Agencja Pracy Wyzysk

Do Pauliny trudno się dodzwonić, ciągle zajęte. Kiedy już się udaje, pada kilka prostych pytań, które można sprowadzić do jednego: czy nadaje się Pan/Pani do roboty? Praca jest w markecie w dużej galerii handlowej, przy wykładaniu towaru i na kasie. Każdy to potrafi. Trzeba mieć tylko książeczkę sanepidowską. Stawka? A studiuje Pan/Pani? Jeśli tak, 13 zł do ręki, jeśli nie, to niestety tylko 12. W tym momencie Paulina kłamie wprost.

Prawdziwe stawki są niższe, minimalne (około 10 zł netto za godzinę pracy), zupełnie nieprzystawalne do dzisiejszych stawek na rynku pracy, a już na pewno w stolicy. Ale ona dostaje niewielką prowizje za każdą zawartą umowę, więc ma to gdzieś. Chyba po cichu liczy, że nie wszyscy doczytają w umowie albo pomylą brutto z netto. Poza tym może się nie orientować w warszawskich realiach, bo właśnie siedzi w swoim mieszkaniu w Radomiu, gdzie odbiera telefony, wypełnia papiery i ściga się na ilość zawartych umów z koleżankami. Witamy w Agencji Pracy Tymczasowej Krzak spółka zoo z siedzibą w Warszawie (prawdziwej nazwy nie podaję, bo to bez znaczenia), w wirtualnym biurze (na co prawo nie pozwala) które można wynająć za 99 zł miesięcznie (+VAT). Rok założenia 2018.
Rozmowy kwalifikacyjne stają się zbędne, kto by jechał do Radomia? Paulina prosi ‘’klienta’’ o przysłanie danych SMS-em, z nich tworzy egzemplarz umowy i profil w internetowym systemie zleceń firmy. Wysyła link z umową, który wystarczy w owym systemie ‘’kliknąć, by zaakceptować’’ – nie potrzeba już nawet fizycznego podpisu. Szczegóły pracy? Do ustalenia z kierownikiem na miejscu. Od kiedy może zacząć? Od zaraz? No i gitara.
Praca dla desperatów
Umowa, oczywiście zlecenie, jest typową frajerską umową. Grafik ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem, trafia on do systemu i musi być wypełniony. Za brak obecności firma może potrącić całość (sic!) wynagrodzenia. Nikogo nie interesuje, czy jesteś chory, czy dziecko ci się pochorowało, czy zmarła ci matka. Obiecałeś – przychodź. Niektórzy pracownicy w takiej sytuacji wysyłają kogoś z rodziny albo znajomych, a kierownicy przymykają oko. Brakuje przecież personelu. Brak obowiązku osobistego świadczenia pracy zbija także zarzut, że jest to stosunek pracy – każdy sąd pracy to przyzna.
Grafik musi być raportowany, czyli potwierdzany w systemie. Jeśli nie będzie – pracownik może oczekiwać kar umownych (20 zł + 20 zł za każdorazowe przypomnienie SMS). Agencja Pracy pobiera z pensji 10 zł za każde wystawienie rachunku. Za każde rażące naruszenie obowiązków lub działania na szkodę Sklepu (tak w umowie; wszystko z wielkiej litery) 500 zł kary. Zleceniobiorca ponosi także odpowiedzialność za ewentualne niedobory kasowe, czyli manka. Warto podkreślić, że zwykły etatowy pracownik niekoniecznie za nie płaci; pracodawca bowiem musi wcześniej skierować sprawę do sądu i ją wygrać – rzadko mu się to opłaca. Poza tym manko nie oznacza zazwyczaj działania intencjonalnego, zdarza się, jak to w życiu, i jest wliczone w działanie w branży handlowej.
Wypłata wynagrodzenia odbywa się po 28 dniach od zakończenia miesiąca kalendarzowego. Za styczeń pieniądze można zobaczyć w marcu (lub ostatniego dnia lutego). Jeśli pracownikowi będzie potrzebne szkolenie, to oczywiście bezpłatne.
Każdy, kto podpisywał kiedykolwiek umowę zlecenia z agencją pracy zapewne wzruszy ramionami, bo są to zapisy standardowe. Często nie chodzi wcale o to, aby je wykorzystywać, lecz aby stanowiły straszak. Wykorzystuje się je zaś przy rozstaniu z pracownikiem, gdy wiadomo, że ten nie będzie już potrzebny. Żaden pracownik i pracowniczka nie zgodzi się przecież na upokarzającą karę umowną czy odebranie pensji i kontynuowanie współpracy z taką agencją. Nie pójdzie też do sądu, bo ma większe problemy na głowie. Zresztą i tak by pewnie przegrał.
Dotychczas działalność tej firmy skupiała się na ściąganiu pracowników z Ukrainy, a głównymi udziałowcami są obywatele ukraińscy. Można domniemywać, że rozszerzenie działalności na outsourcing polskich pracowników wynika z coraz większej niechęci przyjazdu Ukraińców do Polski – po raz pierwszy od czterech lat spadła liczba pracowników z Ukrainy. Firma musi więc naganiać do pracy zdesperowane emerytki lub naiwnych, rozpoczynających swoją przygodę z rynkiem pracy studentów (bo raczej tylko tacy podejmą się takiej pracy – przepraszam! – zlecenia).
Na popularnym portalu z ocenami pracodawców agencja ma dużo negatywnych opinii. Wiele z nich dotyczy opóźnień w wypłacie wynagrodzenia. Ktoś, kto dostał pensję o dwa tygodnie po czasie, dostaje gratulacje, bo inny czekał trzy miesiące.
Wiecznie tymczasowi
Kiedy mieliśmy ostatnio do czynienia z protestami grup zawodowych budżetówki, często padał argument, że to skandal, że zarabiają oni mniej niż ‘’na kasie’’. Brzmiało to tak, jakby praca w handlu miała być gorsza i z zasady mogła być mniej opłacana, bo nie potrzeba do niej żadnych kwalifikacji. Ale jest to przecież zajęcie ciężkie, nużące i monotonne. No i wbrew powstałemu wrażeniu nie zarabia się tam jakichś kokosów. Pracowników do Biedronki, Lidla czy Carrefoura znaleźć trudno, bo jest wiele innych zajęć, również niewymagających jakichś niesamowitych zdolności, ale za to lepiej płatnych. Ten niedobór pracowników połączony z brakiem chęci bądź możliwości zwiększenia wynagrodzeń powoduje sięganie po pracowników tymczasowych. Ciekawi mnie jednak, że nigdy taka wielka firma, która z tego korzysta, nie zadba, żeby tymczasowi mieli godne warunki – żeby nie byli tylko zasobem, który trzeba do końca wycisnąć i wypluć. Widocznie tak się bardziej opłaca. Humanistyczne zarządzanie ‘’zasobami ludzkimi’’ zawsze przegra ze słupkami w Excelu.
Ponieważ w Polsce płace rosną, bezrobocie jest niskie i zatrudniający muszą się bardziej starać, żeby znaleźć kogoś do roboty, temat agencji pracy tymczasowych, niegdyś często goszczący na łamach gazet i portali, jakoś zanikł. Ale same agencje nie zniknęły. Według raportu Polskiego Forum HR praca tymczasowa w 2017 roku dotyczyła 864 tys. osób. Agencji, które działały w zakresie pracy tymczasowej było 4815, a połowa z nich to nowe podmioty. Na tym rynku istnieje duża rotacja – ok. tysiąc nich co roku się zamyka, a nowe powstają w tym samym tempie. Rynek wart jest 7,4 mld zł i urósł o 2 proc. w ciągu roku. Nowsze szacunki mówią jednak o spadku zatrudnionych w ten sposób (do około 700 tys.) We wcześniejszych latach było to ponad milion pracowników.
Przeciętny pracownik tymczasowy był zatrudniony przez 60 dni w roku. Dla ponad połowy z nich okres zatrudnienia wynosił zaś poniżej 3 miesięcy. Dla około 15 proc. zatrudniających okres tymczasowości jest wstępem do zaoferowania pracownikowi etatu, swojego rodzaju okresem próbnym.
Agencje do zamknięcia?
Stopień penetracji rynku, czyli odsetek zatrudnienia tymczasowego (liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty) w odniesieniu do ogółu zatrudnienia w danym kraju wynosi u nas 1 proc. i z roku na rok spada. Ale to nie znaczy, że tę niewielką część pracujących powinniśmy pozostawić na pastwę powszechnego w tej branży wyzysku.
Państwowa Inspekcja Pracy w 2017 roku przeprowadziła kontrole, z których wynika, że aż 58 proc. agencji narusza przepisy. Najczęściej chodzi o niepłacenie w terminie składek na Fundusz Pracy, nieprzestrzeganie obowiązku przedstawiania corocznych sprawozdań czy wprost nielegalne świadczenie usług.
Dwa lata temu PiS podjął próbę regulacji branży, wprowadzając limit zatrudnienia u jednego pracodawcy do 18 miesięcy czy automatycznie przedłużając umowę tymczasową pracowniczki w ciąży (do dnia porodu; dzięki temu otrzyma zasiłek macierzyński) oraz inne szczegółowe przepisy, które mają walczyć z nadużyciami. Czy to coś dało dowiemy się w najbliższych miesiącach, gdy PIP opublikuje raporty już po wprowadzeniu owych nowelizacji. Jeśli jednak skala nieprzestrzegania prawa w agencjach zatrudnienia będzie nadal tak duża, warto rozważyć ich likwidację, tak aby zatrudniających i zatrudnione łączyły bezpośrednie relacje prawne.

