Szaleństwo kontrolowane – czyli (prawie) wszystko o Grażynie Barszczewskiej

„Amantka z pieprzem”, tak nazywa się ta książka, w której znakomita aktorka odpowiada na pytania Grzegorza Ćwiertniewicza.

Zazwyczaj, pewnie z przyzwyczajenia, określa się takie książki wywiadami-rzekami, ale ta mieniąca się wieloma barwami rozmowa różni się od ich typowego charakteru. To bardziej dorzecze niż rzeka, albo jeszcze lepiej: mozaika, migocąca kolorowymi okruchami jak w kalejdoskopie, która układa się w rozmaite wzory i konfiguracje.
Nie jest to więc rozmowa podzielona na duże bloki tematyczne w rodzaju: życie prywatne, kariera teatralna, obecność na ekranie, pasje i aktywność społeczna, okraszone garścią anegdot, a czasem manifestem artystycznym. Nie jest to rozmowa teatrologiczna czy filmoznawcza, opatrzona licznymi przypisami, tzw. aparatem naukowym i modnymi pojęciami z dziedziny performatyki, antropologii i myśli krytycznej Michela Foucault. Nie jest to wreszcie rozmowa o polityce i ideologii, czyli walce artysty o wolność. Nie jest tym wszystkim, choć zrazem dotyka tych wszystkich wątków, ale czyni to nienatrętnie, niejako mimochodem, bez presji i poczucia misji nauczania maluczkich i wprowadzania ich w świat prawdziwych wartości. Słowem jest to rozmowa, w której traktuje się czytelnika poważnie, ale jednocześnie w pewnej mierze uwodzi. Czy nie na tym polega zadanie aktora? Pozyskać dla siebie widza, wejść z nim sojusz, a nawet oczarować i porwać?
Oczywiście, pozyskać za pośrednictwem zawodowo skrojonych ról, a tych przecież było w życiu zawodowym aktorki bardzo wiele: w teatrze, na ekranie i w ukochanym radiu, z którym nie rozstaje się od wielu lat. Jak ogromny to dorobek przypomina Ćwiertniewicz w dołączonym do rozmowy „Kalendarium”, czyli zestawieniu wszystkich dokonań artystki w teatrze, radiu, filmie i telewizji. To zestawienie wieńczy rubryka przypominająca nagrody, odznaczenia i wyróżnienia. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o niedawnej Nagrodzie im. Ireny Solskiej, przyznanej Grażynie Barszczewskiej przez Polską Sekcję Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC) w uznaniu osiągnięć artystycznych, ze szczególnym uwzględnieniem dokonań na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. To z okazji tej nagrody w liście gratulacyjnym pisał do Laureatki Olgierd Łukaszewicz, ówczesny prezes ZASP: „Twoje wzorcowe posługiwanie się słowem, nacechowane wartościami artystycznymi, pięknem zarówno słowa znaczącego jak słowa brzmiącego, tudzież nieustanne pielęgnowanie zasad dykcji i wyrazistości wymowy scenicznej, czyli pieczołowitości w zakresie tradycyjnego kunsztu aktorskiego, zaowocowało przyznaniem tytułu Mistrza Mowy Polskiej.
Z radością zatem przyłączam się do grona admiratorów, serdecznie gratulując wyróżnienia, jakim jest Nagroda im. Ireny Solskiej, aktorki znanej ze swej pracowitości, artyzmu najwyższej próby i oddania sztuce, cech tak spójnych z Twoim spojrzeniem na Teatr i pracę w nim. Gratuluję zaszczytu dołączenia do tak zacnego grona artystek, którego listę  otwiera niezwykła i niezapomniana Danuta Szaflarska”.
Ten ogromny spis zasług aktorskich wspiera znakomicie warstwa ilustracyjna tej książki, mnóstwo pięknych fotosów z planów filmowych i teatralnych, także nieco zdjęć prywatnych, a także skopiowanych okładek czasopism i niepoliczonych wywiadów, które udzieliła gwiazda „Kariery Nikodema Dyzmy”. Nie można tytułu tego filmu-serialu tutaj ominąć (w książce sporo szczegółów na ten temat) – przyniósł przecież aktorce niezwykłą popularność i uznanie.
Nie byłoby możliwe sporządzenie wspomnianego spisu ról, gdyby nie pracowitość i zdolność organizowania czasu. Powiedzieć jednak o Grażynie Barszczewskiej, że jest artystką doskonale zorganizowaną, to umieścić ją w rejestrze wszystkich „pozapinanych”, z którymi tak namiętnie walczył Mrożkowski Stomil z „Tanga”. Coś jednak jest na rzeczy, bo wewnętrzne biuro porządkowania zajęć musi być w stałym pogotowiu – aktorce nigdy nie brakowało zajęć, propozycji, zaproszeń. Jeśli więc chce się traktować poważnie innych, trzeba takie „wewnętrzne biuro” prowadzić. Czyni to od lat niezawodnie – nie ma mowy o spóźnieniach, przekładaniach terminów. Precyzyjne planowanie stoi na straży spokoju aktorki i wszystkich, którzy z nią współpracują. Może ktoś ma inne doświadczenia, ale ja nigdy się na tym nie zawiodłem – co dogadane, to i spełnione. Niby nic, a jednak ważna cecha, niekoniecznie powszechna.
