Zamieszki i ruch oporu

Tunezyjska młodzież jest oburzona i rozgoryczona. Jednak medialne relacje z protestów koncentrują się na samych zamieszkach, nie dostrzegając problemów, które leżą u ich podstaw.

W dziesiątą rocznicę rewolucji tunezyjskiej, 14 stycznia 2021 roku, kraj ogarnęła fala niepokojów. Zarówno rząd, jak i media koncentrowały się na kwestii, czy demonstracje były „pokojowe” czy nie, podkreślając ostre rozróżnienie między legalnymi, „pokojowymi” protestami w ciągu dnia a nieuzasadnionymi nocnymi zamieszkami. Jak powiedział jeden z mieszkańców Tunisu o ostatnich protestach: „To nie są protesty, to młodzi ludzie, którzy przychodzą z pobliskich dzielnic, by rabować i bawić się przemocą”.
Takie niepokoje są właściwie powszechne w Tunezji, zwłaszcza w okolicach corocznych obchodów upamiętniających odejście Ben Alego 14 stycznia 2011 roku. Dlaczego więc rząd i media kładą teraz taki nacisk na zamieszki?
Arabska Wiosna wydestylowana z przemocy
Tak zwana Arabska Wiosna w Azji Zachodniej i Afryce Północnej jest powszechnie wspominana jako zbiór pokojowych wystąpień i rewolucji. Nawet w przypadku Syrii i Jemenu podkreśla się pokojowy charakter pierwszych wystąpień, zupełnie inny od brutalnego konfliktu, który zaczął się później. Z procesów oporu bez użycia przemocy w tych powstaniach można się wiele nauczyć, nie należy jednak zapominać o wzajemnym oddziaływaniu oporu bez użycia przemocy i oporu z użyciem przemocy. Ostatnie badania analizują znaczenie zamieszek podczas rewolucji egipskiej w 2011 roku, podczas gdy moje własne badania identyfikują podobne procesy podczas rewolucji tunezyjskiej w 2011 roku.
Bezpośrednia fizyczna konfrontacja z siłami bezpieczeństwa była ważnym elementem rewolucji tunezyjskiej w 2011 roku. W początkowym okresie starcia z siłami bezpieczeństwa, zwłaszcza w wewnętrznych regionach Tunezji, wyzwoliły takie przestrzenie jak kampusy uniwersyteckie i dzielnice mieszkalne miast, które można było okupować bez użycia broni. Okupacje przeciążyły policję i utrudniły jej działanie.
Uczestnicy zamieszek niszczyli i napadali na posterunki policji, infrastrukturę partii rządzącej i biura rządowe. Ludzie byli słusznie wściekli i skupili ten gniew na symbolach reżimu. Szczególnie ostrym źródłem powszechnego gniewu była korupcja. Nader, tunezyjski organizator polityczny z Gafsy, wyjaśnił: „Podpaliliśmy wszystkie posterunki policji. Tam przejmujemy rząd. Pałac finansów. Znajdujemy narkotyki. Znajdujemy złoto, znajdujemy mnóstwo pieniędzy z podatków, które tam płacisz. To są pieniądze ludu i wracają do ludu”.
Rewolucja tunezyjska jest raczej błędnie określana jako rewolucja „młodzieżowa”. W rzeczywistości jej uczestnicy byli w różnym wieku. W wielu miejscach starcia z policją były centralnym punktem zbiorowych działań, przyciągając różne rodzaje ludzi. Noman, organizator polityczny w Regueb, powiedział mi, że: „Uczniowie Lycee Haddad w Regueb zaczęli ścierać się z policją od 14:00 do 19:00, więc cały dzień walczyli…[Następnie] od 3 stycznia zaczęły się nocne i codzienne walki: uczniowie w ciągu dnia, a bezrobotni w nocy”.
Po rewolucji
Od 2011 r. główne partie polityczne Tunezji wykazują niewielką gotowość do zajęcia się kwestiami leżącymi u podstaw rewolucji. Zaczęło się to zaraz po odejściu Ben Alego 14 stycznia, kiedy to poszczególnym członkom rządzącej partii udało się utrzymać władzę i stanowiska. Swoją rolę odegrały w tym również nowo zalegalizowane lub powracające z wygnania partie polityczne, które skierowały oddolną niezgodę i organizacje w stronę zinstytucjonalizowanych procesów „reform” i rozproszyły oddolny impet. Po dziesięcioleciach spędzonych na mentalnym pustkowiu, rywalizujące ze sobą partie polityczne dostrzegły w erze po Ben Alego swoją szansę na zdobycie władzy politycznej.
Jeden z tunezyjskich naukowców wyjaśnił, że partie polityczne „weszły na scenę bez żadnego doświadczenia z powodu [dyktatury], ale ze… swoimi ideologiami, mającymi po trzydzieści, czterdzieści lat, wierząc, że to jest właśnie ich moment; ‚czekaliśmy zbyt długo, teraz albo nigdy”.
W ostatniej dekadzie niewiele było konkretnych działań rządu w celu zapewnienia pracy i godności. Główne partie polityczne były bardziej zainteresowane podsycaniem konfliktu opartego na wyolbrzymionych podziałach społecznych między obozami „islamistów” i „świeckich”, co służyło jako fasada i odwracanie uwagi, podczas gdy umacniały one własną ponadpartyjną elitarną kontrolę nad instytucjami.
Na szczeblu międzynarodowym narzucanie Tunezji neoliberalnych reform gospodarczych trwa nadal.
Reżim Ben Alego z zadowoleniem wprowadzał te reformy. Jednocześnie ułatwiły one korupcję i zaostrzyły codzienną walkę Tunezyjczyków poprzez likwidację dotacji i ograniczanie możliwości gospodarczych. Polityka tzw. dostosowań strukturalnych w Tunezji nadal ogranicza usługi publiczne, koszty życia i perspektywy zatrudnienia.
Pozbawienie młodych ludzi praw wyborczych w następstwie rewolucji jeszcze bardziej umocniło marginalizację i niezadowolenie. Wybór w 2014 r. byłego współpracownika reżimu Ben Alego, Beji Caida Essebsiego, na prezydenta w wieku 88 lat, był przykładem na to, że establishment jest oderwaną od rzeczywistości gerontokracją. W jednym z wywiadów Ayoub, członek Generalnej Unii Studentów Tunezyjskich (UGET), zauważył: „elita polityczna, która rządzi tym krajem (…) jest elitą najstarszych ludzi, jest elitą staromodną”.
Organizacje takie jak Tunezyjski Powszechny Związek Zawodowy (UGTT), który niegdyś stanowił wentyl bezpieczeństwa dla dysydentów reżimu Ben Alego, nie chciały angażować młodzieży w politykę po rewolucji.
W 2011 roku Ayoub był już doświadczonym organizatorem i aktywistą w związkach studenckich, ale wspomina, że po obaleniu Ben Alego „lewicowi liderzy” UGTT powiedzieli mu, żeby nie mylił swojego wykształcenia prawniczego z rzeczywistością w terenie. W 2015 r. były wiceprzewodniczący związku studenckiego powiedział mi, że: „Rząd nas marginalizuje… nawet partie polityczne i opozycja marginalizują swoją siłę młodzieżową”. Jednak lokalne oddziały UGTT i Związek Bezrobotnych Absolwentów wspierają młodzież, która obecnie okupuje zakłady produkcyjne, aby domagać się pracy i możliwości.
Zamieszki w styczniu 2021 roku
W styczniu 2021 r. rozpoczęły się zamieszki w najbardziej ubogich dzielnicach Tunisu – tych samych, które w 2011 r. powstały, by obalić reżim. Protestujący musieli jednocześnie stawić czoła bezwładnemu systemowi politycznemu oraz brutalnym represjom. Wielu z tych bezrobotnych wyraża opór, będąc jednocześnie horyzontalnymi i zdecentralizowanymi w swoim sposobie organizacji. Feministka Henda Chennaoui wyjaśniła niedawno, jak „niestrukturalna natura ruchu” jest częścią coraz bardziej widocznej intersekcjonalności mobilizacji w Tunezji.
Zamieszki, które miały miejsce w Tunezji w styczniu i później, mają jaskrawe i głęboko zakorzenione przyczyny polityczne i ekonomiczne, jednak protestujący zostali uznani za niepoprawną młodzież. Nawet Al-Dżazira donosiła, że „młodzież ścierająca się z policją po zmroku w biednych dzielnicach tunezyjskich miast wyraziła niewiele jasnych celów politycznych”. Ich sugestia, że żądania protestujących nie są jasno wyartykułowane, odzwierciedla wysiłki tunezyjskiego rządu, by scharakteryzować przemoc jako bezmyślną destrukcję.
Tymczasem młodzi ludzie są przekonani, że nie mają nic do stracenia. To także częsty refren wśród tych, którzy pamiętają rewolucję z 2011 roku. „Jeśli pozwolimy tym ludziom kontynuować ten styl życia”” powiedział mi jeden z aktywistów, odnosząc się do reżimu Ben Alego, „nie ma innej drogi niż umrzeć na drugim końcu drogi”. Biorąc pod uwagę podobieństwa z naturą oporu wobec reżimu Ben Alego w 2011 roku, może się okazać, że połączenie zamieszek i protestów jest tym, co naprawdę niepokoi tunezyjski rząd.
Wiele badań naukowych sugeruje, że przemoc na obrzeżach w ruchów, które się od tej przemocy odżegnują, przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Jednak w przypadku rewolucji tunezyjskiej związek między działaniami z użyciem przemocy i bez niej nie był tak jednoznaczny. Złożyło się na to wiele czynników, w tym powszechne oburzenie na przemoc reżimu. Wielu Tunezyjczyków postrzegało przemoc protestujących jako zwykłą samoobronę, błahą w porównaniu z przemocą państwa.
Nie można lekceważyć rozruchów, w których domagano się godności i sprawiedliwości. Po dziesięciu latach oburzenie i irytacja z powodu złego stanu gospodarki i innych problemów Tunezji nie zmalały. Zamiast spierać się o „gwałtowne” lub „nieagresywne” przejawy przygnębienia, należy skupić się na rozwiązaniu problemu politycznej i gospodarczej marginalizacji Tunezji. W przeciwnym razie niepokoje – niezależnie od tego, jaką przybiorą formę – będą się tylko przedłużać.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu RoarMag. Autor jest socjologiem związanym z University of Massachusetts Amherst. Swoją pracę doktorską poświęcił strategiom buntu i oporu w Tunezji w 2011 r. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Sto lat czekania

