Bułgarska opiekunka walczy o sprawiedliwość przed niemieckim sądem

Bułgarska agencja pośrednictwa pracy będzie musiała zapłacić Dobrinie D., opiekunce osób starszych, 42 tys. euro zaległego wynagrodzenia. Kobieta w teorii opiekowała się 96-letnią Niemką przez sześć godzin dziennie. W rzeczywistości musiała być w gotowości do pracy przez całą dobę.

To wyrok ważny dla wszystkich migrantek z Europy Wschodniej, które w Niemczech podejmują pracę opiekunek seniorów – czyli również opiekunek przyjeżdżających z Polski. Tysiące z nich zobaczy w historii Bułgarki Dobriny D. własne doświadczenie: zero dni wolnych, brak czasu na odpoczynek, za to mnóstwo dodatkowych, nieprzewidzianych w umowie obowiązków.
Historię kobiety i jej walki o należyte wynagrodzenie opisuje Deutsche Welle. Za opiekę nad 96-letnią Niemką i prowadzenie jej domu Berlinie 64-letnia Bułgarka dostawała 950 euro miesięcznie. Taką umowę zaproponowała jej agencja pośrednictwa pracy, obiecując równocześnie, że będzie pracować 6 godzin dziennie.
Dobrina D., która wróciła już z Niemiec do rodzinnego Nesebyru, zaskarżyła agencję przed sądem pracy w Berlinie. W pierwszej instancji wygrała sprawę. Całodobową dyspozycyjność, do jakiej była faktycznie zobowiązana, sąd wycenił na dodatkowe 42 tys. euro, biorąc za podstawę minimalną stawkę godzinową. Bułgarska agencja odwołała się od wyroku. 16 lipca rozpoczęła się sprawa w II instancji.
– Cieszy nas, że ktoś w końcu odważył się iść do sądu – komentuje sprawę dla Deutsche Welle Justyna Oblacewicz z Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych, która od czterech lat wspiera w podobnych sprawach opiekunki z Europy Wschodniej. – Jest wiele powodów, dla których dzieje się to dopiero teraz, pomimo że od lat pojawiają się skargi. Opiekunki przebywają w Niemczech tylko przez krótki czas, mają pełne ręce roboty, słabo mówią po niemiecku i nie znają swoich praw.
Opiekunki, nawet pracując ponad siły i padając ofiarą złego traktowania ze strony rodzin seniorów, zwykle obawiają się protestować, ze strachu, że stracą zajęcie, a potem nie znajdą następnego.
Niedawno w obronie polskich opiekunek stanął związek zawodowy Związkowa Alternatywa, do którego zgłaszają się Polski zatrudnione w krajach niemieckojęzycznych w takim charakterze. ZA skierowała pismo do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, sugerując nawiązanie kontaktu z odpowiednim ministerstwem w Niemczech i przygotowanie układu zbiorowego dającego prawne gwarancje pracownikom opieki. Odpowiedź ministerstwa była niezbyt zachęcająca: sugerowano w niej, że opiekunki powinny same postarać się o negocjowanie dobrych warunków pracy, jako że ich praca jest w Niemczech bardzo potrzebna. Stwierdzono ponadto, że państwo nie może ingerować w kontrakty zawierane między rodzinami seniorów a opiekunami. Tymczasem państwo niemieckie… właśnie to zrobiło, ustalając minimalną stawkę godzinową w sektorze opieki. Agencje zatrudnienia, zawierając umowy z innymi agencjami w krajach Europy Wschodniej, omijają właśnie ten przepis. W kolejnym piśmie z ministerstwa resort zapewnia, że sprawę rozwiąże polska ustawa o pracownikach delegowanych, która ma zostać przyjęta do końca lipca, by zrealizować wytyczne dyrektywy UE.
Niemieckie związki zawodowe z uwagą przyglądają się, jakie stanowisko zajmie sąd w sprawie Dobriny D., bo sprawa może być precedensowa. Przyznają: pracownicy migracyjni przez lata byli w Niemczech wyzyskiwani i całkowicie pozbawieni ochrony, chociaż bez ich pracy starzejące się lokalne społeczeństwo nie dałoby sobie rady.

Niewolnicy zacisnęli pięść

Zakwaterowano ich w barakach między cmentarzem a oczyszczalnią ścieków. Kiedy mieli otrzymać wynagrodzenie, wręczono im kwoty kilka razy niższe od obiecanych, bo niemiecki pracodawca był najwyraźniej pewien: kto jak kto, ale rumuńscy robotnicy sezonowi się nie zbuntują. A jednak.