To przecież nie znaczy, że obce jest jej szaleństwo. Gdyby było inaczej, nie wymyślałaby dla siebie nowych zadań, nie mierzyłaby się z poprzeczkami, które sama sobie ustawia, by pokonać więcej trudności, zobaczyć coś nowego, uciec od sztampy. Dotyczy to również poszukiwania szczelin w rolach, o których wydawałoby się, wiemy już wszystko, a tymczasem Grażyna Barszczewska potrafi w nich znaleźć coś wcześniej niedostrzeżonego, jak choćby u pani Dulskiej („Dulscy” w stołecznym Teatrze Polskim, 2007), która w jej wykonaniu wcale nie była uciążliwym babsztylem, ale prącą do sukcesu bizneswoman (po latach to odkrycie powtórzy Magdalena Cielecka w telewizyjnym spektaklu Marcina Wrony, 2013).
A czy nie jest szaleństwem niezwykle przecież urodziwej kobiety pobrzydzanie się albo występowanie „sauté” jak w monodramie w Teatrze Polonia („Pani z Birmy”, 2009). Choć niekiedy przyjmuje to obrót zgoła nieprzewidywalny – postarzona w „Niezatańczonym tangu” wedle prozy Wiesława Myśliwskiego, w miarę rozwoju spektaklu – młodnieje. Albo ukrywa się za charakteryzacją tak dalece, że nawet jej własny mąż nie rozpoznaje (kilka wcieleń
w „Królowej Śniegu”).
Imponująca jest otwartość Grażyny Barszczewskiej na wiele tonacji i barw, bez mała dziecięca ciekawość, szukanie nowych doświadczeń – od jaskrawego kabaretu („Pożar w burdelu) po tragizm odchodzenia (najnowszy przykład to rzecz o Marlenie Dietrich). Ta ciekawość to całkiem niezła tarcza przed rutyną, która na pewno jej nie grozi.
To wszystko widać jak na dłoni w tej rozmowie, podzielonej inteligentnie na krótkie fragmenty, które pozwalają przerwać i rozpocząć lekturę w dowolnym momencie i miejscu, choć zaręczam, że kto rozpocznie lekturę, to w nią już wsiąknie i przerwać ją będzie niezwykle trudno. Każdy z tych fragmentów rozmowy-opowieści broni się sam, jest pewną całością, niewielkim okruchem, jak już wspominałem, często bardzo smakowitym i dowcipnym. Świadczą o tym choćby tytuły tych segmentów opowieści, dla przykładu: „Za krucha na ladacznicę”, „Nałogi mi nie smakują”, „Reguła dietetyczna”, „Zostaną… rzęsy!”, „Na wieki wieków… amantka?” „Ludożerka”. Ale dopiero razem, w pewnym napięciu i dialogu, tworzą całość, zaskakująco spójną i czytelną. Prawdopodobnie wynika to z tego, że Barszczewska należy do rozmówczyń, które nie mówią wszystkiego, co wiedzą, ale wiedzą, co mówią. I prawdopodobnie dlatego, że Grzegorz Ćwiertniewicz należy do empatycznych rozmówców, który nie kryje swego zdania, mimo deklarowanej admiracji dla swej rozmówczyni i jej imponującego dorobku.
Ale z książki wyłania nie tylko portret zawodowy aktorki, ale i prywatny, choć Grażyna Barszczewska ze swoją prywatnością się nie obnosi. Nietrudno zauważyć jak bardzo jest rodzinna, zakochana w domu, współczująca, wrażliwa na cudze cierpienie, uczynna, pełna taktu i ciepła. Wyrozumiała, a zarazem wymagająca przede wszystkim wobec siebie, ale także innych. Życzliwa dla wstępujących do tego zawodu, ale zarazem krytyczna, bez taryfy ulgowej dla pracy wykonanej byle jak. Pełna pasji i wdzięczności dla partnerów scenicznych i filmowych i przede wszystkim „robotna”. Wspaniale odsłania charakter Grażyny Barszczewskiej jej syn Jarosław Szmidt, który autorowi książki ujawnił pierwszą tajemnicę artystki: „Sama mówi, że nie znosi pustych przebiegów, i objawia się to głównie w jej chęci jak najlepszego wykorzystania czasu każdego dnia, ale też jej obniżonej cierpliwości… Zazwyczaj wpada i od progu rzuca: „To co robimy?!”. Musi czuć się aktywnie potrzebna. Zwracam się zwykle wtedy do niej słowami: „Mamo, spokojnie…”.
Ale chyba to nie pomaga. Zresztą, być może niechęć do „pustych przebiegów” to fundament pełnej sukcesów drogi artystki.