Popayán to „miasto białych” wielkości Białegostoku, na górzystym południu Kolumbii. 17-letnia Alison Meléndez została tam aresztowana na ulicy przez ESMAD (specjalną policję antyrozruchową), 13 maja. Wyszła z aresztu nazajutrz, twierdząc, że została ofiarą gwałtów. Tego samego dnia popełniła samobójstwo. Ludzie wdarli się, a potem podpalili siedzibę URI, policyjnej jednostki specjalnej. Społeczny bunt w kraju trwał już ponad dwa tygodnie, gdy niemal całe miasto przystąpiło do powstania.

„To, co się dzieje, to realizacja makabrycznego planu kryminalnej, radykalnej lewicy finansowanej z przemytu narkotyków, by zdestabilizować demokrację” – tak protesty, które wybuchły w wielu miastach 28 kwietnia i trwają do dzisiaj, określiło Centrum Demokratyczne – neoliberalna, skrajnie prawicowa partia rządząca 68-letniego Alvaro Uribe, b. prezydenta Kolumbii, który ciągle pociąga tu za sznurki. W stosunkach władzy to kolumbijski Kaczyński; nominalny prezydent Ivan Duque odpowiadałby pozycji Dudy. Tak, czy inaczej, „makabryczny plan” postanowiono udaremnić siłą, ku chwale Stanów Zjednoczonych.
Kolumbia ma wielkie szczęście, bo od ubiegłego wieku żywo interesował się nią Joe Biden, dziś szef imperium. Kolumbia była jego politycznym oczkiem w głowie (jak później Ukraina), gdzie obmyślał walkę z komunistami, ograniczenie rynku koki i pokój poprzez wojnę. Miał tam sporo interesów. Jego „Plan dla Kolumbii” opierał się na założeniu, że największymi przemytnikami koki są ludzie z czerwonej partyzantki, ale od czasów FARC kolumbijska powierzchnia plantacji wiadomych krzewów skoczyła z ok. 48 tys. ha (2013 r.) na poziom 212 tys. ha w 2019 r., w 3 lata po złożeniu broni przez organizację. Coś tu jednak nie wyszło.
Tak, jak później w Ukrainie, Amerykanie postawili politycznie na skrajną prawicę. Trzymają teraz w Kolumbii siedem dużych baz wojskowych, które mają szachować Amerykę Łacińską, zagrażać sąsiedniej Wenezueli i prowadzić na boku nieskończoną „wojnę z narkotykami”. „Utrata” Kolumbii jako kraju stale zdominowanego nie wchodzi w grę. Duque to wie – okrucieństwo policjantów ma przecież wywołać panowanie strachu. Przypadków traktowania protestujących kobiet jak Alison są co najmniej dziesiątki. To ludzi doprowadza do szału.
Ślad Palestyny
Prezydent Duque zdobył władzę trzy lata temu, dzięki przychylnym reflektorom mediów, jako „nowoczesny”, proamerykański neoliberał. W tym czasie bieda skoczyła z 36 proc. do 46 proc. Krajowy Komitet Strajkowy zawiązał się już jesienią 2019 r. – protestowano przeciw prywatyzacji kas emerytalnych, ograniczaniu i tak niemal nie istniejących praw pracowniczych. Kryzys sanitarny i bezradność rządu stworzyły 3,5 miliony nowych bezrobotnych.
Władze tradycyjnie przyśpieszyły inwestowanie w wyposażenie policji i wojska. W kwietniu ogłosiły, że pola koki znowu będą niszczone z samolotów glifosatem Monsanto, a ubodzy i średniacy muszą zapłacić ponad 6 miliardów dolarów w nowych podatkach. Do tego podwyżka cen wszystkiego, co niezbędne. Odpowiedzią stał się strajk generalny.
Opór był tak powszechny, że neoliberalne „reformy” Duque i Uribe wkrótce odwołali, lecz kilka dni policyjnego terroru i bestialstwa wobec protestujących wystarczyły, by ludzie zechcieli czegoś więcej: odejścia prezydenta i całej rządzącej kliki, zniesienia agresywnego „narkorządu”, jak go nazywają. Z Bogoty nadchodzą kolejne statystyki masowych aresztowań, zabójstw, zaginięć i tortur, ale Waszyngton zachowuje milczącą pogodę ducha. W Kolumbii nigdy nie rządziła lewica. Geopolitycznie to „Izrael Ameryki Łacińskiej” poprzez swe „uprzywilejowane” stosunki z imperium, rolę jego regionalnego nadzorcy. Zresztą to Izrael dostarcza kolumbijskim siłom bezpieczeństwa odpowiednią broń. Wojsko strzela z galilów, siły specjalne z tavorów, a policja z ace’ów. Siły mobilne, jak ESMAD, zostały przeszkolone przez izraelskich wojskowych, korzystających z długiego doświadczenia zbrojnej okupacji Palestyny.
Życie w trójkącie
Specom od duszenia wewnętrznego oporu towarzyszą gadżety, jak unowocześnione izraelskie wozy opancerzone Sand Cat, widoczne na ulicach Bogoty i Cali. Mogą stać się przebojem na wybrednym rynku tłumienia oporu: są wyposażone w rodzaj katiuszy, która może strzelać czym się chce wprost w manifestujących. Kolumbia płaci za to Izraelowi węglem. „Izrael i Kolumbia są kluczowymi przyczółkami imperium amerykańskiego i jako takie mogą spokojnie terroryzować ludność cywilną w imię wojny z terroryzmem. To właściwie trójkąt militarno-gospodarczy zbudowany na utrzymaniu chaosu, wypędzeniach i tyranii prawicy” – uważa lewicowa publicystka z Bogoty Belén Fernández.
„Dla Kolumbii i Izraela tłumienie buntu nie jest już jakąś taktyką, czy strategią, by stawić czoło domniemanej groźbie, ale sposobem rządzenia i racją istnienia państwa. Państwa tu nie ma, jeśli chodzi o usługi socjalne, czy zagwarantowanie praw ludzkich, ale jest, gdy trzeba chronić przed wewnętrznym wrogiem, w każdym momencie i za każdą cenę” – mówił MintPress Evan King z kolumbijskiego oddziału Witness for Peace. Izrael zbroił dyktaturę gen. Pinocheta w Chile, gdy USA pod presją opinii zawiesiły swoją pomoc wojskową. Junta argentyńska (1976 – 1983) w 95 proc. zaopatrywała się w broń w Tel-Awiwie. Wszystko za pozwoleniem Amerykanów.
Na barykadach
Większość kolumbijskich zabitych i zaginionych zginęła w Cali, trzecim mieście kraju, dwa razy większym od Warszawy. Miasto stało się ośrodkiem narodowego buntu, tłumionego przez siły bezpieczeństwa za pomocą ostrej amunicji. Wojsku towarzyszą ultraprawicowe bojówki, jak Brygada Antykomunistyczna, czy inne żywotne pozostałości po faszyzujących oddziałach paramilitranych AUC. To ludzie, którzy w ostatnich latach wynajmowali się tysiącami Zjednoczonym Emiratom Arabskim, by u boku armii saudyjskiej napadać na Jemen. To nie pomaga, bo rozpowszechniły się najróżniejsze formy oporu: blokowanie dróg, manifestacje, strajki. Druga strona medalu to przeszkody w poruszaniu się, paraliż transportu, usług i działalności gospodarczej, braki w zaopatrzeniu.
Na pierwszej linii wieczornych starć z policją miejska młodzież no future i nawet kobiety. Zawarty pięć lat temu głośny pokój rządu z FARC (Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii) nie dał krajowi obiecywanego pokoju i sprawiedliwości społecznej. Wzmocnił skrajną prawicę, która ciągle zabija nieposłusznych działaczy ludowych, choćby mieszkali w lepiankach z gliny i krowich placków, jak wielu nędzarzy. Bezrobocie eksploduje, a reforma rolna nie wyszła. 14 milionów ludzi chciało dostać ziemię, do tej pory nie przyznano nikomu nawet hektara. Do tego wypala się amerykańską trucizną pola drobnych plantatorów koki, a chłopstwo, z powodu liberalizacji handlu, nie może utrzymać się z tradycyjnych upraw. Kolumbijczycy mają dość reklam neoliberalizmu. Chyba nigdzie na świecie nie ma tak krzyczących nierówności społecznych.
Nie podważać sojuszy
Amerykanie ogłosili w końcu, że są „bardzo zatroskani” zapalną sytuacją w Kolumbii, ale nie załamują rąk: oddany im bezgranicznie przewodniczący Organizacji Państw Amerykańskich Luis Almagro zorganizował dyplomatyczne oburzenie. Prezydent Ekwadoru Lenin Moreno, ten który wydał imperium Assange’a, wyraził „powszechne pragnienie”, by prezydent Wenezueli Nicolas Maduro „zabrał swe zakrwawione brudne łapy z kolumbijskiej stabilności i demokracji”. Czyli to Wenezuela jest winna zamieszkom, a nie neoliberalna i proamerykańska polityka Duque.
Manifestanci stali się „terrorystami” i „wandalami”, Kolumbia nie może przecież wylecieć z orbity USA. Komitet Strajkowy ogłosił krótką przerwę w protestach budząc zamieszanie, lecz determinacja przeciwników władzy nie maleje. Wyjściem politycznym byłyby wybory w przyszłym roku. W 2018 Duque wygrał wybory prezydenckie z Gustavo Petro, „castro-chavistą” – 52 do 42 proc. głosów. Czy Petro jest dla USA do przełknięcia, gdyby wygrał za rok? Rzecznik darmowej edukacji miałby przełamać stuletni monopol prawicy? Dlaczego nie, jeśli się uprze?
Wojna z narodem
Na razie jednak rządy Uribe-Duque postawiły na konfrontację. Zdławienie społecznego zrywu siłą i strachem stało się priorytetem. W Komitecie Strajkowym dochodzi do pierwszych scysji na temat strategii do przyjęcia. Jest już bardzo dużo ofiar, nie mówiąc o tysiącach aresztowanych. Niektóre decyzje robią się bardzo trudne. Rząd ciągle dozbraja oszalałą z przemocy policję. „Epidemia, która powinna nas martwić, to epidemia komunizmu. Ratujmy Kolumbię” – napisano wielkimi literami na bilbordach w Medellin. W połowie maja oligarchiczne media doniosły z horrorem, że „dysydenci FARC” i ELN (Armia Wyzwolenia Narodowego), tj. lewicowa partyzantka, „mają plan” oblężenia Cali…
Propaganda rządowa do Wenezueli dodaje Kubę i Boliwię – stojących jakoby za manifestacjami w miastach Kolumbii. Bunt tymczasem ogarnął po prostu niższe klasy społeczne, nie tylko „komunistów”. Rzeź uprawiana przez kolumbijskie siły bezpieczeństwa nie trafia na pierwsze strony europejskich gazet, gdyż reprezentuje rząd słuszny z punktu widzenia Waszyngtonu. Biden woli dziś mówić o Nawalnym niż Kolumbii, choć tam codziennie leje się krew.