Do pracy przy zbieraniu szparagów i truskawek ściągnęła ich firma Spargel Ritter. Pracować mieli w Bornheim, czyli praktycznie na północno-zachodnich przedmieściach Bonn, dawnej stolicy RFN. Pracodawca obiecywał zarobek w granicach 1500-2000 euro miesięcznie, gwarantował zakwaterowanie. Praca miała być ciężka, zachowanie bezpieczeństwa w czasie pandemii – niepewne, ale wielu z tych, którzy zdecydowali się na wyjazd do Niemiec, pierwszego państwa, które poluzowało ograniczenia sanitarne dla pracowników migracyjnych, czuło, że nie ma wyboru. Ich rumuńska ojczyzna niezmiennie od dziesięcioleci znajduje się w pierwszej trójce najbiedniejszych państw Unii Europejskiej. Według wyliczeń z 2019 r. już prawie 1/3 jej mieszkańców żyje w ubóstwie lub zbliża się do tego stanu. Czworo na dziesięcioro rumuńskich dzieci wychowuje się w ubogich rodzinach. 17,4 proc. rumuńskich pracowników to biedni pracujący, tacy, którym pensja ledwo pozwala na przetrwanie.
Od 3,5 do 5 mln Rumunów wyemigrowało za pracą na dobre, w ogromnej większości trafiając na budowy, do pracy w usługach, w charakterze opiekunek osób starszych. Do tego dochodzi bliżej niedookreślona, bo nigdy tak naprawdę w Bukareszcie nie wyliczona, grupa sezonowych robotników rolnych. Dwa najpopularniejsze kierunki migracji to względnie bliskie językowo Włochy i Hiszpania. Niemcy są na trzecim miejscu. M.in. dlatego w Bonn działa konsulat generalny Rumunii. Pod nim 19 maja zgromadzili się oburzeni ludzie.
Ochłapy za szparagi
250 rumuńskich robotników porzuciło pracę już 15 maja, w piątek. Wsparł ich anarchosyndykalistyczny związek zawodowy FAU, ściągnął na miejsce dziennikarzy. Gdy aktywiści starali się nagłośnić sprawę, zarządcy upraw szparagów grozili uczestnikom strajku, że za udział w tego rodzaju nielegalnej awanturze wylecą z pracy i z baraków, w których ich zakwaterowano. Robotnicy nie zrezygnowali. Nawet jeśli byli przyzwyczajeni do wyzysku, tym razem pewne granice zostały przekroczone.
– Za trzydzieści dni pracy dostałem 335 euro, a w kwietniu pracowałem po dziesięć godzin dziennie – mówił potem dziennikarzom jeden z uczestników protestu.
Inni relacjonowali: zamiast obiecanych kwot wypłacono im po 150, 200 euro. Ci, którzy zbierali szparagi, mieli otrzymywać wynagrodzenie według stawki godzinowej. Tym od truskawek – za każdą zebraną łubiankę. Ani jedni, ani drudzy nie dostali kwot obiecanych w umowach. Niektórzy nie zbliżyli się nawet do niemieckiej płacy minimalnej.
Za sprawą związkowców robotnicy dowiedzieli się na miejscu jeszcze jednej rzeczy. Otóż Spargel Ritter, ich pracodawca, jeszcze 1 marca… ogłosił bankructwo! Zarządzająca masą upadłościową kancelaria prawna Andreas Schulte-Beckhausen z Bonn postanowiła mimo to przeprowadzić rekrutację, by w sezonie firma coś zarobiła i okazała się atrakcyjna dla potencjalnych inwestorów. Plany zarządców pokrzyżował jednak koronawirus. I nie, nie chodziło o podwyższone wydatki na zachowanie minimalnych standardów bezpieczeństwa w robotniczych barakach czy podczas pracy. Po prostu wobec zamknięcia restauracji i kawiarni popyt na szparagi i truskawki spadł – trzeba było na czymś zaoszczędzić
Andreas Schulte-Beckhausen zatrudniał dwie grupy: rumuńską i niemiecką (w praktyce też złożoną z migrantów, ale takich, którzy przebywają już w Niemczech od jakiegoś czasu). Robotnikom z drugiej grupy zaoferowano zarobek minimalnie wyższy od płacy, na którą mogli liczyć migranci. Do tego maksymalnie starano się ograniczać kontakt jednej i drugiej grupy. Gdy w piątek 15 maja Rumuni zaczęli strajkować, Niemcy normalnie wyszli na pole. Tak samo w sobotę. Kiedy we wtorek szefowie nie byli już w stanie ukrywać, co się dzieje, Niemców odesłano do domów, oficjalnie dlatego, że „zrobiło się zbyt gorąco”.
Dziel i oszukuj
Dzień wcześniej, w poniedziałek, gorąco było i dosłownie, i w przenośni. Robotnicy najpierw zgromadzili się na wiecu, a potem udali się do firmowego budynku w Bornheim. Zasugerowano im, że sprawy wypłat zostaną sprawnie uregulowane… Na miejscu jednak czekała przede wszystkim policja i agresywna ochrona. Pracowników wpuszczano do budynku pojedynczo, prawnik FAU przedarł się do środka dopiero po negocjacjach z policją. Jedni wychodzili, mając w kieszeni 600 euro, inni – zaledwie 50,70… Jak widać, techniki rozbijania pracowniczej jedności przedsiębiorca miał opanowane. Już wcześniej robił wszystko, by nastawić robotników, którzy podpisali kontrakt na pracę przez całe wakacje, przeciwko tym, którzy mieli zbierać warzywa i owoce tylko do czerwca, sugerował, że przez awanturników organizujących dziki strajk resztę czeka więcej obowiązków. Niestety, nakręcanie jednych na drugich częściowo się udało.
Najbardziej zdecydowani nie zrezygnowali jednak. 19 maja przeszli z Bornheim do Bonn, by protestować pod konsulatem generalnym Rumunii, a wcześniej pod siedzibą Andreas Schulte-Beckhausen. Rumuńscy dyplomaci, przymykający od lat oczy na wyzysk rodaków, i tym razem wezwali ich do spokoju i oczekiwania na to, aż sprawa sama się rozwiąże. Przecież rumuńska minister pracy szczęśliwym trafem jest teraz w Niemczech, argumentowali. Faktycznie Violeta Alexandru była akurat w Berlinie, na rozmowach z minister rolnictwa Julię Klöckner. Przedmiotem ich spotkania były… warunki pracy Rumunów w Niemczech w dobie pandemii. Bo doniesienia o wyzysku i niehumanitarnym traktowaniu robotników sezonowych, jakie napłynęły spod Bonn, nie były wcale pierwszymi tego rodzaju.
Przez pola po wypłatę
Kiedy Violeta Alexandru pojawiła się następnego dnia – dwie godziny spóźniona – przed nędznym barakiem, w którym mieszkali jej rodacy, faktycznie starała się brzmieć tak, jakby wszystko zostało załatwione. Co prawda praca na polach w Bornheim się skończyła, bo zarządca Spargel Ritter miał dość i zbyt odważnych pracowników, i nierentownych szparagów, ale, jak mówiła pani minister, Niemiecki Związek Rolników był gotów przekierować chętnych do innych przedsiębiorstw.
Kto zaś miał chwilowo dość Niemiec, mógł skorzystać z darmowego powrotu do Rumunii.
Ale co z zaległymi płacami? Tutaj również pani minister przekonywała, że udało się dogadać. Pracodawca ogłosił jednak nader osobliwą procedurę wypłacania brakujących euro: robotnicy mieli wsiadać po 10 osób do busa, odjeżdżać od siedziby firmy i dopiero „w ustronnym miejscu” przyjmować pieniądze i podpisywać pokwitowania.
– Jako że taka procedura nie zasługiwała na zaufanie, uczestnicy strajku biegli za pojazdami [do których wsiedli ich koledzy – przyp. MKF], a zdezorientowana policja starała się ich zatrzymać. Po absurdalnym pościgu przez pola busy zatrzymały się w polu truskawek i tam, w piekącym słońcu, uregulowano zaległości – opisuje dalszy bieg wypadków niemiecki lewicowy portal Analyse & Kritik.
Na miejscu był prawnik z FAU, pilnując, by nieznający niemieckiego Rumuni nie podpisali żadnych niekorzystnych dla siebie oświadczeń. Anarchosyndykalistyczna centrala, której niemiecka policja zresztą bacznie się przygląda, była jedyną lokalną organizacją lewicową, która aktywnie wstawiła się za wyzyskiwanymi robotnikami z Europy Wschodniej.
A przecież Bornheim nie jest jedyne. Krótko przed tym, gdy wybuchł strajk rumuńskich robotników rolnych, Deutsche Welle wypuściło wstrząsający dokument o tym, jak traktowani są pracownicy rzeźni, też migranci. Pisano o „ludziach drugiej klasy”, „niewolnictwie czasów pandemii”.
Mało kto jednak odważył się na powiedzenie całej prawdy: to nie są punktowe nadużycia, taką po prostu rolę wyznaczono robotnikom z Europy Wschodniej. Mają po kawałku oddawać zdrowie i życie za poziom życia niemieckiej klasy średniej i wyższej, za przyzwoleniem swoich krajowych elit.
Takich jak minister Alexandru, która po powrocie do Bukaresztu zapewniła: wiele problemów pracowników migracyjnych zostanie natychmiast rozwiązanych, nad innymi będę pracować z niemieckim ministrem pracy. Nie zostaną. Nie w tym systemie.

Brzydka twarz kapitalizmu

Kapitał chce – my chcemy. Kapitał nie chce – atakujemy

Sterowana politycznie nienawiść wobec uchodźców i nakręcanie lęku przed ludźmi uciekającymi ze swoich domów by walczyć o swoje życie jest po prostu obrzydliwa. Kidawa-Błońska swoją wypowiedzią o uchodźcach i ludziach niepowołanych, którzy pod rządami PiS mogli dostać się do Polski, licytuje się z tym samym PiS-em na ksenofobię. To żadna liberałka, to „grzeczniejszy” – a raczej lepiej się wysławiający – nacjonalizm i konserwa.

Uchodźcy – nie, ukraińscy robotnicy – tak

Co ciekawe – obie partie radykalnie zwalczając uchodźców są jednocześnie zwolennikami pobytu przeszło miliona obywateli_ek Ukrainy w Polsce. Zapotrzebowanie na tych tanich pracowników zgłasza przecież polski biedabiznes. Kilka – kilkanaście tysięcy osób z obszarów objętych wojną to powód do awantury i stawiania zasieków. Setki tysięcy pracowników z Ukrainy, którzy przybyli tu z przymusu ekonomicznego, padają w Polsce ofiarami wyzysku i zmagają się z niewiarygodną biurokracją przy legalizowaniu pobytu – żaden problem. Prosty rachunek.

Wirus prawdy

Nieco prawdy o kapitalistycznym rachunku pokazał nam też koronawirus. Patologią oczywistą jest błyskawiczne podnoszenie cen środków dezynfekcyjnych i maseczek. Ale czy zastanawialiście się przez chwilę, jak wielką bzdurą jest transportowanie przez pół świata z Chin śrubek, szczoteczek do zębów, wszelkich części, ubrań? Tylko dla taniej siły roboczej i eksportu skażenia środowiska. Globalny rynek nie jest żadną racjonalną wymianą handlową tylko wielkim transferem nierówności, wyzysku i odpadów.

Zamiast zrównoważonych gospodarek, gdzie dba się o środowisko i korzysta z lokalnych zasobów mamy latające samolotami awokado i łańcuchy dostaw na pół świata, byle tylko zadowolić rynkowych spekulantów niszczących planetę. To nie wolny handel, tylko dyktatura cięcia kosztów, czego ofiarami są pracownicy.

Patologia w małych firmach?

Poniedziałkowa Trybuna wydrukowała materiał Piotra Szumlewicza pod tytułem „Małe firmy- dużo patologii”. Z materiału wynika, że autor nie miał zbyt wiele do czynienia z małymi firmami. Gdyby miał, to na tytułowe pytanie odpowiedziałby: tak, ale ze strony pracowników!

