Paszportowy wyzysk

Polska miała odchodzić od konkurencyjności opartej na taniej sile roboczej. Niestety, wciąż tkwimy w tym padole. Pokazuje to przykład pracowników tczewskiej fabryki brytyjskich paszportów, którzy wykonują wykańczającą pracę za marne grosze.

– To co było w brytyjskich mediach jest lekko przekoloryzowane, ale niestety dużo w tym prawdy – powiedziała „Dziennikowi Bałtyckiemu” jedna z osób zatrudnionych w zakładzie. – Od dłuższego czasu wszyscy się burzą, i produkcyjni, i biurowi. Fakt faktem, sposób działania samych kadr w ostatnim czasie budzi sporo zastrzeżeń, więc za tym idą kwestie zatrudniania i płac. Informacje o planowanych podwyżkach płac zawsze cieszą, ale kiedy już do nich dochodzi, to okazuje się, że płaca wzrosła jedynie o poziom inflacji – dodała.

Publikacja na temat tamtejszych warunków pracy pojawiła się w „Daily Mail” w zeszłym tygodniu. Drobiazgowe kontrole, nieuzasadniona presja ze strony przełożonych i ponadnormatywny czas pracy – tak wygląda los zatrudnionych w zakładzie prowadzonym przez Thales Group, francuską firmę świadczącą usługi dla brytyjskiego rządu. Koncern przeniósł część produkcji nad Wisłę, oczywiście – z powodu niższych kosztów pracy.
„Pracujemy na 12-godzinne zmiany, ale firma zdecydowanie zachęca do brania nadgodzin, które mogą być bardzo wyczerpujące. Momentami, czuję się jakbym był w więzieniu” – komentuje pracownik fabryki przytaczany przez „Daily Mail”.” Również inni pracownicy twierdzą, że wręcz zostali zmuszeni do brania zwolnienień chorobowych, aby mieć czas na dorabianie sobie na drugim etacie i jakoś związać koniec z końcem.

– Ta firma ma wiele plusów, ale w ciągu ostatnich trzech lat dużo się w niej popsuło. Wiele osób z naszej fabryki zastanawia się nad znalezieniem pracy gdzieś indziej. Koncern należy do Francuzów i z tego, co wiemy, we Francji pracownicy chwalą sobie zatrudnienie w Thales Group. My nie możemy tego powiedzieć – mówi jeden z pracowników.

Pracownicy mają również zakaz rozmawiania o tym, czym się zajmują, nawet z bliskimi.

„Zgodnie z obowiązującymi w naszej firmie zasadami dotyczącymi poufności, udzielanie osobom trzecim (mediom lub komukolwiek innemu) wszelkich informacji na temat jakichkolwiek klientów oraz kontraktów realizowanych przez nasz zakład jest zdecydowanie zabronione” – to fragment regulaminu zakładu.

– Negatywny artykuł, jaki ukazał się w brytyjskich mediach, a potem powielony został w niektórych polskich mediach, bardzo nas zaskoczył – mówi Rafał Weltrowski, odpowiedzialny za komunikację w Thales Group. – Tym bardziej, że nikt się do nas nie zgłaszał po informacje. Firma wydała również oświadczenie.

„Grupa Thales od zawsze przestrzega lokalnych przepisów prawa pracy, przepisów BHP oraz przykłada dużą wagę do ochrony środowiska. Warunki pracy stworzone pracownikom firmy są na wysokim poziomie. (…) Działamy zgodnie z przepisami prawa kładąc szczególny nacisk na bezpieczeństwo i higienę pracy. Wspólnie pracujemy nad ciągłą poprawą warunków pracy poprzez realizowanie licznych projektów i związanych z nimi kampanii pracowniczych. Dowodem na to jest fakt, iż w 2017 roku zakład w Tczewie został wyróżniony przez Państwową Inspekcję Pracy nagrodą «Pracodawca – organizator pracy bezpiecznej». Wszelkie uwagi naszych pracowników, a w szczególności dotyczące ich komfortu pracy są przez nas wnikliwie analizowane. Zawsze bierzemy pod uwagę ich opinię i jesteśmy otwarci na dialog”.

Szwalnie strachu i wyzysku

Szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach szefowa patrzy na pracownice na monitorze i karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często – mówi Grażyna Latos z fundacji Kupuj Odpowiedzialnie w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Bangladesz wcale nie jest daleko – tych słów użyłaś, pisząc o sytuacji polskich szwaczek na portalu ofeminin.pl. Bangladesz to praca po kilkanaście godzin dziennie, za bardzo niską stawkę, w budynkach urągających wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Naprawdę polskie szwalnie nie są wiele lepsze?

Oczywiście, polskie szwalnie są lepsze. Jeśli chodzi o budynki, jest bez porównania lepiej. Ale jeśli przyjrzeć się sytuacji bliżej, obraz jest szokujący.

Najstraszniejsza historia, którą usłyszałaś?

Szwaczki zamknięte w zakładzie na kłódkę, albo psy spuszczone na zewnątrz przez właściciela. To wszystko działo się jeszcze dwie dekady temu. Dziś tak drastyczne historie nie mają już miejsca, ale szwaczki nadal są zmuszane do pracy w nadgodzinach, wyśmiewane i poniżane. Wiele z nich codziennie słyszy, że nic nie potrafią, że gdyby szwalnia została zamknięta, to sobie nie poradzą.

Kto jest za to odpowiedzialny?

Wraz z Fundacją Kupuj Odpowiedzialnie jesteśmy w trakcie działań mających na celu rozpoznanie problemu. Z rozmów, które przeprowadziłam ze szwaczkami wynika, że bardzo często to zamawiający, także znane marki odzieżowe, naciskają na właścicieli szwalni, by ceny były jak najniższe. Wiele karygodnych praktyk wydaje się jednak „inicjatywą własną” właścicieli szwalni.

Weźmy na przykład sprawę umów i wynagrodzeń. Większość szwaczek, z którymi rozmawiałam ma umowę o pracę i powinny otrzymywać wynagrodzenie godzinowe. Praktyka jest jednak zupełnie inna. Zarobek jest uzależniony od tego, ile i czego uszyją. W dodatku dopóki nie ukończą jednego zlecenia nie wiedzą, jaka jest konkretna stawka. Opowiadały mi, że bywa i tak, że właściciel szwalni obserwuje, jak sprawnie szyją i oblicza, ile może im zapłacić, żeby mimo wszystko jak najwięcej zarobić. Potem szwaczki porównują swoje miesięczne zarobki i okazuje się, że np. z każdym kolejnym miesiącem za szycie niemal takich samych żakietów dostają coraz mniej, nawet jeśli szyją coraz więcej i sprawniej. Jeśli odważą się zapytać, dlaczego tak się dzieje, słyszą wymówki: „Kiedyś dołożyłem, teraz musi się wyrównać”, „Wtedy źle obliczyłem”.

Dlaczego więc nie odchodzą?

Moje rozmówczynie miały różne powody, by zaciskać zęby i mimo wszystko codziennie chodzić do pracy. Niektóre miały dzieci na utrzymaniu, były samotne matki, innym brakowało niewiele do emerytury. Były przekonane, że jeśli stracą tę pracę, to nie znajdą żadnej innej. Jeszcze inne czuły, że przejście do innej szwalni nic im nie da, bo warunki pracy i nastawienie przełożonych wszędzie jest mniej więcej podobne. Rezygnowały te, które potrafią uszyć całą sztukę, mają wykształcenie krawieckie albo się tego nauczyły. To dało im szansę, żeby założyć własny warsztat. Żadna nie żałowała zmiany pracy.

Natomiast większość szwaczek szyje tylko częściowo, co znacząco ogranicza ich możliwości, żeby coś zmienić. I to nie jest tylko tak, że one same zaniedbały możliwość zdobycia, poszerzania kwalifikacji. Często im się ten rozwój utrudnia.

Jak to wygląda?

Właściciele szwalni są w stanie im obiecywać, że umożliwią im szycie na różnych maszynach, zdobywanie nowych umiejętności. Potem jednak przekonują się, że dana osoba jest już bardzo biegła w obsłudze jednej maszyny, pracuje bardzo szybko. Im się wtedy bardziej opłaca, żeby ona już na tej maszynie została, niż by nauczyła się obsługi kolejnej i się rozwijała. Inny scenariusz – szwaczka pracuje codziennie w czasie ponadwymiarowym, więc może zapomnieć o kursach, szkoleniach. Jedna z moich rozmówczyń, bardzo zdeterminowana, po prostu oszukiwała szefową. Mówiła, że musi chodzić na rehabilitację i dzięki temu ukończyła kurs. To jej pomogło w ostatecznym rozrachunku odejść ze szwalni i zostać krawcową. Ale to przecież nie jest żadne rozwiązanie na większą skalę.
Wiele szwaczek zresztą nawet nie myśli o tym, że może być inaczej. Są przerażone i skupione tylko na tym, by przetrwać. Szwalnie są pełne strachu.

Nie mają znikąd wsparcia? Gdzie są związki zawodowe?

