej zepsuć.

Jak ocenia pan pomysł, aby Tomasz Grodzki był kandydatem na prezydenta?

Wydaje mi się, że to nie jest realny pomysł, choć dobrze pokazuje przy okazji posuchę po stronie opozycji, więc i taki wariant można rozważyć. Jednak marszałek Grodzki to nie jest jakieś wunderwaffe, choć z drugiej strony innego nie widać. To jest ciężki temat dla PO i na pewno musi się tam rozstrzygnąć i to w najbliższym czasie.

Czyli pana zdaniem Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest wunderwaffe?

Jej wynik w Warszawie, którym wszyscy się zachwycają, nie jest wcale taki spektakularny. W procentach głosów – nie jest to oczywiście najlepszy wskaźnik – zdobyła 71 proc. w obrębie listy PO. To jest mniej, niż Ewa Kopacz zdobyła 4 lata temu – 76 proc. Zatem jest porównywalną wunderwaffe do Ewy Kopacz, ale zobaczymy, co się zdarzy. Andrzej Duda też nie był zwalającym z nóg kandydatem, a jednak Bronisława Komorowskiego pokonał. Gdy teraz spojrzymy na wpadki prezydenta, chociażby z referendum, to wiadomo, że nie trzeba być jakimś super geniuszem, aby go pokonać, bo ma rozliczne słabości.

A Szymon Hołownia na prezydenta?

Jak wystartowałby w prawyborach i je wygrał, to byłoby to duże zaskoczenie. To jest jednak mało prawdopodobne. Oczywiście takie rzeczy się zdarzały – na przykład na Słowacji z prezydentem Andrejem Kiską. Jednak przyczyną było to, że tam scena polityczna poszła w kompletne drzazgi. Nasza scena polityczna akurat się pięknie poukładała.
Na dziś wygląda to tak, że kandydat PO zdobędzie najwięcej głosów, bo to partia, która istnieje 18 lat, zawsze była pierwsza albo druga. Musiałoby się zdarzyć coś naprawdę nieprawdopodobnego, np. PO musiałaby wystawić Magdalenę Ogórek, żeby nie wejść do II tury.
Chociaż oczywiście w polskiej polityce wszystko się może zdarzyć. Leszek Miller forsując nikomu nieznaną kandydatkę też zrobił coś, co wszystkich zaskoczyło. Nie sądzę jednak, by ktoś chciał spróbować zrobić coś podobnego raz jeszcze.

Moim żywiołem jest lżejsza z Muz

– W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym – z JOLANTĄ WOŁŁEJKO rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani ojciec, Czesław Wołłejko był sławnym aktorem, aktorką była Pani Mama, Halina Czengery, aktorką jest siostra Magdalena, aktorem był Pani mąż Tadeusz Pluciński. Czy to rodzinna atmosfera w domu rodzinnym popchnęła Panią
do tego zawodu?

Ani trochę. W klasie maturalnej miałam sto pomysłów na minutę, dotyczących mojego przyszłego zawodu., nie wiem jak by się to skończyło, gdyby nie przypadek. Towarzysząc mojej przyjaciółce, poszłam na ulicę Miodową do szkoły teatralnej, do tzw. „poradni”. Koleżanka bardzo chciała być aktorką. Pomyślałam „a dlaczego nie ja” i weszłam na salę. Pani dziekan Rena Tomaszewska po wysłuchaniu mojej „produkcji” (był to jakiś wiersz i proza), powiedziała: „Złóż dziecko papiery i przyjdź na egzamin”. I tak to się zaczęło. Lata 1960-1964 spędziłam w PWST na Miodowej. Miałam wspaniałych profesorów. Opiekunem roku był profesor Marian Wyrzykowski, mąż niezapomnianej Elżbiety Barszczewskiej. Profesorami: Halina Mikołajska, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, Stanisława Perzanowska, Ludwik Sempoliński, Sławomir Lindner, – same wielkie nazwiska. Dzięki tym ludziom pozbyłam się kompleksów, nieśmiałości, niewiary we własne możliwości. Ojciec nie był zadowolony z mojego wyboru. Nie miałam z jego strony żadnego wsparcia.

Kto ze znanych później aktorów był z Panią na roku?

Dudek Damięcki, Irenka Karel, Maniek Opania, Andrzejek Zaorski, Janek Englert, Basia Sołtysik.
Urodziła się Pani w czasie II wojny światowej w Grodnie na kresach, na dzisiejszej Białorusi. Pamięta coś Pani z tego najwcześniejszego dzieciństwa?
Było dużo kobiet i dzieci. Tylko jeden moment – wnętrze piwnicy wypełnione zapalonymi świecami. Po latach mama opowiedziała mi, że było to w czasie nalotu bombowego. Z Grodna, po ataku Niemiec na ZSRR moja rodzina przedostała się do Białegostoku przez tzw. zieloną granicę, gdzie ojciec grał w teatrze, potem do Poznania, do Łodzi. Zanim w 1947 roku znaleźliśmy się w Warszawie wędrowaliśmy z miasta do miasta. To były czasach powojennych „wędrówek ludów”. Moje dzieciństwo warszawskie to najpierw Praga, potem ulica Nowogrodzka. Na Pradze mieszkaliśmy przy ulicy Wileńskiej, w kamienicy zamieszkałej głównie przez aktorów. Mieszkała tu m.in. Nina Andrycz, którą odwiedzał tu jej przyszły mąż premier Józef Cyrankiewicz. Mieszkała tu też legendarna aktorka Maria Dulęba, która występowała na scenie jeszcze przed I wojną światową, grała w teatrze, ale i w niemych filmach, np. w „Meirze Ezofowiczu” z 1911 roku! Pamiętam, jak kiedyś przyszła do naszego mieszkania, żeby zobaczyć „dziecko Wołłejki” czyli mnie.

Po studiach i dyplomie dostała Pani angaż do Teatru Polskiego, uważanego za teatr „mandarynów”, starych renomowanych aktorów. Jak się Pani czuła w tym gronie?

Bardzo dobrze. Zagrałam tam sporo ról, m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Lulu w „Urodzinach Stanleya” Pintera, tytułową „Lillę Wenedę” Słowackiego, Trojankę w „Trojankach” Eurypidesa, Reginę Engstrand w „Upiorach” Ibsena, Hankę w „Moralności pani Dulskiej, także tytułowe Okapi” w sztuce Stanisława Grochowiaka. W „Balladynie”, gdzie zagrałam Skierkę, grał też Tadek Pluciński, Kostryna. Tadek wspominał z uśmiechem, że patrzył namiętnie na Skierkę, choć przecież Skierka był stworkiem raczej płci męskiej. Zaiskrzyło wtedy i skończyło się latami pięknego związku. Za swoją najważniejszą rolę uważam Małgorzatę w „Fauście” Goethego w reżyserii Augusta Kowalczyka, w 1971 roku, u boku Bronisława Pawlika. To była taka wisienka na torcie. W 1983 roku, po zmianie dyrekcji, pożegnałam się z Teatrem Polskim, poszłam do Rozmaitości, potem do Komedii, do pani Olgi Lipińskiej. W drugiej części mojej drogi zawodowej przestawiłam się na role w sztukach lżejszego autoramentu, w farsach itd. bo znacznie lepiej czuję się w tego typu repertuarze niż w dramatycznym. W kilku takich rolach, m.in. w reżyserii Tomka Grochoczyńskiego, zagrałam w Teatrach Komedia u Olgi Lipińskiej i Kwadrat u Wojtka Pokory. Nawet jak grałam w tzw. poważnym repertuarze w Teatrze Polskim, w dramatach Słowackiego, to wolałam grać Skierkę w „Balladynie” niż tytułową „Lilię Wenedę”. Zanim ją zagrałam w 1968 roku, musiałam poprosić o zgodę panią Elżbietę Barszczewską, która ją grała na otwarcie Polskiego, 22 lata wcześniej, w 1946 roku. Takie były wtedy obyczaje, dziś nie do pomyślenia. Tomek Grochoczyński zaangażował mnie w teatrze Na Woli do sympatycznego przedstawienia według „Trzech muszkieterów” Dumasa, w roli demonicznej Milady de Winter.

Zagrała Pani szereg ciekawych ról w Teatrze Telewizji, n.p. w „Fircyku w zalotach” Zabłockiego w 1968 roku, w słynnym „Mieszczanienie szlachcicem” Jerzego Gruzy w 1969 roku, w „W małym dworku” Witkacego w 1970 roku w reżyserii Zygmunta Hűbnera, czy w „Szkole żon” Moliera w reżyserii Gruzy w 1971…

Było tych ról sporo, choćby w „Ondynie” Giraudoux, w „Trzech siostrach” Czechowa w reżyserii Jerzego Antczaka, w „Kollokacji” Korzeniowskiego, w „Zemście sieroty” Henri Rousseau, w „Weselu” w reżyserii Lidii Zamkow, w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego, w „Mądremu biada” Gribojedowa czy „Pan inspektor przyszedł” Prietsleya. Bardzo lubiłam formę teatru telewizyjnego, bo dawała aktorowi równocześnie możliwości typu filmowego i teatralnego. Za jedną ze swoich najlepszych ról w Teatrze Telewizji uważam Adelę w „Domu Bernardy Alba” Lorki w reżyserii świetnej pani Krystyny Meissner. Dzięki Teatrowi Telewizji zetknęłam się też z wielkim Konradem Swinarskim w „Kartotece” Różewicza.

Zagrała Pani też w licznych serialach, od „Stawki większej niż życie” do popularnych seriali współczesnych takich jak „M jak miłość”, „Klan”, czy „Na dobre i na złe”.

Tych ostatnich bym nie wspominała, bo to pojedyncze epizody. Udział w „Stawce”, w odcinku „Cafe Rosé”, gdzie zagrałam turecką tancerkę-agentkę.

W filmie zadebiutowała Pani w 1962 roku w „L’amour a vingt ans”…

To był film o miłości, składający się z nowel reżyserowanych przez reżyserów z różnych krajów. Polską nowelę nakręcił Andrzej Wajda, ale pomijał ją w swojej filmografii. Wspominam też rolę w „Bandzie” i „Nowym”, „Długiej nocy”, „Tajemnicy Enigmy” no i w słynnej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” Barei z Wojtkiem Pokorą.