„Zniknięci” z Bogoty

W wyniku bezwzględnego tłumienia przez wojsko i policję oraz bojówki paramilitarne strajku generalnego i demonstracji ludowych dziesiątki osób biorących udział w kolumbijskich protestach poniosły śmierć, a setki odniosły obrażenia. Również zbrodnicza praktyka porwań politycznych, znana z historii Ameryki Łacińskiej, znów zbiera krwawe żniwo.

– Nie ma co liczyć, kiedy miną pierwsze dwie, czterdzieści osiem czy siedemdziesiąt dwie godziny. Natychmiast zgłoś zaginięcie. Pierwsze godziny są kluczowe dla odnalezienia zaginionych osób – ten komunikat Jednostki ds. Poszukiwań Osób Zaginionych (Ubpd) pokazuje konsekwencje faktycznej abdykacji kolumbijskiego rządu. Niezdolny do odczytania i przeanalizowania epokowego wybuchu masowego ruchu ludowego, który nazwał się Strajkiem Narodowym, wolał konfrontację z własnymi obywatelami, niżli zażegnanie konfliktu. Tak zdecydował prezydent Ivan Duque.
Zwołanie Komitetu „Strajku Narodowego” (Paro Nacional), w skład którego wchodzą główne związki zawodowe, odbyło się 28 kwietnia o godzinie 9 rano w Parku Narodowym w Bogocie. Od tego dnia miliony ludzi wychodziły na ulice niemal wszystkich miast Kolumbii, a za granicą, od Times Square po Koloseum, mnożyły się marsze solidarności. Komitet “Strajku Narodowego” poprosił rząd, aby aby ten nie angażował budzących strach batalionów specjalnej jednostki Esmad do zwalczania zamieszek. Do jej rozwiązania od dawna wzywały organizacje praw człowieka. Rząd jednak pozostał głuchy na protesty. Wyprowadził oddziały Esmad na ulice jeszcze tego samego dnia.
W chwili pisania tego tekstu nie można jeszcze podać ostatecznej liczby ofiar. Państwowa Defensoría del Pueblo stwierdziła śmierć 25 cywilów poniżej 36 roku życia oraz jednego kapitana policji. Doszło do 963 arbitralnych zatrzymań i 548 zaginięć – to właśnie liczba „znikniętych”, desaparecidos. Według organizacji pozarządowej Indepaz, co najmniej 1220 protestujących zostało rannych. Zgłoszeń przemocy seksualnej dokonywanej przez funkcjonariuszy policji jest dwanaście.
– Nigdy nie byliśmy świadkami tak ostrego i systematycznego tłumienia w dużej mierze pokojowego protestu – opowiada socjolog Dario Sendoya z Bogoty. – W Cali doszło do wybuchu wojny totalnej z największą liczbą ofiar śmiertelnych. Każdej nocy dzieją się rzeczy, które trudno rozszyfrować. Władza bardzo boi się ruchu, który kwestionuje sposób sprawowania władzy przez obecny rząd.
Protest, o niejednorodnej duszy i bez rozpoznawalnego lidera, nie wycofał się i osiągnął wielkim kosztem cel, jakim było wycofanie proponowanej reformy podatkowej, podpisanej przez ustępującego ministra finansów Alberto Carrasquillę, byłego członka rządu byłego prezydenta Álvaro Uribe. Ten ostatni nie wahał się określić działań represyjnych jako uzasadnionych w celu przywrócenia porządku publicznego. Podstawowe pytania, które pozwolą zrozumieć, jak daleko posunie się nieproporcjonalna reakcja wojskowa, potępiona przez ONZ i Amnesty International, brzmią: kto ma upoważnienie do strzelania do nieuzbrojonych demonstrantów i jaka jest rola państwowych służb wywiadowczych?
Nie tylko głód zmusił ludzi do wyjścia na ulice.
– Polityka rządu nie spełniła oczekiwań, jakie wiązano z porozumieniem pokojowym – kontynuuje Dario Sendoya. – Dostrzegamy powrót do stanu z czasów wojny domowej.
Sendoya zna tę sytuację z bliska: koordynował w regionie Bogoty, Soacha, i w Sumapaz – w części kraju o dużej wartości gospodarczej i strategicznej – Komisję Prawdy. To ona wraz z Jurysdykcją Specjalną dla Pokoju jest kluczowym organem Integralnego Systemu Prawdy, Sprawiedliwości, Zadośćuczynienia i Niepowtórzenia, utworzonego w ramach porozumienia pokojowego z 2016 r. między rządem a Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia (Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii, w skrócie FARC). Instytucje miały zapobiec temu, co stało się z poprzednimi procesami pokojowymi, fragmentarycznymi i nieudanymi.
Teraz bohaterami demonstracji są młodzi ludzie. Połączyli oni swoją frustrację związaną z brakiem perspektyw z frustracją pracowników. Strajk Narodowy, jak to już nieraz bywało w historii kraju, postawił na pierwszym miejscu kwestię zaangażowania młodzieży.
Już w 2019 r. i we wrześniu 2020 r. studenci i ludzie Neet (osoby, które nie uczą się ani nie mają pracy) zjednoczyli się na placach miast Kolumbii, wyznaczając drogę polityczną swej generacji. W ramach Centrum kulturalnego Casa B Sendoya pracuje z młodymi ludźmi z dzielnicy Belén w Bogocie i widzi w swojej pracy postępujące dojrzewanie polityczne przedmieść.
– Seria strajków uporządkowała stosunki międzyludzkie i polityczne na tym terenie, a oddolne ćwiczenia demokratyczne objęły całą Kolumbię i były niezwykle konkretne. W Belén, wyjątkowo biednej dzielnicy, wdrożyliśmy strategię bezpieczeństwa żywnościowego. Psychologiczny stan rozpaczy nie unicestwia nadziei na zmianę – opowiada w rozmowie z nami.
Reforma podatkowa, która uderzyłaby w klasę średnią i biednych, nie wpływając na nierówności, rozpaliła lont społecznego niepokoju. Na horyzoncie równie niepokojąca jest reforma służby zdrowia, a zaufanie do dialogu wznowionego przez prezydenta Duque jest niewielkie.
Nieprzejrzystość w walce z pandemią przyczyniła się do pogłębienia powszechnego braku zaufania do rządu i klasy politycznej w ogóle, a w konsekwencji do kryzysu reprezentacji.
Kolumbia przechodzi przez bardzo trudny etap, na który składają się: znaczna dewaluacja peso, wątpliwości co do zdolności obsługi zadłużenia, podatność na zagrożenia wynikająca z zależności od cen ropy naftowej, wzrost wskaźnika ubóstwa do 42,5 proc. ludności oraz niezmiennie wysokie wskaźniki występowania przemocy.
Początek zaginięć politycznych zbiegł się z dniami ogólnokrajowego strajku obywatelskiego we wrześniu 1977 r. Wtedy też wybuchła społeczna rewolta, na którą odpowiedziano silnymi represjami. Pierwszy przypadek zniknięcia datuje się na 9 września 1977 r., kiedy to batalion wywiadu państwowego, zgodnie z doktryną bezpieczeństwa narodowego, porwał bakteriolożkę i bojowniczkę Armii Wyzwolenia Narodowego Omairę Montoyę. Miała 30 lat i była w trzecim miesiącu ciąży.
Sto dwadzieścia tysięcy rodzin nie wie, co się stało z ich bliskimi, których uznano za desaparecidos w związku z wojną domową w okresie między 1958 a 2018 rokiem.
Luz Marina Monzón kieruje Jednostką Badawczą Desaparecidos, która w Integralnym Systemie Prawdy, Sprawiedliwości, Zadośćuczynienia i Niepowtarzalności otrzymała mandat na 20 lat działania. Ostrzega przed powrotem fali porwań: – Odnotowujemy kolejne zaginięcia ponad pięciuset osób w kontekście mobilizacji strajku narodowego. Istnieją obiektywne trudności w dostępie do informacji na temat aresztowań. Niewiele jest znanych miejsc, gdzie przetrzymywani są ludzie, przy oczywistych nieprawidłowościach władzy publicznej. Wszystko to uniemożliwia obronę ich praw. Scenariusz zatrzymań, zaginięć i tortur może doprowadzić do powtórzenia się bardzo poważnych naruszeń z czasów kolumbijskiego konfliktu zbrojnego.
Inercja we wdrażaniu porozumień pokojowych jest jednym z ognisk kryzysu. Kontynuacja wojny sprzyja trwaniu handlu narkotykami i nielegalnemu wydobyciu. Ci, którzy opowiadają się za pełnym urzeczywistnieniem pokoju w drugim najbardziej nierównym ekonomicznie kraju Ameryki Łacińskiej, znajdują się teraz na celowniku. Instytut Indepaz szacuje, że od 2016 roku zginęło 1065 aktywistów, tzw. budowniczych pokoju. Według Misji Weryfikacyjnej ONZ, w fazie reintegracji społecznej przewidzianej w porozumieniu pokojowym zamordowano 252 byłych partyzantów FARC.
– Istnieją sieci, które łączą gospodarkę i politykę z wymiarem zbrojnym – wyjaśnia Carlos Martín Beristain, zagraniczny członek Komisji Prawdy, który będzie koordynował prace nad raportem końcowym. Dokument powinien być gotowy pod koniec roku. – To właśnie z powodu tych relacji trwa konflikt, w którym handel narkotykami funkcjonuje jako kluczowy element.
Kolejne wybory prezydenckie odbędą się w 2022 roku. Realizacja sprawiedliwości okresu przejściowego wymaga nowego porządku politycznego, który nie odpowiada już przestarzałemu schematowi podziału pomiędzy konserwatystami i liberałami. Ten został dawno przekroczony i rozbity przez różne stanowiska w sprawie procesu pokojowego. Nowy wymaga zbliżenia szerszego spektrum sił politycznych wraz z otwarciem przestrzeni dla demokratycznej, ludowej partycypacji. To podnosi stawkę, która jest potrójna: w nowej Kolumbii możliwa byłaby krytyka kolumbijskiego ortodoksyjnego neoliberalizmu, odrzucenie dotychczasowego wpływu Stanów Zjednoczonych i ewolucja demokracji, która nie jest synonimem wolności.

Artykuł został opublikowany w piśmie Left 19 maja 2021 roku i w wersji skróconej na portalu internetowym Left.
Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Stłumić ludowy bunt za wszelką cenę

Kolumbijski protest społeczny rozpoczął się, gdy skrajnie prawicowy prezydent Ivan Duque ogłosił szalenie niepopularną reformę podatkową nakładającą nowe, prawdziwie miażdżące podatki na klasę średnią i biednych Kolumbijczyków. Propozycja Duque miała na celu spłacenie długu, aby pokazać stabilność i zadowolić międzynarodowych inwestorów. Ale ta stabilność dla międzynarodowego kapitału oznacza ogromną niestabilność dla dziesiątek milionów Kolumbijczyków walczących po prostu o przeżycie.