Księga Wyjścia (25)

Ballada o wilkach i bananach

Faszyzm, od łacińskich fasces czyli „rózgi”. Kult państwa, terror, nacjonalizm, militaryzm, imperializm, totalitaryzm, antykomunizm, korporacjonizm no i oczywiście antyliberalizm. W teorii akademickiej zaliczany jest również jako antykapitalizm, lecz w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. To podczas hitlerowskiego faszyzmu rozkwitły firmy i koncerny takie jak choćby Hugo Boss, projektant i autor mundurów SS, czy koncern farmaceutyczny Bayer słynący współcześnie z dobrej na kaca aspiryny, dorobił się na produkcji śmiercionośnego „cyklonu B”. Gdyby nie ten Hugo Boss, Bayer i samo określenie – faszyzm – pomyślałbym, że rozmawiamy o USA.
Komunizm, z łacińskiego „wspólny”. Ideologia, której celem jest utworzenie społeczeństwa wolnego od ucisku i wyzysku społecznego. Powstały w XIX wieku w dwóch wariantach. Anarchistycznym i marksistowskim, opartym na manifeście komunistycznym z 1848 roku. Obie te ideologie są w Polsce zakazane, nie wolno ani publicznie ich głosić, ani prezentować symboli.
Fakt, że kilka reżimów powołało się na ideologię komunistyczną nie świadczy o tym, że jest ona zbrodnicza. Franco i Pinochet powoływali się również na chrześcijaństwo, obronę wartości, lecz jak dotąd nikt nie zakazał religii katolickiej. Wciąż bez problemu znajdziemy w internecie zdjęcia Wojtyły przyjmującego Pinocheta, mało tego, odwiedzającego Chile, a ich miny zdradzają wzajemną sympatię i zażyłość.
Jak to wygląda w innych, znacznie bardziej oświeconych państwach? Całkiem legalnie funkcjonuje Komunistyczna Partia Norwegii, wydaje nawet własną gazetę pt. „Friheten” czyli wolność, zwróćcie uwagę na zdjęcie Marksa w lewym górnym rogu. Oprócz niej istnieje socjaldemokratyczna gazeta o zdumiewającym dla Polaka tytule – „Klassekampen”, co dosłownie znaczy walka klas.
Dawno temu w na południowym kontynencie Ameryki działała firma o nazwie United Fruit Company. Założona jeszcze w XIX wieku, funkcjonowała do roku 1970. Jej struktura wyglądała w następujący sposób. Stanowiska kierownicze obejmowali biali Amerykanie, absolwenci dobrych uczelni, stanowiska nadzorców – dawni plantatorzy z południa, a siłą roboczą byli miejscowi mieszkańcy i czarnoskórzy obywatele USA. United Fruit Company używała praktyk kolonialnych, a warunki w jakich pracowali robotnicy porównywalne były z tymi na plantacjach bawełny sprzed wojny secesyjnej. Wypłatę dostawali w bonach, które mogli realizować jedynie w sklepach należących do firmy.
Wykreowana moda na te owoce spowodowała nieprawdopodobne zyski. A że nie płacili podatków, wędrowały wprost do kieszeni właściciela. Pierwotnie był to budowniczy kolei Minor Keith, który po krachu giełdowym zorientował się, że w miejscu gdzie przerwał budowę torów wyrosły owoce.
Tak to wyglądało w skrócie. Firma miała pewne turbulencje finansowe, ale sprzedała część udziałów i nadal była właścicielem większości ziem Ameryki Południowej. Gdy w Gwatemali prezydentem został wychowany wśród Indian Austriak, pułkownik Jacobo Arbenz Guzmán, postanowił przyhamować zapędy korporacji i z powrotem znacjonalizował tereny, które w najróżniejszy sposób przejęło przedsiębiorstwo. Poza niewielkimi enklawami cała Gwatemala ( i nie tylko Gwatemala) należała do United Fruit Company.
Guzmán nie był rabusiem, nie znacjonalizował siłą, pozostawiając właścicieli bez grosza i ziemi. Wywłaszczył ich grunty wypłacając im należne odszkodowanie, czyli zapłacił za ich wartość, tu też ich nie oszukał. Przy wycenie oparł się na zestawieniach samych firm i zgodnie z ich własnymi zeznaniami, składanymi w ubiegłych latach wypłacił im dokładnie co do peso. Nie podobało się to ani właścicielom, którzy zaniżali wartość księgową, ani Stanom Zjednoczonym. United Fruid Company praktycznie nie płaciło podatków, żeby jeszcze zaniżyć to nic, fałszowali księgi, w których wykazywali tak niewielkie dochody, a w związku z tym wartość gruntów stanowiła nic i Guzmán, gdyby chciał, mógłby przejąć je bezpłatnie, na nawet zażądać od właścicieli by mu jeszcze dopłacili, to pomimo tego wypłacił im zgodnie z przedstawionymi wcześniej zestawieniami. Firma poczuła się wydymana i poprosiła USA o pomoc. Jankesi szybko pojawili się na miejscu, obalili Guzmána, jego miejsce zajęła junta wojskowa, a kraj pogrążył się w pięćdziesięcioletniej wojnie domowej.
W tamtym okresie cała Ameryka Południowa i Środkowa były czymś w rodzaju przedłużenia USA – wciąż tak jest. Różnica polega jedynie na tym, że to co jest zabronione na północnym kontynencie, tam jest zgodnie z prawem praktykowane. Pracodawcy mogli więc karać śmiercią niewydajnych pracowników, z czego korzystała również kompania bananowa. To właśnie od UFC wzięła się nazwa republika bananowa.
Kompania nie płaciła podatków w większości krajów, w których prowadziła interesy, a każdy sprzeciw pacyfikowali amerykańscy żołnierze. Najgłośniejsza była chyba bananowa masakra. 6 grudnia 1928 roku, w Kolumbii, gdzie rząd USA zagroził kolumbijskimi rządowi zbrojną interwencją marynarki za niewywiązywanie się z ochrony interesów bananowej firmy. Czyli za to, że chcieli podatek. W tym czasie trwał też strajk pracowniczy, gdzie domagano się poprawy warunków pracy. Jednak wkurzenie Amerykanów doprowadziło do jego pacyfikacji, w której zginęło do dwóch tysięcy ludzi. Niektóre rządowe źródła podają, że zabito „jedynie” 47 osób.
Firma zmieniła już nazwę, ale zarówno Hugo Boss, Bayer czy UFC, niczym specjalnie się nie różnią. Wszystkie dorobiły się na ludzkiej krwi, wyzysku i liczonych w setkach tysięcy, zabitych. Przykład wymienionych firm doskonale obrazuje związek kapitalizmu z faszyzmem. Kapitalizmu opartego na terrorze, niewolnictwie i masowej zagładzie. Komunizm nie ma takich związków, nawet nie miał okazji mieć, bo tak naprawdę jeszcze żaden kraj nie wprowadził tego systemu. Norwedzy to rozumieją. W Polsce niestety nie. A gdy sięgniecie po banana, to jeśli nie zraziła Was masakra w Kolumbii, to wyobraźcie sobie ładownie statków, którymi przewożone są do Polski. Zielone, niedojrzałe owoce czekają na rozładunek pod grubą warstwą paskudnych robaków, które przebijają skórę swoimi cienkimi kończynami.
Dotychczas sądziłem, że światy równoległe dotyczą jedynie fizyki kwantowej. Ostatnio jednak zjawisko to zaobserwowałem na fejsbuku. Często, gdy prowadzę jakąś rozmowę i różnię się z interlokutorem, to mimo, że go nie obrażam, gdy wyczerpie wszystkie swoje argumenty, usuwa mnie z grona znajomych. Czy przypadkiem nie tworzy to grup ludzi tak samo myślących, żyjących w realu obok nas, ale jakby w zupełnie innym świecie. Ergo – światy równoległe istnieją, jednak zupełnie inaczej wyobrażali je sobie fizycy.
Nie potrafię podać liczby, ale gdy napisałem krytyczny post o Margaret Thatcher, to całkiem sporo osób zwolniło miejsce na moim profilu. Post w zasadzie nie dotyczył samej premier Wielkiej Brytanii, a Charlesa Chaplina, który zakończywszy karierę w Hollywood jeździł do Anglii, by opowiadać o amerykańskiej nędzy, włóczęgach i biedzie ponieważ na Wyspach zjawisko to było zupełnie obce. Ludzie słuchali
i nie wierzyli.
Chaplin zmarł w 1977 roku, dwa lata później do władzy doszła Margaret Thatcher i pojawili się pierwsi nędzarze, od tamtej pory wzrost jest lawinowy. Zwolennikom „Żelaznej Damy” nie dało się tego wytłumaczyć. Pół biedy, gdyby jedynie nie przyjmowali do wiadomości, ale od razu usuwają z grona znajomych, blokują rzucając wcześniej niewybredne określenia.
Tak naprawdę najgorsze, co mogło spotkać świat w XX wieku, oprócz wojen światowych to duet Thatcher – Regan. To oni zepsuli świat. I już nie da się go naprawić. Ale jednak spróbowałem. Zadzwoniła do mnie pani z Amnesty International, podczas rozmowy przekonywała bym wstąpił w ich szeregi i wspólnie świat naprawimy. Ucieszyłem się, bo wspomniana organizacja kojarzy mi się z dobrem i wyraziłem chęć wstąpienia, czyli zasilenia sobą ich grupy. Pani przez telefon powiedziała, ze przyjedzie do mnie kurier i dostanę wszystkie dokumenty, ale muszę również podpisać jakieś kwity zwrotne, podkreśliła też i to dwukrotnie, bym podpisał się w ten sam sposób, jaki złożyłem jako wzór w banku, ponieważ oni już sobie będą sami pobierać składki z mojego konta.
Zdziwiłem się tym, jak to w ogóle możliwe, żeby ot tak ktoś mógł sobie pobierać kasę z konta, specjalnie się tym nie przejąłem, bo konto jest zwykle puste – a dzięki działalności w AI trochę naprawię ludzkości szkód narobionych przez firmy bananowe. Przeglądając internet trafiłem na artykuły dotyczące tej zacnej organizacji, po ich przeczytaniu napisałem kilka maili, bo nie mogłem uwierzyć w treść „oszczerstw” jakie pojawiły się o nich w przestrzeni publicznej. A ponieważ informacje przeczytałem nie na jakiś lipnych portalach, lecz elektronicznych wydaniach w miarę rzetelnych gazet, mój niepokój wzrósł. Mobbing, malwersacje i cała paleta złych praktyk stosowanych wobec podwładnych i powierzonych im pieniędzy.
Zaniepokojony tym, że ktoś psuje dobre imię tak dobrej instytucji naprawdę mną poruszył i jak już wspomniałem postanowiłem u źródła dowiedzieć się szczegółów. Napisałem kilka maili na adresy widniejące na ich oficjalnej stronie. Każdy zaczynając słowami, że żyjemy w czasach fejk niusów, pomówień i niesprawdzonych informacji, dlatego proszę o wyjaśnienie stawianych przez prasę takich i takich zarzutów. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, a do pani, która mnie przekonywała bym się do nich przyłączył, nie mogłem się dodzwonić. Przez kilka dni zbywałem kuriera, ponieważ naprawdę w jakiś sposób chciałem pomóc tej organizacji. W końcu nie doczekawszy się żadnej reakcji, przestałem zbywać kuriera, tylko powiedziałem mu, by już sobie mną głowy nie zawracał, nic nie podpisałem i w ten właśnie sposób nie zostałem członkiem organizacji, która dostąpiła zaszczytu i została odznaczona nagrodą Nobla.
Nawet najbardziej szlachetna idea, najbardziej kryształowa organizacja, gdy tylko zacznie zakładać struktury w Polsce, to zawsze dojedzie do nepotyzmu, mobbingu i defraudacji. Tak więc nie zostałem członkiem Amnesty International, a smutny wniosek o psuciu najładniejszych projektów wsparłem wizualizacją „zastodołowej” toalety. Chociaż i tu moglibyśmy się postarać i jeśli mamy być kiblem ideałów, to przynajmniej niech w nim będzie czysto.
Ciekawe jak jest WWF, które za pomocą najbardziej popularnych aktorów namawia by wpłacać na ratowanie różnych, zagrożonych gatunków zwierząt. Głównie egzotycznych, chociaż fajnie byłoby gdyby krajowy oddział zrobił coś, by polubić na przykład wilki. Uprawiany od wieków czarny PR, swoje zrobił, a przecież nie są groźniejsze od niedźwiedzi.
Chyba się rozpędziłem, na dzisiaj wystarczy. Do przeczytania
za tydzień.

PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.

Trzy migawki

1.
Na oczach policyjnego operatora skuto kajdankami starszą kobietę (RPO tym razem zmilczał). Kobieta nie jest pospolitą „starszą kobietą”, a – rzutkim przedsiębiorcą. Tak rzutkim, że – gdy jej pracownik, zatrudniony nielegalnie, zasłabł na hali, gdzie panowały „afrykańskie temperatury” – wrzuciła tego robotnika do samochodu, wywiozła do lasu i tam porzuciła.
Robotnik zmarł. Miał żonę i dzieci.
Kobieta była Polką, a robotnik – Ukraińcem.
Nie – odwrotnie.
Bo potworem człowiek się staje nie ze względu na przynależność narodową, a przez hodowanie w sobie podłego charakteru. Co jest łatwe w systemie totalnego „laisser-faire” i uznania „Dekalogu” za „ramówkę dla kodeksów: karnego i cywilnego” (cytat z internauty, raczkującego co dopiero ateisty).

2.
W telewizyjnym programie „Tancerz Roku” – para laureatów sprzed kilku laty. Olśniewający występ – choreografia i wykonanie na światowym poziomie. Dziewczyna i chłopak, autor choreografii.
Po występie – pyta ich prezenterka o plany.
Ona jest jeszcze w polskim balecie „narodowym”, on już tańczy za granicą.
I wkrótce – oboje umkną. Nie zapamiętałam: do Berlina czy do Paryża… Wcześniej pokończyli zapewne drogie polskie szkoły baletowe, opłacone głównie z podatków „taniej polskiej siły roboczej”, która jest tak niemądra, że z Polski jeszcze nie wyjechała.
Ani tancerka ani tancerz nie bąknęli „dziękuję”. Wzorem – „kolegów-lekarzy”, „koleżanek-pielęgniarek” i innych, równie cynicznych, inżynierów i wszelkiej maści komputerowców…
Wszystko w imię „wolności jednostki” i „nieskrępowanego prawa do rozwoju”.
Trudno mi będzie im współczuć, gdy za kilka lat okaże się, że dziewczyna tańczy „na rurze”, a chłopak wymyśla do tego popisu choreografię.
Bo i tak się to może skończyć.

3.
Wedle znawców tematu, wkrótce usmażymy się jak dorsze na oleju, a to i z tego powodu, że wielu wsiada do samochodu (wysoki nakład materiałów i energii), aby za rogiem kupić papierosy (trucizna, która wymusi wysoki nakład na materiały i energię w trakcie leczenia raka płuc lub krtani, robocizny nie licząc).
Jadę sobie motorowerkiem „Antonim” (jako tzw. element wiejskiej biedoty) i liczę: Gdy dojedziemy do Krzyża, zużyjemy pół litra benzyny (2,5 zł).
Mijają nas auta z pojedynczymi kierowcami w środku (dolna strefa klasy średniej), którzy także pragną znaleźć się w tym Krzyżu. Na benzynę wydadzą circa 8-10 złotych.
Wszyscy wytworzymy CO2 – kierowcy jednak więcej ode mnie.
Skoro tak – myślimy sobie z „Antonim” – po kiego będziemy tak ten klimat chronić. I machnęliśmy się do Drawin, gdzie ślicznie.
I zużyliśmy sobie dalsze pół litra benzyny, otrzymywanej z ograniczonych zasobów ropy naftowej, o która biją się potęgi: amerykańska, chińska, rosyjska i inne, udając, że im o co innego niż o tę ropę idzie.
Tak to rozrzutność klasy średniej deprawuje biedotę, której prominentny przedstawiciel sobie jeszcze przed godziną brodził po kolana w cudnej rzeczce o nazwie Drawa.
Żadnego „klimatycznego” nie płacąc.
Załączam ukłony i pozdrowienia w ten miły, cieplutki dzionek.

30 lat minęło

4 czerwca 1989 to symboliczna data dokonania kontrrewolucji w Polsce.