Działających związków zawodowych w tym sektorze praktycznie nie ma. Nie ma „Solidarności”, OPZZ działa tylko w kilku fabrykach produkujących odzież. Inicjatywa Pracownicza i Związek Zawodowy Pracowników Ukraińskich w Polsce nie posiadają żadnych kontaktów w przemyśle odzieżowym.

Skoro już o pracownikach z Ukrainy mowa… Jak na pracę w szwalniach wpłynął przyjazd migrantek? W wielu branżach pracodawcy wykorzystują to, że Ukraińcy są gotowi ciężko pracować za niższą stawkę, bo to i tak większe pieniądze niż to, co zarobiliby w ojczyźnie. W tej również?

Udało mi się porozmawiać tylko z jedną Ukrainką. Pracuje w szwalni w Opolu. Miała takie same problemy jak Polki plus dodatkowy: językowy. Ta kobieta podpisała umowę, nie rozumiejąc, co było w niej napisane.
Praktycznie wszystkie moje rozmówczynie mówiły, że pracy dla szwaczek nadal jest dużo. To dlatego w związku z migracją do Polski niewiele się w szwalniach zmieniło. Jak zauważały, coraz mniej młodych kobiet decyduje się na taką drogę zawodową, szkoły krawieckie są zamykane. W urzędach pracy ciągle są oferty pracy dla szwaczek.

To jeśli rąk do pracy brakuje, dlaczego pracodawcy nie szanują tych, które chcą pracować?!

Jakieś zmiany na lepsze zachodzą, jednak bardzo, bardzo powoli. Kiedyś szwaczki w ogóle nie pozwoliłyby sobie na zapytanie pracodawcy, dlaczego ich stawki maleją. Starsze pracownice opowiadają, że kiedyś wylatywało się z tej pracy za jedną odmowę wykonania dodatkowej pracy, czy nawet za pytanie: dlaczego tak?

To naprawdę bardzo mała zmiana, skoro wspominałaś, że w odpowiedzi na takie pytania pracownice najczęściej słyszą wykręty i mało wiarygodne tłumaczenia. Skoro związków nie mato czy same kobiety nie próbowały się organizować?

Nie. Większość z nich woli zaciskać zęby i jakoś przetrwać. Strach jest silniejszy.

W niektórych szwalniach zdarzały się bunty. Kiedy np. przez dwa miesiące z rzędu nie dostały wynagrodzenia, odmówiły dalszej pracy. Inny przypadek – w jednej ze szwalni ze względu na łamanie praw pracownic jedna z zatrudnionych zaalarmowała Inspekcję Pracy. Moja rozmówczyni opowiadała: PIP faktycznie przysłała kontrolę, nałożyła na szwalnię karę, ale właściciel szwalni potrącił sobie te pieniądze z wypłat pracownic. W ostatecznym rozrachunku to one ucierpiały. A ponieważ szwaczki znają się między zakładami, rozmawiają, opowiadają sobie różne historie, to i ta rozeszła się w środowisku i zniechęciła kolejne odważne.

Kiedy kontaktowałam się ze szwaczkami, proponowałam rozmowę i mówiłam o pisaniu tekstów, bardzo często słyszałam: ale to nic nie da! I tak nic się nie zmieni! Większość nie chciała ze mną rozmawiać nawet wtedy, kiedy zastrzegłam, że nie ujawnię żadnych danych.

Nawet wtedy się bały?

Mówiły: sądzi pani, że nie da się ustalić, kto co powiedział? Spotkałam tylko dwie szwaczki, które zgodziły się rozmawiać pod nazwiskiem.

Paradoksem jest, że wiele szwaczek, kształcąc się i rozpoczynając aktywność zawodową, wie, co może je spotkać. Są rodziny, gdzie w szwalniach pracuje matka i córka, albo siostry. Pani Barbara, jedna z tych dwóch kobiet, które zgodziły się podać imię i nazwisko, jest córką szwaczki. Od dzieciństwa słyszała opowiadania swojej mamy i jej koleżanek. A jednak weszła na tę drogę.

Strach i niewiara w możliwość solidarnej walki sprawia, że pracodawcy nigdy się nie zmienią.

Już teraz branża odzieżowa jest jedyną, w której na przestrzeni lat nie było żadnych zauważalnych podwyżek pensji. W tej chwili w umowach szwaczek zapisane jest wynagrodzenie minimalne, ale w praktyce bywa tak, jak opowiadała mi jedna z kobiet: szyła pięć dni w tygodniu po 12 godzin, dostawała nieco ponad trzy tysiące. Mogło być lepiej, np. wtedy, gdy szyły kożuchy, udawało się przy tak wytężonej pracy przez miesiąc-dwa wypracować pięć tysięcy. Ale mogło być też gorzej. Znam historie, w których pracodawca przedstawia szwaczkom swoje własne wyliczenia, takie, których one nawet nie do końca rozumieją, z których „niezbicie wynika”, że należy im się jeszcze poniżej minimalnej.

Inna rozmówczyni opowiedziała, jak szefowa wyrejestrowała wszystkie pracownice z ZUS-u na jakiś czas, żeby „odpocząć” od płacenia składek. A przecież szwalnia nadal działała, a każdy miesiąc bez rejestracji odbija się na późniejszej emeryturze.

Urlopów też się nie respektuje?

Kobieta, o której wynagrodzeniu wspomniałam, nie była na urlopie przez sześć lat.
Często szwaczki zmusza się, żeby podpisały wniosek o urlop bezpłatny, gdy tak naprawdę chorują. Na szczęście nie jest tak we wszystkich szwalniach. Z drugiej strony to praca, która zwyczajnie wyniszcza. Bywa, że szwaczki noszą ciężkie przedmioty, pracują w gorącej hali, w lecie bez klimatyzacji, przy słabym oświetleniu. Nawet wyjścia do toalety są im limitowane. W niektórych zakładach pracownice są non stop obserwowane. Szefowa patrzy na nie na monitorze i potem karci te, które jej zdaniem wychodzą zbyt często.

A co z pracownicami w ciąży czy tymi, które opiekują się małymi dziećmi?

Rozmawiałam ze szwaczką, której przedłużono umowę dokładnie do dnia urodzenia dziecka. Zaoferowano jej, by wróciła za jakiś czas, bo pracodawca był z niej bardzo zadowolony.

Uderza mnie to, że rozmawiamy o bardzo sfeminizowanej branży. Szwaczki, krawcowe, właścicielki szwalni – w zawodach związanych z odzieżą kobiet jest bardzo dużo. Tyle słyszeliśmy o siostrzeństwie, o wspólnej walce o swoje prawa, a tutaj… kobieta krzywdzi kobietę?
Niestety kiedy słuchałam opowieści szwaczek, miałam poczucie, że tu solidarność właściwie w ogóle się nie zdarza. Same rozmówczynie się na to skarżyły.

Relacje na rynku pracy ją zabijają?

Można odnieść takie wrażenie. Są piękne przykłady wzajemnego wsparcia, udzielania sobie pomocy, ale tych przygnębiających historii jest więcej. Także dotyczących relacji między pracownicami. O tym, jak starsze koleżanki wysyłają młodszą, żeby rozmawiała z szefem, bo ona jeszcze nie wie, że taka rozmowa się źle skończy.

Ta świadomość, że nie ma solidarności, a równocześnie, że trzeba wykarmić własne dzieci, ostatecznie zniechęca do buntowania się. Każda robi swoje, troszczy się, żeby dostać swoją wypłatę. Nie martwi się o to, że koleżanka została źle potraktowana czy doznała przemocy. Ta, która jest silniejsza, postawi się szefowej, obroni się – ale wtedy to inna, słabsza, usłyszy, że do niczego się nie nadaje, albo że szyje za mało, bo chce okraść pracodawcę.

Czy usłyszałaś od swoich rozmówczyń jakąkolwiek krzepiącą historię, z dobrym zakończeniem, dającą chociaż trochę nadziei?

Może powinnam tu wspomnieć o pani Barbarze, jednej z tych dwóch szwaczek, które zgodziły się ujawnić imię i nazwisko, bardzo odważnej kobiecie. Pamiętam, jak wahała się, myślała, czy nie wystąpić pod nazwiskiem panieńskim. Ale w trakcie naszych rozmów stawała się coraz silniejsza. Ostatecznie do mnie napisała, że mogę podać pełne personalia, bo to nie ona ma się czego wstydzić, tylko ludzie, którzy ją źle traktowali. To był chyba najbardziej budujący moment.

Niemniej pani Barbara ostatecznie odeszła ze szwalni.

Tak. Obecnie razem z koleżanką prowadzi własny zakład.

Po publikacji mojego tekstu dostałam kilka listów od szwaczek-czytelniczek. Napisały, że ich doświadczenie jest podobne. One też miały już dość i odeszły ze szwalni. Żadna nie pisała o tym, że udało się coś zmienić w miejscu pracy.

Agencja Pracy Wyzysk

Do Pauliny trudno się dodzwonić, ciągle zajęte. Kiedy już się udaje, pada kilka prostych pytań, które można sprowadzić do jednego: czy nadaje się Pan/Pani do roboty? Praca jest w markecie w dużej galerii handlowej, przy wykładaniu towaru i na kasie. Każdy to potrafi. Trzeba mieć tylko książeczkę sanepidowską. Stawka? A studiuje Pan/Pani? Jeśli tak, 13 zł do ręki, jeśli nie, to niestety tylko 12. W tym momencie Paulina kłamie wprost.