Jest Pani nadal czynna w zawodzie, pojawia się Pani w nowych serialach…

To są małe rólki, okazjonalne epizody, ale chętnie przyjmuję te propozycje, bo to pozwala mi czuć się potrzebną, istnieć w moim zawodzie, który lubię mimo jego mankamentów. Chciałabym też wspomnieć o ważnych dla mnie latach pracy w dubbingu, z którym nieprzerwanie współpracuję od 1964 roku. Moim debiutem w tej dziedzinie było dubbingowanie Claudii Cardinale w filmie „Jego dziewczyna”. W dubbingu miałam bardzo wiele ciekawych ról, m.in. we współpracy z Zofią Dybowską-Aleksandrowicz, która powierzyła mi rolę jednej z żon królewskich w znanym angielskim serialu „Sześć żon Henryka VIII”, w duecie z Mariuszem Dmochowskim.

Przyniosła Pani na nasze spotkanie książkę, wywiad-rzekę z Pani byłym mężem, zmarłym niedawno znakomitym aktorze Tadeuszu Plucińskim. Jest niej rozdział „Jola i wszystko co kocham”, w którym wypowiedział się o Pani z wielką czułością. Nieczęsto w ten sposób „exowie” piszą o byłych partnerach…

Moje lata z Tadeuszem, mężczyzną nie tylko zabójczo przystojnym, ale i zjawiskowo czarującym, a przy tym dużej klasy jako człowiek, były najpiękniejszym okresem mojego życia, pełnym ciepła i miłości, okresem który zaowocował narodzinami synów, pełnym ciekawego życia towarzyskiego, podróży itd. I mimo, że rozstaliśmy się, pozostaliśmy przyjaciółmi. Ja także wspominam go z sentymentem i czułością.

Dziękuję za rozmowę.

Jolanta Wołłejko – ur. 15.09.1942 r. w Grodnie. Absolwentka warszawskiej PWST (1964). Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. W latach 1965-1982 w Teatrze Polski, później w Teatrze Rozmaitości, Teatrze Komedia i gościnnie w Teatrze na Woli i Kwadracie.

Z pieprzem i solą

Trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji.
Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy – z Barbarą Burską, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jedna z filmowych scen z Pani udziałem stała się kultowa i wykorzystana jest nawet w satyrze politycznej. Wie Pani, którą scenę mam na myśli?

No, którą?

Scenę z „kultowego” „Misia” Stanisława Barei, w której jako Irena Ochódzka, przychodzi Pani niespodziewanie do byłego męża, granego przez Stanisława Tyma, w towarzystwie nowego partnera, czy męża granego przez Zenona Wiktorczyka, żeby zabrać swoje rzeczy. „Z tragarzami”.

A tak, rzeczywiście (śmiech). Wielu widzów pamięta tę scenę i czasem zaczepiają mnie sympatycznie na ulicy. „Idzie pani z tragarzami?” – pytają niektórzy, albo: „A gdzie tragarze?”

Kilka lat temu widywałem i słuchałem Panią często na spotkaniach z cyklu „Heroina polskiego kina”, organizowanych w Collegium Nobilium warszawskiej PWST przy Miodowej, gdzie imponowała Pani zebranej publiczności wspomnieniami i anegdotami z życia środowiska aktorskiego i reżyserskiego. Jest Pani istną kopalnią wiedzy o nim.

Bo to, po pierwsze, były, przynajmniej z tego anegdotycznego punktu widzenia, bardzo piękne, barwne czasy. Anegdota aktorska, do mistrzów której należeli tacy starsi koledzy jak n.p. Igor Śmiałowski, Andrzej Szczepkowski czy Andrzej Łapicki, a dziś niektórzy ją kontynuują, była zawsze solą i pieprzem naszego zawodu, niejako jego przedłużeniem. Nie znam innej profesji, w której anegdota zawodowa miałaby tak piękną i dowcipną tradycję. Swoistą odmianą tej tradycji jest parodiowanie kolegów aktorów czy reżyserów przez innych kolegów. N.p. Marek Kondrat cudownie parodiował Gustawa Holoubka, Zbyszek Zapasiewicz – Mariana Wyrzykowskiego, a Daniel Olbrychski – Andrzeja Wajdę czy Jerzego Hoffmana. Przykłady można by długo mnożyć. Aktorzy to po prostu umieją. Po drugie, trzeba znać tradycję i antenatów swojego zawodu, a anegdota jest jednym ze źródeł wiedzy o tej tradycji. Młodzi jej nie znają, przez co są duchowo ubożsi, z czego na ogół nawet nie zdają sobie sprawy. Na ogół, bo pewnie są wyjątki, nie rozumieją, że wiedza, pamięć, świadomość, ale nie ta wypożyczona od smartfonu, poszerzają wyobraźnię i pomagają w uprawianiu zawodu aktorskiego. Cykl, o którym pan wspomniał powstał z takiej właśnie intencji, z chęci przypomnienia przybliżenia tradycji naszego zawodu. W pierwszej zwłaszcza fazie spotkania przy Miodowej prowadził z dużą klasą i kulurą teatrolog Janusz Majcherek.

Zaczęliśmy rozmowę od sceny filmowej, ale realizowała się Pani głównie w serialach, w „Stawce większej niż życie”, w odcinku „Akcja liść dębu”, w „Kolumbach”, „Chłopach”, „Dyrektorach”, „Daleko od szosy”, „Czterdziestolatku”, „Życiu na gorąco”, „Panu na Żuławach”, „Karierze Nikodema Dyzmy”, „07 zgłoś się” – to znaczna część klasyki polskiego serialu.

 Bardzo sobie cenię te doświadczenia, nawet epizodyczne. Potem, po latach doszły mi też nowsze seriale jak „13 posterunek” czy „Plebania”, ale wzięłam udział także w takich filmach kinowych, jak „Dzięcioł” Jurka Gruzy, „Człowiek z M-3” Leona Jeannota z Bobkiem Kobielą, „Akwarele” Rydzewskiego, „Za ścianą” Zanussiego czy, z późniejszego okresu, „Pręgi” Magdy Piekorz.

Wróćmy do Pani czasów Pani studenckich. Kto z pedagogów był dla Pani najważniejszy?

Opiekun naszego roku Zbyszek Zapasiewicz, także Jan Kreczmar, rektor, który miał z nami zajęcia ze scen, także Aleksander Bardini i Zygmunt Hűbner. To oni mnie uformowali pod względem zawodowym, ale też zwyczajnie ludzkim. Nauczyli mnie różnych rzeczy, także choćby zainteresowania moim zawodem, innymi jego przedstawicielami, ich dokonaniami, różnymi barwami tej profesji, a nie tylko sobkowskiego koncentrowania się na swojej własnej karierze.

Powspominajmy teraz zatem o Pani pracy w teatrze żywym. Po ukończeniu w 1971 roku warszawskiej PWST grała Pani naprzemiennie w Narodowym u Hanuszkiewicza i Ludowym.

Tak. W Narodowym zaczęłam od pięknej roli Muzy w „Beniowskim” Hanuszkiewicza według poematu Juliusza Słowackiego. Była to Muza bardzo dziewczęca, ale ja długo miałam dziewczęcy wygląd. Długo miałam emploi dziewczęcej amantki, ale z rysami charakterystycznymi. Potem była rola Heleny w „Panu Jowialskim” u Jana Kulczyńskiego w Ludowym, a potem znów „Trzy po trzy” Fredry w wielkim widowisku Hanuszkiewicza w Narodowym, po czym, tamże, „Kartoteka” Różewicza w reżyserii Tadeusza Minca, bardzo dobrego i wykształconego reżysera, dziś zapomnianego. Potem rola Pani w głośnej „Balladynie” Hanuszkiewicza z „Hondami”. Następnie znów Ludowy i rola Xairy w „Izkaharze, królu Guaxray” Bogusławskiego w reżyserii Kulczyńskiego. No i w 1974 roku bardzo ważna dla mnie rola Maryny w „Weselu” w inscenizacji Hanuszkiewicza, a dalej udział w „Mężu i żonie” Fredry, też u Hanuszkiewicza. I znów „Na Woli”, w reżyserii Tadeusza Łomnickiego, Hanka w „Do piachu” Różewicza, „Damy i huzary”, a także skromny, ale ciekawy udział w „Amadeuszu”, sztuce o Mozarcie w reżyserii Romana Polańskiego. Potem jeszcze „Igraszki z diabłem” Drdy w reżyserii Tomasza Grochoczyńskiego i ostatnia moja rola sceniczna, w Teatrze Kwadrat w „Mandacie” Erdmana w reżyserii Marcina Sławińskiego. Naprawdę w teatrze żywym doświadczyłam różnorodności ról, płodozmianu.

Nie zapomniał też o Pani także Teatr Telewizji. Ja Panią po raz pierwszy zauważyłem właśnie w telewizyjnym spektaklu, w roli Doloridy w „Beatrix Cenci” Juliusza Słowackiego, w reżyserii Gucia Holoubka, w 1973 roku.

To była piękna praca nad pięknym widowiskiem, bo Gucio był wspaniałym człowiekiem, którego rozkoszą było słuchać, a co dopiero rozmawiać z nim i współpracować. Zaczęłam jednak od roli w Teatrze Kobra w „Nieznanym sprawcy” w reżyserii Jana Kulczyńskiego. Potem były też „Emancypantki” według Prusa w reżyserii Hanuszkiewicza. Zagrałam też w kilku telewizyjnych realizacjach przeniesionych w Teatru Kwadrat, w tym u Wojtka Pokory.

Barbara Burska – ur. 6 maja 1947 w Warszawie. Absolwentka PWST w Warszawie (1971). Związana z teatrami warszawskimi: Ludowym (1971-74), Narodowym (1974-75), Na Woli (1975-87), Kwadrat (1987-89).

To był złoty czas polskiego teatru

Z WIESŁAWĄ NIEMYSKĄ, aktorką Teatru Narodowego w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedy poczuła Pani w sobie „bakcyl” teatru?

W dzieciństwie mama zabierała mnie do teatru i widziałam na scenie samą Irenę Eichlerównę w „Marii Stuart” Schillera czy Ninę Andrycz, chyba w „Don Karlosie” Schillera. Pamiętam, że bardzo mi się nie podobała manieryczna intonacja u obu aktorek, a zwłaszcza to przedniojęzykowe „ł” u pani Andrycz, choć była bardzo urodziwa, postawę miała wspaniałą i pięknie nosiła kostium, którego sama używałam w przedstawieniu dyplomowym „Ślubów panieńskich”. Jednak magia teatru zadziałała.

