Zjeść ciastko i mieć ciastko

Polacy popierają weto i nie chcą praworządności, ale chcą pieniądze od państw, gdzie aborcja jest legalna, nie ma politycznej nienawiści wobec osób o innej orientacji i nie ma nagonki na komunizm.

Chcą mieć ciastko i zjeść ciastko. Być autorytarnym państwem policyjnym, gdzie leje się kobiety na protestach, mieć prawo wyboru partii, które to akceptują i rozwalają system prawny, a jednocześnie dostawać za to nagrody od – przynajmniej zdaniem władzy – lewackiej i martwej
moralnie Europy.

To się nie uda. Suwerenność narodowa nie oznacza prawa do bycia oprawcą i ponad nią są jeszcze szersze i ważniejsze wartości.
Europejscy pracownicy widzą co się w Polsce dzieje i ich solidarność ze społeczeństwem wybierającym Kaczyńskiego będzie umierać. Tak, ze SPOŁECZEŃSTWEM, nie z Kaczyńskim. Bo żadne społeczeństwo nie ukryje się za wybieranymi przez siebie politykami. To już nie są lata 30-te. Oczywiście, że z nacjonalizmu oraz skrajnego klerykalizmu wynika zerwanie z UE, bo Europa nie jest faszyzująca i nie da zgody na nagonkę na mniejszości, czy też np. na piekło kobiet.

PiS nie ma już prawie żadnych sojuszników i jest w UE tylko dla kasy, ale chce tej kasy na robienie w Polsce katopatriarchatu, dyktatury i nacjonalistycznego reżimu. Tak się nie da.

Ziobro i spółka myślą, że okiwają całą Europę, ale skończy się to wszystko tak, że wyzysk będzie zarówno narodowy, międzynarodowy i jeszcze do tego skończą się wszelkie dotacje.

Zdawajmy sobie jednak sprawę z tego, że oni tego pragną. To nie jest wypadek przy pracy. Biedny, ciemny oraz głęboko odizolowany obóz katolicko-narodowy to ich cel i jedyna wersja Polski w której mogą zachować władzę. Jeszcze będą musieli zakazać Netfliksa, czy cenzurować internet. I o tym też już marzą.

Zaczęło się od 500+, a skończy na – 1000… €.

A kapitał wygra przy każdym rozstrzygnięciu. Nawet bardziej na odcięciu Polski od UE. Ciemnogród odcięty od świata i dotacji to kolejna wielka emigracja i desperacja pracowników, jeszcze tańsza siła robocza…

Narodowy wyzysk

Rządowy szpital na Stadionie Narodowym stanie nie tylko areną walki z wirusem. Będzie to również miejsce brutalnego wyzysku.

Co gorsza, oszczędzanie i cięcie kosztów za wszelką cenę doprowadzić, o ironio, do narażania w placówce medycznej życia osób z najniższą pozycją na rynku pracy, które jednakże do jego funkcjonowania będą niezbędne.
Podlegający pod polski rząd Centralny Szpital Kliniczny MSWiA otrzymał zadanie stworzenia na Stadionie Narodowym lecznicy polowej, do której zwożeni będą chorzy na COVID-19. Personel medyczny może liczyć na porządne warunki wynagrodzenia. Lekarze pracujący na oddziałach otrzymają aż 175 proc. wartości swoich normalnych pensji. W szpitalu na stadionie będą też potrzebne sprzątaczki. Ich losem nie przejmuje się nikt.

Żeby było taniej

Zadanie znalezienia 60 sprzątaczek powierzone zostało jednej z dużych agencji pracy tymczasowej. Ta scedowała prace rekrutacyjne na mniejszą agencje. Jak podaje portal money.pl, ogłoszenie o poszukiwanych pracownicach zostało napisane wyłącznie w języku ukraińskim. Najwyraźniej firma postawiła sobie za cel zminimalizowanie oczekiwań płacowych, wychodząc z założenia, że pracownice migracyjne będą mieć niższe oczekiwania niż Polki. Świadczy o tym stawka oferowana za 12-godzinne zmiany – 16 zł za godzinę.

Czy podmiotów odpowiedzialnych za szpital naprawdę nie stać na więcej?

Na zleceniu

Co więcej, agencja proponuje kandydatkom umowę zlecenie, co w przypadku pracy wykonywanej w wyznaczonych ramach godzinowych i pod nadzorem jest zwyczajnie niezgodne z kodeksem pracy. Etatów jednak nie będzie, a dla pracownic oznaczać to będzie niestabilność zatrudnienia, a także brak prawa do urlopu czy pójścia na chorobowe.

Właścicielka firmy przyznaje, że pensje są niskie, ale oświadcza też z rozbrajającą szczerością: „ze swoich przecież nie dołożę”.

Co się stanie z pracownicami, które zachorują albo będą zmuszone poddać się kwarantannie? Firma nie będzie im wypłacać pensji, a więc taka sytuacja będzie jednoznaczna z utratą pracy. Niestety nie wiadomo, czy w przypadku zakażenia koronawirusem pracownica będzie mogła chociaż liczyć na załapanie się na szpitalne stadionowe łóżko – wszak placówka może błyskawicznie się zapełnić.

Obrazek to smutny, ale jakże typowy dla ogólnej praktyki polskiego państwa z tektury w „heroicznej” walce z pandemią koronawirusa.

Stażystę za darmo zatrudnię

Wyzysk młodych pracowników niejedno ma imię. Pracodawcy wykorzystują różne sposoby, by młodych w jak największym stopniu wykorzystać, jednocześnie ograniczając swoje zobowiązania wobec nich do minimum. I mają ku temu legalne narzędzia: dwie najpopularniejsze formy wyzysku w tej materii to zatrudnianie na umowy cywilnoprawne (tzw. śmieciówki) oraz na umowy o praktyki absolwenckie.

Na śmieciówkach, czyli umowie zlecenie lub umowie o dzieło zatrudnionych jest w Polsce prawie 1,5 mln osób – to prawie 10 proc. wszystkich pracowników.

Przeważająca część z nich to właśnie ludzie młodzi. W grupie wiekowej 18 – 24 aż 62 proc. pracowników zatrudnionych jest na umowach cywilnoprawnych, zaś wśród osób w wieku 25 – 30 – 37 proc.

Pracujący w ramach takich umów nie są pracownikami w rozumieniu Kodeksu pracy.  Nie mają oni zatem prawa do ochrony gwarantowanej przez ów Kodeks i sądy pracy, nie mają zapewnionego okresu wypowiedzenia, odprawy, zasiłku chorobowego, płatnego urlopu wypoczynkowego, ochrony zatrudnienia w okresie ciąży i wynagrodzenia postojowego. Nie obowiązują ich także normy dotyczące wymiaru czasu pracy. Pracodawca może bez konsekwencji wypowiedzieć im umowę w każdej chwili (lub nie dać nowego ,,zlecenia”), czyli pozbawić ich pracy i zarobku z dnia na dzień. W przypadku kryzysu (takiego jak np. obecny, pandemiczny) i redukcji kadrowych są oni pierwsi w kolejce do zwolnienia. To nie teoria: pisaliśmy w marcu tego roku o katastrofalnej sytuacji, w jakiej znaleźli się zatrudnieni na śmieciówkach pracownicy usług, kiedy ich miejsca pracy musiały przerwać działalność.