Prawdziwe stawki są niższe, minimalne (około 10 zł netto za godzinę pracy), zupełnie nieprzystawalne do dzisiejszych stawek na rynku pracy, a już na pewno w stolicy. Ale ona dostaje niewielką prowizje za każdą zawartą umowę, więc ma to gdzieś. Chyba po cichu liczy, że nie wszyscy doczytają w umowie albo pomylą brutto z netto. Poza tym może się nie orientować w warszawskich realiach, bo właśnie siedzi w swoim mieszkaniu w Radomiu, gdzie odbiera telefony, wypełnia papiery i ściga się na ilość zawartych umów z koleżankami. Witamy w Agencji Pracy Tymczasowej Krzak spółka zoo z siedzibą w Warszawie (prawdziwej nazwy nie podaję, bo to bez znaczenia), w wirtualnym biurze (na co prawo nie pozwala) które można wynająć za 99 zł miesięcznie (+VAT). Rok założenia 2018.
Rozmowy kwalifikacyjne stają się zbędne, kto by jechał do Radomia? Paulina prosi ‘’klienta’’ o przysłanie danych SMS-em, z nich tworzy egzemplarz umowy i profil w internetowym systemie zleceń firmy. Wysyła link z umową, który wystarczy w owym systemie ‘’kliknąć, by zaakceptować’’ – nie potrzeba już nawet fizycznego podpisu. Szczegóły pracy? Do ustalenia z kierownikiem na miejscu. Od kiedy może zacząć? Od zaraz? No i gitara.
Praca dla desperatów
Umowa, oczywiście zlecenie, jest typową frajerską umową. Grafik ustala się z miesięcznym wyprzedzeniem, trafia on do systemu i musi być wypełniony. Za brak obecności firma może potrącić całość (sic!) wynagrodzenia. Nikogo nie interesuje, czy jesteś chory, czy dziecko ci się pochorowało, czy zmarła ci matka. Obiecałeś – przychodź. Niektórzy pracownicy w takiej sytuacji wysyłają kogoś z rodziny albo znajomych, a kierownicy przymykają oko. Brakuje przecież personelu. Brak obowiązku osobistego świadczenia pracy zbija także zarzut, że jest to stosunek pracy – każdy sąd pracy to przyzna.
Grafik musi być raportowany, czyli potwierdzany w systemie. Jeśli nie będzie – pracownik może oczekiwać kar umownych (20 zł + 20 zł za każdorazowe przypomnienie SMS). Agencja Pracy pobiera z pensji 10 zł za każde wystawienie rachunku. Za każde rażące naruszenie obowiązków lub działania na szkodę Sklepu (tak w umowie; wszystko z wielkiej litery) 500 zł kary. Zleceniobiorca ponosi także odpowiedzialność za ewentualne niedobory kasowe, czyli manka. Warto podkreślić, że zwykły etatowy pracownik niekoniecznie za nie płaci; pracodawca bowiem musi wcześniej skierować sprawę do sądu i ją wygrać – rzadko mu się to opłaca. Poza tym manko nie oznacza zazwyczaj działania intencjonalnego, zdarza się, jak to w życiu, i jest wliczone w działanie w branży handlowej.
Wypłata wynagrodzenia odbywa się po 28 dniach od zakończenia miesiąca kalendarzowego. Za styczeń pieniądze można zobaczyć w marcu (lub ostatniego dnia lutego). Jeśli pracownikowi będzie potrzebne szkolenie, to oczywiście bezpłatne.
Każdy, kto podpisywał kiedykolwiek umowę zlecenia z agencją pracy zapewne wzruszy ramionami, bo są to zapisy standardowe. Często nie chodzi wcale o to, aby je wykorzystywać, lecz aby stanowiły straszak. Wykorzystuje się je zaś przy rozstaniu z pracownikiem, gdy wiadomo, że ten nie będzie już potrzebny. Żaden pracownik i pracowniczka nie zgodzi się przecież na upokarzającą karę umowną czy odebranie pensji i kontynuowanie współpracy z taką agencją. Nie pójdzie też do sądu, bo ma większe problemy na głowie. Zresztą i tak by pewnie przegrał.
Dotychczas działalność tej firmy skupiała się na ściąganiu pracowników z Ukrainy, a głównymi udziałowcami są obywatele ukraińscy. Można domniemywać, że rozszerzenie działalności na outsourcing polskich pracowników wynika z coraz większej niechęci przyjazdu Ukraińców do Polski – po raz pierwszy od czterech lat spadła liczba pracowników z Ukrainy. Firma musi więc naganiać do pracy zdesperowane emerytki lub naiwnych, rozpoczynających swoją przygodę z rynkiem pracy studentów (bo raczej tylko tacy podejmą się takiej pracy – przepraszam! – zlecenia).
Na popularnym portalu z ocenami pracodawców agencja ma dużo negatywnych opinii. Wiele z nich dotyczy opóźnień w wypłacie wynagrodzenia. Ktoś, kto dostał pensję o dwa tygodnie po czasie, dostaje gratulacje, bo inny czekał trzy miesiące.
Wiecznie tymczasowi
Kiedy mieliśmy ostatnio do czynienia z protestami grup zawodowych budżetówki, często padał argument, że to skandal, że zarabiają oni mniej niż ‘’na kasie’’. Brzmiało to tak, jakby praca w handlu miała być gorsza i z zasady mogła być mniej opłacana, bo nie potrzeba do niej żadnych kwalifikacji. Ale jest to przecież zajęcie ciężkie, nużące i monotonne. No i wbrew powstałemu wrażeniu nie zarabia się tam jakichś kokosów. Pracowników do Biedronki, Lidla czy Carrefoura znaleźć trudno, bo jest wiele innych zajęć, również niewymagających jakichś niesamowitych zdolności, ale za to lepiej płatnych. Ten niedobór pracowników połączony z brakiem chęci bądź możliwości zwiększenia wynagrodzeń powoduje sięganie po pracowników tymczasowych. Ciekawi mnie jednak, że nigdy taka wielka firma, która z tego korzysta, nie zadba, żeby tymczasowi mieli godne warunki – żeby nie byli tylko zasobem, który trzeba do końca wycisnąć i wypluć. Widocznie tak się bardziej opłaca. Humanistyczne zarządzanie ‘’zasobami ludzkimi’’ zawsze przegra ze słupkami w Excelu.
Ponieważ w Polsce płace rosną, bezrobocie jest niskie i zatrudniający muszą się bardziej starać, żeby znaleźć kogoś do roboty, temat agencji pracy tymczasowych, niegdyś często goszczący na łamach gazet i portali, jakoś zanikł. Ale same agencje nie zniknęły. Według raportu Polskiego Forum HR praca tymczasowa w 2017 roku dotyczyła 864 tys. osób. Agencji, które działały w zakresie pracy tymczasowej było 4815, a połowa z nich to nowe podmioty. Na tym rynku istnieje duża rotacja – ok. tysiąc nich co roku się zamyka, a nowe powstają w tym samym tempie. Rynek wart jest 7,4 mld zł i urósł o 2 proc. w ciągu roku. Nowsze szacunki mówią jednak o spadku zatrudnionych w ten sposób (do około 700 tys.) We wcześniejszych latach było to ponad milion pracowników.
Przeciętny pracownik tymczasowy był zatrudniony przez 60 dni w roku. Dla ponad połowy z nich okres zatrudnienia wynosił zaś poniżej 3 miesięcy. Dla około 15 proc. zatrudniających okres tymczasowości jest wstępem do zaoferowania pracownikowi etatu, swojego rodzaju okresem próbnym.
Agencje do zamknięcia?
Stopień penetracji rynku, czyli odsetek zatrudnienia tymczasowego (liczby godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych w przeliczeniu na pełne etaty) w odniesieniu do ogółu zatrudnienia w danym kraju wynosi u nas 1 proc. i z roku na rok spada. Ale to nie znaczy, że tę niewielką część pracujących powinniśmy pozostawić na pastwę powszechnego w tej branży wyzysku.
Państwowa Inspekcja Pracy w 2017 roku przeprowadziła kontrole, z których wynika, że aż 58 proc. agencji narusza przepisy. Najczęściej chodzi o niepłacenie w terminie składek na Fundusz Pracy, nieprzestrzeganie obowiązku przedstawiania corocznych sprawozdań czy wprost nielegalne świadczenie usług.
Dwa lata temu PiS podjął próbę regulacji branży, wprowadzając limit zatrudnienia u jednego pracodawcy do 18 miesięcy czy automatycznie przedłużając umowę tymczasową pracowniczki w ciąży (do dnia porodu; dzięki temu otrzyma zasiłek macierzyński) oraz inne szczegółowe przepisy, które mają walczyć z nadużyciami. Czy to coś dało dowiemy się w najbliższych miesiącach, gdy PIP opublikuje raporty już po wprowadzeniu owych nowelizacji. Jeśli jednak skala nieprzestrzegania prawa w agencjach zatrudnienia będzie nadal tak duża, warto rozważyć ich likwidację, tak aby zatrudniających i zatrudnione łączyły bezpośrednie relacje prawne.

