Głos lewicy

Klasowa demokracja

Zachodni socjaldemokraci są jednak śmieszni. Słynny ekonomista Paul Krugman ostrzega na łamach „New York Timesa”, że Ameryka Trumpa idzie ścieżką Węgier Orbana i Polski Kaczyńskiego – i niedługo będzie krajem niedemokratycznym.
Dla mnie od zawsze było dokładnie odwrotnie – to Polska ciągle naśladowała USA w budowaniu państwa oligarchicznego. Przypomnijmy, że USA to kraj, w którym politykę zawłaszczyły dwie partie podporządkowane milionerom, w którym miliony pozbawione są opieki zdrowotnej, w którym społeczeństwo składa się na ratunek finansjery, w którym dopuszczono do tego, że liczba pustych domów przewyższa liczbę bezdomnych, w którym prawie 1% populacji siedzi w więzieniu, a 13% żyje w ubóstwie. Kraj, który nie potrafi przeprowadzić sprawnych wyborów prezydenckich, który stosuje tortury w nielegalnych ośrodkach prowadzonych przez służby socjalne, który ufundowany został na ochronie białej, męskiej uprzywilejowanej mniejszości przed wykluczoną z bogactwa i uczestnictwa większością i do dziś nie potrafi zerwać z tym dziedzictwem w stronę demokracji. Tak więc równia pochyła, o której pisze Krugman – „o rety, rety USA zaraz będzie jak Polska” – dla mnie obowiązywała zawsze w drugą stronę. Gdy kazano nam pracować na emerytury do śmierci, pozbawiano 1/3 społeczeństwa dostępu do płacy minimalnej, urlopu czy chorobowego, rozdawano korporacjom łupkowym koncesje na wiercenia na polskiej wsi, komercjalizowano szpitale i szykanowano związki zawodowe – myślałem sobie „zaraz będzie jak w USA” (wystarczyło sięgnąć po „Europejskie marzenie” Rifkina, żeby przekonać się, że Polsce bliżej do „american nightmare”). No i jest jak w USA! Ta sama anty-oligarchiczna reakcja, która w Stanach wyniosła do władzy oligarchę Trumpa, w Polsce przyniosła zwycięstwo PiS, które prowadzi oligarchiczną politykę. Sądzę, że siła obu formacji zasadza się m.in. na tym, że w odróżnieniu od swoich konkurentów nie ukrywają swoich zamiarów pod demokratycznym frazesem.
Wyjście z tego jest jedne. Wzorem Berniego Sandersa musimy wypowiedzieć wojnę oligarchiom i napełnić pojęcie demokracji klasową treścią – diagnozuje na Facebooku publicysta Łukasz Moll.

Noch ist Polen

Gdy słuchałem fragmentów wystąpienia Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf w Trybunale Konstytucyjnym w Karlsruhe, doznałem dojmującego uczucia wstydu jako polski obywatel, choć przyznam że nie jestem specjalnie wrażliwy na podobne klimaty.

 

Oto bowiem 73 lata po upadku Adolfa Hitlera okazuje się, że Niemcy Zachodnie potrafiły zachować demokrację mimo okresowych, poważnych zagrożeń, podczas gdy Polska, niegdysiejsze ucieleśnienie wolności i demokracji („Za Wolność naszą i waszą”) pogrąża się w bagnie kleronacjonalistycznego totalizmu.
Niestety, podczas pobytu w Karlsruhe prezes Gersdorf zrobiła podobny błąd co jej koleżanka po fachu, Irena Kamińska która publicznie użyła określenia „nadzwyczajna kasta” w stosunku do sędziów, dając tym samym paliwo pisowskiej propagandzie, która eksploatuje ten zwrot w walce z niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Drugi błąd prezes Gersdorf, to deklaracja, w której zamiast na Konstytucji, opiera fakt swojego prezesostwa SN na swoim osobistym mniemaniu. Obie dowiodły niestety, że należą do tego szerokiego kręgu osób z życia publicznego, które nie rozumieją, zapominają lub lekceważą mechanizm współczesnej propagandy, która każde słowo, każdy zwrot i każdą opinię wypowiedzianą n.p. żartem potrafi w mig przerobić w deklarację najbardziej serio i odwrotnie.