Zostali wówczas wybrani politycy, którzy rozpoczęli reformy ustrojowe ignorując nastroje społeczeństwa oraz ogłupiając je hasłami o „drugiej Japonii” czy „kapitalistycznym dobrobycie”.
Skutkiem „transformacji” przemian było pojawienie się problemów takich jak bezrobocie, bieda czy bezdomność. „Demokratyczny” rząd przystąpił do wdrażania kapitalistycznych reform, będących realizacją planów międzynarodowych instytucji finansowych. Polegały one na cięciu wydatków socjalnych, które zastąpiono słynną zupą dla bezrobotnych i podobnymi charytatywnymi gestami.
Zniszczony został również zbudowany przed 1989 rokiem przemysł. Zlikwidowano wiele zakładów wysokiej technologii, produkujących nierzadko wyroby wysokiej klasy. Zakłady nie trafiły pod zarząd załóg, czego oczekiwało wielu robotników, lecz prywatnych właścicieli, często doprowadzających do ich ruiny oraz wyprzedaży majątku. Ofiarą cięć padły całe branże, będące wcześniej symbolem strajków „Solidarności” – stocznie czy hutnictwo.
Już na początku lat 90. oszukani robotnicy przystąpili do pierwszych strajków. W roku 1990 wybuchło ich 250 i brało w nich udział więcej pracowników niż w protestach z końca lat 80. Robotnicy przestawali wierzyć NSZZ Solidarność – skorumpowanej i roztaczającej parasol ochronny nad nowymi rządami. Strajki odbywały się wbrew związkowcom popierającym władzę.
Dziś obie dominujące w Polsce prawicowe siły polityczne będą wykorzystywać 30. rocznicę wydarzeń roku 1989 do swoich celów politycznych i podkreślać swój antykomunizm. Dla milionów ludzi pracy jest to smutna rocznica początku upadku społecznego oraz podziału społeczeństwa na garstkę uprzywilejowanych kapitalistów i całą resztę – stocznie, przemysł maszynowy, elektroniczny, górnictwo czy hutnictwo i cukrownie.

Chorzy na neoliberalizm

Na własnej skórze przekonałem się, że Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) to prawdziwe zagłębie wyzysku – pisze do nas pracownik uniwersyteckiego szpitala. Publikujemy jego list.

Uniwersytet i prowadzony przy nim szpital same wymagają poważnej kuracji. Na początek – wyplenienia objawów neoliberalnego wirusa, jakim jest powierzanie firmom zewnętrznym odpowiedzialności za niektóre prace, bez których szpital nie może funkcjonować.
Goniec w szpitalu to osoba, która wozi pacjentów na wózkach i łóżkach, chodzi z dokumentami, lekami, jednostkami krwi i próbkami do laboratorium itd. Każdego dnia pokonuje kilkanaście kilometrów. W GUMedzie pracuje bez etatu i nawet nie będąc formalnie pracownikiem szpitala.
6 lutego zacząłem w GUMedzie pracę właśnie w charakterze gońca, zatrudniony przez firmę zewnętrzną DGP na umowie-zlecenie. Stawka: 14,70 zł brutto za godzinę. DGP to firma działająca na terenie całej Polski, zajmująca się obsługą różnych obiektów. Niegdyś stanowiła trzon firmy Impel. GUMed obsługuje od około 5 lat. Przejęła sanitariuszy wcześniej zatrudnianych na umowie o pracę przez szpital.
Początkowo umieszczono mnie na dyspozytorni, gdzie oprócz wykonywania czynności gońca należało również odbierać telefony z różnych oddziałów i innych miejsc z terenu szpitala oraz przyjmować zlecenie bądź przekazywać je odpowiednim osobom. Na dyspozytorni siedziały 2 osoby: osoba odpowiedzialna za telefony i goniec. Potem kierowano mnie na różne oddziały w zależności od tego, gdzie akurat nie było gońców. Codziennie musiałem poznawać specyfikę kolejnego oddziału, a każdy rządzi się swoimi prawami.

Byłem, można powiedzieć, gońcem rezerwowym.

Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców. Wówczas mi nie płacono. Trzymano mnie w niepewności. Zastanawiałem się, czy i kiedy otrzymam umowę o pracę, którą, jak obiecano, miałem dostać 17 marca. Umowy nie było, tymczasem poinformowano mnie, że od 18 do 22 marca będę potrzebny na dyspozytorni. Miała to być pewna gwarancja, że dostanę umowę o pracę. Podobno to tylko kwestia czasu, bo kadry musiały ją przygotować… Faktem jednak jest, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Gdy upominałem się o umowę, odsyłano mnie od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie mają jak mnie przypisać do któregoś z oddziałów i nie wiedzą, czy dadzą mi umowę-zlecenie czy o pracę. Równocześnie nadal przychodziłem do pracy jako rezerwowy, w zastępstwie. Czasem czekałem godzinę, po której odsyłano mnie do domu. Oczywiście żadne wynagrodzenie za ten czas się nie należało.
W końcu usłyszałem: dostanę umowę o pracę, ale muszę najpierw zrobić kurs na sanitariusza.
Oczywiście nie za darmo – przeszkolenie będzie kosztowało 640 zł, opłata zostanie potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy. Jest to niezgodne z prawem pracy, mimo to, po dniu zastanowienia się, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zacząć pracować na umowie o pracę. Zaproponowano warianty: 1) za darmo, ale umowa lojalnościowa na 4 lata (potem firma „zeszła” do dwóch), 2) 640 zł od razu, 3) 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, poprosiłem o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest wymagane do umowy o pracę. Powiedziano mi, że przygotowana jest dla mnie umowa-zlecenie… Skierowania nie dostałem. Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP. Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać… po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo.
Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności, charakterystyczna dla „realnego neoliberalizmu”. I nagle na początku kwietnia – telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę-zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.
11 kwietnia sprawdziłem stan konta. Za marzec dostałem niecałe 1400 zł, choć pracowałem ponad 160 godzin.
Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin. Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Ale moje prywatne notatki uznano za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie uznano mój „wniosek o wypłatę”. Z tym, że zapłatę dostanę dopiero w następnym miesiącu. W dodatku za te 24 godziny będzie „sprawiedliwie” potrącone gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten „nie śmiał się przyznać do tego, że miał 3 dni wolnego zawczasu”. Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo. Za to „przypadkowe błędy” i niechlujna księgowość” po stronie DGP zdarza się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne „źle podliczano” realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało – dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.
Wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów, służących do transportu materiałów na terenie uniwersytetu, którymi dysponuje firma DGP.

Pracownicy mówią o nich „trupy omyłkowo nazwane pojazdami”.

Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że… wolno realizuje zlecenia.
Wśród pracowników podległych DGP są sanitariusze wcześniej zatrudnieni bezpośrednio przez szpital. Są lepiej traktowani niż gońcy, choć zajmują się praktycznie tym samym. Co ważne, nie przeszkadza im to z gońcami się solidaryzować.
Czasy przed outsourcingiem wspominają z sentymentem.
W kontekście służby zdrowia domagano się większych pensji dla pielęgniarek czy lekarzy-rezydentów. Mało kto pamiętał o grupach, których sytuacja jest jeszcze gorsza.
GUMed z całą pewnością nie jest jedynym miejscem, gdzie panują takie porządki. Wniosek może być jeden – potrzeba radykalnego uspołecznienia służby zdrowia i zerwania z „realnym neoliberalizmem”, jaki tam panuje. Sektor publiczny powinien być całkowicie oczyszczony z kapitalistycznych pośredników i praktyki zlecania konkretnych zadań firmom zewnętrznym. W służbie zdrowia takie pośrednictwo jest szczególnie niezdrowe.

Pracownicy!

Nie walczcie z innymi pracownikami!