Księga Wyjścia (25)

Ballada o wilkach i bananach

Faszyzm, od łacińskich fasces czyli „rózgi”. Kult państwa, terror, nacjonalizm, militaryzm, imperializm, totalitaryzm, antykomunizm, korporacjonizm no i oczywiście antyliberalizm. W teorii akademickiej zaliczany jest również jako antykapitalizm, lecz w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej. To podczas hitlerowskiego faszyzmu rozkwitły firmy i koncerny takie jak choćby Hugo Boss, projektant i autor mundurów SS, czy koncern farmaceutyczny Bayer słynący współcześnie z dobrej na kaca aspiryny, dorobił się na produkcji śmiercionośnego „cyklonu B”. Gdyby nie ten Hugo Boss, Bayer i samo określenie – faszyzm – pomyślałbym, że rozmawiamy o USA.
Komunizm, z łacińskiego „wspólny”. Ideologia, której celem jest utworzenie społeczeństwa wolnego od ucisku i wyzysku społecznego. Powstały w XIX wieku w dwóch wariantach. Anarchistycznym i marksistowskim, opartym na manifeście komunistycznym z 1848 roku. Obie te ideologie są w Polsce zakazane, nie wolno ani publicznie ich głosić, ani prezentować symboli.
Fakt, że kilka reżimów powołało się na ideologię komunistyczną nie świadczy o tym, że jest ona zbrodnicza. Franco i Pinochet powoływali się również na chrześcijaństwo, obronę wartości, lecz jak dotąd nikt nie zakazał religii katolickiej. Wciąż bez problemu znajdziemy w internecie zdjęcia Wojtyły przyjmującego Pinocheta, mało tego, odwiedzającego Chile, a ich miny zdradzają wzajemną sympatię i zażyłość.
Jak to wygląda w innych, znacznie bardziej oświeconych państwach? Całkiem legalnie funkcjonuje Komunistyczna Partia Norwegii, wydaje nawet własną gazetę pt. „Friheten” czyli wolność, zwróćcie uwagę na zdjęcie Marksa w lewym górnym rogu. Oprócz niej istnieje socjaldemokratyczna gazeta o zdumiewającym dla Polaka tytule – „Klassekampen”, co dosłownie znaczy walka klas.
Dawno temu w na południowym kontynencie Ameryki działała firma o nazwie United Fruit Company. Założona jeszcze w XIX wieku, funkcjonowała do roku 1970. Jej struktura wyglądała w następujący sposób. Stanowiska kierownicze obejmowali biali Amerykanie, absolwenci dobrych uczelni, stanowiska nadzorców – dawni plantatorzy z południa, a siłą roboczą byli miejscowi mieszkańcy i czarnoskórzy obywatele USA. United Fruit Company używała praktyk kolonialnych, a warunki w jakich pracowali robotnicy porównywalne były z tymi na plantacjach bawełny sprzed wojny secesyjnej. Wypłatę dostawali w bonach, które mogli realizować jedynie w sklepach należących do firmy.
Wykreowana moda na te owoce spowodowała nieprawdopodobne zyski. A że nie płacili podatków, wędrowały wprost do kieszeni właściciela. Pierwotnie był to budowniczy kolei Minor Keith, który po krachu giełdowym zorientował się, że w miejscu gdzie przerwał budowę torów wyrosły owoce.
Tak to wyglądało w skrócie. Firma miała pewne turbulencje finansowe, ale sprzedała część udziałów i nadal była właścicielem większości ziem Ameryki Południowej. Gdy w Gwatemali prezydentem został wychowany wśród Indian Austriak, pułkownik Jacobo Arbenz Guzmán, postanowił przyhamować zapędy korporacji i z powrotem znacjonalizował tereny, które w najróżniejszy sposób przejęło przedsiębiorstwo. Poza niewielkimi enklawami cała Gwatemala ( i nie tylko Gwatemala) należała do United Fruit Company.
Guzmán nie był rabusiem, nie znacjonalizował siłą, pozostawiając właścicieli bez grosza i ziemi. Wywłaszczył ich grunty wypłacając im należne odszkodowanie, czyli zapłacił za ich wartość, tu też ich nie oszukał. Przy wycenie oparł się na zestawieniach samych firm i zgodnie z ich własnymi zeznaniami, składanymi w ubiegłych latach wypłacił im dokładnie co do peso. Nie podobało się to ani właścicielom, którzy zaniżali wartość księgową, ani Stanom Zjednoczonym. United Fruid Company praktycznie nie płaciło podatków, żeby jeszcze zaniżyć to nic, fałszowali księgi, w których wykazywali tak niewielkie dochody, a w związku z tym wartość gruntów stanowiła nic i Guzmán, gdyby chciał, mógłby przejąć je bezpłatnie, na nawet zażądać od właścicieli by mu jeszcze dopłacili, to pomimo tego wypłacił im zgodnie z przedstawionymi wcześniej zestawieniami. Firma poczuła się wydymana i poprosiła USA o pomoc. Jankesi szybko pojawili się na miejscu, obalili Guzmána, jego miejsce zajęła junta wojskowa, a kraj pogrążył się w pięćdziesięcioletniej wojnie domowej.
W tamtym okresie cała Ameryka Południowa i Środkowa były czymś w rodzaju przedłużenia USA – wciąż tak jest. Różnica polega jedynie na tym, że to co jest zabronione na północnym kontynencie, tam jest zgodnie z prawem praktykowane. Pracodawcy mogli więc karać śmiercią niewydajnych pracowników, z czego korzystała również kompania bananowa. To właśnie od UFC wzięła się nazwa republika bananowa.
Kompania nie płaciła podatków w większości krajów, w których prowadziła interesy, a każdy sprzeciw pacyfikowali amerykańscy żołnierze. Najgłośniejsza była chyba bananowa masakra. 6 grudnia 1928 roku, w Kolumbii, gdzie rząd USA zagroził kolumbijskimi rządowi zbrojną interwencją marynarki za niewywiązywanie się z ochrony interesów bananowej firmy. Czyli za to, że chcieli podatek. W tym czasie trwał też strajk pracowniczy, gdzie domagano się poprawy warunków pracy. Jednak wkurzenie Amerykanów doprowadziło do jego pacyfikacji, w której zginęło do dwóch tysięcy ludzi. Niektóre rządowe źródła podają, że zabito „jedynie” 47 osób.
Firma zmieniła już nazwę, ale zarówno Hugo Boss, Bayer czy UFC, niczym specjalnie się nie różnią. Wszystkie dorobiły się na ludzkiej krwi, wyzysku i liczonych w setkach tysięcy, zabitych. Przykład wymienionych firm doskonale obrazuje związek kapitalizmu z faszyzmem. Kapitalizmu opartego na terrorze, niewolnictwie i masowej zagładzie. Komunizm nie ma takich związków, nawet nie miał okazji mieć, bo tak naprawdę jeszcze żaden kraj nie wprowadził tego systemu. Norwedzy to rozumieją. W Polsce niestety nie. A gdy sięgniecie po banana, to jeśli nie zraziła Was masakra w Kolumbii, to wyobraźcie sobie ładownie statków, którymi przewożone są do Polski. Zielone, niedojrzałe owoce czekają na rozładunek pod grubą warstwą paskudnych robaków, które przebijają skórę swoimi cienkimi kończynami.
Dotychczas sądziłem, że światy równoległe dotyczą jedynie fizyki kwantowej. Ostatnio jednak zjawisko to zaobserwowałem na fejsbuku. Często, gdy prowadzę jakąś rozmowę i różnię się z interlokutorem, to mimo, że go nie obrażam, gdy wyczerpie wszystkie swoje argumenty, usuwa mnie z grona znajomych. Czy przypadkiem nie tworzy to grup ludzi tak samo myślących, żyjących w realu obok nas, ale jakby w zupełnie innym świecie. Ergo – światy równoległe istnieją, jednak zupełnie inaczej wyobrażali je sobie fizycy.
Nie potrafię podać liczby, ale gdy napisałem krytyczny post o Margaret Thatcher, to całkiem sporo osób zwolniło miejsce na moim profilu. Post w zasadzie nie dotyczył samej premier Wielkiej Brytanii, a Charlesa Chaplina, który zakończywszy karierę w Hollywood jeździł do Anglii, by opowiadać o amerykańskiej nędzy, włóczęgach i biedzie ponieważ na Wyspach zjawisko to było zupełnie obce. Ludzie słuchali
i nie wierzyli.
Chaplin zmarł w 1977 roku, dwa lata później do władzy doszła Margaret Thatcher i pojawili się pierwsi nędzarze, od tamtej pory wzrost jest lawinowy. Zwolennikom „Żelaznej Damy” nie dało się tego wytłumaczyć. Pół biedy, gdyby jedynie nie przyjmowali do wiadomości, ale od razu usuwają z grona znajomych, blokują rzucając wcześniej niewybredne określenia.
Tak naprawdę najgorsze, co mogło spotkać świat w XX wieku, oprócz wojen światowych to duet Thatcher – Regan. To oni zepsuli świat. I już nie da się go naprawić. Ale jednak spróbowałem. Zadzwoniła do mnie pani z Amnesty International, podczas rozmowy przekonywała bym wstąpił w ich szeregi i wspólnie świat naprawimy. Ucieszyłem się, bo wspomniana organizacja kojarzy mi się z dobrem i wyraziłem chęć wstąpienia, czyli zasilenia sobą ich grupy. Pani przez telefon powiedziała, ze przyjedzie do mnie kurier i dostanę wszystkie dokumenty, ale muszę również podpisać jakieś kwity zwrotne, podkreśliła też i to dwukrotnie, bym podpisał się w ten sam sposób, jaki złożyłem jako wzór w banku, ponieważ oni już sobie będą sami pobierać składki z mojego konta.
Zdziwiłem się tym, jak to w ogóle możliwe, żeby ot tak ktoś mógł sobie pobierać kasę z konta, specjalnie się tym nie przejąłem, bo konto jest zwykle puste – a dzięki działalności w AI trochę naprawię ludzkości szkód narobionych przez firmy bananowe. Przeglądając internet trafiłem na artykuły dotyczące tej zacnej organizacji, po ich przeczytaniu napisałem kilka maili, bo nie mogłem uwierzyć w treść „oszczerstw” jakie pojawiły się o nich w przestrzeni publicznej. A ponieważ informacje przeczytałem nie na jakiś lipnych portalach, lecz elektronicznych wydaniach w miarę rzetelnych gazet, mój niepokój wzrósł. Mobbing, malwersacje i cała paleta złych praktyk stosowanych wobec podwładnych i powierzonych im pieniędzy.
Zaniepokojony tym, że ktoś psuje dobre imię tak dobrej instytucji naprawdę mną poruszył i jak już wspomniałem postanowiłem u źródła dowiedzieć się szczegółów. Napisałem kilka maili na adresy widniejące na ich oficjalnej stronie. Każdy zaczynając słowami, że żyjemy w czasach fejk niusów, pomówień i niesprawdzonych informacji, dlatego proszę o wyjaśnienie stawianych przez prasę takich i takich zarzutów. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, a do pani, która mnie przekonywała bym się do nich przyłączył, nie mogłem się dodzwonić. Przez kilka dni zbywałem kuriera, ponieważ naprawdę w jakiś sposób chciałem pomóc tej organizacji. W końcu nie doczekawszy się żadnej reakcji, przestałem zbywać kuriera, tylko powiedziałem mu, by już sobie mną głowy nie zawracał, nic nie podpisałem i w ten właśnie sposób nie zostałem członkiem organizacji, która dostąpiła zaszczytu i została odznaczona nagrodą Nobla.
Nawet najbardziej szlachetna idea, najbardziej kryształowa organizacja, gdy tylko zacznie zakładać struktury w Polsce, to zawsze dojedzie do nepotyzmu, mobbingu i defraudacji. Tak więc nie zostałem członkiem Amnesty International, a smutny wniosek o psuciu najładniejszych projektów wsparłem wizualizacją „zastodołowej” toalety. Chociaż i tu moglibyśmy się postarać i jeśli mamy być kiblem ideałów, to przynajmniej niech w nim będzie czysto.
Ciekawe jak jest WWF, które za pomocą najbardziej popularnych aktorów namawia by wpłacać na ratowanie różnych, zagrożonych gatunków zwierząt. Głównie egzotycznych, chociaż fajnie byłoby gdyby krajowy oddział zrobił coś, by polubić na przykład wilki. Uprawiany od wieków czarny PR, swoje zrobił, a przecież nie są groźniejsze od niedźwiedzi.
Chyba się rozpędziłem, na dzisiaj wystarczy. Do przeczytania
za tydzień.