„Grażyna Barszczewska – Amantka z pieprzem w rozmowie z Grzegorzem Ćwiertniewiczem”, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019, str. 222, ISBN 978-83-816-9074-4.

Świat od spodu (1) LIST Z WYSP

„Angielski sen” się skończył. Dziś zaczymamy „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy pierwszy odcinek tego cyklu.

 

 

Zwolniony za to, że ujawniał łamanie praw pracowniczych? Takie rzeczy jak widać zdarzają się nie tylko w kraju nad Wisłą…

 

Do Radlett dojechałem autobusem. Miałem jeszcze do przejścia jakieś pięć, sześć kilometrów. Ostatni pociąg uciekł mi sprzed nosa. Dosłownie. Podjechał gdy jeszcze zmagałem się z biletomatem i mozolnie wbijałem litery: Elstree and Borehamwood. Wbiegłem na peron w momencie gdy już zamykały się drzwi. Szlag – pomyślałem i zrobiło mi się żal wrzuconych do automatu trzech funtów. Niby niedużo, ale przed godziną straciłem robotę, a po oddaniu długów zostało mi trochę ponad trzydzieści funtów. Trzy dychy na cały tydzień…
Musiałem pojechać okrężną drogą, bo po 22.00 nie miałem już żadnego, bezpośredniego połączenia do Borehamwood. Autobus do Radlett kosztował dwa funty osiemdziesiąt pensów, biletomat zażarł trzy czterdzieści. Wydałem ponad sześć funtów, a i tak muszę zapieprzać z buta. Najgorsze, że prawie nie znam tej drogi, raz tylko szedłem tędy ze znajomymi, ale byliśmy zajęci rozmową. Niewiele więc szczegółów zapamiętałem. Muszę przejść przez całą główną ulicę tego miasteczka, skręcić w lewo. Tylko gdzie? Miałem nadzieję, że jakiś detal przypomni mi w którym to było miejscu.
Wciąż miałem w głowie tę dziwną rozmowę z Petem i jego kuriozalną argumentację, że oni są zadowoleni z mojej pracy, ale to agencja postanowiła zerwać mój kontrakt. Minęła doba od mojej rozmowy z Davem i Alistairem. Mogli powiedzieć, żebym już nie przyjeżdżał, oszczędzili by mi przynajmniej kilka funtów i nocny bieg na orientację. Na szczęście nie było zimno, przynajmniej nie tak zimno jak poprzedniego dnia.
Spacer okazał się nawet całkiem przyjemny, a po drodze miałem czas by poukładać sobie wszystko w głowie. Opracowaliśmy z Grześkiem Walińskim nowy plan. I obaj zapaliliśmy się do jego realizacji. Projekt zakładał zmianę formuły „angielskiego snu” na prasowe reality shaw. Praca była ważnym elementem tego zadania. Jej utrata zmieniła jednak moje położenie. Muszę więc zdecydować czy mimo to podejmę ryzyko, czy też wracam do Polski? To ostatnie byłoby najprostszym ale i najrozsądniejszym wyjściem. Zamykamy cykl angielskiego snu, a ja wracam do kraju i rozglądam się za jakimś płatnym zajęciem.
Wariant pierwszy może wiązać się kilkudniowymi głodówkami, a przynajmniej niedojadaniem, ciągłym brakiem papierosów, życiem w ogromnym stresie, napięciu i wieczną niepewnością. Za pokój płacę 130 funtów tygodniowo, mam zaległość za jeden tydzień. Być może jeszcze jeden uda mi się wynegocjować i przełożyć zapłatę. Ale jeśli szybko nie znajdę zajęcia, to wkrótce wyląduję na ławce.