Systematycznie mamy do czynienia z protestami różnych grup pracowniczych upominających się o swoje prawa. Jednocześnie za każdym razem możemy zaobserwować oburzenie jednych pracowników, że ci drudzy mają czelność domagać się kolejnych „przywilejów”.
W ostatnim czasie swoje niezadowolenie z niskich pensji wyrażają nauczyciele. Zapowiadają strajki, a przez to spotykają się z krytycznymi komentarzami typu: „Im się nie należy. Mają dużo wolnego kiedy są wakacje, ferie. Pracują 20 godzin tygodniowo! A ja nie mam wolnego nawet w weekendy. Wychodzę wcześnie rano, wracam do domu kiedy jest ciemno, na zwolnienie lekarskie pójść nie mogę bo grozi mi zwolnienie, a te homo sovieticusy chcą ciągle przywilejów!”
Pracowniku firmy Januszex, zatrudniony na śmieciówce – do kogo ty masz pretensje?
Czy pogorszenie warunków pracy nauczycieli spowoduje, że twoja sytuacja życiowa się poprawi? Skróci twój dzień roboczy i pozwoli cieszyć się słońcem? Czy jak nauczycielom obniżą pensję o 1/3 (za te dwa miesiące wakacji) to wtedy powiesz „kurła, jak mi się dobrze żyje. Niczego więcej mi nie potrzeba”?
Nie, dalej będziesz wyzyskiwany przez swojego szefa.
Dalej będziesz sfrustrowanym człowiekiem.
Poza tym taka zawiść w obrębie własnej klasy społecznej to nóż wbijany we własne plecy. Obserwowałem na facebooku komentarze mojej dobrej znajomej oburzonej „roszczeniowością” nauczycieli. Znajoma pracuje w służbie zdrowia, gdzie wymiar dnia roboczego to 7 h 35 min (praca od 7.25 do 15.00). Ma umowę o pracę i świadczenia z tego wynikające typu „wczasy pod gruszą”. Z wzięciem urlopu nie ma problemu, tym bardziej ze zwolnieniem lekarskim. Nie sądzę aby ta znajoma dobrze się czuła gdyby pracownik jakiejś Biedronki albo Amazona wygłaszał komentarze typu: „Ona ma za dobrze, krótko pracuje! Siedzi w tej administracji i pewnie tylko kawę pije, ciastkami się obżera i gra w pasjansa!” Nie wydaje mi się aby chciała to usłyszeć, a na pewno nie przyznałaby temu, który ją krytykuje, racji A więc czemu sama krytykuje inną grupę zawodową?
Ludzie pracy nie walczcie z innymi pracownikami! Bierzcie z nich przykład! Z tego jak się organizują, działają w związkach zawodowych. Walczą o swoje prawa. Walczą o prawa, a nie o przywileje. Przywileje to ma szef Amazona, który jest zwolniony z podatku, a nie pracownik, któremu należy się dobre traktowanie za czas i siły jakie poświęca na rzecz wykonywanej przez siebie pracy.
Niektórym grupom zawodowym takim jak górnicy, pielęgniarki czy właśnie nauczyciele czasem udaje się odnieść sukces (tylko na tyle aby kapitalizm mógł trwać). Udaje się, ponieważ walczą. Nie podcinajmy sobie nawzajem skrzydeł tylko jednoczmy się we wspólnej walce z kapitalistami. Znamienne jest to, że najbardziej zaangażowane w walce o swoje prawa są grupy zawodowe powiązane ze sferą budżetową, czyli te w znacznie mniejszym stopniu podlegające prawom rynku i procesom kształtowanym przez kapitalistów. To pokazuje, jak kapitalizm pacyfikuje wszelkie pracownicze protesty, także w ten właśnie sposób, że podsyca nienawiść jednych pracowników wobec drugich. To klasowe szczucie i podsycanie walki klasowej w obrębie jednej klasy by jeszcze więcej zyskać i odwrócić uwagę od zasadniczych problemów, którymi są kapitalistyczny wyzysk i stale rosnące nierówności.
Moja odpowiedź na zarzuty wobec pracowników walczących o swoje prawa to:
Uważasz, że mają aż tak dobrze?
To czemu nie zostałeś nauczycielem/górnikiem/lekarzem/strażakiem?
Bo może wtedy okazałoby się, że codzienne przebywanie z grupą młodych ludzi, gdzie każdy charakteryzuje się odmiennym typem osobowości, różnym stopniem dojrzałości (a raczej brakiem dojrzałości) i różnymi problemami z jakimi się zmaga na co dzień, nie jest takie proste? Bo może odpowiedzialność jaką trzeba wziąć za bezpieczeństwo, ale też rozwój i wychowanie naraz ok. 40 dzieci, nie jest warte tych pieniędzy?
Bo może okazałoby się, że zamknięcie przez kilka godzin w podziemnym korytarzu, gdzie trzeba wykonać pracę ciężką fizycznie, w trudnym środowisku skąd nie zawsze wychodzi się na powierzchnię żywym, jednak nie jest warte tej trzynastki i Barbórki?
Bo może okaże się, że czas wyjęty z życia na edukację, a potem presja codziennej pracy, w której trzeba zmagać się z tragediami, w tym ze śmiercią, swoich podopiecznych, to nie jest coś do czego podchodzi się obojętnie?
Bo może wyjdzie na to, że jednak ten piętnastoletni okres służby, po którym można przejść na emeryturę, to nie jest fanaberia, bo pięćdziesięciolatek już nie jest w stanie wykazać się ponadprzeciętną sprawnością fizyczną, poza tym zaczynają wychodzić choroby spowodowane działaniami w ciężkich warunkach (ok. 60% strażaków umiera na raka)?
Każdy rodzaj pracy ma swoją specyfikę i swoje trudności i nie ma co antagonizować. Nie łudźcie się. Statystki wskazują, że i tak nie będziecie milionerami. Nie zostaniecie drugim Karlem Lagerfeldem mającym pracę lekką, łatwą i przyjemną, którą można wykonywać do końca życia. Wasza praca będzie wam potrzebna głównie do tego, żebyście mogli przeżyć. A jak każdemu człowiekowi, wam też należy się godne życie. Wam i innym pracownikom, czegokolwiek by nie robili.
Pracując w sektorze prywatnym zarabiacie majątek tylko dla swojego szefa. Wam nie grozi 75 proc. stawka podatku dochodowego bo pracując na magazynie, w hurtowni, call center czy wdrażając systemy informatyczne nigdy takich dochodów nie osiągniecie… Więc nie walczcie o to, żeby waszym szefom było lepiej. Nie głosujcie na tych wszystkich magików chcących ułatwiać życie prywatnym przedsiębiorcom. Wam prywatni przedsiębiorcy niczego nie ułatwią jeśli nie będzie im się to kalkulować. Walczcie o swoją godność, którą nierzadko musicie tracić zmagając się z upokorzeniami ze strony szefa. Oni nie są żadnym wyznacznikiem moralności bo ich sens życia zawiera się tylko w generowaniu zysków i gromadzeniu własnego majątku.
Mało tego, śmiało sabotujcie pracę w prywatnym przedsiębiorstwie, jeśli wiecie, że działa ono na szkodę ludzi, środowiska, czy innych pracowników. I tak nie jesteście tam dla żadnej idei ani własnego samorozwoju. Jesteście tylko narzędziem do wykonania planu, ich planu. A co do sfery budżetowej – kadro zarządzająca, nie przenoś wyzysku panującego na wolnym rynku do urzędów! To prosta droga do psychicznego zniszczenia pracownika, który przeciążony pracą, może spotkać się z prawnymi konsekwencjami swoich błędów.
Tylko jedność ludzi pracy może spowodować, że będzie lepiej wszystkim, a nie tylko wybranym. Należy budować system z dniem pracy krótszym niż 8 godzin. Zresztą w wielu branżach te 8 godzin jest mitem, a ci co pracują np. po 12 h psioczą, na tych co pracują 8 h, że mają za dobrze. Nie róbcie tego, tylko walczcie o swoje dobro.
Chciałoby się powiedzieć, że należy walczyć o prawo do lenistwa. Lenistwo jest oceniane pejoratywnie, ale ja nie uważam aby spędzanie wolnego czasu na tym co CHCE się robić, a nie co MUSI się robić było czymś negatywnym. Wprost przeciwnie – bardzo dobrze wpływa to na nasze samopoczucie i nasze zdrowie dzięki czemu stajemy się lepszymi ludźmi. Jednocześnie trzeba też zwalczać – edukować pracowników z syndromem sztokholmskim, których przeraża wizja większej ilości czasu wolnego i którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić poza pracą. Nie wiecie co ze sobą zrobić bo system kapitalistyczny was tego nie uczy, to nie leży w jego interesie.
Jedyne, co kapitalizm oferuje dla zabicia czasu to para(pseudo)dokumenty pełne agresywnych dialogów, naklejki na Świeżaki i sprzęt, którego nie potrzebujecie ale jest black friday, więc jest tańszy, dlatego go kupujecie.
Zacznijcie więc od działalności w związku zawodowym, stowarzyszeniu albo partii, a będziecie rozwijać i budować nowe relacje międzyludzkie i nie będziecie już potrzebować przypadkowego kontaktu z ludźmi w pracy aby nie zwariować od bycia sam na sam z własnymi myślami. Prawica karmi was tekstami o wolności, o tym, że trzeba o nią walczyć bo to wartość nadrzędna itd. Tylko, że prawicowcy mają na myśli wolność dla wybranych, wolność do wyzysku was, czyli słabych i skłóconych ze sobą pracowników, błądzących po omacku.
Dlatego powiem żebyście walczyli o wolność. Walczcie o swój czas wolny! Walczcie by nie robić tego, co MUSICIE, a jak najwięcej tego co CHCECIE robić. Krótszy dzień pracy wam to umożliwi. Dlatego też walczcie z tymi, którzy wydłużają wasz czas pracy.

Gotowanie żaby

Kwestia śmieciowego zatrudnienia w Polsce została ostatecznie rozwiązana.