Kraj już teraz znajduje się w tragicznym położeniu gospodarczym – 43 proc. Kolumbijczyków żyje w ubóstwie, a 15 proc. w skrajnym ubóstwie – wszystko to zostało spotęgowane podczas pandemii COVID-19. Propozycja reformy podatkowej wywołała głębokie niezadowolenie.
Jednak powodów do buntu jest znacznie więcej: afera False Positives, w ramach której okazało się, że wojsko i oddziały paramilitarne zamordowały 6 406 cywilów, a następnie zatuszowała tę zbrodnię; ataki rządu Duque na porozumienie pokojowe z 2016 roku, które zakończyło wojnę domową z lewicową partyzantką FARC; faktyczna i postępująca eksterminacja działaczy społecznych, liderów organizacji rdzennej ludności, obrońców praw człowieka i byłych bojowników FARC, jak i nieumiejętne radzenie sobie z pandemią COVID 19. W dwóch słowach: korupcja i bezkarność.
Neonazistowski doradca
Cała ta frustracja bulgotała pod powierzchnią, a propozycja oszczędności Duque doprowadziła społeczeństwo do wrzenia. W obliczu tych niepokojów, kolumbijski rząd – rzekoma demokracja –zachowuje się bardziej jak skrajnie prawicowa, a nawet faszystowska dyktatura. To nie jest hiperbola.
Postać, która stworzyła intelektualne ramy dla rozumienia protestów przez kolumbijską policję, to Alexis Lopez Tapia. Jest on byłym przywódcą rozwiązanej obecnie chilijskiej partii neofaszystowskiej o nazwie Stowarzyszenie Nowa Ojczyzna.
W lutym został zaproszony przez kolumbijskie wojsko do wygłoszenia prezentacji na temat tego, jak pokonać ludowe powstanie. Pseudointelektualnie nazwał je „rozproszoną molekularną rewolucją”. Pod tym terminem rozumie on międzykontynentalny spisek komunistyczny, który rzekomo miał miejsce w ciągu ostatnich trzech dekad. Stawką spisku miało być przejęcie władzy nad Ameryką Łacińską w ramach globalnego postmodernizmu. Tym samym wrzuca on do jednego worka protestujących, rozproszone ruchy społeczne i tubylcze, grupy zbrojne, organizacje pozarządowe zajmujące się prawami człowieka, społeczeństwo obywatelskie – każdego, kto sprzeciwia się polityce państwa – uważając ich za część wywrotowego spisku, na który wojsko jest zupełnie nieprzygotowane.
Dla przeciętnego widza może to brzmieć jak teoria spiskowa, ale cała koncepcja odbiła się ona szerokim echem wśród najpotężniejszych postaci w Kolumbii, w tym byłego prezydenta Alvaro Uribe. Odniósł się on na Twitterze Uribe do teorii rozproszonej rewolucji molekularnej.
Uribe jest mózgiem stojącym za rozlewem krwi w Kolumbii. Powszechnie wiadomo, że to on zza kulis kontroluje obecnego prezydenta, Ivána Duque, który wydaje rozkazy bicia i zabijania protestujących.
Ultraprzemoc kolumbijskiej policji
Po dniu pierwszych protestów Uribe opublikował tweeta, w którym wezwał policję i żołnierzy do użycia broni, aby „bronić integralności państwa”. Kilka godzin później, po masowej kampanii w internecie, Twitter usunął jego tweeta, ponieważ był on wyraźnym podżeganiem do przemocy. Ale było już za późno. Kolumbijskie siły wyraźnie zrozumiały tweet Uribe jako zielone światło, swego rodzaju licencję na zabijanie. Odczytały go dosłownie. Policja zabiła tego samego dnia 7 osób w mieście Cali, gorącym ognisku protestów.
Duque, Uribe i narko-państwo
Stany Zjednoczone przekazały Kolumbii helikoptery, widoczne na opublikowanych filmach, za darmo jako część tzw. Planu Kolumbia – ogromnego pakietu pomocy wojskowej, który pozornie miał na celu walkę z handlarzami narkotyków. Tak naprawdę chodziło o pokonanie lewicowej kontrofensywy FARC i rozbicie ich bazy poparcia wśród chłopów na obszarach wiejskich.
W 2016 r. FARC i rząd zawarły układ pokojowy, więc poza kilkoma grupkami zbrojnymi FARC nie istnieje. Tymczasem w Kolumbii hoduje się coraz więcej kokainy, a międzynarodowe kartele narkotykowe stają się potężniejsze niż kiedykolwiek. Kartele kontrolują prawie każdy aspekt państwa, policji i wojska. Skąd o tym wiemy? Potężny handlarz narkotyków Jose Hernandez Aponte znany też jako „El Ñeñe” koordynował kampanię kupowania głosów na prezydenta Duque za pomocą kradzionych pieniędzy. Zostało to zlecone przez Alvaro Uribe. Prokuratura nigdy nie wniósł oskarżenia przeciwko Duque za to, ponieważ jest ona pod kontrolą rządu i szarej eminencji, czyli samego Uribe.
Ñeñe był blisko z czołowymi postaciami z wojska i policji: siłami państwowymi, które mają walczyć z kartelami narkotykowymi. Jest to informacja publicznie dostępna, więc rząd USA o tym wie, nawet jeśli media będące własnością korporacji to ignorują. Kolumbia jest państwem narkotykowym udającym demokrację. Ale wraz z ultra-brutalnym stłumieniem protestów, ta demokratyczna fasada została zrzucona.
Po czterech dniach masowych mobilizacji w całym kraju, Duque ogłosił wycofanie swej propozycji dotyczącej podatków, ale zapowiedział, że kolejna zostanie ogłoszona w najbliższych dniach, co było wyraźną próbą uspokojenia protestujących, która zakończyła się niepowodzeniem.
Godzinę po ogłoszeniu wycofania pierwotnej propozycji prezydent oświadczył, że wysyła wojsko na ulice kolumbijskich miast. „Nasze siły wojskowe, wyszkolone do działania w środowisku miejskim, wspierają pracę policji narodowej” – oświadczył. U boku Duque stanął dowódca armii Enrique Zapateiro, twardogłowy wojskowy zamieszany w morderstwa niewinnych cywilów, znany z tego, że należy do najbardziej skrajnie prawicowych elementów wojska. On również jest narzędziem w rękach Uribe.
„Mój przyjaciel, który jest psychiatrą i musiał kiedyś przeprowadzić wywiad z Zapateiro, powiedział mi, że ten człowiek jest psychotyczny, ma problemy psychiczne” – skomentował dziennikarz Abeldaro Gomez Molina. „I prawdę mówiąc widać pewne zaburzenia równowagi w jego sposobie myślenia, co jest niepokojące, a ponieważ jest on instrumentem Uribe, więc możemy się po nim spodziewać tylko najgorszego”.
Wkrótce potem policja i wojsko zabiły kolejnych dwóch protestujących.
W mieście Cali – gdzie protesty były największe – policja strzeliła w głowę młodemu demonstrantowi, Nicolasowi Guerrero. Popularny kolumbijski DJ prowadził transmisję na żywo z protestu, więc około 70 000 osób obserwowało, jak Guerrero wykrwawia się na śmierć. Po tym wszystkim DJ powiedział, że jego telefon, Instagram i konta na Facebooku zostały zhakowane, a jego przyjaciele i rodzina otrzymują dziwne telefony z prośbą o podanie jego lokalizacji, co zmusiło go do ucieczki z Cali.
Paramilitarni bojówkarze atakują protestujących
Gdy protestujący byli masakrowani w mieście Pereira, kolejnym centrum protestów, burmistrz Carlos Maya wezwał prywatną ochronę do współpracy z wojskiem i policją. „Wezwiemy wszystkie grupy biznesowe i prywatne siły bezpieczeństwa do stworzenia zjednoczonego frontu z policją i wojskiem w celu przywrócenia porządku i bezpieczeństwa obywateli” – zapowiedział Maya.
Lina Maria Montilla Diaz, urzędniczka Centralnego Związku Pracowników, wyjaśnia, że jest to wyraźne wezwanie dla prawicowych bojówkarzy do wyjścia na ulice. – Tego typu deklaracjami zaprasza się bojówkarz do wyjścia na ulice do i wzmocnienia swoich szeregów” – powiedziała w rozmowie z MintPress. Po tym wezwaniu na ulicach miast zaczęły pojawiać się pojazdy z ukrytymi tablicami rejestracyjnymi i mężczyźni w wysokich gumowych butach – charakterystyczne oznaki aktywności grup paramilitarnych. Przed siedzibą lewicowej partii Alternatywny Biegun Demokratyczny pozostawiono zdechłe kurczaki, co stanowiło jednoznaczną groźbę śmierci. Zaledwie kilka dni po tym, jak burmistrz Periery wezwał „prywatne agencje ochrony” do przejęcia kontroli nad miastem, ubrani na czarno bojówkarze podjechali samochodem i otworzyli ogień do Lucasa Villi, studenta uniwersytetu i nauczyciela jogi. Był on bardzo widoczną postacią w protestach i najwyraźniej stał się celem ataku z powodu swojego aktywizmu. Tłumaczył ludziom sens protestów: „Teraz będziemy musieli płacić więcej za wodę, internet, kawę i usługi telefoniczne, ponieważ byliśmy naiwni”.
Według kolumbijskiej dziennikarki Laury Sofii Mejia, rząd ukrywa prawdziwą liczbę zabitych. – Gdy skontaktowaliśmy się z jedną z instytucji, próbując uzyskać informacje na temat tego, ilu zostało zabitych w pewną noc, powiedziano nam off the record, że rozkazem jest nie ujawnianie żadnych informacji prasie – powiedziała.
Przez cały czas trwania strajku, rząd Duque upierał się, że zezwala na pokojowe protesty i że militaryzacja jest konieczna do walki z wandalami i terrorystami. Generowanie strachu wydaje się być jedyną szansą rządu na stłumienie ludowego strajku. Narracja o „wandalach i terrorystach” była kłamstwem od samego początku. Obalił je zresztą atak prawdziwych terrorystów, który miał miejsce w czwartek, kiedy to grupa mężczyzn w cywilnych ubraniach wysiadła z pojazdu w Cali i otworzyła ogień do demonstrantów. Inni demonstranci w pobliżu zdołali przeszukać pojazd i znaleźli w nim sprzęt policyjny. Przyłapani na gorącym uczynku policjanci byli zmuszeni przyznać, że pojazd należał do nich.
Skoro ich taktyka zastraszenia zawiodła, a mordercza żelazna pięść Duque i Uribe nie zdołała złamać strajku, nie wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. Tak naprawdę w Kolumbii może jeszcze zdarzyć się wszystko.

Tekst oryginalny ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Księga Wyjścia (75)

Ballada o tragedii grecko-polskiej.