Tak niska pozycja względem pracodawcy i stan ciągłej niepewności zatrudnienia czyni przysługujące „śmieciówkowcom” prawo do zrzeszania się oraz przynależności do związków zawodowych czysto teoretycznym. Gdy nie ma zrzeszania się i solidarnego upominania się o swoje prawa – są kilkunastogodzinne zmiany, niższe wynagrodzenia i utrudniony dostęp do szkoleń i programów podwyższania kwalifikacji. Od umów zleceń zleceniodawcy są przynajmniej zobowiązani odprowadzać składki ZUS, a od umów o dzieło – nie.  Mimo że bardzo duża część takich umów spełnia kryteria stosunku pracy, pracodawcy wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję wobec młodych, często rozpaczliwie poszukującym pracy i mającym bardzo niską pozycję negocjacyjną, narzucając im właśnie korzystne dla siebie umowy cywilnoprawne.

Kolejnym problemem śmieciówek jest to, że o ile staże i praktyki są zazwyczaj formą wyzysku krótkotrwałego, o tyle utrzymywanie cywilnoprawnej formy zatrudnienia pracodawcy mogą ciągnąć nawet przez wiele lat.

A to skutkuje patologizacją nie tylko życia zawodowego, ale i prywatnego – oznacza bowiem dla młodych ludzi życie w ciągłej niepewności, permanentny brak stabilizacji. Bez stałego etatu nie mają oni szans na kredyt mieszkaniowy i o wiele rzadziej decydują się na założenie rodziny.

Kolejną dotykającą młodych patologią polskiego rynku pracy są nadużycia w zakresie stażów i praktyk. „Ustawa o praktykach absolwenckich” z 2009 roku stworzyła pod nie idealny grunt. Opisane w niej ,,praktyki absolwenckie” spełniają w zasadzie dotychczasową definicję stażu (mają być bowiem ,,etapem przejściowym między edukacją a zatrudnieniem”), ale… nie zostały przez ustawodawcę określone tym mianem, rozmywając różnice między pojęciami. Zgodnie z tą ustawą za takie praktyki pracodawca nie musi wypłacać żadnego wynagrodzenia, a zatrudniony na taką umowę pracownik nie podlega ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnym – jedynym obowiązkiem pracodawcy jest zapewnienie mu „odpowiednich warunków pracy”. To w zasadzie zachęta, by stawiać wysokie wymagania rekrutacyjne na takie staże (ustawa pozwala zatrudniać w tej formie także ,,stażystów z doświadczeniem” do 30 roku życia) i robi sobie ze praktykantów darmowe lub półdarmowe uzupełnienie kadr.

Młodzi pracownicy rekrutują się bowiem na takie ,,praktyki absolwenckie” i za marne grosze wykonują często pełnowymiarową pracę stanowisk juniorskich licząc, że za 3 – 6 miesięcy zostaną zatrudnieni na stałe. Tymczasem po tym okresie firma kończy z nimi współpracę i bierze sobie kolejnego takiego stażystę. Zamiast więc krótkiego okresu przejściowego między edukacją a pracą, służącego zdobyciu praktycznych kompetencji, mającego podszkolić pracownika przed zatrudnieniem na stałe, ,,praktyki absolwenckie” służą bardzo często do wykorzystywania darmowej pracy nieświadomych młodych ludzi. Istnienie takiej formy zatrudnienia stanowi wręcz otwartą zachętę do nadużyć.

Umowa o praktyki absolwenckie to dla pracodawcy układ idealny – możliwości zdobycia pracownika na pełen etat przy bardzo niskich kosztach i praktycznie zerowych zobowiązaniach.

Dlatego właśnie korzysta z tego rozwiązania nawet wiele dużych firm i międzynarodowych korporacji, które bez problemu mogłyby młodemu człowiekowi zapłacić.

Polski rynek pracy nigdy nie należał do przyjaznych dla młodych ludzi, a obecny kryzys związany z pandemią koronawirusa dodatkowo jeszcze pogorszył ich sytuację. Promowane przez Platformę Obywatelską liberalne ustawodawstwo ułatwiło masowe zatrudnianie młodych pracowników na umowach śmieciowych albo praktykach absolwenckich, dając pole do wyzysku i pozbawiając ich życiowej stabilizacji. Rząd PiS nie zrobił zaś praktycznie nic, aby cokolwiek w tej sprawie zmienić. A problemy młodych pracowników to problemy całego społeczeństwa – od nich bowiem zależy przyszłość kraju i wydolność systemu emerytalnego. Nie robiąc nic, by poprawić ich sytuację oraz skazując ich dalej łaskę i niełaskę kapitalistów państwo polskie podcina gałąź, na której samo siedzi.

Bułgarska opiekunka walczy o sprawiedliwość przed niemieckim sądem

Bułgarska agencja pośrednictwa pracy będzie musiała zapłacić Dobrinie D., opiekunce osób starszych, 42 tys. euro zaległego wynagrodzenia. Kobieta w teorii opiekowała się 96-letnią Niemką przez sześć godzin dziennie. W rzeczywistości musiała być w gotowości do pracy przez całą dobę.