 

Maciej Łazowski, autor komiksu internetowego „Głosy w mojej głowie”, narysował kiedyś taki obrazek, który zapadł mi w pamięć: „Rasizm to złożony problem wynikający z wielu czynników” – mówi jakiś międzynarodowy oficjel na konferencji prasowej. – „Ale sądzę, że znalazłem rozwiązanie. Wystarczy, że na świecie zostanie tylko jedna rasa!”.

 

Mistrzowski plan

W podobny sposób Sąd Najwyższy rozwiązał problem śmieciowego zatrudnienia w Polsce. Nieźle to sobie wymyślili: pracodawca będzie zatrudniał na umowach o dzieło, ile mu się żywnie podoba, a jak jakiś roszczeniowy pasożyt pójdzie z tym do sądu – to będzie mu można powiedzieć: „lepiej uważaj czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni!”. I każą mu odprowadzić zaległe tysiące tysięcy na tak zwany ZUS. W ten sposób nikt się już nigdy nikomu nie poskarży. Znakomity plan, władzo z kartonu!

Adriana Rozwadowska i Ludmiła Anannikova nagłośniły sprawę Ewy, pracownicy TVP z Poznania, którą na śmieciówce przetrzymywano 9 lat. Sąd słusznie uznał, że kobieta przez cały ten czas wykonywała pracę etatową, zgodnie z grafikiem, z określonym miejscem, czasem i zakresem. Ale kiedy ZUS upomniał się o swoje, okazało się, że wraz ze wstecznym etatem na Ewę spadło prawie 70 tysięcy zaległych składek.

 

Wzbogaciła się

Łaskawy Sąd Najwyższy (i wszyscy razem: „KON-STY-TUC-JA!”) rozłożył jej litościwie na raty spłatę długu, w który sam ją wpędził, twierdząc przy tym, że można to uznać za nielegalne wzbogacenie się. Wzbogacenie na składkach – uwaga! – z których nigdy nie zrobiła użytku, pracując przez prawie dekadę na umowie, która nie przewiduje chorobowego, urlopu, dnia na żądanie. Wzbogacenie na składkach, których płacenie pracodawca omijał celowo i bezprawnie. Morał z tej opowieści płynie taki, że korporacja nie poniosła w zasadzie konsekwencji za swoje wieloletnie zaniechania, a wręcz zrobiła łaskę, że po wyroku dokonała ich korekty. Natomiast pokrzywdzona przez nią już wcześniej osoba została uznana współwinną. I tak sprawdziło się stare porzekadło o biednym, który zawsze dostaje w tyłek podwójnie, a za bogatym staje jeszcze więcej siły.

Jedna z autorek materiału z „Wyborczej” napisała na Facebooku, że Ewa zwróciła się o umorzenie absurdalnej spłaty do samego jaśnie wielmożnego Jacka Kurskiego, ale bez skutku. Zachciało jej się walczyć z molochem, to niech teraz wpier… zjada na śniadanie suchy chleb.

Ewa jest samotną matką dwójki dzieci. Spłata raty z odsetkami, która będzie nad nią wisiała jeszcze przez 6 lat, to tysiąc złotych z okładem – połowa jej miesięcznej pensji. Podobnych przypadków jest więcej. W ten sposób zatrudniało też m.in. Ministerstwo Kultury, bynajmniej nie kultury pracy.

 

Sama chciała

Najbardziej bolą komentarze w stylu „skoro przez tyle lat pracowała na śmieciówce, to widać jej to odpowiadało”; „takie są przepisy, nikt tej pani nie powiedział?”.

Dopóki umowy o dzieło dalej będą podpisywane po to, aby nie wszyscy musieli płacić składki do ZUS, dopóki Państwowa Inspekcja Pracy nie zacznie wzbudzać prawdziwego strachu, dopóki uzwiązkowienie w zakładach pracy będzie kojarzyło się tylko i wyłącznie z przemysłem ciężkim, dopóty każda kolejna władza będzie zainteresowana tworzeniem takich przepisów, które będą zabezpieczać interesy wielkich, nie małych. Społeczna Inspekcja Pracy na terenie każdej firmy powinna być podstawą, bo jak widać naiwnością jest liczyć w tej kwestii na ustawodawcę i na sądy, co nie chcą (to zrozumiałe) podpadać władzy.

 

Tymczasem

spokojnie zajmijmy się obchodami stulecia niepodległości: tym, z kim pójdzie albo nie pójdzie prezydent, albo tym, jaki procent Partii Razem nadal żywi odrazę do żółtego swetra Włodzimierza Czarzastego. A rząd spokojnie zafunduje nam nowy kodeks pracy w odcinkach. Bo doskonale wie, że skoro raz już żaba wyskoczyła z gorącego garnka, to teraz należy podgrzewać ją powoli.

Na 2019 będzie gotowa do schrupania.

Świat od spodu (Postscriptum) LIST TYM RAZEM NIE Z WYSP

Życie to taki rodzaj literatury, że nie da się zaplanować ani przewidzieć, co będzie w następnym odcinku. „Świat od spodu” musiał skończyć się więc niespodziewanie. Ale koniec czegoś bywa równocześnie początkiem czegoś innego. Dlatego też „Postscriptum” do Świata od spodu” zawiera również i taką zapowiedź.

 

 

Kilka tygodni przerwy w pisaniu spowodowane było dynamiką i zmianami jakie nastąpiły w moim życiu. Ale po kolei.

 

Wybrałem się do Francji. Po beznadziejnych wędrówkach poszukiwania pracy w Anglii, wydało mi się to niezłą odtrutką na przygnębiającą, brytyjską szarzyznę. I nie chodzi tu o pogodę, bo była wyjątkowo piękna jak na wyspiarską jesień. Typowo „angielska pogoda” zagościła jednak w moim sercu. Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Trudno więc opisać radość, jaką poczułem, gdy po wylądowaniu w Lyon podszedłem do punktu kontroli i usłyszałem dźwięczne „bążur”. To francuskie „dzień dobry” zabrzmiało jak najpiękniejsza melodia. Humor natychmiast się poprawił i wróciła radość życia.

Ostatnie tygodnie w Anglii, nie były dla mnie łaskawe, liczyłem że chwilowa zmiana pozwoli złapać oddech i doda nowych sił. Chciałem spojrzeć z dystansu i racjonalnie podejść do narosłych problemów, znaleźć rozwiązanie i oczywiście odreagować stres.

W ukazujących się cyklicznie w „Dzienniku Trybuna” felietonach, opisywałem swoje wrażenia na angielskiej ziemi, quasi niewolniczy system pracy, łamanie praw pracowniczych, zmuszanie ludzi do pracy ponad siły i ignorowanie przepisów bezpieczeństwa na wyraźne polecenie kierownictwa, oraz wciąż zwiększonych do granicy absurdu normach. Stało się już normą, że na załadowanie tony wody mineralnej pracownik ma jedynie osiem minut. Kierownictwo uznało, że moje pisanie może zaszkodzić firmie i w obawie, by stosowane tam nieludzkie praktyki nie wyszły na światło dzienne, postanowiono mnie zwolnić. Straciłem pracę, a zatrudniająca mnie agencja okazała się na tyle nierzetelna, że nie rozliczyła się z tygodniowej wypłaty. Agencja Staffline – uważajcie na nią, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy wyjechać do pracy w UK. Przy życiu na styk brak jednej wypłaty jest katastrofą. Od tego momentu zaczęły się moje kłopoty z regularnym opłacaniem czynszu. Zostałem z niczym w zupełnie obcym kraju. Jedyne co mogłem zrobić, to poszukać jakiejkolwiek pracy. Zdzierałem więc buty łażąc od miasta do miasta z nadzieją, że wreszcie coś znajdę.
Publiczna komunikacja w Anglii jest tak droga, że zwyczajnie nie było mnie już stać na kupno biletów. Dlatego jedyną opcją były własne nogi. Obszedłem chyba wszystkie bary i fastfoody w okolicy trzydziestu kilometrów. Bezskutecznie. Szukałem ogłoszeń, pytałem, wszędzie zadając pytanie: „I am looking for a job, you need an employee?” Odsyłano mnie zazwyczaj z kwitkiem. Jeśli ktoś chciał być uprzejmy, to notował mój numer telefonu obiecując, że się odezwie gdy tylko będzie miał dla mnie pracę. Każdego dnia sytuacja finansowa była coraz bardziej beznadziejna.

Za pośrednictwem jednej z agencji udało się wreszcie znaleźć pracę w zakładzie stolarskim. Pisałem o tym w poprzednim odcinku „Świata od spodu”. Praca wydawała się idealna. Zarobki znacznie lepsze od tych, które miałem w poprzedniej pracy, miejsce też dużo przyjemniejsze, ale problem polegał na tym, że poszukiwali wykwalifikowanych specjalistów – stolarzy meblowych. Moje doświadczenie pracy w różnego rodzaju tartakach i stolarniach było niewystarczające. Potrafię przerobić na deski ścięte drzewo, zrobić rustykalne półki, sztachety do płotu, a nawet zbudować dom z bali.