Po dojściu do placu pustki, na którym Grecy mieli walczyć z barbarzyństwem rządu, poza kilkunastoma osobami nie zastałem tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu.
Zadzwoniłem do znajomego i umówiłem się na spotkanie, poprosił żebym podjechał na skwer w okolicy jego mieszkania.
Obiecał wyjaśnić mi całą sytuację. Bez problemu znalazłem przystanek i jako samozwańczy, nowy członek greckiego stowarzyszenia „nie płacę” wsiadłem w autobus i pojechałem na gapę oczywiście.
Stowarzyszenie to powstało, gdy grecki rząd usiłował przerzucić koszty swojej nieudolnej administracji na mieszkańców, ci się zbuntowali i przestali płacić rachunki. Mniej więcej godzinę w ciągu godziny dotarłem na miejsce.
Mój znajomy już czekał, nie wymieniam jego imienia, żeby nie narobić mu kłopotów. Po krótkiej rozmowie, rzeczowo wyjaśnił mi dlaczego Ateny wyglądają niemal na wymarłe miasto. Pod pretekstem pandemii, rząd wprowadził bardzo inwigilacyjny system kontroli mieszkańców.
Po rządach Syrizy władzę przejęła partia o nazwie Nowa Demokracja – to ucharakteryzowana na chadecję czy centroprawicę zwykła dyktatura. Zaczęli od powołania, zlikwidowanej wcześniej specjalnej jednostki skuterowej policji.
Ta bez pardonu powyrzucała z pustostanów bezdomnych, którzy mieszkali w nich od lat, dbali o te budynki, robili remonty, zaprzyjaźniali się z sąsiadami. Teraz budynki te popadają w ruinę, a ludzie śpią w bramach. Na tych którzy mają mieszkania, nałożono serię ograniczeń.
Począwszy od godziny policyjnej – nie dotyczy jadących, lub wracających z pracy. Każdemu wolno wyjść jedynie w sześć miejsc, nie dalej jednak niż dwa kilometry od miejsca w którym mieszka – chyba, że pracuje dalej – to jedyny wyjątek. Przed każdym wyjściem z mieszkania muszą wysłać SMS do specjalnego centrum monitorowania. Oczywiście w tej szóstce jest praca, lekarz, sklep, no i spacer.
Ostatnie zamieszki zaczęły się siódmego marca, gdy skuterowa policja zaatakowała starszego człowieka, który zgodnie ze wszelkimi nakazami wyszedł na spacer. W jego obronie stanęli natychmiast widzący to młodzi ludzie i tak zaczęła się eskalacja konfliktu. Gdy wracałem do hotelu miałem już pełny obraz koszmaru, przez który przechodzą Grecy.
Podczas kolejnych dni biegałem po mieście i fotografowałem pustostany i bezdomnych, dzięki znajomym udało mi się dotrzeć do ludzi, którzy zamierzają dalej walczyć. Tydzień zleciał mi na rozmowach i szukaniu kogoś, kto opowie o dalszych planach protestów, czy walki z władzą. Nieliczni ludzie, których udało mi się zaczepić, byli bardzo rozmowni do momentu, gdy zahaczyłem o politykę, wtedy z uśmiechem przepraszali i szybko odchodzili, rzut oka w którąś ze stron – a z każdej stała grupa skuterowych policjantów. Sprawiali wrażenie, że są jedynymi beztroskimi obywatelami tego miasta.
Dotarłem też do tajnej kafejki, gdzie spotyka się opozycyjna młodzież, niestety nawet wiedząc, że jestem obcokrajowcem nie chcieli rozmawiać. Wcale im się nie dziwię, pracując w konspiracji, a na tym etapie są teraz greccy aktywiści nie wolno ufać nikomu.
Jedno jest pewne, lada moment wybuchnie tam potężny protest społeczny. Ten kaganiec jest już dla mieszkańców za ciasny. Nawet jeśli władze usiłują wmówić ludziom, że to dla ochrony ich zdrowia. Tak mniej więcej spędziłem cały tydzień, aż przyszedł czas powrotu. Bilet w garści, kilka razy kolega wydzwaniał na lotnisko i do wszelkich biur, że byłem pewien swego przygotowania.
Przepisy zmieniały się każdego dnia, po polskiej nauczce, gdzie cofnęli mnie z lotniska pilnowałem już wszystkiego. Do samego końca wytyczne były takie, że lecąc transferem przez Amsterdam muszę być na lotnisku przynajmniej cztery godziny przed odlotem. Tam pobierają próbkę, badają antygeny i dopiero można iść i się odprawić.
Ponieważ samolot miałem o szóstej rano, metro kursuje do 23.00, na lotnisku muszę być najpóźniej o pierwszej w nocy, pomyślałem że pojadę trochę wcześniej. Wyszedłem z hotelu o 21.00. Niecała godzinę pózniej czekałem na otwarcie punktu pobrań. Każdy lot ma swój osobny punkt. Dokładnie o pierwszej otworzyli ten przypisany do mojego lotu.
Zrobiłem test, po dwudziestu minutach wynik – negatywny (ulga). Jedną nogą już w Warszawie ustawiłem się w kolejce by nadać bagaż. Oczywiście byłem pierwszy. Gdy o czwartej otworzyli, śmiałym krokiem ruszyłem, pewien że tym razem mam wszystko co potrzeba.
Podałem cały stos dokumentów i czekałem, aż każe położyć walizkę na taśmę. Przez chwilę oglądał paszport, badania, by powiedzieć „nie mogę cię puścić, potrzebny jest jeszcze PCR” – deja vu – pomyślałem przypominając sobie identyczną przygodę sprzed tygodnia w Warszwie.
Próbowałem przekonać urzędnika, że w Amsterdamie nikt tego nie sprawdza, a jeśli gdzieś mnie cofną to najwyżej do Warszawy. Zresztą samolot miałem mieć dwie godziny po wyładowaniu, nawet przez odprawę bym nie przechodził. Urzędnik udając zafrasowaniem rozkładał tylko ręce, powiedział, że może przełożyć mi bilet na następny dzień, wylot z Aten o 17.45, ale jeszcze dzisiaj muszę zrobić ten PCR, na pytanie gdzie mogę zrobić ten test, odpowiedział, że tu, na lotnisku, punkt otwierają o ósmej rano – za cztery godziny – nieźle.
Chcąc nie chcąc wracałem dokładnie tak, jak przyleciałem – z cofnięciem na granicy. Ledwo dotrwałem do ósmej. Powrót metrem okazał się też koszmarny. Akurat 25 marca obchodzono dwustulecie niepodległości, większość stacji metra była wiec nieczynna. Po przejściu ulicą Aleksandrasa, kto zna Ateny ten wie ile ma ona kilometrów, dźwigając dwie walizki i zimową kurtkę, ledwo żywy dotarłem do hotelu.
Na drugi dzień też postanowiłem być trochę wcześniej. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że okienko pobrań do Amsterdamu jest otwarte, mimo, że do odlotu miałem lekko ponad pięć godzin, chciałem przynajmniej załatwić tę jedną sprawę. Gdy jednak pani zobaczyła mój bilet, powiedziała, że mogą pobrać wymaz za godzinę i piec minut. Znowu opadły ręce, ale już nie tak mocno. poszedłem wiec na kawę.
Tym razem wszystko było jak trzeba i spokojnie wróciłem do Warszawy.
Aha, w Amsterdamie nikt nie chciał żadnego zaświadczenia, mimo że wyszedłem z lotniska na papierosa.

Księga Wyjścia (74)

Ballada o polsko-greckiej tragedii.