To wyrok ważny dla wszystkich migrantek z Europy Wschodniej, które w Niemczech podejmują pracę opiekunek seniorów – czyli również opiekunek przyjeżdżających z Polski. Tysiące z nich zobaczy w historii Bułgarki Dobriny D. własne doświadczenie: zero dni wolnych, brak czasu na odpoczynek, za to mnóstwo dodatkowych, nieprzewidzianych w umowie obowiązków.
Historię kobiety i jej walki o należyte wynagrodzenie opisuje Deutsche Welle. Za opiekę nad 96-letnią Niemką i prowadzenie jej domu Berlinie 64-letnia Bułgarka dostawała 950 euro miesięcznie. Taką umowę zaproponowała jej agencja pośrednictwa pracy, obiecując równocześnie, że będzie pracować 6 godzin dziennie.
Dobrina D., która wróciła już z Niemiec do rodzinnego Nesebyru, zaskarżyła agencję przed sądem pracy w Berlinie. W pierwszej instancji wygrała sprawę. Całodobową dyspozycyjność, do jakiej była faktycznie zobowiązana, sąd wycenił na dodatkowe 42 tys. euro, biorąc za podstawę minimalną stawkę godzinową. Bułgarska agencja odwołała się od wyroku. 16 lipca rozpoczęła się sprawa w II instancji.
– Cieszy nas, że ktoś w końcu odważył się iść do sądu – komentuje sprawę dla Deutsche Welle Justyna Oblacewicz z Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych, która od czterech lat wspiera w podobnych sprawach opiekunki z Europy Wschodniej. – Jest wiele powodów, dla których dzieje się to dopiero teraz, pomimo że od lat pojawiają się skargi. Opiekunki przebywają w Niemczech tylko przez krótki czas, mają pełne ręce roboty, słabo mówią po niemiecku i nie znają swoich praw.
Opiekunki, nawet pracując ponad siły i padając ofiarą złego traktowania ze strony rodzin seniorów, zwykle obawiają się protestować, ze strachu, że stracą zajęcie, a potem nie znajdą następnego.
Niedawno w obronie polskich opiekunek stanął związek zawodowy Związkowa Alternatywa, do którego zgłaszają się Polski zatrudnione w krajach niemieckojęzycznych w takim charakterze. ZA skierowała pismo do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, sugerując nawiązanie kontaktu z odpowiednim ministerstwem w Niemczech i przygotowanie układu zbiorowego dającego prawne gwarancje pracownikom opieki. Odpowiedź ministerstwa była niezbyt zachęcająca: sugerowano w niej, że opiekunki powinny same postarać się o negocjowanie dobrych warunków pracy, jako że ich praca jest w Niemczech bardzo potrzebna. Stwierdzono ponadto, że państwo nie może ingerować w kontrakty zawierane między rodzinami seniorów a opiekunami. Tymczasem państwo niemieckie… właśnie to zrobiło, ustalając minimalną stawkę godzinową w sektorze opieki. Agencje zatrudnienia, zawierając umowy z innymi agencjami w krajach Europy Wschodniej, omijają właśnie ten przepis. W kolejnym piśmie z ministerstwa resort zapewnia, że sprawę rozwiąże polska ustawa o pracownikach delegowanych, która ma zostać przyjęta do końca lipca, by zrealizować wytyczne dyrektywy UE.
Niemieckie związki zawodowe z uwagą przyglądają się, jakie stanowisko zajmie sąd w sprawie Dobriny D., bo sprawa może być precedensowa. Przyznają: pracownicy migracyjni przez lata byli w Niemczech wyzyskiwani i całkowicie pozbawieni ochrony, chociaż bez ich pracy starzejące się lokalne społeczeństwo nie dałoby sobie rady.

Niewolnicy zacisnęli pięść

Zakwaterowano ich w barakach między cmentarzem a oczyszczalnią ścieków. Kiedy mieli otrzymać wynagrodzenie, wręczono im kwoty kilka razy niższe od obiecanych, bo niemiecki pracodawca był najwyraźniej pewien: kto jak kto, ale rumuńscy robotnicy sezonowi się nie zbuntują. A jednak.