W 1965 roku ukończyła Pani warszawską PWST. Kto z profesorów utrwalił się Pani najsilniej w pamięci, względnie wywarł na Panią istotny wpływ?

Jedną z moich najważniejszych profesorek była Ryszarda Hanin, opiekunka roku która stawiała na wydobywanie z podtekstów prawdę nie zawsze w tekście wprost zawartą, natomiast Janusz Warnecki, wspaniały aktor, kładł nacisk na technikę, uczył nas wielu użytecznych umiejętności aktorskich, jak n.p. scenicznego śmiania się, co dla studenta pierwszego roku było czymś bardzo trudnym. Bardzo też dbał o dykcję, o dobrą emisję głosu. Ja dziś cierpię, gdy słyszę wielu młodych aktorów, którzy nakłaniani, zwłaszcza w serialach, do mówienia „naturalnego”, mówią tak, że często ich nie rozumiem i nie wiem jaki mają głos. A przecież można mówić i wyraźnie i naturalnie.

Zadebiutowała Pani w 1965 roku rolą Salomei w „Horsztyńskim” Słowackiego w Olsztynie-Elblągu, w teatrze im. Stefana Jaracza, kierowanego wtedy przez Aleksandra Sewruka, do którego trafiła Pani na jeden sezon 1965/66…

Wspaniałego dyrektora i świetnego aktora charakterystycznego, który zagrał w tym spektaklu rolę tytułową. Pamiętam jak zabawnie się przejęzyczył w jednej ze scen „Horsztyńskiego” mówiąc zamiast „Salusiu, tego nie trzeba ci zalecać” – „Salusiu, tego nie trzeba ci załatwiać”, co wynikało z nawyku dyrektorskiego, bo ciągle komu coś załatwiał. Jeśli już jesteśmy przy anegdotach, to przywołam inną scenę z tego przedstawiania, gdy Szczęsny Kossakowski i Horsztyński stają do mówionego pojedynku (zdrada żony). Pada strzał Salomea wdziera się do pokoju z okrzykiem „Puszczajcie, Jezus Maria, puszczajcie”, ze sceny, która wypełniona była młodzieżą szkolną, padły słowa: „A kto cię kurwa trzyma”. To były czasy, gdy młodzież stanowiła, zwłaszcza w teatrach prowincjonalnych, znaczącą część widowni i to był jeden z nieuchronnych kosztów tej sytuacji. O mało nie umarłam, ale trzeba się było z takimi sytuacjami liczyć, bo młodzież tak nieraz reagowała. Później zagrałam Belisę w „Miłości don Pamperlina” Garcii Lorki, spektaklu reżyserowanym przez Bohdana Głuszczaka, ważnego twórcę i reżysera sławnej pantomimy głuchych, Dorlę w „Szewskiej pasji Filipa Hotza” Maxa Frischa w reżyserii filmowego reżysera Juliana Dziedziny. Do Olsztyna przyjechał też wtedy bardzo młody Jerzy Grzegorzewski, znany mi z PWST – studiowałam równolegle, który wyreżyserował „Sen nocy letniej” Szekspira. Zagrałam Tytanię – moim zdaniem okropnie, bo skoncentrowana byłam głównie na stroju i uwodzeniu Grzegorzewskiego, mojego późniejszego wieloletniego partnera – ale przedstawienie zostało dobrze przyjęte, a pochlebną opinie napisał nawet bardzo surowy krytyk Jerzy Koenig. Wspomnę tylko bardzo dobrą Ewę Kozłowską w roli Puka, która zagrała go bardzo pomysłowo, dowcipnie, nawet pastiszowo, nawiązując m.in. do stylu gry będącego wówczas u szczytu sławy Gustawa Holoubka. To było na finał mojej olsztyńskiej przygody, przed przeniesieniem się do Warszawy, a był to rok 1967, do Teatru Klasycznego, pod dyrekcję Ireneusza Kanickiego. Na dzień dobry dostałam zastępstwo za Wiesławę Kwaśniewską w „Do Juanie” Rittnera z mroczny Kaziem Meresem w roli tytułowej. Zagrałam też w „Horsztyńskim” w reżyserii Kanickiego. Ja – Amelię, a on Szczęsnego. Potem trafiłam do bardzo głośnego wtedy i popularnego widowiska słowno-muzycznego Kanickiego i Lecha Budreckiego „Dziś do ciebie przyjąć nie mogę”, zrealizowanego pod skrzydłami Mieczysława Moczara, który zresztą, poza wszystkim, bardzo się teatrem interesował. Przyjechał kiedyś na jakąś uroczystość teatralną do Olsztyna, była towarzyska impreza i nawet sfotografowano mnie z nim w tańcu. Zdjęcie zaginęło – żałuję. A co do „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” to było to widowisko tak popularne, że biletów używaliśmy w charakterze łapówek, n.p. w sklepie mięsnym. Jeździliśmy z tym spektaklem za granicę, m.in. do ZSRR, do Lwowa, gdzie tamtejsza publiczność polskiego pochodzenia przyjęła nas z ogromnym wzruszeniem, były łzy po obu stronach, widowni i wykonawców. Zwłaszcza po drugiej zwrotce „Czerwonych maków pod Monte Cassino” („Ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd”). Byliśmy też z tym spektaklem na tournee w USA, zorganizowanym przez słynnego impresaria polonijnego Jana Wojewódkę. Zagrałam we wszystkich przedstawieniach, około siedmiuset razy. Zagrałam też m.in. „Quintillę w „Kaliguli” Rostworowskiego w reżyserii Kanickiego i z nim w tytułowej roli, ale nie był to niczyj sukces. Z nim też jako Szczęsnym grałam też Amelię w „Horsztyńskim”. Miał liczne sukcesy reżyserskie w teatrze telewizji.

Pamiętam, że w środowisku teatralnym uchodził za postać kontrowersyjnym, doszukiwano się bliskich filiacji Kanickiego z Mieczysławem Moczarem, ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych…

Kanicki był bardzo inteligentnym człowiekiem, nawiasem mówiąc chyba gejem. Wspominam go bardzo mile, mawiał o mnie jako o „swojej najśliczniejszej aktorce”. Kochał luksus i wybudował sobie w Aninie dom z basenem, jeździł fantastycznym Alfa Romeo, w czasach, gdy luksusem była syrenka, wplątując się jednocześnie w jakąś gospodarczą aferę. Skończył tragicznie w więzieniu. Może to było samobójstwo, może wykonano na nim wyrok? Raczej nigdy się tego nie dowiemy.
Przypomnijmy, że Teatr Klasyczny mieścił się w Pałacu Kultury i jego obecnym następcą jest Teatr Studio…
Tak, a filią Klasycznego był Teatr Rozmaitości przy Marszałkowskiej 8, ale tylko do czasu przyjścia Józefa Szajny po odejściu Kanickiego. Szajna z tej drugiej sceny nie zrezygnował i stała się odrębną sceną, tak jest do dziś.

Gdy się przegląda noty o dawnych przedstawieniach, to natrafia się na wiele nazwisk, które dziś prawie nikomu nic nie mówią. Zagrała Pani n.p. w „Sławie i śmierci Joachima Muriety” w reżyserii Borysa Stojczewa-Vasqueza…

To była zabawna historia. Boris, Bułgar zamieszkały w Chile, był partnerem pani, spokrewnionej, bagatela, z rodem Domeyków, która z czworgiem dzieci uciekła do niego od męża dyplomaty. Na to przedstawienie, o takim chilijskim Janosiku, przyjechał autor, sławny poeta, noblista, Pablo Neruda z którąś z kolejnych żon. Po objęciu dyrekcji przez Szajnę zagrałam w głośnej „Gulgutierze”, a także w drugim składzie obsady „Dantego”, również w „Cervantesie”, z którymi to przedstawieniami jeździliśmy za granicę, m.in. do Londynu, Florencji, do Meksyku, w którym spotkaliśmy piękną Polkę, żonę miejscowego burmistrza, która była uciekinierką z zespołu „Mazowsze” czy może ze „Śląska”.

Po odejściu Szajny Studio objął Jerzy Grzegorzewski. Jak się Pani z nim pracowało?

Bardzo dobrze i bardzo często, jak chyba z żadnym innym reżyserem. To był wielki artysta, potrafiący w ostatnim momencie zmienić scenę, cudownie operujący przestrzenią, trochę ekscentryk, lubił gdy aktorzy posiadali unikalne umiejętności, n.p. jak Marek Walczewski, który potrafił dotknąć nosa językiem, czy Ankę Romantowską, podciągającą się jedną ręką na drążku gimnastycznym.

U wspomnianego wcześniej Kanickiego zadebiutowała też Pani w Teatrze Telewizji w 1967 roku w „Karykaturach” Jana Augusta Kisielewskiego…

Rolą Stefanii. Rok 1967 to jeszcze moja ulubiona Mada w „Zapałce na zakręcie”, według popularnej powieści Hanny Siesickiej w Teatrze Młodego Widza, w reżyserii Joanny Koenig. Z Włodkiem Pressem zebraliśmy wiele ciepłych słów za nasze role. Kilka lat później w 1974 roku, w tej samej sztuce zagrałam Laurę. Z Teatru Telewizji dobrze pamiętam też czteroodcinkową realizację „Dziewcząt z Nowolipek” Gojawiczyńskiej w reżyserii Stanisława Wohla, gdzie zagrałam Cechnę, obok Zośki Kucównej, Eli Kępińskiej i Emilii Krakowskiej, świetnej w roli Kwiryny, a także „Don Juana” w reżyserii Grzegorzewskiego, czyli miłość do geometrii” Maxa Frischa w reżyserii Grzegorzewskiego, gdzie zagrałam Mirandę, obok Jurka Kamasa, Jana Matyjaszkiewicza, Wiesławy Mazurkiewicz i Wandy Lothe-Stanisławskiej.

Zagrała też Pani w „Sławie i chwale”, kilkuczęściowym przedstawieniu wg . powieści Iwaszkiewicza, w reżyserii Lidii Zamkow…

Zofię, która umiera przy porodzie. U Zamkow grałam też w Teatrze Telewizji w „Śnie wujaszka” Aleksego Tołstoja. Była bardzo interesującą osobą, i choć nie była lubiana, to ja ją lubiłam z wzajemnością. Zagrałam także w „Kobrach” – „W biały dzień” wg Durbridge’a i „Fatalnej kobiecie” Patricka Quentina, ale wiele o tym Panu nie opowiem, bo wielu przedstawień prawie nie pamiętam, albo nie pamiętam z nich nic istotnego. Ostatnia moja, jak dotąd, rola w Teatrze Telewizji, to Gosposia w „Lekkomyślnej siostrze” Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej, przeniesionej z małej sceny Teatru Narodowego, gdzie z przyjemnością grałam.