PPL ścigają

15 lipca odbyła się pierwsza rozprawa Państwowych Portów Lotniczych w sprawie o naruszenie dóbr osobistych firmy przez dwóch działaczy Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa, czyli mnie i Wojciecha Łobodzińskiego. Firma pozywa za tezy zawarte w tym wywiadzie: „Pracownicy jak woda w akwarium (strajk.eu)
PPL pozwał też wydawcę i redaktora naczelnego portalu www.strajk.eu, na którym ukazał się wywiad.
Rozprawa była kompromitacją firmy. 15 lipca zeznawać mieli świadkowie wezwani przez stronę pozywającą. Tymczasem Krzysztof Kasiorek nie przyszedł, bo był na urlopie, PPL wycofał wezwanie byłego szefa Służby Ochrony Lotniska, Roberta Stachurskiego, który kilka tygodni temu bardzo ostro skrytykował politykę firmy (strona pozwana wyraziła wolę, aby Stachurski zeznawał, co będzie miało miejsce na następnym posiedzeniu sądu). Jedynym świadkiem, który zeznawał, był ostatecznie Łukasz Suchecki, zastępca dyrektora Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina i dyrektor biura ochrony, a zarazem pełnomocnik Prawa i Sprawiedliwości w powiecie nowodworskim. Warto przypomnieć niedawny wywiad, którego Suchecki udzielił Gazecie Nowodworskiej. Przedstawiciel kadry kierowniczej Portu otwarcie agituje w nim za PiS-em.
Przyznanie kierowniczych stanowisk nominatom PiS-u pokazuje, jak wygląda polityka kadrowa firmy państwowej. W tym kontekście nie należy się dziwić, że pozew PPL-u dotyczy między innymi nagłośnienia przez pozwanych zwolnień dyscyplinarnych pracowników ochrony lotniska za to, że nie zareagowali, gdy Rafał Trzaskowski zorganizował konferencję prasową na przystanku autobusowym przy lotnisku. Trudno natomiast pojąć, dlaczego prezes Szpikowski poczuł się dotknięty wyrażeniem opinii, zgodnie z którą PPL jest folwarkiem „dobrej zmiany”.
Kolejna rozprawa sądu odbędzie się 26 września. Liczymy, że do tego czasu minister infrastruktury zdymisjonuje prezesa Mariusza Szpikowskiego, a firma wycofa się z kompromitującego dla niej procesu.

Trzy migawki

1.
Na oczach policyjnego operatora skuto kajdankami starszą kobietę (RPO tym razem zmilczał). Kobieta nie jest pospolitą „starszą kobietą”, a – rzutkim przedsiębiorcą. Tak rzutkim, że – gdy jej pracownik, zatrudniony nielegalnie, zasłabł na hali, gdzie panowały „afrykańskie temperatury” – wrzuciła tego robotnika do samochodu, wywiozła do lasu i tam porzuciła.
Robotnik zmarł. Miał żonę i dzieci.
Kobieta była Polką, a robotnik – Ukraińcem.
Nie – odwrotnie.
Bo potworem człowiek się staje nie ze względu na przynależność narodową, a przez hodowanie w sobie podłego charakteru. Co jest łatwe w systemie totalnego „laisser-faire” i uznania „Dekalogu” za „ramówkę dla kodeksów: karnego i cywilnego” (cytat z internauty, raczkującego co dopiero ateisty).

2.
W telewizyjnym programie „Tancerz Roku” – para laureatów sprzed kilku laty. Olśniewający występ – choreografia i wykonanie na światowym poziomie. Dziewczyna i chłopak, autor choreografii.
Po występie – pyta ich prezenterka o plany.
Ona jest jeszcze w polskim balecie „narodowym”, on już tańczy za granicą.
I wkrótce – oboje umkną. Nie zapamiętałam: do Berlina czy do Paryża… Wcześniej pokończyli zapewne drogie polskie szkoły baletowe, opłacone głównie z podatków „taniej polskiej siły roboczej”, która jest tak niemądra, że z Polski jeszcze nie wyjechała.
Ani tancerka ani tancerz nie bąknęli „dziękuję”. Wzorem – „kolegów-lekarzy”, „koleżanek-pielęgniarek” i innych, równie cynicznych, inżynierów i wszelkiej maści komputerowców…
Wszystko w imię „wolności jednostki” i „nieskrępowanego prawa do rozwoju”.
Trudno mi będzie im współczuć, gdy za kilka lat okaże się, że dziewczyna tańczy „na rurze”, a chłopak wymyśla do tego popisu choreografię.
Bo i tak się to może skończyć.