Do pracy przy zbieraniu szparagów i truskawek ściągnęła ich firma Spargel Ritter. Pracować mieli w Bornheim, czyli praktycznie na północno-zachodnich przedmieściach Bonn, dawnej stolicy RFN. Pracodawca obiecywał zarobek w granicach 1500-2000 euro miesięcznie, gwarantował zakwaterowanie. Praca miała być ciężka, zachowanie bezpieczeństwa w czasie pandemii – niepewne, ale wielu z tych, którzy zdecydowali się na wyjazd do Niemiec, pierwszego państwa, które poluzowało ograniczenia sanitarne dla pracowników migracyjnych, czuło, że nie ma wyboru. Ich rumuńska ojczyzna niezmiennie od dziesięcioleci znajduje się w pierwszej trójce najbiedniejszych państw Unii Europejskiej. Według wyliczeń z 2019 r. już prawie 1/3 jej mieszkańców żyje w ubóstwie lub zbliża się do tego stanu. Czworo na dziesięcioro rumuńskich dzieci wychowuje się w ubogich rodzinach. 17,4 proc. rumuńskich pracowników to biedni pracujący, tacy, którym pensja ledwo pozwala na przetrwanie.
Od 3,5 do 5 mln Rumunów wyemigrowało za pracą na dobre, w ogromnej większości trafiając na budowy, do pracy w usługach, w charakterze opiekunek osób starszych. Do tego dochodzi bliżej niedookreślona, bo nigdy tak naprawdę w Bukareszcie nie wyliczona, grupa sezonowych robotników rolnych. Dwa najpopularniejsze kierunki migracji to względnie bliskie językowo Włochy i Hiszpania. Niemcy są na trzecim miejscu. M.in. dlatego w Bonn działa konsulat generalny Rumunii. Pod nim 19 maja zgromadzili się oburzeni ludzie.
Ochłapy za szparagi
250 rumuńskich robotników porzuciło pracę już 15 maja, w piątek. Wsparł ich anarchosyndykalistyczny związek zawodowy FAU, ściągnął na miejsce dziennikarzy. Gdy aktywiści starali się nagłośnić sprawę, zarządcy upraw szparagów grozili uczestnikom strajku, że za udział w tego rodzaju nielegalnej awanturze wylecą z pracy i z baraków, w których ich zakwaterowano. Robotnicy nie zrezygnowali. Nawet jeśli byli przyzwyczajeni do wyzysku, tym razem pewne granice zostały przekroczone.
– Za trzydzieści dni pracy dostałem 335 euro, a w kwietniu pracowałem po dziesięć godzin dziennie – mówił potem dziennikarzom jeden z uczestników protestu.
Inni relacjonowali: zamiast obiecanych kwot wypłacono im po 150, 200 euro. Ci, którzy zbierali szparagi, mieli otrzymywać wynagrodzenie według stawki godzinowej. Tym od truskawek – za każdą zebraną łubiankę. Ani jedni, ani drudzy nie dostali kwot obiecanych w umowach. Niektórzy nie zbliżyli się nawet do niemieckiej płacy minimalnej.
Za sprawą związkowców robotnicy dowiedzieli się na miejscu jeszcze jednej rzeczy. Otóż Spargel Ritter, ich pracodawca, jeszcze 1 marca… ogłosił bankructwo! Zarządzająca masą upadłościową kancelaria prawna Andreas Schulte-Beckhausen z Bonn postanowiła mimo to przeprowadzić rekrutację, by w sezonie firma coś zarobiła i okazała się atrakcyjna dla potencjalnych inwestorów. Plany zarządców pokrzyżował jednak koronawirus. I nie, nie chodziło o podwyższone wydatki na zachowanie minimalnych standardów bezpieczeństwa w robotniczych barakach czy podczas pracy. Po prostu wobec zamknięcia restauracji i kawiarni popyt na szparagi i truskawki spadł – trzeba było na czymś zaoszczędzić
Andreas Schulte-Beckhausen zatrudniał dwie grupy: rumuńską i niemiecką (w praktyce też złożoną z migrantów, ale takich, którzy przebywają już w Niemczech od jakiegoś czasu). Robotnikom z drugiej grupy zaoferowano zarobek minimalnie wyższy od płacy, na którą mogli liczyć migranci. Do tego maksymalnie starano się ograniczać kontakt jednej i drugiej grupy. Gdy w piątek 15 maja Rumuni zaczęli strajkować, Niemcy normalnie wyszli na pole. Tak samo w sobotę. Kiedy we wtorek szefowie nie byli już w stanie ukrywać, co się dzieje, Niemców odesłano do domów, oficjalnie dlatego, że „zrobiło się zbyt gorąco”.
Dziel i oszukuj
Dzień wcześniej, w poniedziałek, gorąco było i dosłownie, i w przenośni. Robotnicy najpierw zgromadzili się na wiecu, a potem udali się do firmowego budynku w Bornheim. Zasugerowano im, że sprawy wypłat zostaną sprawnie uregulowane… Na miejscu jednak czekała przede wszystkim policja i agresywna ochrona. Pracowników wpuszczano do budynku pojedynczo, prawnik FAU przedarł się do środka dopiero po negocjacjach z policją. Jedni wychodzili, mając w kieszeni 600 euro, inni – zaledwie 50,70… Jak widać, techniki rozbijania pracowniczej jedności przedsiębiorca miał opanowane. Już wcześniej robił wszystko, by nastawić robotników, którzy podpisali kontrakt na pracę przez całe wakacje, przeciwko tym, którzy mieli zbierać warzywa i owoce tylko do czerwca, sugerował, że przez awanturników organizujących dziki strajk resztę czeka więcej obowiązków. Niestety, nakręcanie jednych na drugich częściowo się udało.
Najbardziej zdecydowani nie zrezygnowali jednak. 19 maja przeszli z Bornheim do Bonn, by protestować pod konsulatem generalnym Rumunii, a wcześniej pod siedzibą Andreas Schulte-Beckhausen. Rumuńscy dyplomaci, przymykający od lat oczy na wyzysk rodaków, i tym razem wezwali ich do spokoju i oczekiwania na to, aż sprawa sama się rozwiąże. Przecież rumuńska minister pracy szczęśliwym trafem jest teraz w Niemczech, argumentowali. Faktycznie Violeta Alexandru była akurat w Berlinie, na rozmowach z minister rolnictwa Julię Klöckner. Przedmiotem ich spotkania były… warunki pracy Rumunów w Niemczech w dobie pandemii. Bo doniesienia o wyzysku i niehumanitarnym traktowaniu robotników sezonowych, jakie napłynęły spod Bonn, nie były wcale pierwszymi tego rodzaju.
Przez pola po wypłatę
Kiedy Violeta Alexandru pojawiła się następnego dnia – dwie godziny spóźniona – przed nędznym barakiem, w którym mieszkali jej rodacy, faktycznie starała się brzmieć tak, jakby wszystko zostało załatwione. Co prawda praca na polach w Bornheim się skończyła, bo zarządca Spargel Ritter miał dość i zbyt odważnych pracowników, i nierentownych szparagów, ale, jak mówiła pani minister, Niemiecki Związek Rolników był gotów przekierować chętnych do innych przedsiębiorstw.
Kto zaś miał chwilowo dość Niemiec, mógł skorzystać z darmowego powrotu do Rumunii.
Ale co z zaległymi płacami? Tutaj również pani minister przekonywała, że udało się dogadać. Pracodawca ogłosił jednak nader osobliwą procedurę wypłacania brakujących euro: robotnicy mieli wsiadać po 10 osób do busa, odjeżdżać od siedziby firmy i dopiero „w ustronnym miejscu” przyjmować pieniądze i podpisywać pokwitowania.
– Jako że taka procedura nie zasługiwała na zaufanie, uczestnicy strajku biegli za pojazdami [do których wsiedli ich koledzy – przyp. MKF], a zdezorientowana policja starała się ich zatrzymać. Po absurdalnym pościgu przez pola busy zatrzymały się w polu truskawek i tam, w piekącym słońcu, uregulowano zaległości – opisuje dalszy bieg wypadków niemiecki lewicowy portal Analyse & Kritik.
Na miejscu był prawnik z FAU, pilnując, by nieznający niemieckiego Rumuni nie podpisali żadnych niekorzystnych dla siebie oświadczeń. Anarchosyndykalistyczna centrala, której niemiecka policja zresztą bacznie się przygląda, była jedyną lokalną organizacją lewicową, która aktywnie wstawiła się za wyzyskiwanymi robotnikami z Europy Wschodniej.
A przecież Bornheim nie jest jedyne. Krótko przed tym, gdy wybuchł strajk rumuńskich robotników rolnych, Deutsche Welle wypuściło wstrząsający dokument o tym, jak traktowani są pracownicy rzeźni, też migranci. Pisano o „ludziach drugiej klasy”, „niewolnictwie czasów pandemii”.
Mało kto jednak odważył się na powiedzenie całej prawdy: to nie są punktowe nadużycia, taką po prostu rolę wyznaczono robotnikom z Europy Wschodniej. Mają po kawałku oddawać zdrowie i życie za poziom życia niemieckiej klasy średniej i wyższej, za przyzwoleniem swoich krajowych elit.
Takich jak minister Alexandru, która po powrocie do Bukaresztu zapewniła: wiele problemów pracowników migracyjnych zostanie natychmiast rozwiązanych, nad innymi będę pracować z niemieckim ministrem pracy. Nie zostaną. Nie w tym systemie.

Brzydka twarz kapitalizmu

Kapitał chce – my chcemy. Kapitał nie chce – atakujemy

Sterowana politycznie nienawiść wobec uchodźców i nakręcanie lęku przed ludźmi uciekającymi ze swoich domów by walczyć o swoje życie jest po prostu obrzydliwa. Kidawa-Błońska swoją wypowiedzią o uchodźcach i ludziach niepowołanych, którzy pod rządami PiS mogli dostać się do Polski, licytuje się z tym samym PiS-em na ksenofobię. To żadna liberałka, to „grzeczniejszy” – a raczej lepiej się wysławiający – nacjonalizm i konserwa.

Uchodźcy – nie, ukraińscy robotnicy – tak

Co ciekawe – obie partie radykalnie zwalczając uchodźców są jednocześnie zwolennikami pobytu przeszło miliona obywateli_ek Ukrainy w Polsce. Zapotrzebowanie na tych tanich pracowników zgłasza przecież polski biedabiznes. Kilka – kilkanaście tysięcy osób z obszarów objętych wojną to powód do awantury i stawiania zasieków. Setki tysięcy pracowników z Ukrainy, którzy przybyli tu z przymusu ekonomicznego, padają w Polsce ofiarami wyzysku i zmagają się z niewiarygodną biurokracją przy legalizowaniu pobytu – żaden problem. Prosty rachunek.

Wirus prawdy

Nieco prawdy o kapitalistycznym rachunku pokazał nam też koronawirus. Patologią oczywistą jest błyskawiczne podnoszenie cen środków dezynfekcyjnych i maseczek. Ale czy zastanawialiście się przez chwilę, jak wielką bzdurą jest transportowanie przez pół świata z Chin śrubek, szczoteczek do zębów, wszelkich części, ubrań? Tylko dla taniej siły roboczej i eksportu skażenia środowiska. Globalny rynek nie jest żadną racjonalną wymianą handlową tylko wielkim transferem nierówności, wyzysku i odpadów.

Zamiast zrównoważonych gospodarek, gdzie dba się o środowisko i korzysta z lokalnych zasobów mamy latające samolotami awokado i łańcuchy dostaw na pół świata, byle tylko zadowolić rynkowych spekulantów niszczących planetę. To nie wolny handel, tylko dyktatura cięcia kosztów, czego ofiarami są pracownicy.