Nie wiem też jakie szanse mam na znalezienie jakiejkolwiek roboty. Jeśli w wypowiedzeniu wpiszą dyscyplinarkę, to skutecznie zamknie dla mnie brytyjski rynek pracy. Przynajmniej ten agencyjny. Zostaną zmywaki i robota na czarno. Podejmując decyzję, muszę założyć najgorszy dla mnie scenariusz. Nie znam do końca tutejszych realiów i nie sądziłem, że to co robię jest tak wielką „zbrodnią” w niepisanym kodeksie pracy. Tym bardziej, że nie interesują mnie ani same firmy, ani ich nazwy. Nie szukam sensacji. Nawet jeśli moje teksty dotrą do odpowiednich służb, nawet jeśli kontrole potwierdzą łamanie praw pracowniczych, mobbing czy nawet rasizm – to zamknięcie tego czy innego magazynu niczego nie zmieni. Nie poprawi losu nieszczęsnych imigrantów. Wręcz przeciwnie, dla kilkudziesięciu lub kilkuset będzie to tragedia, bo stracą pracę. A nie tego chcę.
Pięć lub sześć kilometrów na podjęcie bardzo trudnej decyzji. Było kilka minut po północy, gdy już zbliżałem się już do domu. Ostatecznej decyzji wciąż nie podjąłem. Przyjemny zapach pieczonego kurczaka przypomniał mi jak bardzo jestem głodny – przez ostatnią dobę zjadłem jedynie kanapkę. Rano nie miałem kasy, a potem zamierzałem coś wsunąć w zakładowej kantynie. Ale nawet się do niej nie zbliżyłem. Przystanąłem na chwilę, przeleciało mi przez głowę żeby wejść i coś zjeść. Wciąż miałem w kieszeni te trzy dychy, w domu też nie było nic do jedzenia. Taki zapach dla kogoś głodnego i bez kasy to tortura. Wiedziałem już co mnie czeka jeśli zdecyduję się kontynuować plan.
Weekend przeleciał błyskawicznie. Kilka osób z pracy zadzwoniło ze słowami wsparcia, byli zaskoczeni moim zwolnieniem. To bardzo budujące, dziękuję. Nie wymienię Waszych imion żebyście nie mieli kłopotów.
Nadrabiałem zaległości senne i gromadziłem kontakty. Obdzwoniłem znajomych, przygotowałem plan działania na najbliższy tydzień i zacząłem sprawdzać w praktyce swoją wymowę zdania – I’m looking for a job – szukam pracy. Robiłem wszystko żeby zająć głowę i nie pozwolić by pytanie – co dalej? – sparaliżowało moje działania. Jeśli poddam się takim myślom, to bardzo ciężko będzie potem podnieś się z łóżka i ruszyć do działania. Znam siebie.
Odwiedzałem okoliczne knajpy, fast foody i małe sklepy. Zacząłem od tych, gdzie bywałem jako klient i gdzie już mnie rozpoznawali. Właścicielami większości są Turcy, a z jednym wiele razy rozmawiałem. Poznaliśmy się, gdy kupowałem owoce. Miłośnik prozy Pamuka i zażarty przeciwnik Erdogana. Podobnie jak ja, mieliśmy więc o czym gadać. Chodziłem tak od drzwi do drzwi, od sklepu do knajpy i odwrotnie. Na pytanie czemu już nie pracuję, odpowiadałem że agencja nierzetelnie płaci i sam odszedłem.
W kilku miejscach zostawiłem swój numer telefonu. Poza tym bez większego rezultatu, ale zadowolony, że przełamałem pierwszą barierę czekałem poniedziałku.
Na terenie Zjednoczonego Królestwa funkcjonuje sieć banków żywności – food bank. Nie miałem jednak pojęcia na jakich zasadach one działają, ani jak i komu wydają tam jedzenie. Myślałem, że trzeba mieć jakieś specjalne kwitki czy skierowanie, trzeba być Anglikiem, albo mieć jakieś oficjalne pozwolenie na pobyt itp. Same wątpliwości. Postanowiłem jednak zaryzykować. W internecie znalazłem adres najbliższej placówki. Okazało się, że jest tuż obok miejsca, w którym mieszkam. W poniedziałki otwarte od 13.00 do 15.30.