3.
Wedle znawców tematu, wkrótce usmażymy się jak dorsze na oleju, a to i z tego powodu, że wielu wsiada do samochodu (wysoki nakład materiałów i energii), aby za rogiem kupić papierosy (trucizna, która wymusi wysoki nakład na materiały i energię w trakcie leczenia raka płuc lub krtani, robocizny nie licząc).
Jadę sobie motorowerkiem „Antonim” (jako tzw. element wiejskiej biedoty) i liczę: Gdy dojedziemy do Krzyża, zużyjemy pół litra benzyny (2,5 zł).
Mijają nas auta z pojedynczymi kierowcami w środku (dolna strefa klasy średniej), którzy także pragną znaleźć się w tym Krzyżu. Na benzynę wydadzą circa 8-10 złotych.
Wszyscy wytworzymy CO2 – kierowcy jednak więcej ode mnie.
Skoro tak – myślimy sobie z „Antonim” – po kiego będziemy tak ten klimat chronić. I machnęliśmy się do Drawin, gdzie ślicznie.
I zużyliśmy sobie dalsze pół litra benzyny, otrzymywanej z ograniczonych zasobów ropy naftowej, o która biją się potęgi: amerykańska, chińska, rosyjska i inne, udając, że im o co innego niż o tę ropę idzie.
Tak to rozrzutność klasy średniej deprawuje biedotę, której prominentny przedstawiciel sobie jeszcze przed godziną brodził po kolana w cudnej rzeczce o nazwie Drawa.
Żadnego „klimatycznego” nie płacąc.
Załączam ukłony i pozdrowienia w ten miły, cieplutki dzionek.

30 lat minęło

4 czerwca 1989 to symboliczna data dokonania kontrrewolucji w Polsce.

Zostali wówczas wybrani politycy, którzy rozpoczęli reformy ustrojowe ignorując nastroje społeczeństwa oraz ogłupiając je hasłami o „drugiej Japonii” czy „kapitalistycznym dobrobycie”.
Skutkiem „transformacji” przemian było pojawienie się problemów takich jak bezrobocie, bieda czy bezdomność. „Demokratyczny” rząd przystąpił do wdrażania kapitalistycznych reform, będących realizacją planów międzynarodowych instytucji finansowych. Polegały one na cięciu wydatków socjalnych, które zastąpiono słynną zupą dla bezrobotnych i podobnymi charytatywnymi gestami.
Zniszczony został również zbudowany przed 1989 rokiem przemysł. Zlikwidowano wiele zakładów wysokiej technologii, produkujących nierzadko wyroby wysokiej klasy. Zakłady nie trafiły pod zarząd załóg, czego oczekiwało wielu robotników, lecz prywatnych właścicieli, często doprowadzających do ich ruiny oraz wyprzedaży majątku. Ofiarą cięć padły całe branże, będące wcześniej symbolem strajków „Solidarności” – stocznie czy hutnictwo.
Już na początku lat 90. oszukani robotnicy przystąpili do pierwszych strajków. W roku 1990 wybuchło ich 250 i brało w nich udział więcej pracowników niż w protestach z końca lat 80. Robotnicy przestawali wierzyć NSZZ Solidarność – skorumpowanej i roztaczającej parasol ochronny nad nowymi rządami. Strajki odbywały się wbrew związkowcom popierającym władzę.
Dziś obie dominujące w Polsce prawicowe siły polityczne będą wykorzystywać 30. rocznicę wydarzeń roku 1989 do swoich celów politycznych i podkreślać swój antykomunizm. Dla milionów ludzi pracy jest to smutna rocznica początku upadku społecznego oraz podziału społeczeństwa na garstkę uprzywilejowanych kapitalistów i całą resztę – stocznie, przemysł maszynowy, elektroniczny, górnictwo czy hutnictwo i cukrownie.

Chorzy na neoliberalizm

Na własnej skórze przekonałem się, że Gdański Uniwersytet Medyczny (GUMed) to prawdziwe zagłębie wyzysku – pisze do nas pracownik uniwersyteckiego szpitala. Publikujemy jego list.

Uniwersytet i prowadzony przy nim szpital same wymagają poważnej kuracji. Na początek – wyplenienia objawów neoliberalnego wirusa, jakim jest powierzanie firmom zewnętrznym odpowiedzialności za niektóre prace, bez których szpital nie może funkcjonować.
Goniec w szpitalu to osoba, która wozi pacjentów na wózkach i łóżkach, chodzi z dokumentami, lekami, jednostkami krwi i próbkami do laboratorium itd. Każdego dnia pokonuje kilkanaście kilometrów. W GUMedzie pracuje bez etatu i nawet nie będąc formalnie pracownikiem szpitala.
6 lutego zacząłem w GUMedzie pracę właśnie w charakterze gońca, zatrudniony przez firmę zewnętrzną DGP na umowie-zlecenie. Stawka: 14,70 zł brutto za godzinę. DGP to firma działająca na terenie całej Polski, zajmująca się obsługą różnych obiektów. Niegdyś stanowiła trzon firmy Impel. GUMed obsługuje od około 5 lat. Przejęła sanitariuszy wcześniej zatrudnianych na umowie o pracę przez szpital.
Początkowo umieszczono mnie na dyspozytorni, gdzie oprócz wykonywania czynności gońca należało również odbierać telefony z różnych oddziałów i innych miejsc z terenu szpitala oraz przyjmować zlecenie bądź przekazywać je odpowiednim osobom. Na dyspozytorni siedziały 2 osoby: osoba odpowiedzialna za telefony i goniec. Potem kierowano mnie na różne oddziały w zależności od tego, gdzie akurat nie było gońców. Codziennie musiałem poznawać specyfikę kolejnego oddziału, a każdy rządzi się swoimi prawami.

Byłem, można powiedzieć, gońcem rezerwowym.

Zdarzało się, że przychodziłem do pracy tylko po to, by zaraz wrócić do domu, bo brygadzistki uznały, że mają wystarczającą liczbę gońców. Wówczas mi nie płacono. Trzymano mnie w niepewności. Zastanawiałem się, czy i kiedy otrzymam umowę o pracę, którą, jak obiecano, miałem dostać 17 marca. Umowy nie było, tymczasem poinformowano mnie, że od 18 do 22 marca będę potrzebny na dyspozytorni. Miała to być pewna gwarancja, że dostanę umowę o pracę. Podobno to tylko kwestia czasu, bo kadry musiały ją przygotować… Faktem jednak jest, że od 18 marca w zasadzie pracowałem na czarno. I nie byłem jedyny.
Gdy upominałem się o umowę, odsyłano mnie od brygadzistek do kadr i z powrotem. Tłumaczono, że nie mają jak mnie przypisać do któregoś z oddziałów i nie wiedzą, czy dadzą mi umowę-zlecenie czy o pracę. Równocześnie nadal przychodziłem do pracy jako rezerwowy, w zastępstwie. Czasem czekałem godzinę, po której odsyłano mnie do domu. Oczywiście żadne wynagrodzenie za ten czas się nie należało.
W końcu usłyszałem: dostanę umowę o pracę, ale muszę najpierw zrobić kurs na sanitariusza.
Oczywiście nie za darmo – przeszkolenie będzie kosztowało 640 zł, opłata zostanie potrącona z pensji w ratach rozłożonych na 10 miesięcy. Jest to niezgodne z prawem pracy, mimo to, po dniu zastanowienia się, zgodziłem się. W kolejnych dniach dano wszystkim gońcom do zrozumienia, że kurs jest warunkiem niezbędnym, by zacząć pracować na umowie o pracę. Zaproponowano warianty: 1) za darmo, ale umowa lojalnościowa na 4 lata (potem firma „zeszła” do dwóch), 2) 640 zł od razu, 3) 640 zł rozłożone na 10 miesięcy. Taka oferta bardzo gońców nie pocieszyła. Do tego kurs miał odbyć się w kwietniu. Nie odbył się. Nie mamy do dziś o nim jakichkolwiek nowych informacji.
Składając następnie wniosek o zatrudnienie, poprosiłem o skierowanie na badania sanitarno-epidemiologiczne, co jest wymagane do umowy o pracę. Powiedziano mi, że przygotowana jest dla mnie umowa-zlecenie… Skierowania nie dostałem. Zapewne dlatego, że te badania wiązałyby się z kosztami dla firmy DGP. Brak badań, co oczywiste, naraża zdrowie pacjentów i pracowników szpitala. W kadrach DGP w dodatku dowiedziałem się, że skierowanie mógłbym dostać… po zaliczonym kursie na sanitariusza. Tym samym, o którym ciągle nic nie wiadomo.
Podtrzymywana była wciąż aura wiecznej niepewności, charakterystyczna dla „realnego neoliberalizmu”. I nagle na początku kwietnia – telefon! Mam podpisać umowę. Przyszedłem do pokoju brygadzistek, gdzie wręczono mi umowę-zlecenie. Podpisałem, zgrzytając zębami, przede wszystkim dlatego, by zapłacono mi za wypracowane godziny.
11 kwietnia sprawdziłem stan konta. Za marzec dostałem niecałe 1400 zł, choć pracowałem ponad 160 godzin.
Po długich wyjaśnieniach brygadzistki wyliczyły mi 137 godzin. Przy okazji wyszło na jaw, że na jednym z oddziałów pracowałem po 12 godzin dziennie, choć miałem wychodzić po 11. Brygadzistka, która już zwolniła się z tej pracy, źle mnie poinformowała. Co z pozostałymi 24 godzinami? Nikt mi ich nie wpisał do grafiku. Wytężyłem pamięć, przypomniałem sobie, kiedy pracowałem na jakim oddziale. Ale moje prywatne notatki uznano za niemiarodajne. Brygadzistka odpowiedzialna za tamten oddział zmieniła już pracę. Oddziałowe nie prowadzą żadnej dokumentacji pracy gońców, skoro ci są pracownikami firmy zewnętrznej. Jako że ta również nie prowadzi żadnego rejestru, jedynym potwierdzeniem mogłyby być pokwitowania z apteki lub magazynu medycznego.
Ostatecznie uznano mój „wniosek o wypłatę”. Z tym, że zapłatę dostanę dopiero w następnym miesiącu. W dodatku za te 24 godziny będzie „sprawiedliwie” potrącone gońcowi, który na danym oddziale pracuje na stałe, gdyż, jak uznał pracodawca, ten „nie śmiał się przyznać do tego, że miał 3 dni wolnego zawczasu”. Kasa ma się zgadzać, firma nie może wydać na pracowników za dużo. Za to „przypadkowe błędy” i niechlujna księgowość” po stronie DGP zdarza się dość często. Są też przypadki gorsze, jak znana mi historia kierowcy z orzeczeniem o niepełnosprawności, na którym wymuszano nadgodziny, a następne „źle podliczano” realny czas pracy przy wypłacie. Bardzo często kierownictwo firmy korzysta zresztą z niewiedzy niepełnosprawnych odnośnie przysługujących im uprawnień, czyli m.in. z prawa do siedmiogodzinnego dnia pracy/35h tygodnia pracy. Jest to po prostu okradanie tych osób z pięciu godzin pracy w tygodniu, choć już się na nich zyskało – dzięki refundacji PFRON to faktycznie darmowa siła robocza.
Wiele do życzenia pozostawia również stan pojazdów, służących do transportu materiałów na terenie uniwersytetu, którymi dysponuje firma DGP.