Jestem od zawsze lewicowcem. Doszedłem w SLD przez pewien czas do stanowiska sekretarza RW na Podkarpaciu. Od kilku lat prowadzę własną działalność w branży zakwaterowanie i gastronomia, w branży, którą Piotr Szumlewicz określa jako najbardziej patologiczną. Przed podjęciem tej działalności dałbym sobie rękę uciąć za każdego skarżącego się na pracodawcę pracownika. Teraz zmieniłem zdanie. Może nie diametralnie, ale w sposób dość zasadniczy.

Po pierwsze potwierdzam stare powiedzenie, że człowiek zrobi wszystko
byle tylko nic nie zrobić.

Natomiast prawdą jest, że przy każdej wypłacie wypłakuje o podwyżkę.
Nie ma w pracy pojęcia stosunków partnerskich z pracownikami. Wykorzystają to natychmiast. Dopiszą sobie godziny, nakarmią rodzinę, gdy cię nie ma, skorzystają z owoców, jarzyn, wędlin, mięsa. Ja wiem, że nie można uogólniać. Są też ludzie uczciwi, niestety jest ich mniejszość. Przez trzy lata kompletuje załogę i końca nie widać.

Nowo zatrudnieni pracują w miarę dobrze prze kilka miesięcy, później zaczyna się gra, szef nie widzi to luz i laba. Kończy się to rozstaniem, a wtedy masz pewne, że wywaleni obrobią ci pewną część ciała. Płacę jak w zegarku, bez jakiegokolwiek spóźnienia, a w mieście idzie fama, że zalegam z poborami. Wiem kto robi mi taka opinię, między innymi pani barmanka, która wielką miłością darzyła towar, który sprzedawała, czyli alkohol. Zapominała też wbijać do kasy fiskalnej sprzedany towar, ale nadwyżki w kasie nigdy nie było.

Osoba prowadząca działalność gospodarczą w czasach PRL-u uznawana była przez wszelkie urzędy jako potencjalny przestępca, transformacja niczego nie zmieniła. Dalej prywaciarz to w powszechnym pojęciu kombinator i oszust. Duże firmy stać na dobrych adwokatów i tym sposobem potrafią wybrnąć z różnego rodzaju wpadek i przekrętów. Małych firm na to nie stać.

Przez cały czas mam rotację za barem. Owszem przychodzą chętni do pracy, ale…

wygląda to mniej więcej tak. Mogę pracować, ale na czarno, bo inaczej stracę dopłatę do mieszkania, zasiłek z MOPS-u, pomoc z PCK. Proszę mi powiedzieć jak można – w małym mieście, gdzie wszyscy się znają – postawić kogoś do pracy na czarno i to jeszcze za barem.

Inny ciekawy, acz powszechny przypadek, Panie Piotrze. Pracuje dziewczyna na pół etatu, bo tak jej pasowało. Po czasie poprosiła jednak o możliwość pracy na pełny etat. Sprawdziła się wcześniej ,więc się zgodziłem. Jaki był tego efekt? Po sześciu dniach przyniosła zwolnienie lekarskie i ciągnie chorobowe już trzeci miesiąc. Tak wygląda rynek pracy na prowincji. Kelnerka nigdy nie zauważy zabrudzonego obrusu, śmieci na podłodze, nieumytych szklanek, kufli. Nie ma czasu, bo przecież mogło by ją ominąć coś ważnego na facebooku.

Powiedzmy sobie szczerze. Ci co chcą pracować, robią to za granicą,
lub tutaj w Polsce. Ci co pracy nie mają, to lenie i nieudacznicy, mówiąc kolokwialnie roszczeniowcy. Znają dokładnie stawki, jakie płacą inne firmy w mieście, ale zupełnie nie interesuje ich przestrzeganie zakresu obowiązków. Największy żal mam do lekarzy, którzy sypią zwolnieniami bez ograniczeń. Powiesz, że masz problemy z kręgosłupem i pół roku laby gwarantowane. No ale lekarz teraz to nie służba, a biznes, jak mówią w kabarecie – klient nasz pan.

Panie Piotrze – oczywiście są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem są ludzie 50 plus. Panie w tym wieku pracują na kuchni i proszę mi wierzyć znają swoje obowiązki, nie patrzą tępo w ekran smartfona, nie kombinują co zrobić by nie zrobić nic, a jedynie pozorować pracę. Gdy mają chwile spokoju sprzątają i myją podłogi, sprzęt. Niestety nie mają już tyle sił by noce spędzać za barem.

Jeśli się chce pisać o wyzysku pracowników przez wrednych właścicieli, to najlepiej samemu założyć firmę i spojrzeć na to wszystko z drugiej strony, a wtedy – zapewniam- obraz nie będzie już tak wyrazisty jak Pan pisze.

Ostatni bój ukraińskich pracowników

Nowy neoliberalny kodeks pracy zrobi z Ukraińców parobków – alarmują związki zawodowe nad Dnieprem.

Pod siedzibą rządu w Kijowie oraz w wielu innych miastach Ukrainy 30 stycznia odbyły się demonstracje związków zawodowych i organizacji lewicowych przeciwko projektowi nowego kodeksu pracy. Prawo wzięte prosto z marzeń neoliberałów i z koszmarów sennych pracowników świadomych swoich interesów to jeden ze sztandarowych projektów rządu Ołeksija Honczaruka. Najprawdopodobniej przejdzie, gdyż rządowa frakcja ma większość w Radzie Najwyższej.

Ponadto frekwencja na proteście pokazywała raczej słabość ukraińskiego ruchu związkowego – przeciwko zmianie kodeksu pracy, która jest wyjątkowo niekorzystna odla pracowników, pod gmach rządu przy ul. Hruszewskiego przyszło protestować kilka tysięcy osób. W porównaniu z tłumami na Majdanie to naprawdę niewiele, a przecież wprowadzane zmiany uderzą w każdego Ukraińca, który nie zdecyduje się na emigrację zarobkową.

Powyżej tysiąca oburzonych udało się zmobilizować także związkowcom z Zaporoża, Charkowa, Czernihowa i Krzywego Rogu. Kilkaset zgromadziło się na protestach w Użhorodzie, Równem, Mikołajowie, Winnicy, Dnieprze oraz we Lwowie. To akurat sukces. W przemysłowym Krzywym Rogu walka pracownicza ma wielkie tradycje, a lokalne związki także w ostatnich latach rzucała z powodzeniem wyzwanie wielkim i bezwzględnym pracodawcom, ale w pozostałych miastach w ostatnich latach ruch pracowniczy był w niemal całkowitej stagnacji.

Praca niebezpieczna i niestabilna

– Pracownik będzie mógł bez większych trudności zostać zwolniony, gdy jest na urlopie, na chorobowym lub na urlopie macierzyńskim. Neoliberalne prawo pracy zrobi z Ukraińców parobków – ten fragment stanowiska przyjętego przez Zjednoczenie Związków Zawodowych Ziemi Lwowskiej zawiera w sobie część zarzutów, jakie pod adresem nowego kodeksu mają obrońcy praw pracowniczych. A to nie wszystko.
Po wejściu w życie nowego ustawodawstwa pracownik nie będzie mógł odmówić wykonywania swoich obowiązków, kiedy zatrudniający nie zapewni mu warunków zgodnych z zasadami BHP, wynagrodzenie za nadgodziny ma wynosić zaledwie 20 proc. zwykłej stawki godzinowej, a okres wypowiedzenia przy zwolnieniu zredukowano do 15 dni. Pod pretekstem „wyrównywania szans mężczyzn i kobiet” z nowego prawa wykreślono również przepisy chroniące matki z dziećmi – nie można było dotąd ich zwolnić, dopóki dziecko nie skończyło 3 lat, zaś samotne matki miały gwarancję zatrudnienia aż do ukończenia przez syna lub córkę lat 14.

Wyrzucić ministra

Do uproszczonej procedury zwalniania pracownika, który za wspomnianym 15-dniowym wypowiedzeniem będzie mógł zostać wyrzucony w zasadzie zawsze, kiedy pracodawca uzna to za stosowne, nawiązali demonstranci podczas wczorajszych zgromadzeń. Na jednym z transparentów zebrani ludzie, jako „pracodawcy rządu”, ogłosili zwolnienie Tymofija Myłowanowa, ministra gospodarki i jednego z głównych architektów antyspołecznej reformy. Na innym napisano: Nawet koronawirus umarłby od takiej pracy!, jeszcze na innym: Precz z niewolnictwem! Co do tego, że kodeks uczyni z pracowników najemnych niewolników, wątpliwości nie ma również Witalij Machynko, przewodniczący związku zawodowego Solidarność Robotnicza.