W filmie zadebiutowała Pani w 1967 roku „Julii, Annie, Genowefie” Anny Sokołowskiej…

Ale bardziej utkwiła mi w pamięci praca w roli sanitariuszki Wandy przy „Jarzębinie czerwonej” Petelskich w 1969 roku, bo kręciliśmy w ciężkich warunkach, w zimnie, na poligonie w Drawsku, z Andrzejami – Łapickim i Kopiczyńskim, a także Andrzejem Antkowiakiem. Piękny scenariusz dawał mi poczucie, że będzie to wartościowy, mądry film, choć zostałam do niego zaangażowana w nagłym trybie, w pośpiechu, a głos pode mnie podkładała dobrze mówiąca wschodnim akcentem pani Tiberger. Rolę w „Czerwonym i złotym”, na podstawie ciekawego scenariusza Stanisława Grochowiaka, w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Pamiętam go głównie jako ogromnie kulturalnego i ciepłego człowieka. Zagrałam też epizod w głośnym wtedy „Ocaleniu” Edwarda Żebrowskiego. Wystąpiłam też w serialu „07 zgłoś się” w epizodzie z Bronisławem Cieślakiem. Był bardzo interesującym człowiekiem miał ciekawą osobowość, stworzył bardzo wyrazistą postać, ale nigdy nie wiedziałam kiedy kończy kwestię, bo lubił upraszczać drętwy tekst. Bardzo to przeżywałam.

Gdy przegląda się listę Pani ról i innych prac teatralnych, to nietrudno zauważyć, że reżyserem z którym pracowała Pani najczęściej, jako aktorka i jako asystentka reżysera, był Jerzy Grzegorzewski. Czy to właśnie on był najważniejszym dla Pani człowiekiem teatru?

Nie umiem tak stanowczo na to pytanie odpowiedzieć. Na zakończenie naszej rozmowy przypomnę, że moja aktywność zawodowa przypadła na złote czasy teatru polskiego, jak niektórzy nazywają te lata. To były czasy aktywności Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego, Dejmka, Hanuszkiewicza, Kantora, Szajny, Hűbnera, Grotowskiego, Tomaszewskiego z jego pantomimą z udziałem plejady wspaniałych aktorów. To były światowe nazwiska, teatr zajmował wtedy ważne miejsce w kulturze, inne niż dziś. To były inne czasy, inna cywilizacja. Ale miejmy poczucie, pamiętajmy, że było pięknie.
Dziękuję za rozmowę.

Wiesława Niemyska – absolwentka warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (1965). Aktorka Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie-Elblągu (1965–1966) i teatrów warszawskich.

Forma, nie moralizatorstwo

W 1995 roku nakręcił Pan interesujący film „Prowokator”. To utwór w poetyce sensacyjno-politycznej, którego akcja rozgrywa się w okresie rewolucyjnego wrzenia na początku XX wieku, a przy tym dotykający ówczesnych zagadnień moralno-kulturowych, czasu przełomu modernistycznego na ziemiach polskich. Polskie kino dotykało takich obszarów, choćby Edward Żebrowski czy Jacek Koprowicz. Miałby Pan ochotę wrócić do pokrewnej problematyki?
Miałbym, ale co z tego, skoro na takie filmy nie ma obecnie pieniędzy. I nie wiem czy będą kiedykolwiek. Bezwzględnie rządzi reguła pokupności tematu, czyli oglądalność, a nie najwyższa nawet waga intelektualna czy kulturowa tematu. Dziś do przeszłości tak odległej producenci niechętnie sięgają. Wydaje im się chyba za odległa, a przez to trudna do zrozumienia dla szerszej widowni. Jeśli już się dotyka przeszłości, to okresu wojennego i powojennego, jednak też są to raczej preteksty do podejmowania rozmaitych zagadnień uniwersalnych, a nie do kształtu przeszłości jako takiej. Tymczasem rzeczywiście w problematyce typowej dla przełomu wieków XIX i XX jest pasjonujący ładunek intelektualny i estetyczny. Szczęśliwie w tej całej sytuacji zdarzają się wyłomy i jest szansa, że wezmę udział w kręceniu serialu o ostatnim królu Polski Stanisławie Auguście Poniatowskim. Podejrzewam, że producentów zainspirowało powodzenie historycznych seriali BBC, na przykład o Tudorach.

Chyba od ponad dwudziestu nie nakręcono w Polsce poważnego serialu dotyczącego historii dawnej, bo trudno za taki uznać paździerzową „Koronę królów”. Zaczynał Pan jako asystent reżyserów Piotra Andrejewa przy filmie „Klincz” i Tadeusza Chmielewskiego przy „Wiernej rzece”. Co Panu dały te doświadczenia?
„Klincz” dał mi możliwość wniknięcia w skromne inscenizacyjnie, kameralne kino społeczne, w mały realizm. Z kolei przy „Wiernej rzeka”, jako dużym przedsięwzięciu, sporo dowiedziałem się o tego rodzaju produkcji, plenerowej z dużą liczbą statystów. Ta wiedza już na stałe mi procentuje. Myślę, że odmienność obu wspomnianych produkcji sprawiła, że zawsze szukałem zróżnicowanej tematyki, nie zamykałem się w jakiejś jednej przestrzeni tematycznej. Tę wielogatunkowość chyba w moich filmach widać.

Zrealizował Pan też blisko trzydzieści filmów dokumentalnych o zróżnicowanej problematyce, m.in. o Kabarecie pod Egidą, o solidarnościowym działaczu Janie Narożniaku, o Paryżu Władysława Lubomirskiego, Lisowczykach, Powstaniu Warszawskim czy o klątwie skarbu Inków. Skąd wybór dokumentu?
Po prostu bardzo lubię ten gatunek. Poza wszystkim pozwala on podjąć tematy, na które w kinie fabularnym nie ma szans. Trochę pomógł mi przypadek, gdy w stanie wojennym produkcja fabularna uległa radykalnym ograniczeniom, spowodowanym czynnikami politycznymi, ale także choćby aktorskim bojkotem.

Otarł się Pan też o teatr żywy, co prawda zaledwie kilka razy na przestrzeni trzydziestu lat, po raz pierwszy wystawiając sztukę Iredyńskiego „Głosy” w 1979 roku, a ostatnio w 2010 „Kobietę w czerni” Malatratta. Dlaczego nie poświęcił się Pan bardziej teatrowi?
Odpowiedź jest prosta – mojemu temperamentowi bardziej odpowiada film i telewizja. Co nie znaczy, że nie cenię teatru, bo inaczej od czasu do czasu bym do niego nie wracał. Teatr, to dobra lekcja formy, trzeba tu i teraz zaplanować, który aktor i jak na scenę wchodzi i z niej schodzi. Tego brakuje przy pracy w filmie i telewizji, gdzie pracuje się kawałkami, zaczynając nieraz od końca, a kończąc na początku, dopiero w montażu układając narrację linearną. W teatrze wszystko od razu musi grać. Już na próbie generalnej.

W Teatrze Telewizji zadebiutował Pan ponad trzydzieści lat temu. Co ceni Pan w tej formie?
Choćby większą mimo wszystko niż gdzie indziej szansę realizacji wielkiej klasyki. Szkoda, że na takie realizacje jak „Książę Homburga” von Kleista z Gustawem Holoubkiem, który zrealizowałem w 1993 roku czy „Chorego z urojenia” Moliera trzy lata później, tak trudno teraz o pieniądze. Takie teksty dają możliwość rozmachu i realizacyjnego i artystycznego. Teatr Telewizji daje ciekawe możliwości, odrębne niż w filmie i niż w teatrze żywym. Daje też możliwości zabawy formą, dużo większe niż w filmie kinowym i inne niż w teatrze żywym. Ja w mojej pracy najbardziej cenię właśnie formę. Nie psychologizowanie i moralizowanie jest dla mnie w sztuce najciekawsze, ale forma, umiejętność stworzenia ciekawego świata, rządzącego się swoimi prawami.

Taką możliwość zabawy formą dał Panu Teatr „Kobra”. Po przeszło ćwierć wieku od ostatniej realizacji pojawił się kilka lat temu na chwilę, w Pana reżyserii na ekranach TVP. Zabawa formą?
Trochę tak, trochę nie. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych czwartkowe widowiska kryminalne przyciągały wielomilionową widownię. Ulice Polski w tym czasie pustoszały. O ile pamiętam, ostatnie, nieliczne „Kobry” pojawiły się w latach osiemdziesiątych. Historia „Kobry” i jej odbioru, to historia pewnego fenomenu, który był zresztą możliwy tylko w tamtych czasach, gdy w Polsce był najpierw jeden a potem dwa programy telewizyjne, a oferta kinowa dużo skromniejsza, nie mówiąc już o braku Internetu. To temat na książkę, jako że film dokumentalny o „Kobrze” już powstał. W widowiskach sygnowanych charakterystycznym motywem z wijącej się kobry autorstwa Eryka Lipińskiego i niezapomnianą melodyjką pochodzącą z kompozycji Francisa Poulenca grali wybitni aktorzy, realizowano je według tekstów autorów polskich i obcych, najczęściej angielskich. Czasem były to inscenizacje popularnych kryminałów kieszonkowych z kluczykiem lub jamnikiem. „Kobry” realizowali świetni reżyserzy, a przewinął się przez nie kwiat aktorstwa polskiego. Ja się okazało, ta „Kobra” do nie wraca. Wprawdzie nigdy nie zrealizowałem „Kobry” w telewizji, ale zrobiłem ją kiedyś na scenie żywej. Była to wspomniana „Kobieta w czerni” w Fabryce Trzciny na Pradze.