Pracownicy mówią o nich „trupy omyłkowo nazwane pojazdami”.

Są one faktycznie zagrożeniem dla osób poruszających się nimi, innych uczestników ruchu, pacjentów i personelu. Praktycznie każdy ma problem z hamulcami: w jednym nie działa ręczny, w innym hamulce są w kiepskim stanie, w trzecim są prawie niesprawne. Tym trzecim musiał jechać jeden z kierowców, chociaż zgłaszał problem brygadzistce i kierownikowi. Polecono mu jechać mimo wszystko, bo innych pojazdów nie było. Poruszał się więc z prędkością maksymalnie 30km/h, żeby nie spowodować wypadku. Dostał reprymendę za to, że… wolno realizuje zlecenia.
Wśród pracowników podległych DGP są sanitariusze wcześniej zatrudnieni bezpośrednio przez szpital. Są lepiej traktowani niż gońcy, choć zajmują się praktycznie tym samym. Co ważne, nie przeszkadza im to z gońcami się solidaryzować.
Czasy przed outsourcingiem wspominają z sentymentem.
W kontekście służby zdrowia domagano się większych pensji dla pielęgniarek czy lekarzy-rezydentów. Mało kto pamiętał o grupach, których sytuacja jest jeszcze gorsza.
GUMed z całą pewnością nie jest jedynym miejscem, gdzie panują takie porządki. Wniosek może być jeden – potrzeba radykalnego uspołecznienia służby zdrowia i zerwania z „realnym neoliberalizmem”, jaki tam panuje. Sektor publiczny powinien być całkowicie oczyszczony z kapitalistycznych pośredników i praktyki zlecania konkretnych zadań firmom zewnętrznym. W służbie zdrowia takie pośrednictwo jest szczególnie niezdrowe.

Pracownicy!

Nie walczcie z innymi pracownikami!

Systematycznie mamy do czynienia z protestami różnych grup pracowniczych upominających się o swoje prawa. Jednocześnie za każdym razem możemy zaobserwować oburzenie jednych pracowników, że ci drudzy mają czelność domagać się kolejnych „przywilejów”.
W ostatnim czasie swoje niezadowolenie z niskich pensji wyrażają nauczyciele. Zapowiadają strajki, a przez to spotykają się z krytycznymi komentarzami typu: „Im się nie należy. Mają dużo wolnego kiedy są wakacje, ferie. Pracują 20 godzin tygodniowo! A ja nie mam wolnego nawet w weekendy. Wychodzę wcześnie rano, wracam do domu kiedy jest ciemno, na zwolnienie lekarskie pójść nie mogę bo grozi mi zwolnienie, a te homo sovieticusy chcą ciągle przywilejów!”
Pracowniku firmy Januszex, zatrudniony na śmieciówce – do kogo ty masz pretensje?
Czy pogorszenie warunków pracy nauczycieli spowoduje, że twoja sytuacja życiowa się poprawi? Skróci twój dzień roboczy i pozwoli cieszyć się słońcem? Czy jak nauczycielom obniżą pensję o 1/3 (za te dwa miesiące wakacji) to wtedy powiesz „kurła, jak mi się dobrze żyje. Niczego więcej mi nie potrzeba”?
Nie, dalej będziesz wyzyskiwany przez swojego szefa.
Dalej będziesz sfrustrowanym człowiekiem.
Poza tym taka zawiść w obrębie własnej klasy społecznej to nóż wbijany we własne plecy. Obserwowałem na facebooku komentarze mojej dobrej znajomej oburzonej „roszczeniowością” nauczycieli. Znajoma pracuje w służbie zdrowia, gdzie wymiar dnia roboczego to 7 h 35 min (praca od 7.25 do 15.00). Ma umowę o pracę i świadczenia z tego wynikające typu „wczasy pod gruszą”. Z wzięciem urlopu nie ma problemu, tym bardziej ze zwolnieniem lekarskim. Nie sądzę aby ta znajoma dobrze się czuła gdyby pracownik jakiejś Biedronki albo Amazona wygłaszał komentarze typu: „Ona ma za dobrze, krótko pracuje! Siedzi w tej administracji i pewnie tylko kawę pije, ciastkami się obżera i gra w pasjansa!” Nie wydaje mi się aby chciała to usłyszeć, a na pewno nie przyznałaby temu, który ją krytykuje, racji A więc czemu sama krytykuje inną grupę zawodową?
Ludzie pracy nie walczcie z innymi pracownikami! Bierzcie z nich przykład! Z tego jak się organizują, działają w związkach zawodowych. Walczą o swoje prawa. Walczą o prawa, a nie o przywileje. Przywileje to ma szef Amazona, który jest zwolniony z podatku, a nie pracownik, któremu należy się dobre traktowanie za czas i siły jakie poświęca na rzecz wykonywanej przez siebie pracy.
Niektórym grupom zawodowym takim jak górnicy, pielęgniarki czy właśnie nauczyciele czasem udaje się odnieść sukces (tylko na tyle aby kapitalizm mógł trwać). Udaje się, ponieważ walczą. Nie podcinajmy sobie nawzajem skrzydeł tylko jednoczmy się we wspólnej walce z kapitalistami. Znamienne jest to, że najbardziej zaangażowane w walce o swoje prawa są grupy zawodowe powiązane ze sferą budżetową, czyli te w znacznie mniejszym stopniu podlegające prawom rynku i procesom kształtowanym przez kapitalistów. To pokazuje, jak kapitalizm pacyfikuje wszelkie pracownicze protesty, także w ten właśnie sposób, że podsyca nienawiść jednych pracowników wobec drugich. To klasowe szczucie i podsycanie walki klasowej w obrębie jednej klasy by jeszcze więcej zyskać i odwrócić uwagę od zasadniczych problemów, którymi są kapitalistyczny wyzysk i stale rosnące nierówności.
Moja odpowiedź na zarzuty wobec pracowników walczących o swoje prawa to:
Uważasz, że mają aż tak dobrze?
To czemu nie zostałeś nauczycielem/górnikiem/lekarzem/strażakiem?
Bo może wtedy okazałoby się, że codzienne przebywanie z grupą młodych ludzi, gdzie każdy charakteryzuje się odmiennym typem osobowości, różnym stopniem dojrzałości (a raczej brakiem dojrzałości) i różnymi problemami z jakimi się zmaga na co dzień, nie jest takie proste? Bo może odpowiedzialność jaką trzeba wziąć za bezpieczeństwo, ale też rozwój i wychowanie naraz ok. 40 dzieci, nie jest warte tych pieniędzy?
Bo może okazałoby się, że zamknięcie przez kilka godzin w podziemnym korytarzu, gdzie trzeba wykonać pracę ciężką fizycznie, w trudnym środowisku skąd nie zawsze wychodzi się na powierzchnię żywym, jednak nie jest warte tej trzynastki i Barbórki?
Bo może okaże się, że czas wyjęty z życia na edukację, a potem presja codziennej pracy, w której trzeba zmagać się z tragediami, w tym ze śmiercią, swoich podopiecznych, to nie jest coś do czego podchodzi się obojętnie?
Bo może wyjdzie na to, że jednak ten piętnastoletni okres służby, po którym można przejść na emeryturę, to nie jest fanaberia, bo pięćdziesięciolatek już nie jest w stanie wykazać się ponadprzeciętną sprawnością fizyczną, poza tym zaczynają wychodzić choroby spowodowane działaniami w ciężkich warunkach (ok. 60% strażaków umiera na raka)?
Każdy rodzaj pracy ma swoją specyfikę i swoje trudności i nie ma co antagonizować. Nie łudźcie się. Statystki wskazują, że i tak nie będziecie milionerami. Nie zostaniecie drugim Karlem Lagerfeldem mającym pracę lekką, łatwą i przyjemną, którą można wykonywać do końca życia. Wasza praca będzie wam potrzebna głównie do tego, żebyście mogli przeżyć. A jak każdemu człowiekowi, wam też należy się godne życie. Wam i innym pracownikom, czegokolwiek by nie robili.
Pracując w sektorze prywatnym zarabiacie majątek tylko dla swojego szefa. Wam nie grozi 75 proc. stawka podatku dochodowego bo pracując na magazynie, w hurtowni, call center czy wdrażając systemy informatyczne nigdy takich dochodów nie osiągniecie… Więc nie walczcie o to, żeby waszym szefom było lepiej. Nie głosujcie na tych wszystkich magików chcących ułatwiać życie prywatnym przedsiębiorcom. Wam prywatni przedsiębiorcy niczego nie ułatwią jeśli nie będzie im się to kalkulować. Walczcie o swoją godność, którą nierzadko musicie tracić zmagając się z upokorzeniami ze strony szefa. Oni nie są żadnym wyznacznikiem moralności bo ich sens życia zawiera się tylko w generowaniu zysków i gromadzeniu własnego majątku.
Mało tego, śmiało sabotujcie pracę w prywatnym przedsiębiorstwie, jeśli wiecie, że działa ono na szkodę ludzi, środowiska, czy innych pracowników. I tak nie jesteście tam dla żadnej idei ani własnego samorozwoju. Jesteście tylko narzędziem do wykonania planu, ich planu. A co do sfery budżetowej – kadro zarządzająca, nie przenoś wyzysku panującego na wolnym rynku do urzędów! To prosta droga do psychicznego zniszczenia pracownika, który przeciążony pracą, może spotkać się z prawnymi konsekwencjami swoich błędów.
Tylko jedność ludzi pracy może spowodować, że będzie lepiej wszystkim, a nie tylko wybranym. Należy budować system z dniem pracy krótszym niż 8 godzin. Zresztą w wielu branżach te 8 godzin jest mitem, a ci co pracują np. po 12 h psioczą, na tych co pracują 8 h, że mają za dobrze. Nie róbcie tego, tylko walczcie o swoje dobro.
Chciałoby się powiedzieć, że należy walczyć o prawo do lenistwa. Lenistwo jest oceniane pejoratywnie, ale ja nie uważam aby spędzanie wolnego czasu na tym co CHCE się robić, a nie co MUSI się robić było czymś negatywnym. Wprost przeciwnie – bardzo dobrze wpływa to na nasze samopoczucie i nasze zdrowie dzięki czemu stajemy się lepszymi ludźmi. Jednocześnie trzeba też zwalczać – edukować pracowników z syndromem sztokholmskim, których przeraża wizja większej ilości czasu wolnego i którzy nie wiedzą co ze sobą zrobić poza pracą. Nie wiecie co ze sobą zrobić bo system kapitalistyczny was tego nie uczy, to nie leży w jego interesie.
Jedyne, co kapitalizm oferuje dla zabicia czasu to para(pseudo)dokumenty pełne agresywnych dialogów, naklejki na Świeżaki i sprzęt, którego nie potrzebujecie ale jest black friday, więc jest tańszy, dlatego go kupujecie.
Zacznijcie więc od działalności w związku zawodowym, stowarzyszeniu albo partii, a będziecie rozwijać i budować nowe relacje międzyludzkie i nie będziecie już potrzebować przypadkowego kontaktu z ludźmi w pracy aby nie zwariować od bycia sam na sam z własnymi myślami. Prawica karmi was tekstami o wolności, o tym, że trzeba o nią walczyć bo to wartość nadrzędna itd. Tylko, że prawicowcy mają na myśli wolność dla wybranych, wolność do wyzysku was, czyli słabych i skłóconych ze sobą pracowników, błądzących po omacku.
Dlatego powiem żebyście walczyli o wolność. Walczcie o swój czas wolny! Walczcie by nie robić tego, co MUSICIE, a jak najwięcej tego co CHCECIE robić. Krótszy dzień pracy wam to umożliwi. Dlatego też walczcie z tymi, którzy wydłużają wasz czas pracy.