– W kodeksie znalazło się m.in. pojęcie kontraktu z nienormowanym czasem pracy. To oznacza, że pracownik jest zobowiązany do pracy tyle godzin, ile mu nakaże pracodawca,byle zgadzała się miesięczna pula godzin. W praktyce oznacza to, że jednego dnia, kiedy nie ma materiałów, albo po prostu takiej potrzeby, dzień pracy dla każdego może wynosić 2 – 3 godziny. A kiedy trzeba nadgonić czas i zamówienia, pracodawca może całkowicie bezkarnie zmusić swoich pracowników do pracy np. 16 godzin – alarmuje Machynko.

Być jak Polska

Ukraiński rząd wydaje się jednak bardzo zadowolony z przygotowanej ustawy i raczej nie zanosi się na to, by się z niej wycofał. Minister Myłowanow obiecuje, że jego kraj dzięki deregulacji i uproszczeniu przepisów stanie się „mekką dla inwestorów”, podobne wizje kreśli prezydent Zełenski. W ocenie lewicowych organizacji Myłowanow uprawia w internecie zwyczajną dezinformację, wychwalając zalety nowych przepisów i zapewniając, że wszystkie wady to wymysł związkowców.
Wschodnioeuropejska praktyka pokazuje, że nie da się równocześnie przyciągać za wszelką cenę biznesu i dbać o prawa pracowników. Dowodzi tego choćby przykład polskiej transformacji, którym ukraińskie władze bardzo się zachwycały.

Paszportowy wyzysk

Polska miała odchodzić od konkurencyjności opartej na taniej sile roboczej. Niestety, wciąż tkwimy w tym padole. Pokazuje to przykład pracowników tczewskiej fabryki brytyjskich paszportów, którzy wykonują wykańczającą pracę za marne grosze.

– To co było w brytyjskich mediach jest lekko przekoloryzowane, ale niestety dużo w tym prawdy – powiedziała „Dziennikowi Bałtyckiemu” jedna z osób zatrudnionych w zakładzie. – Od dłuższego czasu wszyscy się burzą, i produkcyjni, i biurowi. Fakt faktem, sposób działania samych kadr w ostatnim czasie budzi sporo zastrzeżeń, więc za tym idą kwestie zatrudniania i płac. Informacje o planowanych podwyżkach płac zawsze cieszą, ale kiedy już do nich dochodzi, to okazuje się, że płaca wzrosła jedynie o poziom inflacji – dodała.

Publikacja na temat tamtejszych warunków pracy pojawiła się w „Daily Mail” w zeszłym tygodniu. Drobiazgowe kontrole, nieuzasadniona presja ze strony przełożonych i ponadnormatywny czas pracy – tak wygląda los zatrudnionych w zakładzie prowadzonym przez Thales Group, francuską firmę świadczącą usługi dla brytyjskiego rządu. Koncern przeniósł część produkcji nad Wisłę, oczywiście – z powodu niższych kosztów pracy.
„Pracujemy na 12-godzinne zmiany, ale firma zdecydowanie zachęca do brania nadgodzin, które mogą być bardzo wyczerpujące. Momentami, czuję się jakbym był w więzieniu” – komentuje pracownik fabryki przytaczany przez „Daily Mail”.” Również inni pracownicy twierdzą, że wręcz zostali zmuszeni do brania zwolnienień chorobowych, aby mieć czas na dorabianie sobie na drugim etacie i jakoś związać koniec z końcem.

– Ta firma ma wiele plusów, ale w ciągu ostatnich trzech lat dużo się w niej popsuło. Wiele osób z naszej fabryki zastanawia się nad znalezieniem pracy gdzieś indziej. Koncern należy do Francuzów i z tego, co wiemy, we Francji pracownicy chwalą sobie zatrudnienie w Thales Group. My nie możemy tego powiedzieć – mówi jeden z pracowników.

Pracownicy mają również zakaz rozmawiania o tym, czym się zajmują, nawet z bliskimi.

„Zgodnie z obowiązującymi w naszej firmie zasadami dotyczącymi poufności, udzielanie osobom trzecim (mediom lub komukolwiek innemu) wszelkich informacji na temat jakichkolwiek klientów oraz kontraktów realizowanych przez nasz zakład jest zdecydowanie zabronione” – to fragment regulaminu zakładu.

– Negatywny artykuł, jaki ukazał się w brytyjskich mediach, a potem powielony został w niektórych polskich mediach, bardzo nas zaskoczył – mówi Rafał Weltrowski, odpowiedzialny za komunikację w Thales Group. – Tym bardziej, że nikt się do nas nie zgłaszał po informacje. Firma wydała również oświadczenie.

„Grupa Thales od zawsze przestrzega lokalnych przepisów prawa pracy, przepisów BHP oraz przykłada dużą wagę do ochrony środowiska. Warunki pracy stworzone pracownikom firmy są na wysokim poziomie. (…) Działamy zgodnie z przepisami prawa kładąc szczególny nacisk na bezpieczeństwo i higienę pracy. Wspólnie pracujemy nad ciągłą poprawą warunków pracy poprzez realizowanie licznych projektów i związanych z nimi kampanii pracowniczych. Dowodem na to jest fakt, iż w 2017 roku zakład w Tczewie został wyróżniony przez Państwową Inspekcję Pracy nagrodą «Pracodawca – organizator pracy bezpiecznej». Wszelkie uwagi naszych pracowników, a w szczególności dotyczące ich komfortu pracy są przez nas wnikliwie analizowane. Zawsze bierzemy pod uwagę ich opinię i jesteśmy otwarci na dialog”.

Szwalnie strachu i wyzysku

Szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach szefowa patrzy na pracownice na monitorze i karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często – mówi Grażyna Latos z fundacji Kupuj Odpowiedzialnie w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Bangladesz wcale nie jest daleko – tych słów użyłaś, pisząc o sytuacji polskich szwaczek na portalu ofeminin.pl. Bangladesz to praca po kilkanaście godzin dziennie, za bardzo niską stawkę, w budynkach urągających wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Naprawdę polskie szwalnie nie są wiele lepsze?

Oczywiście, polskie szwalnie są lepsze. Jeśli chodzi o budynki, jest bez porównania lepiej. Ale jeśli przyjrzeć się sytuacji bliżej, obraz jest szokujący.

Najstraszniejsza historia, którą usłyszałaś?

Szwaczki zamknięte w zakładzie na kłódkę, albo psy spuszczone na zewnątrz przez właściciela. To wszystko działo się jeszcze dwie dekady temu. Dziś tak drastyczne historie nie mają już miejsca, ale szwaczki nadal są zmuszane do pracy w nadgodzinach, wyśmiewane i poniżane. Wiele z nich codziennie słyszy, że nic nie potrafią, że gdyby szwalnia została zamknięta, to sobie nie poradzą.

Kto jest za to odpowiedzialny?

Wraz z Fundacją Kupuj Odpowiedzialnie jesteśmy w trakcie działań mających na celu rozpoznanie problemu. Z rozmów, które przeprowadziłam ze szwaczkami wynika, że bardzo często to zamawiający, także znane marki odzieżowe, naciskają na właścicieli szwalni, by ceny były jak najniższe. Wiele karygodnych praktyk wydaje się jednak „inicjatywą własną” właścicieli szwalni.

Weźmy na przykład sprawę umów i wynagrodzeń. Większość szwaczek, z którymi rozmawiałam ma umowę o pracę i powinny otrzymywać wynagrodzenie godzinowe. Praktyka jest jednak zupełnie inna. Zarobek jest uzależniony od tego, ile i czego uszyją. W dodatku dopóki nie ukończą jednego zlecenia nie wiedzą, jaka jest konkretna stawka. Opowiadały mi, że bywa i tak, że właściciel szwalni obserwuje, jak sprawnie szyją i oblicza, ile może im zapłacić, żeby mimo wszystko jak najwięcej zarobić. Potem szwaczki porównują swoje miesięczne zarobki i okazuje się, że np. z każdym kolejnym miesiącem za szycie niemal takich samych żakietów dostają coraz mniej, nawet jeśli szyją coraz więcej i sprawniej. Jeśli odważą się zapytać, dlaczego tak się dzieje, słyszą wymówki: „Kiedyś dołożyłem, teraz musi się wyrównać”, „Wtedy źle obliczyłem”.