Pierwsze „Kobry” telewizyjne realizowano na żywo i Pan też zrealizował ją na żywo…
Tak, było to nawiązanie do początków cyklu, a poza tym w telewizji uznano, że nadawanie widowiska tu i teraz zwiększa magię widowiska i przyciąga większą widownię. Między aktami była wstawka filmowa. Co prawda „Kobry” na żywo były czarno-białe, ale ja zastosowałem kolor, który pojawił się w telewizji polskiej na początku lat siedemdziesiątych. Także charakterystyczne logo „Kobry” z wijącą się i „puszczającą oko” kobrą, było kolorowe. Nie chciałem nadmiernie nawiązywać do najstarszych postaci „Kobry”, bo jednak nie robimy widowiska dla amatorów telewizyjnych smaczków z archiwum, ale dla współczesnej widowni. Wybrałem „Dawne grzeszki”, sztukę dwuaktową angielskiego autora Rogera Mortimera Smitha, tekst moim i nie tylko moim zdaniem świetny, kameralny, na niewielką obsadę, lekko napisany, który autor nazwał komedio-thrillerem, więc będzie trochę strachów, trochę śmiechów. Były tu też pewne podteksty klasowe charakterystyczne dla społeczeństwa angielskiego. Znalazło to odzwierciedlenie w języku postaci. Nie jest to proste, ponieważ w polskim języku nie ma aż tak jaskrawych podziałów i nie będzie łatwo o odpowiedniki.

Nawiązał Pan do stylistyki dawnej „Kobry”?
Poniekąd tak, choć starałem się zrobić to środkami nieco bardziej filmowymi niż ściśle teatralnymi. Zresztą uważni widzowie „Kobry”, a zwłaszcza jej miłośnicy na pewno pamiętają, że ewoluowała ona od widowiska zamkniętego w dekoracjach z tekstury i gipsu w studiu poprzez widowiska wychodzące w plenery, aż do prawie całkowicie filmowych.

Czy konwencja kostiumowa i scenograficzna była nawiązaniem do lat sześćdziesiątych?
Tak, to było specyficznym smaczkiem. Tak byli ubrani bohaterowie, choć akcja sztuki będzie usytuowana współcześnie. Poszukaliśmy też odpowiednie rekwizytów, ale nie będziemy popadali nadmiernie w styl retro. Rzecz była zrobiona trochę z przymrużeniem oka, z angielską ironią, tak zresztą jak robione były tamte „Kobry” sprzed lat. Były zresztą widowiska na bardziej poważnie, jak choćby „Szal” czy „Melissa” i były z założenia komediowe jak „Arszenik i stare koronki”. Zachowaliśmy też oczywiście pewien sposób pokazywania angielskości charakterystyczny dla dawnych „Kóbr”, też z lekkim
przymrużeniem oka.

Tematyka i poetyka sensacyjno-kryminalna pasjonuje Pana szczególnie?
Tak, lubię ten gatunek, a poza tym poprzez niego można pokazać dużo więcej niż tylko intrygę kryminalną. Można pokazać kawałek życia społecznego, mechanizmy psychologiczne i inne rzeczy. Kryminał to gatunek pojemny. Nieprzypadkowo dla żartu zagrałem reżysera Bronka Kornackiego w jednym z odcinków serialu „Wydział zabójstw”. Taką modę pojawiania się reżyserów w epizodach własnych filmów zapoczątkował mistrz kryminalnego suspensu, Alfred Hitchcock.
Dziękuję za rozmowę.

 

Krzysztof Lang – ur. 2 czerwca 1950 w Warszawie – reżyser i scenarzysta. Absolwent chemii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Wydziału Filmowo-Telewizyjnego na Uniwersytecie Śląskim. Zajmuje się filmem fabularnym, dokumentalnym, krótkometrażowym i historycznym. Wyreżyserował szereg spektakli Teatru Telewizji. Zrealizował także filmy „Remis” (1984), „Papierowe małżeństwo” (1991) – Nagroda Srebrne Grona, Łagów 1992), „Strefa ciszy” (2000), „Miłość na wybiegu” (2009), „Śniadanie do łóżka” (2010). Realizował też odcinki m.in. seriali „Fala zbrodni”, „Wydział zabójstw”, „Magda M”, „Komisarz Alex”. W teatrze Telewizji debiutował „Natalią” W. Briusowa (1986), a zrealizował też m.in. „Półświatek” A. Dumasa (1997), „Kram z piosenkami” L. Schillera (1997) „Branda” H. Ibsena (1999), „Pierwszy września” W. Bieńko (2007), „Tajnego współpracownika” C. Harasimowicza (2011). W teatrze żywym m. in. „Korowód” A. Schnitzlera (1995).

Wreszcie!

Wywiad z Tomaszem Markiewką, filozofem z UMK i publicystą „Krytyki Politycznej” (fragment)

Wszystko wskazuje na to, że będą trzy bloki wyborcze: PO z Nowoczesną i Inicjatywą Polską, PSL oraz lewica, która się zjednoczy: SLD, Razem, Wiosna mają iść do wyborów w jednym zespole. Jak pan ocenia ten pomysł?
Ten podział jest sensowny, bo oddaje różnice ideowe na opozycji. PO wierzy, że polską gospodarkę rozruszają ulgi podatkowe i pomoc dla przedsiębiorców, prawdę mówiąc, to jest trochę powrót do lat 90. Lewica stawia na usługi publiczne i chce zmienić dziwaczny system podatkowy, który sprawia, że nauczycielka zarabiająca 2 tys. zł płaci proporcjonalnie wyższe podatki niż osoba zarabiająca kilkanaście tysięcy. PSL pragnie walczyć o elektorat wiejski. Tutaj jest naprawdę niewiele elementów wspólnych, a przecież są jeszcze różnice dotyczące praw kobiet, praw mniejszości, polityki energetycznej i mnóstwa innych rzeczy.

Wydaje się więc to uczciwe wobec wyborcy lewicowego. Partie, które mają wyraźne lewicowe przekonania nie podłączają się do PO, tylko obiecują, że się dogadają. Potrafią?
Powinni się dogadać, to jest test na ich odpowiedzialność. Brutalna prawda jest taka, że ani SLD, ani Wiosna, ani Razem nie są w stanie wejść do Sejmu w pojedynkę. Rozdrobniona lewica jest słaba, zjednoczona lewica może zawalczyć na początek nawet o 15-20 proc. głosów. W tej chwili główną siłą na opozycji jest PO, ale na dłuższą metę tak nie musi być, lewica jest aktywniejsza programowo, dostrzega zmiany na świecie, rozumie wyzwania ekonomiczne oraz ekologiczne. Dodatkowo w jej otoczeniu jest wiele młodych osób, które na własnej skórze odczuły zaniedbania polskiej polityki ostatnich kilkunastu lat. To ogromny potencjał. Od liderów formacji lewicowych zależy, czy go nie zmarnują.

Co by się zmieniło, gdyby lewicowe ugrupowania zdołały wprowadzić do Sejmu swoich posłów?
Przekleństwem polskiej polityki ostatnich lat jest to, że sprowadza się ona do wojny PiS-u i PO, dwóch w gruncie rzeczy prawicowych partii. Wiem, że część przeciwników PiS nazywa ugrupowanie Kaczyńskiego socjalistami, a niektórzy przeciwnicy PO uważają partię Schetyny za lewaków, ale to oczywisty absurd. Obydwie partie są konserwatywne, obydwie całkowicie lekceważą problem usług publicznych, od transportu, po szkoły i żłobki, obydwie nie mają żadnej odpowiedzi na kryzys klimatyczny. Wejście lewicy do Sejmu mogłoby pomóc w poszerzeniu naszej debaty politycznej. Nie sprowadzałaby się ona tylko do tego, że PiS nienawidzi Tuska, a PO Kaczyńskiego. Skorzystać mogliby wszyscy, paradoksalnie także zwolennicy PiS i PO, bo obecność w Sejmie nowej siły zmusiłaby dwie prawicowe partie do tego, aby wyjść poza logikę wzajemnej wojny i zacząć zachowywać się trochę mądrzej. Nic tak nie mobilizuje do pracy jak świadomość, że wcale nie ma się monopolu na władzę i można ją stracić na rzecz kogoś innego.

Tekst pochodzi z „Gazety Pomorskiej”, rozmawiała Karina Obara.

Prawda w końcu się przebije

Z płk. dr. ANDRZEJEM CZECHOWICZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Domyślam się, że swojej dwutomowej książce „Straceniec. Przypadki urodzonego w niewłaściwym czasie”, niektórych istotnych faktów Pan nie zamieścił, że niektóre zachował Pan w tajemnicy. Czy tak było?

Są takie fakty, których nie zamieściłem, a do ich ujawnienia upoważniłem moją córkę po mojej śmierci.

Musiał Pan czy chciał je Pan zataić?

I chciałem i nie bardzo mogłem ich ujawnić, z różnych względów, po części zawodowych, po części osobistych.

Spotkał się już Pan z reakcjami na Pana wspomnienia?

Z wieloma, zwłaszcza w internecie i jest ich coraz więcej. Także coraz więcej jest chętnych do zakupu mojej książki.

Co czytelników najbardziej w niej interesuje? Wątki sensacyjne, wywiadowcze, polityczne, personalne?