Patologia w małych firmach?

Poniedziałkowa Trybuna wydrukowała materiał Piotra Szumlewicza pod tytułem „Małe firmy- dużo patologii”. Z materiału wynika, że autor nie miał zbyt wiele do czynienia z małymi firmami. Gdyby miał, to na tytułowe pytanie odpowiedziałby: tak, ale ze strony pracowników!

Jestem od zawsze lewicowcem. Doszedłem w SLD przez pewien czas do stanowiska sekretarza RW na Podkarpaciu. Od kilku lat prowadzę własną działalność w branży zakwaterowanie i gastronomia, w branży, którą Piotr Szumlewicz określa jako najbardziej patologiczną. Przed podjęciem tej działalności dałbym sobie rękę uciąć za każdego skarżącego się na pracodawcę pracownika. Teraz zmieniłem zdanie. Może nie diametralnie, ale w sposób dość zasadniczy.

Po pierwsze potwierdzam stare powiedzenie, że człowiek zrobi wszystko
byle tylko nic nie zrobić.

Natomiast prawdą jest, że przy każdej wypłacie wypłakuje o podwyżkę.
Nie ma w pracy pojęcia stosunków partnerskich z pracownikami. Wykorzystają to natychmiast. Dopiszą sobie godziny, nakarmią rodzinę, gdy cię nie ma, skorzystają z owoców, jarzyn, wędlin, mięsa. Ja wiem, że nie można uogólniać. Są też ludzie uczciwi, niestety jest ich mniejszość. Przez trzy lata kompletuje załogę i końca nie widać.

Nowo zatrudnieni pracują w miarę dobrze prze kilka miesięcy, później zaczyna się gra, szef nie widzi to luz i laba. Kończy się to rozstaniem, a wtedy masz pewne, że wywaleni obrobią ci pewną część ciała. Płacę jak w zegarku, bez jakiegokolwiek spóźnienia, a w mieście idzie fama, że zalegam z poborami. Wiem kto robi mi taka opinię, między innymi pani barmanka, która wielką miłością darzyła towar, który sprzedawała, czyli alkohol. Zapominała też wbijać do kasy fiskalnej sprzedany towar, ale nadwyżki w kasie nigdy nie było.

Osoba prowadząca działalność gospodarczą w czasach PRL-u uznawana była przez wszelkie urzędy jako potencjalny przestępca, transformacja niczego nie zmieniła. Dalej prywaciarz to w powszechnym pojęciu kombinator i oszust. Duże firmy stać na dobrych adwokatów i tym sposobem potrafią wybrnąć z różnego rodzaju wpadek i przekrętów. Małych firm na to nie stać.

Przez cały czas mam rotację za barem. Owszem przychodzą chętni do pracy, ale…

wygląda to mniej więcej tak. Mogę pracować, ale na czarno, bo inaczej stracę dopłatę do mieszkania, zasiłek z MOPS-u, pomoc z PCK. Proszę mi powiedzieć jak można – w małym mieście, gdzie wszyscy się znają – postawić kogoś do pracy na czarno i to jeszcze za barem.

Inny ciekawy, acz powszechny przypadek, Panie Piotrze. Pracuje dziewczyna na pół etatu, bo tak jej pasowało. Po czasie poprosiła jednak o możliwość pracy na pełny etat. Sprawdziła się wcześniej ,więc się zgodziłem. Jaki był tego efekt? Po sześciu dniach przyniosła zwolnienie lekarskie i ciągnie chorobowe już trzeci miesiąc. Tak wygląda rynek pracy na prowincji. Kelnerka nigdy nie zauważy zabrudzonego obrusu, śmieci na podłodze, nieumytych szklanek, kufli. Nie ma czasu, bo przecież mogło by ją ominąć coś ważnego na facebooku.

Powiedzmy sobie szczerze. Ci co chcą pracować, robią to za granicą,
lub tutaj w Polsce. Ci co pracy nie mają, to lenie i nieudacznicy, mówiąc kolokwialnie roszczeniowcy. Znają dokładnie stawki, jakie płacą inne firmy w mieście, ale zupełnie nie interesuje ich przestrzeganie zakresu obowiązków. Największy żal mam do lekarzy, którzy sypią zwolnieniami bez ograniczeń. Powiesz, że masz problemy z kręgosłupem i pół roku laby gwarantowane. No ale lekarz teraz to nie służba, a biznes, jak mówią w kabarecie – klient nasz pan.

Panie Piotrze – oczywiście są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem są ludzie 50 plus. Panie w tym wieku pracują na kuchni i proszę mi wierzyć znają swoje obowiązki, nie patrzą tępo w ekran smartfona, nie kombinują co zrobić by nie zrobić nic, a jedynie pozorować pracę. Gdy mają chwile spokoju sprzątają i myją podłogi, sprzęt. Niestety nie mają już tyle sił by noce spędzać za barem.

Jeśli się chce pisać o wyzysku pracowników przez wrednych właścicieli, to najlepiej samemu założyć firmę i spojrzeć na to wszystko z drugiej strony, a wtedy – zapewniam- obraz nie będzie już tak wyrazisty jak Pan pisze.

Ostatni bój ukraińskich pracowników

Nowy neoliberalny kodeks pracy zrobi z Ukraińców parobków – alarmują związki zawodowe nad Dnieprem.

Pod siedzibą rządu w Kijowie oraz w wielu innych miastach Ukrainy 30 stycznia odbyły się demonstracje związków zawodowych i organizacji lewicowych przeciwko projektowi nowego kodeksu pracy. Prawo wzięte prosto z marzeń neoliberałów i z koszmarów sennych pracowników świadomych swoich interesów to jeden ze sztandarowych projektów rządu Ołeksija Honczaruka. Najprawdopodobniej przejdzie, gdyż rządowa frakcja ma większość w Radzie Najwyższej.

Ponadto frekwencja na proteście pokazywała raczej słabość ukraińskiego ruchu związkowego – przeciwko zmianie kodeksu pracy, która jest wyjątkowo niekorzystna odla pracowników, pod gmach rządu przy ul. Hruszewskiego przyszło protestować kilka tysięcy osób. W porównaniu z tłumami na Majdanie to naprawdę niewiele, a przecież wprowadzane zmiany uderzą w każdego Ukraińca, który nie zdecyduje się na emigrację zarobkową.

Powyżej tysiąca oburzonych udało się zmobilizować także związkowcom z Zaporoża, Charkowa, Czernihowa i Krzywego Rogu. Kilkaset zgromadziło się na protestach w Użhorodzie, Równem, Mikołajowie, Winnicy, Dnieprze oraz we Lwowie. To akurat sukces. W przemysłowym Krzywym Rogu walka pracownicza ma wielkie tradycje, a lokalne związki także w ostatnich latach rzucała z powodzeniem wyzwanie wielkim i bezwzględnym pracodawcom, ale w pozostałych miastach w ostatnich latach ruch pracowniczy był w niemal całkowitej stagnacji.