„Pojechałbyś do Grecji? Coś się tam dzieje, jakieś zamieszki i trzeba to sprawdzić” zapytał mnie kolega z zaprzyjaźnionej agencji prasowej. Dwa razy nie musiał mnie pytać. Wprawdzie o przygodach znacznie lepiej jest czytać, niż samemu je przeżywać, to gen ciekawości wszystkiego czym można się poparzyć, zawsze w moim wypadku wygrywa. Zresztą, żeby inni mogli o tych przygodach czytać Czekałem z lekkim napięciem, ale po raz kolejny wynik negatywny. Czyli lecę.
O świcie Amsterdam, a potem Ateny. Dzisiaj, gdy piszę felieton, w Atenach jest potężna demonstracja. Szkoda, że nie zdążyłem załapać się na nią. Obiecano mi jednak nagrania, mam jednak nadzieję, że podczas pobytu będę miał okazję uczestnictwa w jakimś społecznym proteście. należy je przeżyć i opisać. Jeszcze z Polski próbowałem zrobić szybki przegląd greckich wydarzeń i poza kilkoma filmami na youtubie i niepokojącym wpisem greckiego stowarzyszenia praw człowieka, niczego specjalnego się nie dowiedziałem.
Brutalność policji, restrykcje i szykany. Ich skala nie wydawały mi się jednak aż tak ogromna jak ta francuskich czy hiszpańskich funkcjonariuszy. Dostałem kilka namiarów od znajomych, spakowałem się i licząc na „dobre wiatry” ruszyłem w te Odyseję.
Ponownie zrobiłem wszystkie badania, ostatnio ciagle gdzieś coś się dzieje i większość domowego czasu spędzam na przepakowywaniu bagaży przed kolejną podróżą.
Przestałem więc już liczyć ile razy w ciągu ostatnich tygodni wkładali mi te patyki do nosa, zdążyłem przywyknąć, chociaż zaczęło juz to podrażniać zatoki. Tym razem lot zaplanowany był przez Holandię.
Królestwo Niderlandów uznało, że jeden test Covid PCR to za mało i żeby wsiąść w samolot do Amsterdamu, należy wykonać rownież antygen. To również test, tak samo pobierany, ale szybki i mniej dokładny. Cena też niższa. Covid PCR kosztuje 500 złotych, antygen „jedynie” 200. Wszystko inne wyglada tak samo, czyli postać w białym kombinezonie i – delikatnie, lub na siłę – wpychany do nosa patyk.
Ten tańszy test musi być zrobiony nie pózniej niż sześć godziny przed wejściem do samolotu. O ile ważność testu PCR to 72 godziny, to antygen jest ważny jedynie sześć. Całe szczęście lotniska przygotowały się na takie badania i spokojnie można zrobić w budynku naprzeciwko terminalu na Okęciu.
Po zrobieniu i opłaceniu obu, osiemnastego marca stanąłem zadowolony do odprawy. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas nadawania bagażu okazało się, że do Grecji można wjechać jedynie posiadając kod QR. Nikt dokładnie nie był w stanie wytłumaczyć mi o co chodzi. I wyleciałem. Ale nie z Polski, lecz z lotniska.
Przebukowałem bilet na następny dzień i czym prędzej zacząłem wydzwaniać po znajomych i pytać o co w tym chodzi. W końcu, po wielu próbach i kilku godzinach okazało się, ze to jedynie elektroniczne formularze, które należy wypełnić.
Czyli adres pod którym się zatrzymam, w jakim celu i jak długo zamierzam przebywać w Grecji. W końcu po kilku godzinach udało się wszystko powypełniać i po komunikacie, że wszystko ok i e-mailu z odpowiednim kodem odetchnąłem z ulgą. Podejście numer dwa. Znowu kilka godzin przed odlotem szybki test.
Na szczęście PCR jeszcze nie stracił ważności, ale antygen musiałem zrobić od nowa – czyli kolejne dwie stówy na test, którego jak się okazało nikt tam nie sprawdza. Ponownie zadowolony stanąłem nadać bagaż, pokazuje kolejne testy, gdy pada podstępne QR, to z uśmiechem cwaniaka wyciągam telefon i zaskoczonej pani pokazuje mówiąc jednocześnie „mam!”.
Kobieta od bagaży popatrzyła na wyświetlacz, na mnie, ponownie w telefon, ale to nie o to chodzi, to nie jest ten kod – nogi się pode mną ugięły. Chodzi o ten plik PDF, który jest obok, to ten należy wypełnić – skala bluzgów jaka przetoczyła się przez moją głowę, wielkością przypominała tsunami.
Miałem już odchodzić, gdy kobieta jeszcze mnie zawołała – niech pan poczeka, jeszcze coś zobaczę. Wzięła mój telefon, coś kliknęła i wyskoczyły wszystkie formularze, które ode mnie chciała.
Zgłupiałem już, czy obsługa lotniska jest tak niekompetentna, czy ja tak zacofany cyfrowo – o mały włos znowu bym nie poleciał. Do Aten dotarłem przed drugą w nocy. Musiałem zaczekać do rana, bo metro w tym mieście działa między piąta rano, a dwudziestą trzecią. Liczyło się to, że w końcu dotarłem i postanowiłem te kilka godzin poświecić na nocny spacer w okolicach lotniska.
Ateny zawsze kojarzyły mi się z zatłoczonym miastem pełnym turystów. Nocna pustka na którą trafiłem specjalnie mnie nie zdziwiła. W końcu środek nocy – pomyślałem chłonąc greckie powietrze.
W końcu ze zmęczenia chyba przysnąłem, gdy ocknąłem się na ławce dochodziła już dziewiąta. Promienie słońca szybko przegoniły chłód, który obudził mnie na ławce. Była już odpowiednia godzina, zacząłem wiec rozglądać się za wejściem do metra.
Czterdzieści minut później odsypiałem podróż w hotelowym pokoju. Wszelkie sprawy postanowiłem załatwiać dopiero następnego dnia, gdy odpocznę po podróży. Tak też poumawiałem się ze znajomymi. Gdy następnego dnia wyszedłem na ulice, coś mi nie grało, to nie były te same Ateny, które zapamiętałem.
Miasto wprawdzie nie wyglądało na wyludnione, ale nie było już takiego ruchu, na jaki zawsze trafiałem w samym centrum stolicy Grecji. Dziwne – przeleciało mi przez głowę i zanim poszedłem na spotkanie ze znajomymi, postanowiłem wpaść na znany Ateńczykom i lubiany przez turystów plac w dzielnicy Eksarchia.
Mapa pokazała, że to kwadrans drogi piechotą od hotelu. Idealny spacer. Jeśli są jakieś zamieszki, to z pewnością tam jest ich centrum – myślałem. Eksarchia, to tak zwana dzielnica niepokornych, artystow, anarchistów, komunistów i turystów.
Idąc, co chwilę mijałem grupkę mężczyzn przy skuterach – nie jest najgorzej – pomyślałem – jeśli tak beztrosko sobie stoją – nie miałem jeszcze pojęcia, że to specjalna formacja policji, powołana głównie do tego, by pacyfikować wszelkie antyrządowe demonstracje – ale o tym napiszę w osobnym reportażu, a w zasadzie fotoreportażu – po zakończeniu afrykańskiego cyklu. Na wspomnianym placu pustki, poza kilkunastoma osobami nie było tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu, to pozostałość po ostatnich demonstracjach.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

Tysiące Bułgarów domaga się dymisji rządu

Stolicą Bułgarii wstrząsają protesty. Tysiące obywatelek i obywateli domaga się, by krajem przestała rządzić „mafia”, która w ich przekonaniu panuje nad rządem Bojko Borisowa i prokuraturą generalną kierowaną przez Iwana Geszewa. O „walce o nowoczesną Bułgarię” i „bitwie o godność” mówi prezydent Rumen Radew, który zażądał od Borisowa dymisji.