Dlaczego więc nie odchodzą?

Moje rozmówczynie miały różne powody, by zaciskać zęby i mimo wszystko codziennie chodzić do pracy. Niektóre miały dzieci na utrzymaniu, były samotne matki, innym brakowało niewiele do emerytury. Były przekonane, że jeśli stracą tę pracę, to nie znajdą żadnej innej. Jeszcze inne czuły, że przejście do innej szwalni nic im nie da, bo warunki pracy i nastawienie przełożonych wszędzie jest mniej więcej podobne. Rezygnowały te, które potrafią uszyć całą sztukę, mają wykształcenie krawieckie albo się tego nauczyły. To dało im szansę, żeby założyć własny warsztat. Żadna nie żałowała zmiany pracy.

Natomiast większość szwaczek szyje tylko częściowo, co znacząco ogranicza ich możliwości, żeby coś zmienić. I to nie jest tylko tak, że one same zaniedbały możliwość zdobycia, poszerzania kwalifikacji. Często im się ten rozwój utrudnia.

Jak to wygląda?

Właściciele szwalni są w stanie im obiecywać, że umożliwią im szycie na różnych maszynach, zdobywanie nowych umiejętności. Potem jednak przekonują się, że dana osoba jest już bardzo biegła w obsłudze jednej maszyny, pracuje bardzo szybko. Im się wtedy bardziej opłaca, żeby ona już na tej maszynie została, niż by nauczyła się obsługi kolejnej i się rozwijała. Inny scenariusz – szwaczka pracuje codziennie w czasie ponadwymiarowym, więc może zapomnieć o kursach, szkoleniach. Jedna z moich rozmówczyń, bardzo zdeterminowana, po prostu oszukiwała szefową. Mówiła, że musi chodzić na rehabilitację i dzięki temu ukończyła kurs. To jej pomogło w ostatecznym rozrachunku odejść ze szwalni i zostać krawcową. Ale to przecież nie jest żadne rozwiązanie na większą skalę.
Wiele szwaczek zresztą nawet nie myśli o tym, że może być inaczej. Są przerażone i skupione tylko na tym, by przetrwać. Szwalnie są pełne strachu.

Nie mają znikąd wsparcia? Gdzie są związki zawodowe?

Działających związków zawodowych w tym sektorze praktycznie nie ma. Nie ma „Solidarności”, OPZZ działa tylko w kilku fabrykach produkujących odzież. Inicjatywa Pracownicza i Związek Zawodowy Pracowników Ukraińskich w Polsce nie posiadają żadnych kontaktów w przemyśle odzieżowym.

Skoro już o pracownikach z Ukrainy mowa… Jak na pracę w szwalniach wpłynął przyjazd migrantek? W wielu branżach pracodawcy wykorzystują to, że Ukraińcy są gotowi ciężko pracować za niższą stawkę, bo to i tak większe pieniądze niż to, co zarobiliby w ojczyźnie. W tej również?

Udało mi się porozmawiać tylko z jedną Ukrainką. Pracuje w szwalni w Opolu. Miała takie same problemy jak Polki plus dodatkowy: językowy. Ta kobieta podpisała umowę, nie rozumiejąc, co było w niej napisane.
Praktycznie wszystkie moje rozmówczynie mówiły, że pracy dla szwaczek nadal jest dużo. To dlatego w związku z migracją do Polski niewiele się w szwalniach zmieniło. Jak zauważały, coraz mniej młodych kobiet decyduje się na taką drogę zawodową, szkoły krawieckie są zamykane. W urzędach pracy ciągle są oferty pracy dla szwaczek.

To jeśli rąk do pracy brakuje, dlaczego pracodawcy nie szanują tych, które chcą pracować?!

Jakieś zmiany na lepsze zachodzą, jednak bardzo, bardzo powoli. Kiedyś szwaczki w ogóle nie pozwoliłyby sobie na zapytanie pracodawcy, dlaczego ich stawki maleją. Starsze pracownice opowiadają, że kiedyś wylatywało się z tej pracy za jedną odmowę wykonania dodatkowej pracy, czy nawet za pytanie: dlaczego tak?

To naprawdę bardzo mała zmiana, skoro wspominałaś, że w odpowiedzi na takie pytania pracownice najczęściej słyszą wykręty i mało wiarygodne tłumaczenia. Skoro związków nie mato czy same kobiety nie próbowały się organizować?

Nie. Większość z nich woli zaciskać zęby i jakoś przetrwać. Strach jest silniejszy.

W niektórych szwalniach zdarzały się bunty. Kiedy np. przez dwa miesiące z rzędu nie dostały wynagrodzenia, odmówiły dalszej pracy. Inny przypadek – w jednej ze szwalni ze względu na łamanie praw pracownic jedna z zatrudnionych zaalarmowała Inspekcję Pracy. Moja rozmówczyni opowiadała: PIP faktycznie przysłała kontrolę, nałożyła na szwalnię karę, ale właściciel szwalni potrącił sobie te pieniądze z wypłat pracownic. W ostatecznym rozrachunku to one ucierpiały. A ponieważ szwaczki znają się między zakładami, rozmawiają, opowiadają sobie różne historie, to i ta rozeszła się w środowisku i zniechęciła kolejne odważne.

Kiedy kontaktowałam się ze szwaczkami, proponowałam rozmowę i mówiłam o pisaniu tekstów, bardzo często słyszałam: ale to nic nie da! I tak nic się nie zmieni! Większość nie chciała ze mną rozmawiać nawet wtedy, kiedy zastrzegłam, że nie ujawnię żadnych danych.

Nawet wtedy się bały?

Mówiły: sądzi pani, że nie da się ustalić, kto co powiedział? Spotkałam tylko dwie szwaczki, które zgodziły się rozmawiać pod nazwiskiem.

Paradoksem jest, że wiele szwaczek, kształcąc się i rozpoczynając aktywność zawodową, wie, co może je spotkać. Są rodziny, gdzie w szwalniach pracuje matka i córka, albo siostry. Pani Barbara, jedna z tych dwóch kobiet, które zgodziły się podać imię i nazwisko, jest córką szwaczki. Od dzieciństwa słyszała opowiadania swojej mamy i jej koleżanek. A jednak weszła na tę drogę.

Strach i niewiara w możliwość solidarnej walki sprawia, że pracodawcy nigdy się nie zmienią.

Już teraz branża odzieżowa jest jedyną, w której na przestrzeni lat nie było żadnych zauważalnych podwyżek pensji. W tej chwili w umowach szwaczek zapisane jest wynagrodzenie minimalne, ale w praktyce bywa tak, jak opowiadała mi jedna z kobiet: szyła pięć dni w tygodniu po 12 godzin, dostawała nieco ponad trzy tysiące. Mogło być lepiej, np. wtedy, gdy szyły kożuchy, udawało się przy tak wytężonej pracy przez miesiąc-dwa wypracować pięć tysięcy. Ale mogło być też gorzej. Znam historie, w których pracodawca przedstawia szwaczkom swoje własne wyliczenia, takie, których one nawet nie do końca rozumieją, z których „niezbicie wynika”, że należy im się jeszcze poniżej minimalnej.

Inna rozmówczyni opowiedziała, jak szefowa wyrejestrowała wszystkie pracownice z ZUS-u na jakiś czas, żeby „odpocząć” od płacenia składek. A przecież szwalnia nadal działała, a każdy miesiąc bez rejestracji odbija się na późniejszej emeryturze.

Urlopów też się nie respektuje?

Kobieta, o której wynagrodzeniu wspomniałam, nie była na urlopie przez sześć lat.
Często szwaczki zmusza się, żeby podpisały wniosek o urlop bezpłatny, gdy tak naprawdę chorują. Na szczęście nie jest tak we wszystkich szwalniach. Z drugiej strony to praca, która zwyczajnie wyniszcza. Bywa, że szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach pracownice są non stop obserwowane. Szefowa patrzy na nie na monitorze i potem karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często.

A co z pracownicami w ciąży czy tymi, które opiekują się małymi dziećmi?

Rozmawiałam ze szwaczką, której przedłużono umowę dokładnie do dnia urodzenia dziecka. Zaoferowano jej, by wróciła za jakiś czas, bo pracodawca był z niej bardzo zadowolony.