Sensacyjne jak najbardziej – a jest ich naprawdę dużo – jako że często noszą znamiona prawie kryminałów, zaś gatunek ten od niepamiętnych czasów cieszy się dużą popularnością. Aspekty polityczne oczywiście także. Zauważyłem, że wielu moich czytelników, to ludzie PRL, którzy mają uzasadnione poczucie niezasłużonej krzywdy z powodu potraktowania ich ryczałtem jak zwykłych przestępców. Stosując wobec nich sprzeczną z prawem polskim, europejskim i w ogóle międzynarodowym zasadę odpowiedzialności zbiorowej z pominięciem drogi sądowej. A przecież to nie oni sprawili, że Zachód sprzedał Polskę Stalinowi już w Teheranie w 1943 roku, a potem w Jałcie i Poczdamie. Jeśli zaś chodzi o PRL, to powstała ona z łaski Stalina i w ogóle mogła istnieć tylko i wyłącznie w takiej formie ustrojowej i w takich granicach, gwarantowanych zresztą przez ZSRR. To właśnie dzięki temu, że powstała PRL, a nie 17 republika radziecka, można było chronić i rozwijać polską tożsamość, kulturę i naukę, które notabene rozwijały się wtedy wręcz wspaniale w każdej dziedzinie. Mimo ograniczonej suwerenności, zwłaszcza w polityce zagranicznej, posiadaliśmy duży zakres samodzielności i liberalizmu w polityce wewnętrznej, szczególnie po przełomie październikowym w 1956 roku. Istniał niezależny Kościół, prywatne rolnictwo, rzemiosło , drobny przemysł i handel, otworzyliśmy się na Zachód, cenzura była łagodna, a wolność słowa mówionego duża. Tego zaś mogli nam tylko pozazdrościć i bardzo zazdrościli obywatele pozostałych demoludów, nie mówiąc już o ZSRR, dla którego elit staliśmy się wzorem do naśladowania, n.p. przez czytanie naszych czasopism. Chyba jednak najbardziej interesująca dla czytelników jest zawarta w książce dokumentacja, przede wszystkim zaś sposoby jej zdobywania, jak również moja praca operacyjna. Największym moim osiągnięciem było, po pierwsze, rozszyfrowanie systemu organizacyjnego i sposobu działania Wydziału Badań i Analiz Europy Wschodniej czyli Pionu Wywiadowczego RWE w naszej nomenklaturze, w którego polskiej sekcji pracowałem przez 6 lat. A więc systematyczne zdobywanie tajnych raportów, zwłaszcza I i II stopnia tajności oraz najbardziej tajnych i najpilniej strzeżonych kart osobowych informatorów RWE, szczególnie tych pochodzących z samej góry władz partyjno-państwowych, rozgrywających rękami RWE swoje sprzeczne interesy w walce o utrzymanie lub przejęcie władzy, w znanym szeroko konflikcie „Chamy” kontra „Żydy”, czyli „Partyzanci” kontra „Puławianie”. Po drugie, naprowadzenie przeze mnie Centrali na ślad redaktora Sekcji Polskiej, czyli Pionu Propagandowego RWE, którego nazywam w książce „x-em”, posiadającego w jednym z banków szwajcarskich w skrytce na hasło, dokumenty dotyczące Nowaka-Jeziorańskiego, kompromitujące go jako hitlerowskiego kolaboranta, zatrudnionego przez SS na stanowisku Nadkomisarza Zarządu Komisarycznego Zabezpieczonych Nieruchomości (ZKZN) w Warszawie w latach 1940-1942. Poza tym znał on osobiście, mieszkającego w Warszawie SS-mana Johanna Kassnera, „kolegę” z pracy Nowaka w tej instytucji, zarządzającej zrabowanym mieniem żydowskim. W wyniku cierpliwej, misternej i wręcz koronkowej robocie naszych oficerów w Centrali i „za płotem” czyli za granicą oraz wielu współpracujących z nami polskich emigrantów w Anglii, USA i RFN, udało się nam nakłonić Kassnera przez jego byłą żonę Barbarę Szubską, która specjalnie przyleciała w tym celu z Florydy do Monachium, do złożenia w 1970 roku notarialnego oświadczenia z mocą przysięgi, iż znał Nowaka jako zatrudnionego z nim razem nadkomisarza w ZKZN w Warszawie w latach 1940-1942. Kserokopię tego oświadczenia podarowała ona swojemu przyjacielowi Alexowi Ostoi-Starzewskiemu z prośbą o przekazanie jej „rozmnożonych” kserokopii – w ramach jego współpracy z kierownictwem Partii Republikańskiej – senatorom tej partii, Cliffordowi Case’owi i Jamesowi Buckley’owi. Ci zaś zwrócili się do Komitetu Wolnej Europy i dyrekcji amerykańskiej RWE o wyjaśnienie tej sprawy. Nasi ludzie z kolei dotarli w tym czasie do Ostoi-Starzewskiego z propozycją udostępnienia im (po odmowie Szubskiej) posiadanych przez niego kserokopii oświadczenia Kassnera, występując wobec niego (podobnie jak wobec Szubskiej) pod flagą rzekomych wysłanników pewnych kręgów rządu londyńskiego, pragnących usunięcia Nowaka ze stanowiska dyrektora RWE, nie tylko z uwagi na jego „cackanie się” z komunistami w kraju, lecz wręcz zachwalania zalet tzw. demokratycznego socjalizmu w programach RWE. Ostoja-Starzewski, domyślając się prawdopodobnie kim są owi „wysłannicy”, powiedział: „Dokumentu wam nie dam, ale zamieszczę go w majowym (1972) wydaniu mojego pisma „Ruch Odrodzenia Narodowego”, a wy zrobicie z tym, co zechcecie”. Tu dodam, że Szubska, córka rosyjskiego arystokraty, Wasilija Koczubieja, dyrektora personalnego w ZKZN (ona sama prowadziła tam biuro meldunkowe) i agenta brytyjskiego w jednej osobie, pałała do Nowaka żądzą zemsty za doznane z jego strony upokorzenie. Otóż w 1950 roku, będąc jeszcze w Niemczech, poprosiła go o zatrudnienie w RWE. Przerażony Nowak, widząc przed sobą niebezpiecznego świadka swego nadkomisarzowania, zelżył ją i wyrzucił za drzwi, każąc ochroniarzowi wyprowadzić ja za kołnierz z budynku radia. Kserokopia oświadczenia Kassnera, wzięta z gazetki Ostoi-Starzewskiego, ukazała się dopiero w drugim wydaniu mojej książki „Siedem trudnych lat” w 1974 roku, a nie w pierwszym z 1973 roku, ponieważ sekretarz KC PZPR Jerzy Łukaszewicz, odpowiedzialny za propagandę, nie wyraził na to zgody z obawy o zablokowanie przyznanych nam przez Amerykanów kredytów. Niestety, wielu ludzi z partyjnej góry miało kiepskie wyobrażenie o Zachodzie, zwłaszcza w porównaniu z nami, ludźmi służb na tym Zachodzie działających. Gdy się o tym dowiedział ówczesny szef MSW, generał Franciszek Szlachcic, nakazał jego natychmiastowe zamieszczenie w drugim, przyspieszonym wydaniu mojej książki w 1974 roku. W oparciu o jej tekst w „Rheinischer Merkur” z 20 września 1974 roku ukazał się artykuł znanego niemieckiego dziennikarza i pisarza Joachima Gőrlicha, który nazwał Nowaka hitlerowskim treuhanderem (powiernikiem) pożydowskiej cegielni w Radzyminie. Otóż Nowak, starając się jak najlepiej urządzić pod okupacją niemiecką, zwrócił się do swego stryja Stanisława Jeziorańskiego, pełniącego od 15 lipca 1940 roku funkcję burmistrza Radzymina, o przydzielenie mu w zarząd najlepszej wówczas cegielni w Radzyminie, noszącej nazwę „Nowa Cegielnia w Radzyminie”, skonfiskowanej Żydowi Arie Harderowi. Stryj jednak nie będąc władnym zadośćuczynić jego prośbie, gdyż wszystkie cegielnie w okupowanej Polsce podlegały SS, polecił mu złożenie odpowiedniego podania do dowódcy SS i Selbstchutzu powiatu warszawskiego, obersturmfűhrera Friedricha Wawrzoka (zniemczonego Ślązaka). Ten z kolei poparł to podanie w swoim piśmie z 8 sierpnia 1940 roku do odpowiadającego za takie sprawy powiatowego szefa Wydział Rolnictwa i Wyżywienia. Ponieważ jednak cegielnia ta została już uprzednio ustnie przyrzeczona volksdeutschowi o nazwisku Zontara przez szefa Dystryktu Warschau, Wawrzok załatwił Nowakowi intratną fuchę w postaci posady Nadkomisarza ZKZN w Warszawie. Był to zdumiewający awans dwudziestosiedmioletniego zaledwie wówczas Nowaka, gdyż takie kierownicze stanowiska mogli zajmować – zgodnie z zarządzeniem Generalnego Gubernatora Hansa Franka – tylko „wyjątkowo godni zaufania tubylcy”, czyli Polacy i to dopiero po złożeniu przez nich przysięgi na wierność Trzeciej Rzeszy. Względnie tacy, co już uprzednio byli niemieckimi agentami, członkami piątej kolumny, czy też w taki czy inny sposób czymś się Niemcom zasłużyli. Zamieszczenie w 1974 roku w mojej książce kserokopii oświadczenia Kassnera wziętego z „Ruchu Odrodzenia Narodowego” spowodowało w RWE i wśród emigracji wielką konsternację. Ponieważ Nowak od razu nazwał je „fałszywką bezpieki”, rozesłaliśmy do jego wrogów w RWE, jego dyrekcji amerykańskiej, gazet niemieckich i emigracyjnych polskich owe pismo obersturmfűhrera SS Wawrzoka z 8 sierpnia 1940 roku. Mimo iż i ten dokument nazwał Nowak fałszywką bezpieki, skutek był natychmiastowy, gdyż został on w ten sposób zmuszony do wytoczenia procesu „Rheinisher Merkur” i Gőrlichowi o zniesławienie. Przegrał go z kretesem w Sądzie Krajowym w Kőln (Kolonii), który w swym wyroku z 2 lipca 1975 roku (sygn. Akt. 78099/75) uznał, że Gőrlick miał prawo nazwać go „hitlerowskim treuhanderem”, a następnie dodał: „Zatem więc powód (t.j. Nowak) pracował wówczas – czemu nie przeczy – w Zarządzie Komisarycznym Zabezpieczenia Nieruchomości jako urzędnik hitlerowskiej władzy okupacyjnej, czyli urzędzie, który zajmował się administracją nieruchomości, które należały względnie należałyby do żydowskich właścicieli i które zostały przez władze okupacyjne co najmniej zarekwirowane. Znaczenie czynności powoda podkreśla i uwydatnia określenie jej jako oficjalnie i urzędowo zatwierdzonego nadkomisarza hitlerowskiego Zarządu Komisarycznego”. Należy tu podkreślić, iż Nowak aż do śmierci twierdził, że także ten wyrok był fałszywką bezpieki. W tej sytuacji Amerykanie zostali zmuszeni do jego prawie natychmiastowego usunięcia z RWE już w połowie 1975 roku, oficjalnie zaś z dniem 1 stycznia 1976, nie czekając nawet na rozprawę apelacyjną, która również zakończyła się zresztą jego kolejną katastrofą, przypieczętowaną wyrokiem Wyższego Sądu Krajowego w Kőln z 6 lipca 1976 r, sygn. Akt. 228/75 i 99/75.

Ma Pan jakąś hipotezę na ten temat tych filiacji niemieckich Nowaka?