Praca niebezpieczna i niestabilna

– Pracownik będzie mógł bez większych trudności zostać zwolniony, gdy jest na urlopie, na chorobowym lub na urlopie macierzyńskim. Neoliberalne prawo pracy zrobi z Ukraińców parobków – ten fragment stanowiska przyjętego przez Zjednoczenie Związków Zawodowych Ziemi Lwowskiej zawiera w sobie część zarzutów, jakie pod adresem nowego kodeksu mają obrońcy praw pracowniczych. A to nie wszystko.
Po wejściu w życie nowego ustawodawstwa pracownik nie będzie mógł odmówić wykonywania swoich obowiązków, kiedy zatrudniający nie zapewni mu warunków zgodnych z zasadami BHP, wynagrodzenie za nadgodziny ma wynosić zaledwie 20 proc. zwykłej stawki godzinowej, a okres wypowiedzenia przy zwolnieniu zredukowano do 15 dni. Pod pretekstem „wyrównywania szans mężczyzn i kobiet” z nowego prawa wykreślono również przepisy chroniące matki z dziećmi – nie można było dotąd ich zwolnić, dopóki dziecko nie skończyło 3 lat, zaś samotne matki miały gwarancję zatrudnienia aż do ukończenia przez syna lub córkę lat 14.

Wyrzucić ministra

Do uproszczonej procedury zwalniania pracownika, który za wspomnianym 15-dniowym wypowiedzeniem będzie mógł zostać wyrzucony w zasadzie zawsze, kiedy pracodawca uzna to za stosowne, nawiązali demonstranci podczas wczorajszych zgromadzeń. Na jednym z transparentów zebrani ludzie, jako „pracodawcy rządu”, ogłosili zwolnienie Tymofija Myłowanowa, ministra gospodarki i jednego z głównych architektów antyspołecznej reformy. Na innym napisano: Nawet koronawirus umarłby od takiej pracy!, jeszcze na innym: Precz z niewolnictwem! Co do tego, że kodeks uczyni z pracowników najemnych niewolników, wątpliwości nie ma również Witalij Machynko, przewodniczący związku zawodowego Solidarność Robotnicza.

– W kodeksie znalazło się m.in. pojęcie kontraktu z nienormowanym czasem pracy. To oznacza, że pracownik jest zobowiązany do pracy tyle godzin, ile mu nakaże pracodawca,byle zgadzała się miesięczna pula godzin. W praktyce oznacza to, że jednego dnia, kiedy nie ma materiałów, albo po prostu takiej potrzeby, dzień pracy dla każdego może wynosić 2 – 3 godziny. A kiedy trzeba nadgonić czas i zamówienia, pracodawca może całkowicie bezkarnie zmusić swoich pracowników do pracy np. 16 godzin – alarmuje Machynko.

Być jak Polska

Ukraiński rząd wydaje się jednak bardzo zadowolony z przygotowanej ustawy i raczej nie zanosi się na to, by się z niej wycofał. Minister Myłowanow obiecuje, że jego kraj dzięki deregulacji i uproszczeniu przepisów stanie się „mekką dla inwestorów”, podobne wizje kreśli prezydent Zełenski. W ocenie lewicowych organizacji Myłowanow uprawia w internecie zwyczajną dezinformację, wychwalając zalety nowych przepisów i zapewniając, że wszystkie wady to wymysł związkowców.
Wschodnioeuropejska praktyka pokazuje, że nie da się równocześnie przyciągać za wszelką cenę biznesu i dbać o prawa pracowników. Dowodzi tego choćby przykład polskiej transformacji, którym ukraińskie władze bardzo się zachwycały.

Paszportowy wyzysk

Polska miała odchodzić od konkurencyjności opartej na taniej sile roboczej. Niestety, wciąż tkwimy w tym padole. Pokazuje to przykład pracowników tczewskiej fabryki brytyjskich paszportów, którzy wykonują wykańczającą pracę za marne grosze.

– To co było w brytyjskich mediach jest lekko przekoloryzowane, ale niestety dużo w tym prawdy – powiedziała „Dziennikowi Bałtyckiemu” jedna z osób zatrudnionych w zakładzie. – Od dłuższego czasu wszyscy się burzą, i produkcyjni, i biurowi. Fakt faktem, sposób działania samych kadr w ostatnim czasie budzi sporo zastrzeżeń, więc za tym idą kwestie zatrudniania i płac. Informacje o planowanych podwyżkach płac zawsze cieszą, ale kiedy już do nich dochodzi, to okazuje się, że płaca wzrosła jedynie o poziom inflacji – dodała.

Publikacja na temat tamtejszych warunków pracy pojawiła się w „Daily Mail” w zeszłym tygodniu. Drobiazgowe kontrole, nieuzasadniona presja ze strony przełożonych i ponadnormatywny czas pracy – tak wygląda los zatrudnionych w zakładzie prowadzonym przez Thales Group, francuską firmę świadczącą usługi dla brytyjskiego rządu. Koncern przeniósł część produkcji nad Wisłę, oczywiście – z powodu niższych kosztów pracy.
„Pracujemy na 12-godzinne zmiany, ale firma zdecydowanie zachęca do brania nadgodzin, które mogą być bardzo wyczerpujące. Momentami, czuję się jakbym był w więzieniu” – komentuje pracownik fabryki przytaczany przez „Daily Mail”.” Również inni pracownicy twierdzą, że wręcz zostali zmuszeni do brania zwolnienień chorobowych, aby mieć czas na dorabianie sobie na drugim etacie i jakoś związać koniec z końcem.

– Ta firma ma wiele plusów, ale w ciągu ostatnich trzech lat dużo się w niej popsuło. Wiele osób z naszej fabryki zastanawia się nad znalezieniem pracy gdzieś indziej. Koncern należy do Francuzów i z tego, co wiemy, we Francji pracownicy chwalą sobie zatrudnienie w Thales Group. My nie możemy tego powiedzieć – mówi jeden z pracowników.

Pracownicy mają również zakaz rozmawiania o tym, czym się zajmują, nawet z bliskimi.

„Zgodnie z obowiązującymi w naszej firmie zasadami dotyczącymi poufności, udzielanie osobom trzecim (mediom lub komukolwiek innemu) wszelkich informacji na temat jakichkolwiek klientów oraz kontraktów realizowanych przez nasz zakład jest zdecydowanie zabronione” – to fragment regulaminu zakładu.

– Negatywny artykuł, jaki ukazał się w brytyjskich mediach, a potem powielony został w niektórych polskich mediach, bardzo nas zaskoczył – mówi Rafał Weltrowski, odpowiedzialny za komunikację w Thales Group. – Tym bardziej, że nikt się do nas nie zgłaszał po informacje. Firma wydała również oświadczenie.