Uderza mnie to, że rozmawiamy o bardzo sfeminizowanej branży. Szwaczki, krawcowe, właścicielki szwalni – w zawodach związanych z odzieżą kobiet jest bardzo dużo. Tyle słyszeliśmy o siostrzeństwie, o wspólnej walce o swoje prawa, a tutaj… kobieta krzywdzi kobietę?
Niestety kiedy słuchałam opowieści szwaczek, miałam poczucie, że tu solidarność właściwie w ogóle się nie zdarza. Same rozmówczynie się na to skarżyły.

Relacje na rynku pracy ją zabijają?

Można odnieść takie wrażenie. Są piękne przykłady wzajemnego wsparcia, udzielania sobie pomocy, ale tych przygnębiających historii jest więcej. Także dotyczących relacji między pracownicami. O tym, jak starsze koleżanki wysyłają młodszą, żeby rozmawiała z szefem, bo ona jeszcze nie wie, że taka rozmowa się źle skończy.

Ta świadomość, że nie ma solidarności, a równocześnie, że trzeba wykarmić własne dzieci, ostatecznie zniechęca do buntowania się. Każda robi swoje, troszczy się, żeby dostać swoją wypłatę. Nie martwi się o to, że koleżanka została źle potraktowana czy doznała przemocy. Ta, która jest silniejsza, postawi się szefowej, obroni się – ale wtedy to inna, słabsza, usłyszy, że do niczego się nie nadaje, albo że szyje za mało, bo chce okraść pracodawcę.

Czy usłyszałaś od swoich rozmówczyń jakąkolwiek krzepiącą historię, z dobrym zakończeniem, dającą chociaż trochę nadziei?

Może powinnam tu wspomnieć o pani Barbarze, jednej z tych dwóch szwaczek, które zgodziły się ujawnić imię i nazwisko, bardzo odważnej kobiecie. Pamiętam, jak wahała się, myślała, czy nie wystąpić pod nazwiskiem panieńskim. Ale w trakcie naszych rozmów stawała się coraz silniejsza. Ostatecznie do mnie napisała, że mogę podać pełne personalia, bo to nie ona ma się czego wstydzić, tylko ludzie, którzy ją źle traktowali. To był chyba najbardziej budujący moment.

Niemniej pani Barbara ostatecznie odeszła ze szwalni.

Tak. Obecnie razem z koleżanką prowadzi własny zakład.

Po publikacji mojego tekstu dostałam kilka listów od szwaczek-czytelniczek. Napisały, że ich doświadczenie jest podobne. One też miały już dość i odeszły ze szwalni. Żadna nie pisała o tym, że udało się coś zmienić w miejscu pracy.

Agencja Pracy Wyzysk

Do Pauliny trudno się dodzwonić, ciągle zajęte. Kiedy już się udaje, pada kilka prostych pytań, które można sprowadzić do jednego: czy nadaje się Pan/Pani do roboty? Praca jest w markecie w dużej galerii handlowej, przy wykładaniu towaru i na kasie. Każdy to potrafi. Trzeba mieć tylko książeczkę sanepidowską. Stawka? A studiuje Pan/Pani? Jeśli tak, 13 zł do ręki, jeśli nie, to niestety tylko 12. W tym momencie Paulina kłamie wprost.

Prawdziwe stawki są niższe, minimalne (około 10 zł netto za godzinę pracy), zupełnie nieprzystawalne do dzisiejszych stawek na rynku pracy, a już na pewno w stolicy. Ale ona dostaje niewielką prowizje za każdą zawartą umowę, więc ma to gdzieś. Chyba po cichu liczy, że nie wszyscy doczytają w umowie albo pomylą brutto z netto. Poza tym może się nie orientować w warszawskich realiach, bo właśnie siedzi w swoim mieszkaniu w Radomiu, gdzie odbiera telefony, wypełnia papiery i ściga się na ilość zawartych umów z koleżankami. Witamy w Agencji Pracy Tymczasowej Krzak spółka zoo z siedzibą w Warszawie (prawdziwej nazwy nie podaję, bo to bez znaczenia), w wirtualnym biurze (na co prawo nie pozwala) które można wynająć za 99 zł miesięcznie (+VAT). Rok założenia 2018.
Rozmowy kwalifikacyjne stają się zbędne, kto by jechał do Radomia? Paulina prosi ‘’klienta’’ o przysłanie danych SMS-em, z nich tworzy egzemplarz umowy i profil w internetowym systemie zleceń firmy. Wysyła link z umową, który wystarczy w owym systemie ‘’kliknąć, by zaakceptować’’ – nie potrzeba już nawet fizycznego podpisu. Szczegóły pracy? Do ustalenia z kierownikiem na miejscu. Od kiedy może zacząć? Od zaraz? No i gitara.
Praca dla desperatów
Umowa, oczywiście zlecenie, jest typową frajerską umową. Grafik ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem, trafia on do systemu i musi być wypełniony. Za brak obecności firma może potrącić całość (sic!) wynagrodzenia. Nikogo nie interesuje, czy jesteś chory, czy dziecko ci się pochorowało, czy zmarła ci matka. Obiecałeś – przychodź. Niektórzy pracownicy w takiej sytuacji wysyłają kogoś z rodziny albo znajomych, a kierownicy przymykają oko. Brakuje przecież personelu. Brak obowiązku osobistego świadczenia pracy zbija także zarzut, że jest to stosunek pracy – każdy sąd pracy to przyzna.
Grafik musi być raportowany, czyli potwierdzany w systemie. Jeśli nie będzie – pracownik może oczekiwać kar umownych (20 zł + 20 zł za każdorazowe przypomnienie SMS). Agencja Pracy pobiera z pensji 10 zł za każde wystawienie rachunku. Za każde rażące naruszenie obowiązków lub działania na szkodę Sklepu (tak w umowie; wszystko z wielkiej litery) 500 zł kary. Zleceniobiorca ponosi także odpowiedzialność za ewentualne niedobory kasowe, czyli manka. Warto podkreślić, że zwykły etatowy pracownik niekoniecznie za nie płaci; pracodawca bowiem musi wcześniej skierować sprawę do sądu i ją wygrać – rzadko mu się to opłaca. Poza tym manko nie oznacza zazwyczaj działania intencjonalnego, zdarza się, jak to w życiu, i jest wliczone w działanie w branży handlowej.
Wypłata wynagrodzenia odbywa się po 28 dniach od zakończenia miesiąca kalendarzowego. Za styczeń pieniądze można zobaczyć w marcu (lub ostatniego dnia lutego). Jeśli pracownikowi będzie potrzebne szkolenie, to oczywiście bezpłatne.
Każdy, kto podpisywał kiedykolwiek umowę zlecenia z agencją pracy zapewne wzruszy ramionami, bo są to zapisy standardowe. Często nie chodzi wcale o to, aby je wykorzystywać, lecz aby stanowiły straszak. Wykorzystuje się je zaś przy rozstaniu z pracownikiem, gdy wiadomo, że ten nie będzie już potrzebny. Żaden pracownik i pracowniczka nie zgodzi się przecież na upokarzającą karę umowną czy odebranie pensji i kontynuowanie współpracy z taką agencją. Nie pójdzie też do sądu, bo ma większe problemy na głowie. Zresztą i tak by pewnie przegrał.
Dotychczas działalność tej firmy skupiała się na ściąganiu pracowników z Ukrainy, a głównymi udziałowcami są obywatele ukraińscy. Można domniemywać, że rozszerzenie działalności na outsourcing polskich pracowników wynika z coraz większej niechęci przyjazdu Ukraińców do Polski – po raz pierwszy od czterech lat spadła liczba pracowników z Ukrainy. Firma musi więc naganiać do pracy zdesperowane emerytki lub naiwnych, rozpoczynających swoją przygodę z rynkiem pracy studentów (bo raczej tylko tacy podejmą się takiej pracy – przepraszam! – zlecenia).
Na popularnym portalu z ocenami pracodawców agencja ma dużo negatywnych opinii. Wiele z nich dotyczy opóźnień w wypłacie wynagrodzenia. Ktoś, kto dostał pensję o dwa tygodnie po czasie, dostaje gratulacje, bo inny czekał trzy miesiące.
Wiecznie tymczasowi
Kiedy mieliśmy ostatnio do czynienia z protestami grup zawodowych budżetówki, często padał argument, że to skandal, że zarabiają oni mniej niż ‘’na kasie’’. Brzmiało to tak, jakby praca w handlu miała być gorsza i z zasady mogła być mniej opłacana, bo nie potrzeba do niej żadnych kwalifikacji. Ale jest to przecież zajęcie ciężkie, nużące i monotonne. No i wbrew powstałemu wrażeniu nie zarabia się tam jakichś kokosów. Pracowników do Biedronki, Lidla czy Carrefoura znaleźć trudno, bo jest wiele innych zajęć, również niewymagających jakichś niesamowitych zdolności, ale za to lepiej płatnych. Ten niedobór pracowników połączony z brakiem chęci bądź możliwości zwiększenia wynagrodzeń powoduje sięganie po pracowników tymczasowych. Ciekawi mnie jednak, że nigdy taka wielka firma, która z tego korzysta, nie zadba, żeby tymczasowi mieli godne warunki – żeby nie byli tylko zasobem, który trzeba do końca wycisnąć i wypluć. Widocznie tak się bardziej opłaca. Humanistyczne zarządzanie ‘’zasobami ludzkimi’’ zawsze przegra ze słupkami w Excelu.
Ponieważ w Polsce płace rosną, bezrobocie jest niskie i zatrudniający muszą się bardziej starać, żeby znaleźć kogoś do roboty, temat agencji pracy tymczasowych, niegdyś często goszczący na łamach gazet i portali, jakoś zanikł. Ale same agencje nie zniknęły. Według raportu Polskiego Forum HR praca tymczasowa w 2017 roku dotyczyła 864 tys. osób. Agencji, które działały w zakresie pracy tymczasowej było 4815, a połowa z nich to nowe podmioty. Na tym rynku istnieje duża rotacja – ok. tysiąc nich co roku się zamyka, a nowe powstają w tym samym tempie. Rynek wart jest 7,4 mld zł i urósł o 2 proc. w ciągu roku. Nowsze szacunki mówią jednak o spadku zatrudnionych w ten sposób (do około 700 tys.) We wcześniejszych latach było to ponad milion pracowników.
Przeciętny pracownik tymczasowy był zatrudniony przez 60 dni w roku. Dla ponad połowy z nich okres zatrudnienia wynosił zaś poniżej 3 miesięcy. Dla około 15 proc. zatrudniających okres tymczasowości jest wstępem do zaoferowania pracownikowi etatu, swojego rodzaju okresem próbnym.
Agencje do zamknięcia?
Stopień penetracji rynku, czyli odsetek zatrudnienia tymczasowego (liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty) w odniesieniu do ogółu zatrudnienia w danym kraju wynosi u nas 1 proc. i z roku na rok spada. Ale to nie znaczy, że tę niewielką część pracujących powinniśmy pozostawić na pastwę powszechnego w tej branży wyzysku.
Państwowa Inspekcja Pracy w 2017 roku przeprowadziła kontrole, z których wynika, że aż 58 proc. agencji narusza przepisy. Najczęściej chodzi o niepłacenie w terminie składek na Fundusz Pracy, nieprzestrzeganie obowiązku przedstawiania corocznych sprawozdań czy wprost nielegalne świadczenie usług.
Dwa lata temu PiS podjął próbę regulacji branży, wprowadzając limit zatrudnienia u jednego pracodawcy do 18 miesięcy czy automatycznie przedłużając umowę tymczasową pracowniczki w ciąży (do dnia porodu; dzięki temu otrzyma zasiłek macierzyński) oraz inne szczegółowe przepisy, które mają walczyć z nadużyciami. Czy to coś dało dowiemy się w najbliższych miesiącach, gdy PIP opublikuje raporty już po wprowadzeniu owych nowelizacji. Jeśli jednak skala nieprzestrzegania prawa w agencjach zatrudnienia będzie nadal tak duża, warto rozważyć ich likwidację, tak aby zatrudniających i zatrudnione łączyły bezpośrednie relacje prawne.