Mam. Niemcy przed napaścią na Polskę bardzo rozwinęli wymierzoną w nią działalność szpiegowską, werbując nie tylko mieszkających w niej Niemców, ale także Polaków, najchętniej urodzonych w Niemczech, mających tam jakieś powiązania rodzinne, sympatyzujących z Hitlerem czy państwowością niemiecką, dobrze wykształconych, a więc przyszłościowych itd. Nowak, jako urodzony w Berlinie, a nie w Warszawie, a przy tym doktorant Uniwersytetu w Poznaniu, był wręcz idealnym kandydatem do takiego werbunku. Tak twierdzili niektórzy jego wrogowie na emigracji. Inni utrzymywali, że został zwerbowany w ZKZN i stamtąd skierowany do podziemia, do jego rozpracowywania, jak przypuszczał n.p. redaktor RWE Stefan Wysocki. Jeszcze inni przypuszczali, że początkowo rzeczywiście pracował dla Niemców, ale po ich napaści na ZSRR zerwał z nimi i wiernie służył Polsce. Byli też tacy, którzy uważali go za podwójnego agenta, a osławiony rewizjonista Herbert Czaja nazwał go w niemieckiej gazecie najpierw podwójnym agentem, potem zaś wyłącznie niemieckim agentem, za co Nowak nie ośmielił się wytoczyć mu procesu. Jego opisy podróży kurierskich w książce „Kurier z Warszawy” są wielce niewiarygodne, pełne sprzeczności, niedorzeczności i kłamstw w świetle znanych dokumentów, sprawdzonych faktów i opinii. Najłagodniejsza ocena jego wrogów mówi o tym, że odbywał je za cichą zgodą Niemców, którzy mieli w tym swój interes. Najcięższa zaś sprowadza się do stwierdzenia, że był agentem Abwehry lub Sicherheitsdienst (SD/SS). Podejrzewał go o to m.in. major wywiadu brytyjskiego, osobisty przyjaciel Winstona Churchilla i jego doradca ds. wywiadu, Desmond Morton. To on cały czas intrygował przeciwko Nowakowi podczas jego pobytów w Londynie, starał się nie dopuścić do złożenia wizyty Churchillowi, a w końcu spowodował, że ambasada USA odmówiła mu wizy wjazdowej do tego kraju. Ostatecznie pogrążyło go przerzucenie z jego poparcia zaprzyjaźnionego z nim byłego jeńca brytyjskiego i porucznika AK Rolanda Jeffreya, który wbrew zakazowi jeszcze generała Grota-Roweckiego podejmowania jakichkolwiek kontaktów z „białymi” Rosjanami, nawiązał współpracę z pułkownikiem Borysem Smysłowskim, szefem sztabu Rossijskoj Oswoboditielnoj Armi (ROA) i agentem SS. Za jego namową podjął wyprawę do Anglii przez Danię i Norwegię w mundurze Sonderfűhrera SS, a następnie w cywilu został przerzucony do Szwecji, skąd odleciał do Anglii. Wszakże po wnikliwych przesłuchaniach go przez wywiad brytyjski, w tym osobiście Desmonda Mortona i zaczerpnięciu przez tegoż odpowiednich informacji z KG AK, Anglicy uznali go za podwójnego agenta zwerbowanego przez Smysłowskiego, figurującego przy tym na jego liście płac agentów gestapo działających głównie w ZSRR i Polsce. W rezultacie Jeffrey został aresztowany, zdegradowany do stopnia szeregowego i przez dłuższy czas czyścił latryny w jakiejś karnej jednostce. Morton zaś – obok polskich wrogów Nowaka – stał się w Londynie głównym źródłem pogłosek o jego kolaboracji z wywiadem SS.

Dziś mamy jednak taką sytuację, że Pana narracja, bogato udokumentowana i godna co najmniej zainteresowania, analizy i dyskusji, jest w niszy, właściwie przemilczana, a wygrała narracja mówiąca o Nowaku Jeziorańskim jako o niewątpliwym polskim bohaterze narodowym, czego wyrazem jest niedawna premiera hagiograficznego filmu „Kurier”. Wierzy Pan, że to co Pan ma do powiedzenia wyjdzie na szersze tory? Bo zwyciężyło polskie pragnienie pięknego mitu, cenionego wyżej niż prawda…

W tej chwili tak. Moja książka na razie jeszcze nie dotarła do szerszych kręgów, ale myślę, że do tego dojdzie. Nowak to był gangster polityczny, człowiek, któremu nie można jednak odmówić silnego charakteru, inteligencji i przebiegłości oraz charyzmy, zdolności aktorskich i predyspozycji przywódczych. Dążył do tego, za każdą cenę, wręcz na siłę, żeby zrobić z siebie postać pomnikową, wielkiego patrioty, katolika, antykomunisty i rusofoba. Już samo tylko takie postępowanie rodzi jak najgorsze podejrzenia. Kto bowiem, będąc prawdziwym patriotą, ma potrzebę robić sobie taką autoreklamę? Prawdziwi patrioci, jak n.p. Jan Karski, są ludźmi skromnymi, nie obnoszącymi się nachalnie i wszędzie ze swoimi zasługami. Ponieważ zależy mi na tym, żeby to o czym mówię, dotarło jak najszerzej, wysyłam książkę do różnych prominentnych osób z kręgu nauki i dziennikarstwa, do różnych redakcji. Myślę, że to w końcu przyniesie skutek i prawda się przebije.

Czy bez problemów znalazł Pan wydawcę swojej książki?

Ależ skąd! Aż siedem wydawnictw odmówiło mi, ze strachu przed narażaniem się. Jeden z wydawców, dawny pracownik naszych służb powiedział mi wprost: „Skurwysyny mnie zniszczą” inny powiedział, że moja książka wywoła zbyt duży szok wśród opinii publicznej, karmionej dotychczas uwielbieniem dla Nowaka, uważanego za świętość narodową. Musiałem więc wydać ją prywatnie, co udało mi się w Olsztynie. Wynika z tego gorzka refleksja. Tak się ludzie boją w wolnej Polsce, choć niby nie ma cenzury i jakiejkolwiek opresji. Jednak ludzie się obudzą, bo to co robi PiS jest zabójcze dla kraju. Jeśli wskutek także ich działań Unia Europejska się rozpadnie, to zostaniemy sami między Niemcami a Rosją, w postaci wyznaniowego skansenu. Trzeba więc współpracować ze wszystkimi a nie ze wszystkimi walczyć. Nie podporządkowywać partii sądów i całego wymiaru sprawiedliwości. Niestety opozycji ciągle brak przywódcy z jajami. Jestem obywatelem o takim temperamencie, że nie potrafię na dłuższą metę milczeć. Napisałem więc do Kaczyńskiego list z wezwaniem, by zaprzestał bezsensownej i zgubnej dla kraju walki z Unią Europejską, opozycją i siłami postępowymi, by zerwał z perfidną, destrukcyjną polityką skłócania i dzielenia narodu. Żeby zwołał nowy okrągły stół, by pogodzić ze sobą Polaków, w ogólnonarodowym interesie, bo w przeciwnym razie odejdzie w hańbie.

A co Pan myśli o lewicy?

Niestety, lewica nie może się podnieść z drugiego szeregu. Mam do niej pretensje, mam na myśli SLD, że za bardzo wchodzili w dupę Kościołowi i wszelkiego rodzaju kołtunerii, a przecież Kościół nigdy nie poprze lewicy, bo jest jego naturalnym wrogiem. Ustępstwa przed referendum w sprawie Unii nic na dłuższą metę nie dały. A to co dziś wyprawiają biskupi, to jest straszne, haniebne i źle się dla niego skończy. Nie słuchają oni bowiem nawet Franciszka, który chce ten Kościół ratować. Myślę jednak, że to końcówka jego prosperity, przynajmniej w takiej formie jak dziś, dlatego chcą forsy i nic innego, posługując się m.in. stosowaniem opresji religijnej. Mnie pośrednicy do Pana Boga za pieniądze są niepotrzebni, bo to jak dawny handel odpustami, który w XVI wieku doprowadził do rozbicia Kościoła katolickiego. Niestety od tego czasu lud niewystarczająco zmądrzał. Na prowincji wielu modli się do księży jak do bożków. Tam wpływ Kościoła ciągle jest ogromny, choć i tam coraz częściej ludzie sarkają na mieszanie się kleru do polityki i na jego pazerność.

Wróćmy do Pana książki. Podobne jak Pan, problemy z szerszym dotarciem do opinii z wynikami swoich dociekań ma Tomasz Piątek, autor książek o tajemniczej roli Antoniego Macierewicza. To także robi wrażenie zmowy milczenia…

Macierewicz rozwalił Wojskowe Służby Informacyjne i wystawił wielu naszych agentów. Jednym z tych, którzy się uratowali ucieczką był zdolny oficer Aleksander Makowski. Za to Macierewicz powinien stanąć przed sądem. Prawdopodobieństwo, że mógł on być zwerbowany przez służby radzieckie, a potem podtrzymywany przez rosyjskie, jest duże. Przecież oni werbowali ludzi głównie z ówczesnej solidarnościowej opozycji, bo skąd mieli werbować? Sądzę, że wielu z nich zajmuje w dzisiejszej Polsce wysokie stanowiska, rozpoznawać ich zaś należy po tym, czy to co mówią, robią, piszą, jak postępują i działają, służy w jakikolwiek sposób Putinowi. Myślę, że sporo ich zwerbowano także spośród dziennikarzy. Jakkolwiek jednak jest, i Macierewicz i Kaczyński obiektywnie działają na rękę Rosji. Ludzie z tzw. Konfederacji, gdzie są pospołu Korwin, Winnicki, Braun, Liroy nawet specjalnie nie kryją swoich prorosyjskich sympatii, ale to stara tradycja endecka, a oni są postendekami. Jednak stawianie na konia rosyjskiego nie ma przyszłości. Putin marzy o nowej Jałcie ale to nierealne przy ich potencjale, to odlot. Ogromna terytorialnie Rosja ma potencjał ekonomiczny o rozmiarach małej Holandii albo Hiszpanii. Do tego dochodzi tragiczny stan demograficzny Rosji, nadumieralność mężczyzn, masowy alkoholizm. Mało kto dożywa tam emerytury po podniesieniu wieku emerytalnego do 65 roku życia. Tymczasem Chiny już ich kolonizują, zwłaszcza na Syberii. Przy proporcji1,5 miliarda Chińczyków do 15 milionów rosyjskich mieszkańców wyludniającej się Syberii, Chińczycy skolonizują ją bez jednego wystrzału. Nawet ropa im nie pomoże, bo Chińczycy będą mieli własną ropę z Morza Południowego. Należy przy tym pamiętać, że jako stary, doświadczony naród, kierujący się teraz także filozofią konfucjańską, planują swoją przyszłość i działania z wyprzedzeniem na dziesiątki czy nawet setki lat. Wydaje się więc, że najlepszym wyjściem dla Rosji i dla nas wszystkich byłoby przyłączenie się jej do wspólnoty euro-atlantyckiej, a więc do wszystkich ludów wywodzących swe korzenie z kultury europejskiej i chrześcijaństwa.