Gotowanie żaby

Kwestia śmieciowego zatrudnienia w Polsce została ostatecznie rozwiązana.

 

Maciej Łazowski, autor komiksu internetowego „Głosy w mojej głowie”, narysował kiedyś taki obrazek, który zapadł mi w pamięć: „Rasizm to złożony problem wynikający z wielu czynników” – mówi jakiś międzynarodowy oficjel na konferencji prasowej. – „Ale sądzę, że znalazłem rozwiązanie. Wystarczy, że na świecie zostanie tylko jedna rasa!”.

 

Mistrzowski plan

W podobny sposób Sąd Najwyższy rozwiązał problem śmieciowego zatrudnienia w Polsce. Nieźle to sobie wymyślili: pracodawca będzie zatrudniał na umowach o dzieło, ile mu się żywnie podoba, a jak jakiś roszczeniowy pasożyt pójdzie z tym do sądu – to będzie mu można powiedzieć: „lepiej uważaj czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni!”. I każą mu odprowadzić zaległe tysiące tysięcy na tak zwany ZUS. W ten sposób nikt się już nigdy nikomu nie poskarży. Znakomity plan, władzo z kartonu!

Adriana Rozwadowska i Ludmiła Anannikova nagłośniły sprawę Ewy, pracownicy TVP z Poznania, którą na śmieciówce przetrzymywano 9 lat. Sąd słusznie uznał, że kobieta przez cały ten czas wykonywała pracę etatową, zgodnie z grafikiem, z określonym miejscem, czasem i zakresem. Ale kiedy ZUS upomniał się o swoje, okazało się, że wraz ze wstecznym etatem na Ewę spadło prawie 70 tysięcy zaległych składek.

 

Wzbogaciła się

Łaskawy Sąd Najwyższy (i wszyscy razem: „KON-STY-TUC-JA!”) rozłożył jej litościwie na raty spłatę długu, w który sam ją wpędził, twierdząc przy tym, że można to uznać za nielegalne wzbogacenie się. Wzbogacenie na składkach – uwaga! – z których nigdy nie zrobiła użytku, pracując przez prawie dekadę na umowie, która nie przewiduje chorobowego, urlopu, dnia na żądanie. Wzbogacenie na składkach, których płacenie pracodawca omijał celowo i bezprawnie. Morał z tej opowieści płynie taki, że korporacja nie poniosła w zasadzie konsekwencji za swoje wieloletnie zaniechania, a wręcz zrobiła łaskę, że po wyroku dokonała ich korekty. Natomiast pokrzywdzona przez nią już wcześniej osoba została uznana współwinną. I tak sprawdziło się stare porzekadło o biednym, który zawsze dostaje w tyłek podwójnie, a za bogatym staje jeszcze więcej siły.

Jedna z autorek materiału z „Wyborczej” napisała na Facebooku, że Ewa zwróciła się o umorzenie absurdalnej spłaty do samego jaśnie wielmożnego Jacka Kurskiego, ale bez skutku. Zachciało jej się walczyć z molochem, to niech teraz wpier… zjada na śniadanie suchy chleb.

Ewa jest samotną matką dwójki dzieci. Spłata raty z odsetkami, która będzie nad nią wisiała jeszcze przez 6 lat, to tysiąc złotych z okładem – połowa jej miesięcznej pensji. Podobnych przypadków jest więcej. W ten sposób zatrudniało też m.in. Ministerstwo Kultury, bynajmniej nie kultury pracy.

 

Sama chciała

Najbardziej bolą komentarze w stylu „skoro przez tyle lat pracowała na śmieciówce, to widać jej to odpowiadało”; „takie są przepisy, nikt tej pani nie powiedział?”.

Dopóki umowy o dzieło dalej będą podpisywane po to, aby nie wszyscy musieli płacić składki do ZUS, dopóki Państwowa Inspekcja Pracy nie zacznie wzbudzać prawdziwego strachu, dopóki uzwiązkowienie w zakładach pracy będzie kojarzyło się tylko i wyłącznie z przemysłem ciężkim, dopóty każda kolejna władza będzie zainteresowana tworzeniem takich przepisów, które będą zabezpieczać interesy wielkich, nie małych. Społeczna Inspekcja Pracy na terenie każdej firmy powinna być podstawą, bo jak widać naiwnością jest liczyć w tej kwestii na ustawodawcę i na sądy, co nie chcą (to zrozumiałe) podpadać władzy.

 

Tymczasem

spokojnie zajmijmy się obchodami stulecia niepodległości: tym, z kim pójdzie albo nie pójdzie prezydent, albo tym, jaki procent Partii Razem nadal żywi odrazę do żółtego swetra Włodzimierza Czarzastego. A rząd spokojnie zafunduje nam nowy kodeks pracy w odcinkach. Bo doskonale wie, że skoro raz już żaba wyskoczyła z gorącego garnka, to teraz należy podgrzewać ją powoli.

Na 2019 będzie gotowa do schrupania.