Księga Wyjścia (25)

Ballada o wilkach i bananach

Faszyzm, od łacińskich fasces czyli „rózgi”. Kult państwa, terror, nacjonalizm, militaryzm, imperializm, totalitaryzm, antykomunizm, korporacjonizm no i oczywiście antyliberalizm. W teorii akademickiej zaliczany jest również jako antykapitalizm, lecz w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. To podczas hitlerowskiego faszyzmu rozkwitły firmy i koncerny takie jak choćby Hugo Boss, projektant i autor mundurów SS, czy koncern farmaceutyczny Bayer słynący współcześnie z dobrej na kaca aspiryny, dorobił się na produkcji śmiercionośnego „cyklonu B”. Gdyby nie ten Hugo Boss, Bayer i samo określenie – faszyzm – pomyślałbym, że rozmawiamy o USA.
Komunizm, z łacińskiego „wspólny”. Ideologia, której celem jest utworzenie społeczeństwa wolnego od ucisku i wyzysku społecznego. Powstały w XIX wieku w dwóch wariantach. Anarchistycznym i marksistowskim, opartym na manifeście komunistycznym z 1848 roku. Obie te ideologie są w Polsce zakazane, nie wolno ani publicznie ich głosić, ani prezentować symboli.
Fakt, że kilka reżimów powołało się na ideologię komunistyczną nie świadczy o tym, że jest ona zbrodnicza. Franco i Pinochet powoływali się również na chrześcijaństwo, obronę wartości, lecz jak dotąd nikt nie zakazał religii katolickiej. Wciąż bez problemu znajdziemy w internecie zdjęcia Wojtyły przyjmującego Pinocheta, mało tego, odwiedzającego Chile, a ich miny zdradzają wzajemną sympatię i zażyłość.
Jak to wygląda w innych, znacznie bardziej oświeconych państwach? Całkiem legalnie funkcjonuje Komunistyczna Partia Norwegii, wydaje nawet własną gazetę pt. „Friheten” czyli wolność, zwróćcie uwagę na zdjęcie Marksa w lewym górnym rogu. Oprócz niej istnieje socjaldemokratyczna gazeta o zdumiewającym dla Polaka tytule – „Klassekampen”, co dosłownie znaczy walka klas.
Dawno temu w na południowym kontynencie Ameryki działała firma o nazwie United Fruit Company. Założona jeszcze w XIX wieku, funkcjonowała do roku 1970. Jej struktura wyglądała w następujący sposób. Stanowiska kierownicze obejmowali biali Amerykanie, absolwenci dobrych uczelni, stanowiska nadzorców – dawni plantatorzy z południa, a siłą roboczą byli miejscowi mieszkańcy i czarnoskórzy obywatele USA. United Fruit Company używała praktyk kolonialnych, a warunki w jakich pracowali robotnicy porównywalne były z tymi na plantacjach bawełny sprzed wojny secesyjnej. Wypłatę dostawali w bonach, które mogli realizować jedynie w sklepach należących do firmy.
Wykreowana moda na te owoce spowodowała nieprawdopodobne zyski. A że nie płacili podatków, wędrowały wprost do kieszeni właściciela. Pierwotnie był to budowniczy kolei Minor Keith, który po krachu giełdowym zorientował się, że w miejscu gdzie przerwał budowę torów wyrosły owoce.
Tak to wyglądało w skrócie. Firma miała pewne turbulencje finansowe, ale sprzedała część udziałów i nadal była właścicielem większości ziem Ameryki Południowej. Gdy w Gwatemali prezydentem został wychowany wśród Indian Austriak, pułkownik Jacobo Arbenz Guzmán, postanowił przyhamować zapędy korporacji i z powrotem znacjonalizował tereny, które w najróżniejszy sposób przejęło przedsiębiorstwo. Poza niewielkimi enklawami cała Gwatemala ( i nie tylko Gwatemala) należała do United Fruit Company.
Guzmán nie był rabusiem, nie znacjonalizował siłą, pozostawiając właścicieli bez grosza i ziemi. Wywłaszczył ich grunty wypłacając im należne odszkodowanie, czyli zapłacił za ich wartość, tu też ich nie oszukał. Przy wycenie oparł się na zestawieniach samych firm i zgodnie z ich własnymi zeznaniami, składanymi w ubiegłych latach wypłacił im dokładnie co do peso. Nie podobało się to ani właścicielom, którzy zaniżali wartość księgową, ani Stanom Zjednoczonym. United Fruid Company praktycznie nie płaciło podatków, żeby jeszcze zaniżyć to nic, fałszowali księgi, w których wykazywali tak niewielkie dochody, a w związku z tym wartość gruntów stanowiła nic i Guzmán, gdyby chciał, mógłby przejąć je bezpłatnie, na nawet zażądać od właścicieli by mu jeszcze dopłacili, to pomimo tego wypłacił im zgodnie z przedstawionymi wcześniej zestawieniami. Firma poczuła się wydymana i poprosiła USA o pomoc. Jankesi szybko pojawili się na miejscu, obalili Guzmána, jego miejsce zajęła junta wojskowa, a kraj pogrążył się w pięćdziesięcioletniej wojnie domowej.
W tamtym okresie cała Ameryka Południowa i Środkowa były czymś w rodzaju przedłużenia USA – wciąż tak jest. Różnica polega jedynie na tym, że to co jest zabronione na północnym kontynencie, tam jest zgodnie z prawem praktykowane. Pracodawcy mogli więc karać śmiercią niewydajnych pracowników, z czego korzystała również kompania bananowa. To właśnie od UFC wzięła się nazwa republika bananowa.
Kompania nie płaciła podatków w większości krajów, w których prowadziła interesy, a każdy sprzeciw pacyfikowali amerykańscy żołnierze. Najgłośniejsza była chyba bananowa masakra. 6 grudnia 1928 roku, w Kolumbii, gdzie rząd USA zagroził kolumbijskimi rządowi zbrojną interwencją marynarki za niewywiązywanie się z ochrony interesów bananowej firmy. Czyli za to, że chcieli podatek. W tym czasie trwał też strajk pracowniczy, gdzie domagano się poprawy warunków pracy. Jednak wkurzenie Amerykanów doprowadziło do jego pacyfikacji, w której zginęło do dwóch tysięcy ludzi. Niektóre rządowe źródła podają, że zabito „jedynie” 47 osób.