 

Noch ist Polen…

Małgorzata Gersdorf stwierdziła, przypuszczalnie w intencji z lekka drwiącej, że zostanie „prezesem Sądu Najwyższego na uchodźstwie”, uruchamiając tym samym mechanizm wykorzystywania tego określenia przeciwko niej. Gdyby pisowscy propagandyści i ich trolle mieli odrobinę poczucia humoru i nieco finezji, a nie jedynie zdolność do najbardziej topornego szyderstwa mogliby to wykorzystać w setkach memów pod ogólnym hasłem „Noch ist Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”) z wykorzystaniem płodnego tworzywa jakim przez dziesięciolecia byli Niemcy jako obiekt humoru, z ich ciężkim poczuciem humoru na czele. Uruchomiła natomiast pisowską propagandę, cały aparat niechęci, resentymentów, stereotypów i nieufności do Niemców, posiłkując się historycznymi doświadczeniami, które choć bardzo już zaprzeszłe i nieaktualne ożywią się w ich wydaniu i zostaną odświeżone pod ogólnie brzmiącymi hasłami: „Niemcy nas biją”, a „kto z Niemcem, ten zdrajca”. Wystarczy tylko uruchomić cały zasób polsko-niemieckich motywów, począwszy od wątku Wandy co (nie)chciała Niemca i zasób tematyczny gotowy. Motyw „Sądu Najwyższego na uchodźstwie” i to w Niemczech, gdy w dramatycznej historii Polacy uchodzili przed władzą Niemców, n.p. do Paryża, jest właśnie przykładem przerobienia żartu na deklarację serio

 

Edgar Morin albo myśleć po francusku

Podobny mechanizm rządzi tym, co zrobiono z głośnym już tweetem Rafała Trzaskowskiego. W odróżnieniu od „niemieckości”, która ma w Polsce starą historycznie konotację negatywną, „francuskość” miała przez stulecia niezłą prasę. Co prawda znany zwrot z mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” („Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi/ A co Francuz wymyśli, to Polak polubi”) był ironicznym refleksem motywu sarmackiej, swojskiej niechęci do francuskiej cudzoziemszczyzny, która znalazła odbicie w literaturze. W „Powrocie posła” Jana Ursyna Niemcewicza czy w „Listopadzie” Henryka Rzewuskiego przybywający z Paryża kuzyni czy dawni swojacy są traktowani jako obcy, nasyceni trującymi niemal tamtejszymi miazmatami niedowiarstwa, doktrynerstwa, farmazoństwa i tym podobnych grzechów, ale faktem jest, że od schyłku XVIII wieku, przez cały wiek XIX i sporą część wieku XX, Francja tworzyła dla Polski pozytywnie odniesienie jako kraj wolności i schronienia dla uciekinierów oraz emigrantów. Jeszcze w PRL, do okresu gierkowskiego włącznie, kultura francuska, jako jedyna kultura z kręgu krajów kapitalistycznych, była powszechnie obecna w radiu, telewizji, prasie, edytorstwie i na ekranach kin jako jedyna, w zasadzie, równouprawniona z kulturą polską. Za rządów PiS jest dokładnie odwrotnie. Odrobinę, jak się wydaje, minoderyjny i brzmiący w sposób cokolwiek egzaltowany wpis Rafała Trzaskowskiego, którego treść osnuta jest wokół jego niegdysiejszego zetknięcia się z wybitnym francuskim filozofem, obecnie 97-letnim Edgarem Morin, postacią dziś już raczej „mitologiczną”, niż należącą do francuskiej aktualności, zwalił na głowę kandydata na prezydenta Warszawy istną lawinę hejtu i szyderstwa. W internecie krążą scenki, w których parodiowany jest on jako profrancuski, nieznośny snob z kieliszkiem francuskiego wina w dłoni deklarujący z wibrującym, francuskim „r” w wymowie, że „warrrrto czytać Edgarrr Morrin” (mohę). PiS wykorzystał gen starej ludowej niechęć do elitaryzmu i „wykwintności”, „ciarachów”, tak dowcipnie ujętą choćby przez Wyspiańskiego w „Weselu”. Podczas zeszłotygodniowej sejmowej debaty wokół Sądu najwyższego, jeden z mniej znanych posłów PiS atakował z trybuny Trzaskowskiego za to, że „myśli po francusku zamiast po polsku”. Tym sposobem do fobii antyrosyjskiej i antyniemieckiej PiS dodaje na nowo spreparowaną fobię antyfrancuską.

 