Dziękuję za rozmowę.

Informacje o możliwości nabycia książki Andrzeja Czechowicza można znaleźć pod adresami: www.swiatksiazki.pl, www. motyleksiazkowe.pl, a także pod numerem telefonu: 668 255 863.

Milczenie premiera to policzek dla nauczycieli

„Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji niezwykle palącej dla 700 tys. nauczycieli i wobec uczniów” – mówi posłanka Krystyna Łybacka w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne spotkanie w Centrum „Dialog” nauczycieli z rządem bez rezultatu. Obie strony deklarują, że są gotowe do rozmów, ale wicepremier Szydło jeszcze przed ich rozpoczęciem zapowiedziała, że nie ma żadnej nowej oferty od rządu. Po co zatem to spotkanie?
KRYSTYNA ŁYBACKA: Rzeczywiście to pytanie jest zasadne, ale jednocześnie bardzo otwarte, tym bardziej, że propozycja rządu, która została przedstawiona w piątek, mówiąca o tym, że do 2023 roku będą podwyżki, ale połączone ze zmianą pensum, jest propozycją, która tak naprawdę obraża nauczycieli. Podam jeden przykład, niezwykle ważny w całej nauczycielskiej grupie: zaledwie 7 proc. nauczycieli to stażyści. To niezwykle groźna sytuacja, bo tak niewielka liczba młodych nauczycieli nie zapewnia naturalnej odnowy zawodowej, ale również każe zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie nie chcą do tego zawodu pójść. Stażysta dostaje w tej chwili brutto 2500 tys., mając pensum 18 godzin. Bedzie dostawał 750 zł więcej, czyli 3250, ale z pensum 24. W tej chwili przy tym pensum godzina pracy stażysty wynosi 34 zł i 7 gr. Przy nowym pensum i nowym wynagrodzeniu według propozycji rządu to będzie 32,50 zł, a więc mniej. Czy to jest propozycja poważna w tak trudnej sytuacji, która jest właściwie pożarem? Domyślam się, że rząd czekał do poniedziałku, żeby przekonać się, jaka jest skala determinacji nauczycieli i jak ten protest będzie wyglądać. Mówiąc krótko, liczył na to, że być może tylko jakaś część placówek będzie strajkować, udało się z protestu wyłączyć „Solidarność”, tymczasem okazało się, że nastąpiło nowe zjawisko, chyba jedyne pozytywne w całym tym bardzo złym momencie – absolutna integracja środowiska. Wczoraj, tu w Poznaniu, nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest z „Solidarności”, czy z OPZZ, czy ZNP, czy niezrzeszony. Strajkowało ponad 80 proc. szkół ramię w ramię. Wczoraj rząd otrzymał odpowiedź na swoje oczekiwania co do skali i chcę przekazać rządowi, że czasami ktoś zdesperowany ma ogromny zapas sił, a taka jest dziś sytuacja nauczycieli.

Dotknęła pani ważnego aspektu, o którym mówi się coraz częściej przy okazji tego strajku, że czas aby zastanowić się, jak ma wyglądać oświata w XXI wieku i jaką rolę ma w niej do spełnienia nauczyciel, ale najpierw chciałabym zapytać, czy rząd nie dąży do konfliktu z nauczycielami i eskalacji strajku, bo chce nauczycieli obciążyć chaosem wywołanym przez tzw. reformę edukacji minister Zalewskiej?
To chyba nie jest już nawet hipoteza, bo zachowanie rządu zdaje się to potwierdzać. Rząd z jednej strony liczył, że skala protestu będzie mniejsza, z drugiej przecież rozpoczął ogromną akcję skonfliktowania nauczycieli i rodziców. Przecież szkoła, jeżeli ma działać dobrze, musi być triadą: rodzice, nauczyciele, dzieci. Jakikolwiek wyłom w tej trójce powoduje zaburzenie w działaniu szkoły. To jest drugi element, którzy rządowi się nie sprawdził w założeniach, bo większość rodziców, przy ogromnych kłopotach, jakie niesie za sobą ta sytuacja, jednak wyraża solidarność i wsparcie dla nauczycieli. Także znacząca cześć uczniów, którzy potrafią już samodzielnie myśleć, wie doskonale, że ich nauczyciele zarabiają za mało. Dziś słyszałam o sytuacji, że w jednej z warszawskich szkół jest klasa tzw. legionistów – młodych trampkarzy, czyli piłkarzy Legii. Oni już mają drobne kontrakty klubowe, uczestniczą w rozgrywkach, część z nich nawet w młodzieżowych meczach, i proszę sobie wyobrazić, że zarabiają więcej, niż ich nauczyciele. Jak ma się czuć nauczyciel? To też dowodzi, jak bardzo niedofinansowana jest ta grupa, czy wręcz upokarzana.
Przede wszystkim nie brano pod uwagę głosów nauczycieli, gdy wprowadzano reformę, a przestrzegali oni przed kumulacją roczników, przed zbyt pośpiesznie skonstruowaną podstawą programową, przestrzegali przed przepełnionym programem. To są też problemy, z którymi zmagają się rodzice. Zatem skala protestu i emocji, która występuje, to nie jest tylko kwestia podwyżek, tylko traktowania całego środowiska przez rządzących.
Wracając do pani pytania, czy nie powinniśmy dyskutować szerzej o oświacie w Polsce. Oczywiście, że powinniśmy. Ja od co najmniej 10 lat apeluję o edukacyjny okrągły stół. Myślę, że takim animatorem mógłby być prezydent, oczywiście pozbawiony barw partyjnych. Niech usiądą przy nim nauczyciele, naukowcy, eksperci, politycy, rodzicie i wydyskutujmy na kilkanaście, a najlepiej i więcej lat model naszej edukacji. On oczywiście będzie musiał ulegać korektom, bo życie jest dynamiczne, a szkoła nie może być wyizolowana, ale zasadnicze zręby systemu ustalmy razem. Nauczyciel musi wiedzieć, że jak się zmienia rząd i minister, to nagle nie zmienia się wszystko w oświacie.

Czy zatem prezydent Andrzej Duda mógłby taki okrągły stół oświaty zorganizować?
Bardzo bym sobie tego życzyła i bardzo bym chciała, żeby go było stać na coś takiego, ale słyszałam wczoraj pewną ekwilibrystykę z ust pana prezydenta, który powiedział, że wspiera nauczycieli, ale każe im pracować za obecną pensję, więc niekoniecznie taka postawa upoważnia go do zwołania takiego okrągłego stołu. Po cichu liczę na małżonkę pana prezydenta, w końcu z zawodu to nauczyciel.

Jak ocenia pani pomysł mediatora? ZNP zaproponował RPO, ale wiadomo, że Adam Bodnar stoi „kością w gardle” rządzącej większości, więc chyba ten pomysł nie przejdzie. Ale czy mediator mógłby pomóc?
Myślę, że to dobry pomysł, bo w sytuacjach trudnych, które wymagają gaszenia pożarów, a z taką mamy do czynienia, wejście mediatora jest zawsze pozytywne. Pytanie jest tylko jedno, a próba poszukania odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas do bardzo trudnej i smutnej konstatacji. Mediatorem powinna zostać osoba, która cieszy się powszechnym autorytetem. Proszę zobaczyć, jaką mamy scenę polityczną, na której bardzo trudno jest znaleźć osobę, która cieszy się niekwestionowanym autorytetem, której nie będzie się próbować przypisać afiliacji takiej czy innej opcji politycznej i która będzie gwarantowała, że dwie strony będą mogły porozumieć się. W tym kontekście bardzo mnie martwi milczenie premiera, bo premier ma na razie czystą kartę, bo nie włączał się w te rozmowy. Na miejscu premiera pokazałabym, że potrafię taki konflikt rozwiązać; usiadłabym do stołu i próbowała osiągnąć kompromis, bo to zawsze jest niezbędne w takich sytuacjach.
Premier powinien zaproponować, aby strony spotkały się, może nie w połowie, bo na to nie pójdzie strona związkowa, ale powiedzmy w 3/4 drogi i potem dalej pracowali nad systemem.
Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji, która dotyczy 700 tys. nauczycieli i kilkunastu milionów uczniów.

Dlaczego rząd nie chce dać 1000 zł nauczycielom? Rozumie to pani?
To już nawet nie jest kwestia 1000, bo nauczyciele już 3 razy łagodzili swoje postulaty. Teraz to już tylko 960 zł tylko dla nauczycieli dyplomowanych i to w dwóch transzach. Naprawdę związki ustąpiły już ze swojego pierwotnego stanowiska i pokazały chęć do kompromisu. Mogę jeszcze zrozumieć, że rząd trwał w uporze do poniedziałku, ale gdy poznał skalę protestu, powinien zrozumieć, że nie ma już czasu na igranie z tym środowiskiem.

Rząd znajduje pieniądze na kolejne „piątki”, a dla nauczycieli nie…
Te kolejne „piątki” skomentuję w ten sposób: piątka Kaczyńskiego, piątka Morawieckiego i jedynka nauczycieli dla rządu.
(…)
Wiem, że dyrektorzy stają na przysłowiowej głowie czy rzęsach, żeby zagwarantować komisję. Najczęściej sięgają po katechetów bądź emerytowanych nauczycieli, więc zobaczymy, jak to będzie. Na tę chwilę ogromny apel do premiera – proszę nie lekceważyć tej sytuacji.
Czekają nas bardzo trudne dni. Miarą odpowiedzialności rządzących jest być może powiedzenie, że nie dostrzegliśmy w porę problemu, może przeoczyliśmy coś, ale dla nas najważniejsi są nasi uczniowie, dostrzegamy również problemy rodziców, szanujemy nauczycieli, w związku z tym nie jest wstydem przyznać się do błędu. Głupotą jest w błędzie trwać.