„Grupa Thales od zawsze przestrzega lokalnych przepisów prawa pracy, przepisów BHP oraz przykłada dużą wagę do ochrony środowiska. Warunki pracy stworzone pracownikom firmy są na wysokim poziomie. (…) Działamy zgodnie z przepisami prawa kładąc szczególny nacisk na bezpieczeństwo i higienę pracy. Wspólnie pracujemy nad ciągłą poprawą warunków pracy poprzez realizowanie licznych projektów i związanych z nimi kampanii pracowniczych. Dowodem na to jest fakt, iż w 2017 roku zakład w Tczewie został wyróżniony przez Państwową Inspekcję Pracy nagrodą «Pracodawca – organizator pracy bezpiecznej». Wszelkie uwagi naszych pracowników, a w szczególności dotyczące ich komfortu pracy są przez nas wnikliwie analizowane. Zawsze bierzemy pod uwagę ich opinię i jesteśmy otwarci na dialog”.

Szwalnie strachu i wyzysku

Szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach szefowa patrzy na pracownice na monitorze i karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często – mówi Grażyna Latos z fundacji Kupuj Odpowiedzialnie w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Bangladesz wcale nie jest daleko – tych słów użyłaś, pisząc o sytuacji polskich szwaczek na portalu ofeminin.pl. Bangladesz to praca po kilkanaście godzin dziennie, za bardzo niską stawkę, w budynkach urągających wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Naprawdę polskie szwalnie nie są wiele lepsze?

Oczywiście, polskie szwalnie są lepsze. Jeśli chodzi o budynki, jest bez porównania lepiej. Ale jeśli przyjrzeć się sytuacji bliżej, obraz jest szokujący.

Najstraszniejsza historia, którą usłyszałaś?

Szwaczki zamknięte w zakładzie na kłódkę, albo psy spuszczone na zewnątrz przez właściciela. To wszystko działo się jeszcze dwie dekady temu. Dziś tak drastyczne historie nie mają już miejsca, ale szwaczki nadal są zmuszane do pracy w nadgodzinach, wyśmiewane i poniżane. Wiele z nich codziennie słyszy, że nic nie potrafią, że gdyby szwalnia została zamknięta, to sobie nie poradzą.

Kto jest za to odpowiedzialny?

Wraz z Fundacją Kupuj Odpowiedzialnie jesteśmy w trakcie działań mających na celu rozpoznanie problemu. Z rozmów, które przeprowadziłam ze szwaczkami wynika, że bardzo często to zamawiający, także znane marki odzieżowe, naciskają na właścicieli szwalni, by ceny były jak najniższe. Wiele karygodnych praktyk wydaje się jednak „inicjatywą własną” właścicieli szwalni.

Weźmy na przykład sprawę umów i wynagrodzeń. Większość szwaczek, z którymi rozmawiałam ma umowę o pracę i powinny otrzymywać wynagrodzenie godzinowe. Praktyka jest jednak zupełnie inna. Zarobek jest uzależniony od tego, ile i czego uszyją. W dodatku dopóki nie ukończą jednego zlecenia nie wiedzą, jaka jest konkretna stawka. Opowiadały mi, że bywa i tak, że właściciel szwalni obserwuje, jak sprawnie szyją i oblicza, ile może im zapłacić, żeby mimo wszystko jak najwięcej zarobić. Potem szwaczki porównują swoje miesięczne zarobki i okazuje się, że np. z każdym kolejnym miesiącem za szycie niemal takich samych żakietów dostają coraz mniej, nawet jeśli szyją coraz więcej i sprawniej. Jeśli odważą się zapytać, dlaczego tak się dzieje, słyszą wymówki: „Kiedyś dołożyłem, teraz musi się wyrównać”, „Wtedy źle obliczyłem”.

Dlaczego więc nie odchodzą?

Moje rozmówczynie miały różne powody, by zaciskać zęby i mimo wszystko codziennie chodzić do pracy. Niektóre miały dzieci na utrzymaniu, były samotne matki, innym brakowało niewiele do emerytury. Były przekonane, że jeśli stracą tę pracę, to nie znajdą żadnej innej. Jeszcze inne czuły, że przejście do innej szwalni nic im nie da, bo warunki pracy i nastawienie przełożonych wszędzie jest mniej więcej podobne. Rezygnowały te, które potrafią uszyć całą sztukę, mają wykształcenie krawieckie albo się tego nauczyły. To dało im szansę, żeby założyć własny warsztat. Żadna nie żałowała zmiany pracy.

Natomiast większość szwaczek szyje tylko częściowo, co znacząco ogranicza ich możliwości, żeby coś zmienić. I to nie jest tylko tak, że one same zaniedbały możliwość zdobycia, poszerzania kwalifikacji. Często im się ten rozwój utrudnia.

Jak to wygląda?

Właściciele szwalni są w stanie im obiecywać, że umożliwią im szycie na różnych maszynach, zdobywanie nowych umiejętności. Potem jednak przekonują się, że dana osoba jest już bardzo biegła w obsłudze jednej maszyny, pracuje bardzo szybko. Im się wtedy bardziej opłaca, żeby ona już na tej maszynie została, niż by nauczyła się obsługi kolejnej i się rozwijała. Inny scenariusz – szwaczka pracuje codziennie w czasie ponadwymiarowym, więc może zapomnieć o kursach, szkoleniach. Jedna z moich rozmówczyń, bardzo zdeterminowana, po prostu oszukiwała szefową. Mówiła, że musi chodzić na rehabilitację i dzięki temu ukończyła kurs. To jej pomogło w ostatecznym rozrachunku odejść ze szwalni i zostać krawcową. Ale to przecież nie jest żadne rozwiązanie na większą skalę.
Wiele szwaczek zresztą nawet nie myśli o tym, że może być inaczej. Są przerażone i skupione tylko na tym, by przetrwać. Szwalnie są pełne strachu.

Nie mają znikąd wsparcia? Gdzie są związki zawodowe?

Działających związków zawodowych w tym sektorze praktycznie nie ma. Nie ma „Solidarności”, OPZZ działa tylko w kilku fabrykach produkujących odzież. Inicjatywa Pracownicza i Związek Zawodowy Pracowników Ukraińskich w Polsce nie posiadają żadnych kontaktów w przemyśle odzieżowym.

Skoro już o pracownikach z Ukrainy mowa… Jak na pracę w szwalniach wpłynął przyjazd migrantek? W wielu branżach pracodawcy wykorzystują to, że Ukraińcy są gotowi ciężko pracować za niższą stawkę, bo to i tak większe pieniądze niż to, co zarobiliby w ojczyźnie. W tej również?

Udało mi się porozmawiać tylko z jedną Ukrainką. Pracuje w szwalni w Opolu. Miała takie same problemy jak Polki plus dodatkowy: językowy. Ta kobieta podpisała umowę, nie rozumiejąc, co było w niej napisane.
Praktycznie wszystkie moje rozmówczynie mówiły, że pracy dla szwaczek nadal jest dużo. To dlatego w związku z migracją do Polski niewiele się w szwalniach zmieniło. Jak zauważały, coraz mniej młodych kobiet decyduje się na taką drogę zawodową, szkoły krawieckie są zamykane. W urzędach pracy ciągle są oferty pracy dla szwaczek.

To jeśli rąk do pracy brakuje, dlaczego pracodawcy nie szanują tych, które chcą pracować?!