Gniew w Bułgarii narastał od kilku dni. 7 lipca Christo Iwanow, lider opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! usiłował łodzią dostać się na plażę w pobliżu rezydencji Ahmeda Dogana, założyciela Ruchu na rzecz Praw i Swobód – partii reprezentującej mniejszość turecką i bułgarskich muzułmanów. Dogan uważany jest za wpływową figurę bułgarskiej polityki, osobę bliską premierowi Bojko Borisowi, a jego rezydencja w pobliżu Burgas od dawna była przedmiotem zainteresowania krytycznych dzienikarzy. Chociaż brzeg morza nie jest własnością prywatną, Iwanow został wypędzony z plaży przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej Narodowej Służby Ochrony (NSO). Sprawę skomentował prezydent Rumen Radew, stwierdzając, że nie ma żadnego powodu, dla którego państwowe służby powinny ochraniać nieruchomość Dogana.
Dzień później, 9 lipca, policja, na polecenie prokuratury, wkroczyła do kancelarii prezydenta. Mundurowi przeprowadzili przeszukanie u prezydenckiego doradcy ds. prawnych i walki z korupcją Płamena Uzunowa oraz w gabinecie doradcy ds. bezpieczeństwa i obrony Iliji Miłuszewa. Obydwaj zostali ponadto przesłuchani, według prokuratury – w związku ze śledztwami odpowiednio dotyczącymi złamania tajemnicy państwowej i nadużyć. Prokurator generalny Iwan Geszew zapewniał, że między skandalem z willą Dogana a najściem na prezydenckie biura nie ma związku, jednak tysiące obywateli i obywatelek mu nie uwierzyło.
Zwolennicy prezydenta jeszcze tego samego dnia zaczęli gromadzić się pod pałacem prezydenckim w Sofii. Do wsparcia prezydenta i protestu przeciwko działaniom Geszewa wezwała organizacja „Sprawiedliwość dla wszystkich”. Rumen Radew przemówił do zebranych, wzywając do oczyszczenia rządu i prokuratury z przedstawicieli mafii. Prezydent, sprawujący urząd od 2015 r. i wybrany z poparciem Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, daleko nie pierwszy raz występuje z podobnymi zarzutami pod adresem rządu Borisowa i partii GERB. Konflikt między głową państwa i szefem rządu trwa od dawna; w ubiegłym roku Radew sprzeciwiał się powierzeniu Iwanowi Geszewowi stanowiska prokuratora generalnego.
– Zwolennicy Radewa uważają go za prawdziwego bułgarskiego męża stanu: niezależnego, stanowczego, wyważonego, uczciwego człowieka. Integruje zarówno starsze, jak i młode pokolenie, wszystkich, którzy są zniesmaczeni postępowaniem obecnych władz Bułgarii – tłumaczy w rozmowie z Portalem Strajk Władimir Mitew, bułgarski dziennikarz, redaktor lewicowego portalu Barikada. – To Radew twierdził, że obecne elity są skorumpowane, a mafia powinna zostać przepędzona. Radew już w swojej kampanii wyborczej (w 2016 r. – przyp. MKF) atakował GERB za korupcję i zdobył poparcie ludzi zarówno o lewicowych, jak i prawicowych poglądach. Mówił rzeczy, które ludzie chcieli usłyszeć, i które teraz są powtarzane. Wygląda na to, że jest konsekwentny, obecnie stał się wyrazicielem społecznego niezadowolenia. Jakie będą tego efekty? Za wcześnie, by prognozować; trzeba dalej przyglądać się biegowi wypadków.
A te na razie rozwijają się w sposób dla Bułgarii co najmniej rzadki: zarówno 10, jak i 11 lipca tysiące protestujących przemaszerowało przez historyczne centrum Sofii spod budynku pałacu prezydenckiego na Most Orłów. Ostatni raz podobne tłumy gromadziły się w stolicy na demonstracjach w 2014 r. W sobotę 11 lipca Rumen Radew oficjalnie wezwał Bojko Borisowa i Iwana Geszewa, by podali się do dymisji. Tylko w ten sposób jego zdaniem kryzys może zostać zażegnany. – To bitwa o naszą godność, nasze dzieci, naszą przyszłość, to bitwa o uczciwą, nowoczesną, europejską Bułgarię – mówił. Protesty miały miejsce również w Płowdiwie, drugim co do wielkości mieście w kraju.
Uczestnicy demonstracji wyrażają wściekłość nie tylko z powodu ostatnich wydarzeń. Korupcja, samowola władz, bieda, upadek usług publicznych i podstawowej infrastruktury trawiły kraj od lat. 2 mln Bułgarów już wyemigrowało, nie widząc dla siebie perspektyw godnej pracy i życia w ojczyźnie. W 2018 r. ubóstwem i wykluczeniem społecznym było zagrożonych 32,8 proc. obywateli bałkańskiego kraju– był to najgorszy wynik w Unii Europejskiej.
Na demonstracjach pojawili się wszyscy niezadowoleni z rządów GERB – z jednej strony przedstawiciele Bułgarskiej Partii Socjalistycznej na czele z jej przewodniczącą Korneliją Ninową, z drugiej – bułgarscy nacjonaliści. Niekiedy podczas protestów dały się zauważyć akcenty antytureckie – jak wtedy, gdy obecnie rządzących Bułgarią obraźliwie nazywano „janczarami”. Równocześnie Rumena Radewa poparł w wywiadzie dla bułgarskiej telewizji państwowej Cwetan Cwetanow, były minister spraw wewnętrznych i wiceprzewodniczący GERB. Ruch „Sprawiedliwość dla wszystkich” wzywa, by mimo różnic w poglądach jednoczyć się w obronie demokracji, wolności i prymatu prawa nad samowolą rządzących. Część uczestników zapewnia z kolei, że protesty są apolityczne, ponad podziałami na prawicę i lewicę, gdyż gniew wywołany przez arogancję ludzi takich jak Geszew, Borisow czy Dogan jest uniwersalny. – To również pokrywa się z retoryką Rumena Radewa, który podkreśla, że jest osobą ponad podziałem partyjnym, zwolennikiem uczciwości i godności – mówi Władimir Mitew.