Skoro jednak już przyjechałem, to właściciel zgodził się bym przepracował jeden, dwunastogodzinny shift. Chcąc nie chcąc, ponownie ruszyłem szukać zarobku. Łudziłem się nadzieją, że w końcu coś znajdę, trafię na bar, w którym potrzebują ludzi na zmywak. Byłem gotów podjąć pracę nawet na czarno i za stawkę znacznie niższą, niż minimalne 7.83 funta na godzinę. Nie mając nic, zatrudniłbym się nawet i za cztery czy pięć funtów.

Światełko nadziei pojawiło się, gdy zadzwonił Marek i zaprosił mnie do Francji. Nie było mnie jednak stać na bilet, o hotelu nie wspominając. Gdy jednak powiedział, że pokryje wszystkie koszty, kupi bilety, a zamieszkać mogę u niego, aż podskoczyłem z radości. Marek jest typowym przedstawicielem tzw. starej emigracji. W 1984 roku osiedlił się we Francji, a po kilku latach spędzonych w Paryżu przeprowadził się do Lyonu.

Umówiliśmy się, że spędzę tam pięć dni. Od czwartku, do poniedziałku. Zapewnił żebym się niczym nie martwił, że kupi mi bilet w obie strony i zapewni utrzymanie. Zwiedzimy kawałek Francji, a wieczory spędzimy na dyskusjach o polityce.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Cieszyłem się z tej odmiany. Angielski sen przerodził się w brytyjski koszmar, a wizja kilku dni we Francji wydawała się bajecznym rajem. Po wylądowaniu niemalże biegłem w kierunku wyjścia z terminala.

Powody były dwa, po dwugodzinnym locie cholernie chciało mi się palić, no i oczywiście chciałem jak najszybciej spotkać się z kolegą. Minęło kilkanaście minut zanim udało mi się dotrzeć do hali głównej. Lotnisko w Lyon ma chyba najdłuższy w Europie tunel łączący płytę lotniska z halą przylotów.

Czwartek i część piątku spędziliśmy na zwiedzaniu Lyon. Natomiast na weekend pojechaliśmy do jego domku letniskowego 120 km od Lyon, w przepięknej, górskiej okolicy. W niedzielę wieczorem zapytał, czy nie zechciałbym mu pomóc przy drobnych pracach w tym górskim domku. Bardzo chętnie się zgodziłem, wprawdzie bilet powrotny miałem w kieszeni, ale za skarby nie chciałem wracać do Anglii. I tak nie miałem tam pracy. Praca wydawała się idealna, chodziło o pomalowanie okien, koszenie trawy i ogólny porządek na posesji. Poza tym, zapowiedział żebym się nie śpieszył, chodził po górach, zwiedzał okolice, a pracę wykonywał swoim tempem. Kupił mi zaopatrzenie, łącznie z papierosami, na cały tydzień, umówiliśmy się, że zostanę na tym górskim pustkowiu, a on przyjedzie do mnie w piątek pustkowiu. Miałem mieszkanie, zaopatrzenie i do tego całkiem niezłe pieniądze. Po tak długim i beznadziejnym poszukiwaniu pracy, które niejednokrotnie wiązało się z upokorzeniem, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wynagrodzenie jakie zaproponował wystarczyłoby na uregulowanie zaległości za pokój w Anglii. Wybrnąłbym tym samym z długów.

Praca zapowiadała się na długo. Nie był to jedyny dom, który posiadał, a przy każdym było coś do zrobienia. W poniedziałek, zaraz po jego wyjeździe, z werwą zabrałem się do pracy. To ostatnia rzecz jaką pamiętam. Pozostałe dni zapadły gdzieś w niepamięci. Gdy się ocknąłem nade mną stał Marek wraz ze swoją żoną Ani. Leżałem kompletnie pijany. Po podłodze walały się puste kartony po winie, butelki i niedopałki. Wypiłem cały alkohol jaki był w domku. Sytuację pogorszyło jeszcze to, że przyjechał ze swoją żoną. Nie poznaliśmy się wcześniej, bo gdy przyleciałem do Lyon, ona była w Paryżu. Chciał więc teraz przedstawić jej swojego przyjaciela, pisarza z Polski.

Byłem przekonany, że za chwilę wyrzucą mnie z tego domku i nawet usiłowałem podnieść się z łóżka, by zacząć się pakować. Na początku, gdy tylko przyleciałem, Marek powiedział mi, że nie da się wkurzyć Francuza w polski sposób. Przekonałem się, że miał rację. Troskliwie zajęli się mną, póki nie doszedłem do siebie. Ponieważ jednak zawaliłem na całej linii, postanowiłem wrócić do Polski i ponownie podjąć terapię.

Kilka dni po przyjeździe znalazłem pracę. Zatrudniłem się jako sprzedawca. Pracuję już od tygodnia i od tygodnia zbieram materiały, by opisać Wam jak wygląda klient z punktu widzenia sprzedawcy. Wydaje się to dobrym pomysłem nowego cyklu pod tytułem: „Z drugiej strony lady”. Wielokrotnie byłem świadkiem, poniżania sprzedawców i sprzedawczyń przez chamskich i sfrustrowanych klientów. Ludzi, którzy rozładowują swoje problemy zawodowe i rodzinne pastwiąc się nad bezbronnymi ludźmi. Postanowiłem więc wcielić się w rolę tych, którzy muszą pokornie znosić frustracje klientów. Bo sprzedawca jest najlepszym obiektem wyładowania, odreagowania problemów w pracy czy w domu. Zawsze lepiej wyżyć się na niewinnym i bezbronnym sprzedawcy, niż powiedzieć szefowi, że jest chujem. Pracownik sklepu pokornie zniesie atak klienta. Z prostej przyczyny – w kapitalizmie klient ma zawsze rację, a przy najmniejszym sprzeciwie i próbie obrony, pracodawca wywali go na zbity łeb . Od kilku dni jest gdzieś w Polsce sklep, w którym zatrudnił się ktoś między innymi po to, by takie kreatury opisywać. Zrobię to z największą przyjemnością. A może również trzasnę fotę z partyzanta?

Z Markiem wciąż utrzymujemy przyjacielskie relacje i nadal zamierzamy się spotykać. Kto wie, może pojadę dokończyć przerwaną piciem pracę.

 

Pionek. Być Ukraińcem w Polsce

Kiedy jedziecie Uberem, ciesząc się, że tak tanio, nie zastanawiacie się kim jest człowiek, który was wiezie, prawda? No to najwyższy czas.

 

Władimir jest z Ukrainy. Zachodniej, mniejsza o miasto. Znakomita większość mieszkańców tego regionu, gdy myśli o emigracji zarobkowej, wybiera kierunek na Polskę. Na chwilę czy na dłużej, jako kraj tranzytowy czy cel ostateczny – nieważne. Ważne, by tutaj zahaczyć się do jakiejś roboty, dzięki której można będzie utrzymać rodzinę, opłacić rachunki za drożejący gaz i prąd, czasem uzbierać na operację lub szkołę dla dzieciaka. Różnie bywa. Władimir nie mówił, co konkretnie go tutaj przygnało. Dla niego istotne było to, by opowiedzieć, co się z nim stało.

On nawet nie to, że przyjechał, on został przywieziony przez swojego znajomego. Ten zapewniał, że ma dla niego doskonałą pracę: nowoczesny samochód, robota gwarantowana, w środku GPS i łączność z bazą na wszelki wypadek, ludzie tu w Polsce spokojni, ciepło, na głowę nie kapie. „Tyle zarobisz, ile wyjeździsz” – mówił, roztaczając wizje nieledwie rajskie.
I rzeczywiście zaczynało się dobrze. Trafił do firmy…

– Proszę cię bardzo, żebyś nie podawał nazwy tej firmy do pełnego wyjaśnienia sytuacji. Boję się, że jej właściciel, kiedy dowie się, że koło sprawy chodzą media, zniszczy wszystkie dowody na swoje działania. I uniknie kary, i Władimirowi zaszkodzisz – mówił mi Witalij Mahinko, przewodniczący ukraińskiego związku zawodowego „Pracownicza Solidarność’”, który broni praw pracowniczych Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Często z sukcesem.

Przypadek Władimira jest jednak trudny.

Schemat zatrudnienia wyglądał następująco: Uber podpisuje z daną firmą umowę o świadczeniu usług przewozowych. I z nią się rozlicza. Nie obchodzi go, na jakich zasadach firma wypłaca pensje pracownikom, nie obchodzą też relacje między pracodawcą a załogą. Ma działać, Uber daje swoją część oporządzenia w samochodzie, a czyj jest samochód, jak jest eksploatowany, przez kogo i jak długo – nie jego sprawa.