Firma zmieniła już nazwę, ale zarówno Hugo Boss, Bayer czy UFC, niczym specjalnie się nie różnią. Wszystkie dorobiły się na ludzkiej krwi, wyzysku i liczonych w setkach tysięcy, zabitych. Przykład wymienionych firm doskonale obrazuje związek kapitalizmu z faszyzmem. Kapitalizmu opartego na terrorze, niewolnictwie i masowej zagładzie. Komunizm nie ma takich związków, nawet nie miał okazji mieć, bo tak naprawdę jeszcze żaden kraj nie wprowadził tego systemu. Norwedzy to rozumieją. W Polsce niestety nie. A gdy sięgniecie po banana, to jeśli nie zraziła Was masakra w Kolumbii, to wyobraźcie sobie ładownie statków, którymi przewożone są do Polski. Zielone, niedojrzałe owoce czekają na rozładunek pod grubą warstwą paskudnych robaków, które przebijają skórę swoimi cienkimi kończynami.
Dotychczas sądziłem, że światy równoległe dotyczą jedynie fizyki kwantowej. Ostatnio jednak zjawisko to zaobserwowałem na fejsbuku. Często, gdy prowadzę jakąś rozmowę i różnię się z interlokutorem, to mimo, że go nie obrażam, gdy wyczerpie wszystkie swoje argumenty, usuwa mnie z grona znajomych. Czy przypadkiem nie tworzy to grup ludzi tak samo myślących, żyjących w realu obok nas, ale jakby w zupełnie innym świecie. Ergo – światy równoległe istnieją, jednak zupełnie inaczej wyobrażali je sobie fizycy.
Nie potrafię podać liczby, ale gdy napisałem krytyczny post o Margaret Thatcher, to całkiem sporo osób zwolniło miejsce na moim profilu. Post w zasadzie nie dotyczył samej premier Wielkiej Brytanii, a Charlesa Chaplina, który zakończywszy karierę w Hollywood jeździł do Anglii, by opowiadać o amerykańskiej nędzy, włóczęgach i biedzie ponieważ na Wyspach zjawisko to było zupełnie obce. Ludzie słuchali
i nie wierzyli.
Chaplin zmarł w 1977 roku, dwa lata później do władzy doszła Margaret Thatcher i pojawili się pierwsi nędzarze, od tamtej pory wzrost jest lawinowy. Zwolennikom „Żelaznej Damy” nie dało się tego wytłumaczyć. Pół biedy, gdyby jedynie nie przyjmowali do wiadomości, ale od razu usuwają z grona znajomych, blokują rzucając wcześniej niewybredne określenia.
Tak naprawdę najgorsze, co mogło spotkać świat w XX wieku, oprócz wojen światowych to duet Thatcher – Regan. To oni zepsuli świat. I już nie da się go naprawić. Ale jednak spróbowałem. Zadzwoniła do mnie pani z Amnesty International, podczas rozmowy przekonywała bym wstąpił w ich szeregi i wspólnie świat naprawimy. Ucieszyłem się, bo wspomniana organizacja kojarzy mi się z dobrem i wyraziłem chęć wstąpienia, czyli zasilenia sobą ich grupy. Pani przez telefon powiedziała, ze przyjedzie do mnie kurier i dostanę wszystkie dokumenty, ale muszę również podpisać jakieś kwity zwrotne, podkreśliła też i to dwukrotnie, bym podpisał się w ten sam sposób, jaki złożyłem jako wzór w banku, ponieważ oni już sobie będą sami pobierać składki z mojego konta.
Zdziwiłem się tym, jak to w ogóle możliwe, żeby ot tak ktoś mógł sobie pobierać kasę z konta, specjalnie się tym nie przejąłem, bo konto jest zwykle puste – a dzięki działalności w AI trochę naprawię ludzkości szkód narobionych przez firmy bananowe. Przeglądając internet trafiłem na artykuły dotyczące tej zacnej organizacji, po ich przeczytaniu napisałem kilka maili, bo nie mogłem uwierzyć w treść „oszczerstw” jakie pojawiły się o nich w przestrzeni publicznej. A ponieważ informacje przeczytałem nie na jakiś lipnych portalach, lecz elektronicznych wydaniach w miarę rzetelnych gazet, mój niepokój wzrósł. Mobbing, malwersacje i cała paleta złych praktyk stosowanych wobec podwładnych i powierzonych im pieniędzy.
Zaniepokojony tym, że ktoś psuje dobre imię tak dobrej instytucji naprawdę mną poruszył i jak już wspomniałem postanowiłem u źródła dowiedzieć się szczegółów. Napisałem kilka maili na adresy widniejące na ich oficjalnej stronie. Każdy zaczynając słowami, że żyjemy w czasach fejk niusów, pomówień i niesprawdzonych informacji, dlatego proszę o wyjaśnienie stawianych przez prasę takich i takich zarzutów. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, a do pani, która mnie przekonywała bym się do nich przyłączył, nie mogłem się dodzwonić. Przez kilka dni zbywałem kuriera, ponieważ naprawdę w jakiś sposób chciałem pomóc tej organizacji. W końcu nie doczekawszy się żadnej reakcji, przestałem zbywać kuriera, tylko powiedziałem mu, by już sobie mną głowy nie zawracał, nic nie podpisałem i w ten właśnie sposób nie zostałem członkiem organizacji, która dostąpiła zaszczytu i została odznaczona nagrodą Nobla.
Nawet najbardziej szlachetna idea, najbardziej kryształowa organizacja, gdy tylko zacznie zakładać struktury w Polsce, to zawsze dojedzie do nepotyzmu, mobbingu i defraudacji. Tak więc nie zostałem członkiem Amnesty International, a smutny wniosek o psuciu najładniejszych projektów wsparłem wizualizacją „zastodołowej” toalety. Chociaż i tu moglibyśmy się postarać i jeśli mamy być kiblem ideałów, to przynajmniej niech w nim będzie czysto.
Ciekawe jak jest WWF, które za pomocą najbardziej popularnych aktorów namawia by wpłacać na ratowanie różnych, zagrożonych gatunków zwierząt. Głównie egzotycznych, chociaż fajnie byłoby gdyby krajowy oddział zrobił coś, by polubić na przykład wilki. Uprawiany od wieków czarny PR, swoje zrobił, a przecież nie są groźniejsze od niedźwiedzi.
Chyba się rozpędziłem, na dzisiaj wystarczy. Do przeczytania
za tydzień.

PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.