Jakieś zmiany na lepsze zachodzą, jednak bardzo, bardzo powoli. Kiedyś szwaczki w ogóle nie pozwoliłyby sobie na zapytanie pracodawcy, dlaczego ich stawki maleją. Starsze pracownice opowiadają, że kiedyś wylatywało się z tej pracy za jedną odmowę wykonania dodatkowej pracy, czy nawet za pytanie: dlaczego tak?

To naprawdę bardzo mała zmiana, skoro wspominałaś, że w odpowiedzi na takie pytania pracownice najczęściej słyszą wykręty i mało wiarygodne tłumaczenia. Skoro związków nie mato czy same kobiety nie próbowały się organizować?

Nie. Większość z nich woli zaciskać zęby i jakoś przetrwać. Strach jest silniejszy.

W niektórych szwalniach zdarzały się bunty. Kiedy np. przez dwa miesiące z rzędu nie dostały wynagrodzenia, odmówiły dalszej pracy. Inny przypadek – w jednej ze szwalni ze względu na łamanie praw pracownic jedna z zatrudnionych zaalarmowała Inspekcję Pracy. Moja rozmówczyni opowiadała: PIP faktycznie przysłała kontrolę, nałożyła na szwalnię karę, ale właściciel szwalni potrącił sobie te pieniądze z wypłat pracownic. W ostatecznym rozrachunku to one ucierpiały. A ponieważ szwaczki znają się między zakładami, rozmawiają, opowiadają sobie różne historie, to i ta rozeszła się w środowisku i zniechęciła kolejne odważne.

Kiedy kontaktowałam się ze szwaczkami, proponowałam rozmowę i mówiłam o pisaniu tekstów, bardzo często słyszałam: ale to nic nie da! I tak nic się nie zmieni! Większość nie chciała ze mną rozmawiać nawet wtedy, kiedy zastrzegłam, że nie ujawnię żadnych danych.

Nawet wtedy się bały?

Mówiły: sądzi pani, że nie da się ustalić, kto co powiedział? Spotkałam tylko dwie szwaczki, które zgodziły się rozmawiać pod nazwiskiem.

Paradoksem jest, że wiele szwaczek, kształcąc się i rozpoczynając aktywność zawodową, wie, co może je spotkać. Są rodziny, gdzie w szwalniach pracuje matka i córka, albo siostry. Pani Barbara, jedna z tych dwóch kobiet, które zgodziły się podać imię i nazwisko, jest córką szwaczki. Od dzieciństwa słyszała opowiadania swojej mamy i jej koleżanek. A jednak weszła na tę drogę.

Strach i niewiara w możliwość solidarnej walki sprawia, że pracodawcy nigdy się nie zmienią.

Już teraz branża odzieżowa jest jedyną, w której na przestrzeni lat nie było żadnych zauważalnych podwyżek pensji. W tej chwili w umowach szwaczek zapisane jest wynagrodzenie minimalne, ale w praktyce bywa tak, jak opowiadała mi jedna z kobiet: szyła pięć dni w tygodniu po 12 godzin, dostawała nieco ponad trzy tysiące. Mogło być lepiej, np. wtedy, gdy szyły kożuchy, udawało się przy tak wytężonej pracy przez miesiąc-dwa wypracować pięć tysięcy. Ale mogło być też gorzej. Znam historie, w których pracodawca przedstawia szwaczkom swoje własne wyliczenia, takie, których one nawet nie do końca rozumieją, z których „niezbicie wynika”, że należy im się jeszcze poniżej minimalnej.

Inna rozmówczyni opowiedziała, jak szefowa wyrejestrowała wszystkie pracownice z ZUS-u na jakiś czas, żeby „odpocząć” od płacenia składek. A przecież szwalnia nadal działała, a każdy miesiąc bez rejestracji odbija się na późniejszej emeryturze.

Urlopów też się nie respektuje?

Kobieta, o której wynagrodzeniu wspomniałam, nie była na urlopie przez sześć lat.
Często szwaczki zmusza się, żeby podpisały wniosek o urlop bezpłatny, gdy tak naprawdę chorują. Na szczęście nie jest tak we wszystkich szwalniach. Z drugiej strony to praca, która zwyczajnie wyniszcza. Bywa, że szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach pracownice są non stop obserwowane. Szefowa patrzy na nie na monitorze i potem karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często.

A co z pracownicami w ciąży czy tymi, które opiekują się małymi dziećmi?

Rozmawiałam ze szwaczką, której przedłużono umowę dokładnie do dnia urodzenia dziecka. Zaoferowano jej, by wróciła za jakiś czas, bo pracodawca był z niej bardzo zadowolony.

Uderza mnie to, że rozmawiamy o bardzo sfeminizowanej branży. Szwaczki, krawcowe, właścicielki szwalni – w zawodach związanych z odzieżą kobiet jest bardzo dużo. Tyle słyszeliśmy o siostrzeństwie, o wspólnej walce o swoje prawa, a tutaj… kobieta krzywdzi kobietę?
Niestety kiedy słuchałam opowieści szwaczek, miałam poczucie, że tu solidarność właściwie w ogóle się nie zdarza. Same rozmówczynie się na to skarżyły.

Relacje na rynku pracy ją zabijają?

Można odnieść takie wrażenie. Są piękne przykłady wzajemnego wsparcia, udzielania sobie pomocy, ale tych przygnębiających historii jest więcej. Także dotyczących relacji między pracownicami. O tym, jak starsze koleżanki wysyłają młodszą, żeby rozmawiała z szefem, bo ona jeszcze nie wie, że taka rozmowa się źle skończy.

Ta świadomość, że nie ma solidarności, a równocześnie, że trzeba wykarmić własne dzieci, ostatecznie zniechęca do buntowania się. Każda robi swoje, troszczy się, żeby dostać swoją wypłatę. Nie martwi się o to, że koleżanka została źle potraktowana czy doznała przemocy. Ta, która jest silniejsza, postawi się szefowej, obroni się – ale wtedy to inna, słabsza, usłyszy, że do niczego się nie nadaje, albo że szyje za mało, bo chce okraść pracodawcę.

Czy usłyszałaś od swoich rozmówczyń jakąkolwiek krzepiącą historię, z dobrym zakończeniem, dającą chociaż trochę nadziei?

Może powinnam tu wspomnieć o pani Barbarze, jednej z tych dwóch szwaczek, które zgodziły się ujawnić imię i nazwisko, bardzo odważnej kobiecie. Pamiętam, jak wahała się, myślała, czy nie wystąpić pod nazwiskiem panieńskim. Ale w trakcie naszych rozmów stawała się coraz silniejsza. Ostatecznie do mnie napisała, że mogę podać pełne personalia, bo to nie ona ma się czego wstydzić, tylko ludzie, którzy ją źle traktowali. To był chyba najbardziej budujący moment.

Niemniej pani Barbara ostatecznie odeszła ze szwalni.

Tak. Obecnie razem z koleżanką prowadzi własny zakład.

Po publikacji mojego tekstu dostałam kilka listów od szwaczek-czytelniczek. Napisały, że ich doświadczenie jest podobne. One też miały już dość i odeszły ze szwalni. Żadna nie pisała o tym, że udało się coś zmienić w miejscu pracy.