Trudno na razie powiedzieć, jakie stanowisko wobec protestów w Bułgarii zajmie Unia Europejska czy USA. Europejska Partia Ludowa, do której należy GERB, zadeklarowała już poparcie dla rządu Bojko Borisowa. Swoich zwolenników w Europie ma jednak również Rumen Radew, a socjalistyczni eurodeputowani z Bułgarii mają zamiar zorganizować w Europarlamencie wysłuchanie, by przedstawić sytuację w Sofii z perspektywy protestujących.
W końcu premier Bułgarii Bojko Borisow rzuca na pożarcie trzech ministrów swojego rządu, ale sam odchodzić nie zamierza. A tego właśnie domagają się uczestnicy protestów na ulicach Sofii, trwających już od tygodnia.
Siódmego wieczora z rzędu, pod budynkami, w których pracują bułgarski rząd i prezydent – obiekty te znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie – zgromadził się kilkutysięczny tłum. Główny postulat protestujących to dymisja Bojko Borisowa i całego rządu tworzonego przez partię GERB. Korupcja, nepotyzm i nadużycia jej polityków przez wiele lat były akceptowane przez Bułgarów w milczeniu. Teraz przynajmniej część społeczeństwa ma już ich naprawdę dość. Jak iskra na proch podziałały dwa incydenty. W ubiegły wtorek polityk małej opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! udowodnił, że willa Ahmeda Dogana, lidera mniejszości tureckiej w Bułgarii związanego z ekipą Borisowa, jest bez żadnej podstawy prawnej ochraniana przez państwowe służby. Dwa dni później prokurator generalny Iwan Geszew, nominat i protegowany Borisowa, polecił policji przeszukać biura w kancelarii prezydenta Radewa.
Na protestach gromadzą się zarówno politycy i zwolennicy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (w wielu punktach podobnej do polskiego SLD), jak i sympatycy narodowej prawicy czy też ludzie, którzy wierzą, że uzdrowicielem państwa mógłby być prezydent Rumen Radew. To on od kilku miesięcy prowadził głośny w mediach spór z Borisowem, zarzucał mu, że jego rząd opanowała „mafia”, a w ubiegłym tygodniu rzucił hasło dymisji premiera.
Protesty w Sofii. Demonstrantka trzyma transparent z napisem „Bułgaria nie będzie folwarkiem Orwella”/ fot. Iskra Baewa
Bojko Borisow poddawać się nie ma zamiaru. W środę poinformował, iż po rozmowach w partyjnym gronie postanowiono, iż odejść powinni minister spraw wewnętrznych Mładen Marinow, minister finansów Władisław Goranow oraz kierująca resortem gospodarki i demografii Marijana Nikołowa. To politycy, o których od dawna spekulowano, iż są tylko marionetkami, ludźmi Ahmeda Dogana i innego bułgarskiego oligarchy związanego z GERB, Deljana Peewskiego. Protestujący przed budynkami rządowymi przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem, ale po pierwszej radości natychmiast zaczęli skandować, że to nie wystarczy.
Organizacje zajmujące się walką z korupcją oraz lewicowi komentatorzy od dawna opisują Bułgarię jako państwo niemal całkowicie zawłaszczone: GERB ma nie tylko parlamentarną większość, ale też oddał rynek medialny w ręce przychylnych sobie oligarchów, swoimi ludźmi obsadził prokuratury i sądy. Transparency International w swoim rankingu przejrzystości życia publicznego od siedmiu lat umieszcza Bułgarię na ostatnim miejscu wśród państw UE. – Ludzie nie chcą już obecnego, oligarchicznego modelu władzy – powiedział podczas protestów prezydent Rumen Radew.

Walczą z władzą, a ta z pandemią

Od kilku dni w Belgradzie dochodzi do starć manifestantów z policją. Zamieszki mają miejsce najczęściej gdy tłum próbujeł dostać się do parlamentu. Kamienie, petardy i race lecą na oddziały policji chroniące budynku. Policjanci opróżnili w końcu plac przy pomocy gazów łzawiących. Ludziom nie podoba się zarządzanie epidemią przez prezydenta Vucica.

Do 21 czerwca, daty wyborów parlamentarnych, epidemii w Serbii prawie nie było: 370 zmarłych. Ale kiedy rządząca partia prezydencka triumfalnie przejęła parlament, liczby zaczęły rosnąć. Serbowie zostali wcześniej poddani surowej kwarantannie, prezydent ogłosił zwycięstwo w walce z epidemią, według opozycji tylko po to, by doprowadzić do wyborów. Prezydent Aleksandar Vucic, kiedyś nacjonalista, dziś reprezentuje raczej tradycyjną prawicę, ale niektóre organizacje pozarządowe oskarżają go o autorytaryzm.
Na manifestacjach w stolicy i innych miastach zbiera się bardzo różnorodny tłum. Są tu młodzi, całe rodziny, lecz również grupki z krzyżami i ikonami, antyszczepionkowcy, widać, że protesty nie są organizowane przez jakąś siłę polityczną. Bezpośrednią przyczyną wyjść na ulice stało się ogłoszenie powtórnej kwarantanny, od dzisiaj. To tylko kilka dni – do poniedziałku, jak sprecyzował prezydent, ale jego ogłoszenie wywołało zniecierpliwienie: rząd prowadzi niespójną politykę. Po dwóch miesiącach pozostawania w domach, Serbowie przywrócili pełną wolność: mecze piłki nożnej z dziesiątkami tysięcy widzów, huczny restart gospodarki, otwarte knajpy i widowiska.
Manifestanci są przekonani, że rząd manipuluje liczbami epidemii, według potrzeb własnej polityki. Vucic, były minister u Slobodana Milosevica, zrezygnował z ogłoszenia stanu wyjątkowego w Belgradzie, ale poprzysiągł walkę z „chuliganami”. Ma po swojej stronie olbrzymią większość mediów, a opozycji nie ma w parlamencie. Prezydent dał do zrozumienia, że manifestacjami mogą manipulować „wpływy zagraniczne”, a oddany mu tabloid Kurir zasugerował, że winny może być Putin, który miałby złośliwie spiskować, by Serbia nie dostała się do Unii Europejskiej.