Chora równowaga

Wszystko to byłoby dość zajmujące, a nawet zabawne i moglibyśmy tak godzinami snuć rozmaite – przepraszam za francuskie pochodzenie słowa słowo – asocjacje kulturowe (też przepraszam za słowo), podśmiewając się z ludowej swojskości pisowców, dla których „myślenie po francusku” to nowa, orwellowska („1984”) „myślozbrodnia” i dywagując z francuskim „r” choćby i o poglądach Edgara Morin oraz snując żarty i żarciki, gdyby nie …. gdyby nie to, co stało się w zeszłym tygodniu w Sejmie i pod Sejmem. Kagańcowa ustawa o Sądzie Najwyższym rzeczywiście zmienia ustrój RP i już de iure (przepraszam za nie swojskie, a łacińskie tym razem określenie) radykalnie ogranicza trójpodział władzy (chciałem się powołać na Charlesa de Montesquieu czyli Monteskiusza, ale z przeczulenia wywołanego losem Trzaskowskiego zawahałem się, choć i pisowcy powołują się na tę postać), ujmując rzecz najdelikatniej jak tylko można. Najbardziej radykalni przeciwnicy PiS już od dłuższego czasu używają co prawda określeń „dyktatura” czy „demokratura”, ale nie lekceważąc bynajmniej powagi sytuacji, wypada odnieść się do tych określeń z rezerwą, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie. O pełnokrwistej dyktaturze można bowiem mówić tak naprawdę wtedy, gdy miażdżąca większość danego społeczeństwa popiera, względnie podporządkowuje się dyktatorowi czy grupie dyktatorskiej, czynnie przy tym wypełniając jego wolę, a opozycja czy opór występują w postaci niszowej lub nawet śladowej.Taka sytuacja była w hitlerowskich Niemczech, stalinowskim, czy nawet jeszcze breżniewowskim ZSRR. Toutes proportions gardées (przepraszam stokrotnie!), ale atrybuty podobnej sytuacji występują obecnie choćby na Węgrzech Orbana. W Polsce, przynajmniej w wyobrażalnej perspektywie będziemy mieć do czynienia z klinczem dwóch sił z grubsza biorąc o symetrycznych (choć skądinąd czerpanych siłach). Trwać one będą w zwarciu, które żadnej ze stron nie pozwoli na uzyskanie zdecydowanej, trwale zdeterminowanej przewagi. Trwać więc będzie coś w rodzaju „check and balance”, ale w odmianie chorej, dewastującej, bo kraj unieruchomiony w podobnym klinczu i zużywający siły na wojnę domową nie będzie szedł do przodu, nie będzie się należycie rozwijał.

 

Skręcony kark

Pod Sejmem doszło jednak w piątek do zdarzenia, które sygnalizuje niebezpieczeństwo, że utrzymanie tej nawet chorej „check and balance” może być kosztowne i bolesne. Młody demonstrant Dawid Winiarski został poturbowany przez policję tak, że leży w szpitalu w kołnierzu ortopedycznym, z nadwerężonym karkiem, przy czym jego uraz nie powstał w wyniku spontanicznej utarczki ze „stróżami prawa”, lecz został z nich z premedytacją wyłuskany z tłumu i potraktowany szczególnie brutalnie. Po internecie krąży też filmik z którego można usłyszeć, jak policjanci wzajemnie zachęcają się do ostrego potraktowania młodego człowieka. Sytuacja emocjonalna, nie tylko podczas demonstracji pod Sejmem jest taka, że casus Dawida Winiarskiego bardzo łatwo może się przekształcić w casus typu Grzegorza Przemyka czy Igora Stachowiaka. Nie trzeba mieć wybujałej wyobraźni, co by się wtedy stało… A gdy policjantom trafi się nie daj Boże kobieta… Nie każdy z nich zachowa się tak, jak ten, który na wiadomość, że Klementyna Suchanow, jedna ze znanych demonstrantek pisze książki, odniósł się do niej z nutką życzliwego uznania…

 

Szczypta Morina

A na koniec, by nie puentować zbyt ponuro, bo ponuro i tak już jest… Nie pójdę w ślady Lecha Wałęsy i nie będę twierdził, że wychowałem się na lekturach Morina, jak on na lekturze paryskiej „Kultury” (znów ten utrapiony Paryż). Jednak jako miłośnik filmu i piśmiennictwa na ten temat, niejednokrotnie stykałem się z cytatami z jego klasycznego już dziś eseju „Kino i wyobraźnia” (1958), które przytaczali w swoich tekstach krytycy Konrad Eberhardt, Aleksander Jackiewicz, Krzysztof Mętrak czy Jerzy Płażewski, co lubił wykpiwać wróg „filmologii seminaryjnej” Zygmunt Kałużyński. Dlatego gdy sobie przypomniałem młodzieńcze lektury, postanowiłem odświeżyć swoją zakurzoną pamięć dawnych lektur i na koniec przytaczam z wikipedii lakoniczny biogram francuskiego myśliciela: Edgar Morin, właśc. Edgar Nahoum (ur. 8 lipca 1921 w Paryżu) – francuski filozof, socjolog i politolog, pochodzenia żydowskiego. Jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli francuskich, teoretyk „złożoności”, badacz kultury popularnej. Doktor honoris causa Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2008). Autor m.in. prac „Kino i wyobraźnia (1958), „Duch czasu” (1965), „Zagubiony paradygmat – natura ludzka 1977”, „Myśleć: Europa” (1988), „O naturze Związku Radzieckiego” ( 1990), „Ziemia-ojczyzna” (1998), „Świat nowożytny a kwestia żydowska” ( 2010).