Tak było i w tym wypadku. Władimir dostał samochód od firmy. Owszem, mówił mi, są tacy, którzy kupują samochód w Polsce, często na spółkę i z tym wianem przychodzą do firmy mającej umowę z Uberem. Ale skąd Władimir miał mieć pieniądze na choćby część wkładu w zakup pojazdu, kiedy u siebie w domu ledwie koniec z końcem wiąże? Przystał więc na takie warunki, jakie mu podyktowano. Mało tego, był jeszcze wdzięczny.

Rozliczenia wydawały się proste: za samochód płaci co tydzień właścicielowi firmy 600 złotych, do tego oczywiście za benzynę. I wozi ludzi, a to, co po odliczeniu zostaje, to jego.
Po miesiącu właściciel zakomunikował mu, że nie wyrabia normy, czyli, mówiąc inaczej, nie zarabia, a zadłuża się.

Obecnie, powiedział pan pracodawca Władimirowi, jesteś mi winien 1800 złotych. I ja zabieram ci paszport. Oddam, jak odrobisz to, co jesteś mi winien. I paszport zabrał.

Sytuacja jest kalką z opisów, jakich pełno na stronach organizacji zajmujących się walką z handlem ludźmi. Oto przyjeżdża ktoś w poszukiwaniu pracy. Na początek zabiera mu się dokumenty, żeby był zdany na łaskę zatrudniającego i komunikuje, że za podróż, zakwaterowanie i co tam jeszcze na starcie, jest winien jakąś, najczęściej niemałą sumę. I najpierw musi ją odrobić, żeby myśleć o poprawie swojego losu. Oczywiście nikt nigdy nie informuje współczesnych niewolników, na jakiej zasadzie obliczono ten dług, nie mówi się ani słowa o zasadach rozliczeń. Ma pracować i nie zadawać pytań. Niepokornych się do posłuszeństwa zmusza.

W przypadku Władimira Polska okazała się krajem nad wyraz cywilizowanym – nikt go tutaj nie bił. Ale efekt był taki sam jak w Mauretanii, czy w innym kraju słynącym z niewolnictwa – człowiek, nie znający języka ani realiów kraju pobytu, nie mający nikogo, do kogo mógłby się zwrócić (znajomy, co go protegował, zniknął), bez dokumentów, zatrudniony nielegalnie, zastraszony, że jeżeli pójdzie na policję, to będzie miał zakaz wjazdu do Unii Europejskiej na najbliższe lata – czuje się kompletnie bezbronny.

I tak właśnie było w przypadku Władimira. Jedyne, na co potrafił się zdobyć, to przełamać strach i zadzwonić do oddziału związku zawodowego „Pracownicza Solidarność”, by opowiedzieć swą historię i tam szukać pomocy.

Dla Witalija Mahinko takie sytuacje, jak ta z Władimirem, to codzienność.

– Jestem w trudnym położeniu, podróżuję wciąż między Polską a Ukrainą, bo tam dbam o szkolenia pracowników przed wyjazdem do Polski, przygotowuję umowy między moim związkiem a dużymi firmami polskimi i zagranicznymi, w których najczęściej pracują Ukraińcy, a tutaj muszę przyjeżdżać jako prawie pogotowie, bo trzeba wyciągać ludzi z kłopotów, o których nawet już nie chce mi się opowiadać.

Władimir, w towarzystwie działacza związkowego i zgodnie z jego wskazówkami, pierwsze kroki skierował do komisariatu na ul. Wilczej. Policjanci najpierw uprzejmie się zdziwili.
– Pracujesz nielegalnie i jeszcze tutaj sam przychodzisz? – nie posiadał się ze zdumienia funkcjonariusz, mówienie na „ty” traktując widocznie jako formę obowiązującą wobec cudzoziemców ze wschodu.

Kiedy wreszcie zechciał nachylić się nad jego sprawą, to rozłożył ręce i powiedział, że powinna być rozpatrzona przez komisariat w Piasecznie, tam bowiem Władimir miał kwaterę wtedy, kiedy jeszcze szef firmy nie zrobił z niego dłużnika.

Pojechał więc do Piaseczna. Tam, owszem, powiedzieli, że sprawą się zajmą, ale bez tłumacza (ani poszkodowany, ani Mahinko nie władają polskim na zadowalającym poziomie) to będzie trudne. A tłumacz, wyjaśnili szybciutko, będzie, ale dopiero jutro. Następnego dnia był, przetłumaczył co trzeba, a potem policja powiedziała, że trzeba czekać do poniedziałku. Był piątek.

– A teraz wyobraź sobie sytuację, że mamy do czynienia nie z Władimirem, który jak na razie porusza się samochodem firmowym, a ze zwykłym Mychajłą, który jest w takiej samej sytuacji, tylko bez mojej pomocy i opieki. Albo jakaś Olga, która nie ma dokumentów ani pieniędzy. Ani nie ma gdzie mieszkać. Co ma taki człowiek zrobić po wizycie w komisariacie? Nie, źle zadałem pytanie. Powinno być: co może zrobić? Odpowiedź brzmi: nic. On nawet przejechać z ulicy Wilczej do Piaseczna nie ma jak, bo nie ma, dosłownie, choćby 10 groszy na bilet. Na piechotę za daleko. Gdzie ma nocować? Co jeść? – Mahinko jest wyraźnie rozgoryczony.

Polskie państwo, tak szczycące się ustami Beaty Szydło przyjęciem „miliona ukraińskich uchodźców” ma pewnie mnóstwo swoich problemów. Ale kompletna obojętność jego organów wobec ludzkiej krzywdy i to w odniesieniu do ofiar przestępstw, jest kompromitująca. Bo rzeczywiście, łatwo sobie wyobrazić, że tak potraktowany człowiek, pozbawiony podstawowych środków do życia ma czekać 4 dni na mglistą dość formę pomocy. Co zrobi? Będzie żebrać?

To jeszcze najłagodniejszy wariant. Ale na trzeci dzień niejedzenia uderzenie kogoś w głowę cegłą, żeby zabrać mu pieniądze na żarcie lub odebrać siatki z zakupami może nie wydawać się aż takim strasznym przestępstwem.

Ja wiem, co powiecie: niech idzie do swojej ambasady, tam obowiązani są mu pomóc. No to proszę bardzo – kolejne kroki Władimira i Witalija Mahinko.

W ukraińskiej ambasadzie w al. Szucha kolejka kłębi się jeszcze przed otwarciem placówki. Ludzie przychodzą z mnóstwem problemów, a jeden bardziej skomplikowany od drugiego. Władimir, kiedy po 3,5 godzinach stania jakoś przepchał się do urzędnicze, dowiedział się, że oczywiście, może dostać dokument tymczasowy, nawet za trzy dni. Ale najpierw musi przynieść fotografię i zapłacić 175 złotych.

– Nie ma pan? No to trudno.

I koniec, cała aktywność państwa ukraińskiego zamknęła się tak, jak to okienko przed nosem Władimira. I tutaj też możemy usprawiedliwiać sąsiada faktem, że państwo tam praktycznie nie działa, sytuacja gospodarcza i polityczna jest co najmniej dramatyczna, drogi wyjścia mgliste, ale co to, przepraszam, obchodzi jednego Ukraińca drobnej postury, któremu polski pracodawca zabrał paszport i chce traktować jak niewolnika?

Kiedy Władimir powiedział, że jakoś przeczeka te kilka dni do kolejnego przyjazdu tłumacza na posterunek policji, Mahinko wrócił na Ukrainę. Potem zadzwonił do mnie.
– Możesz dać mu chociaż 100 złotych? Żeby do poniedziałku miał co jeść. Bo wszystkie instytucje odmawiają mu pomocy.

A potem, już po moim spotkaniu z Władimirem, stał się nieledwie cud. Jedna z instytucji, do której zwracał się ukraiński kierowca, odezwała się sama z siebie. Zapewniła nocleg i wyżywienie na te kilka dni. Sukces?

Nie. Do tego jeszcze daleka droga. Trzeba nie tylko odnaleźć i ukarać nieuczciwego zatrudniacza, który, jak się zdaje, świat dzieli na lepszych, czyli tych, co mają władzę dawania nędznej pracy, i gorszych czyli tych, co mają wykonywać bez szemrania polecenia tych lepszych. Mahinko deklaruje, że ukraiński związek zawodowy nie spocznie, dopóki nie doprowadzi do ukarania nieuczciwego pracodawcy Władimira.

To oczywiście tylko początek. Trzeba też ze wszystkich sił pracować nad obroną praw pracowniczych wszystkich, którzy są ofiarami ich naruszania. Niezależnie od płci, narodowości, obywatelstwa, wyznania i czego tam jeszcze. System przestrzegania praw człowieka w Polsce wymaga ciągłego nadzoru i naprawy. A bez niego państwo jest nic nie warte.