Kilka minut po pierwszej zameldowałem się pod tym adresem. Zaplecze jakiegoś kościoła. Stałem kilka minut przed budynkiem zmagając się z zażenowaniem, wstydem i tremą. Nie bardzo wiedziałem nawet jak się dogadać. Składałem w głowie pojedyncze słowa, żeby ułożyć sensowne zdanie. Zerknąłem do słownika w telefonie. Robiłem wszystko żeby przedłużyć stanie i oddalić moment wejścia. Musiałem jednak iść i przynajmniej spróbować. Musiałem się przełamać – chociaż to naprawdę nie było łatwe. Z trzydziestu funtów została już tylko dycha, a jutro food bank nieczynny. Została dycha i coraz większa obawa czy dostanę jeszcze wypłatę z agencji. Są mi winni za niecałe dwa tygodnie pracy, ale jeśli poczuli się tak dotknięci tym, że podniosłem głos na managera i wpiszą mi dyscyplinarkę? Cholera wie, mam dychę i najmniejszej pewności czy ujrzę kiedykolwiek swoje pieniądze.
Ledwo i wbrew swojej chęci natychmiastowego odwrotu, przełamałem wszelkie opory i pewnym krokiem wszedłem. Pewny krok zmniejsza tremę. Kobieta w średnim wieku zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że jestem głodny, nie mam już pracy i mieszkam w Anglii od pół roku. Spytała czy mam bilety albo voucher. Nie miałem i przekonany, że nic już nie uzyskam zamierzałem wyjść, ale przytrzymała mnie za łokieć i pokazał przez okno budynek naprzeciwko – jakiś urząd, chyba Council. Powiedziała żebym tam poszedł, w okienku dadzą mi voucher, a bilety oni już tutaj wyrobią. Super, pomyślałem chociaż nie bardzo wiedziałem o co chodzi, postanowiłem wykonać jej polecenie. Pod drzwi urzędu podprowadził mnie nawet jeden mężczyzna, który wyszedł obarczony siatkami.
Pani w okienku wypytała o moje dane, od ręki wystawiła czerwony voucher i z tym kwitkiem wróciłem do food banku. Trwało to nie dłużej niż pięć minut. A same formalności może dwie minuty.
Na miejscu kilka wolontariuszek zajmowało się obsługą. Sala wypełniona była ludźmi, najwyraźniej wszyscy już się znali. Siadłem nieśmiało – chciałem w rogu, ale stół był okrągły – i czekałem. Jedna zapytała czy chcę kawę czy herbatę, poprosiłem herbatę. Kolejna przysiadła się obok i zaczęła wypełniać mój kwestionariusz. Ponownie podałem swoje dane, co ważne nikt nie chciał żadnego dokumentu. Wciąż jednak nie wiedziałem czy coś dostanę, czy odejdę jedynie z kwitkiem.
Po wypełnieniu papierów kobieta powiedziała, że mogę sobie spokojnie wypić herbatę, siedzieć jak długo chcę i ponownie przyjść we środę. Nic już nie rozumiałem, dali herbatę, pozwolili posiedzieć i zaprosili na środę? Fajnie, chociaż liczyłem na żarcie. Przypomniał mi się film „Ja, Daniel Blake” i zmagania bohatera z tego typu placówkami i pracownikami pomocowymi.
Zdezorientowany szykowałem się już do wyjścia, kiedy podsunęły w moim kierunku wózek wypełniony siatkami z jedzeniem. Ta, która spisała mój kwestionariusz powiedziała, że to racja na trzy dni i że kolejną dostanę we środę. Pięć toreb pełnych jedzenia i siatka chemii. Ilość tak duża, że nawet pracując nie mógłbym sobie na to wszystko pozwolić. Nawet kawa, sok jabłkowy, kilka paczek ciastek i cukierki. Mimo, że niedaleko od mojego mieszkania, to i tak trzy razy stawałem żeby odpocząć. Nie mogłem uwierzyć. Coś jednak tu działa. I to naprawdę dobrze. Jeden problem odpadł – głodować nie będę.

c.d.n.