Księga Wyjścia (75)

Ballada o tragedii grecko-polskiej.

Po dojściu do placu pustki, na którym Grecy mieli walczyć z barbarzyństwem rządu, poza kilkunastoma osobami nie zastałem tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu.
Zadzwoniłem do znajomego i umówiłem się na spotkanie, poprosił żebym podjechał na skwer w okolicy jego mieszkania.
Obiecał wyjaśnić mi całą sytuację. Bez problemu znalazłem przystanek i jako samozwańczy, nowy członek greckiego stowarzyszenia „nie płacę” wsiadłem w autobus i pojechałem na gapę oczywiście.
Stowarzyszenie to powstało, gdy grecki rząd usiłował przerzucić koszty swojej nieudolnej administracji na mieszkańców, ci się zbuntowali i przestali płacić rachunki. Mniej więcej godzinę w ciągu godziny dotarłem na miejsce.
Mój znajomy już czekał, nie wymieniam jego imienia, żeby nie narobić mu kłopotów. Po krótkiej rozmowie, rzeczowo wyjaśnił mi dlaczego Ateny wyglądają niemal na wymarłe miasto. Pod pretekstem pandemii, rząd wprowadził bardzo inwigilacyjny system kontroli mieszkańców.
Po rządach Syrizy władzę przejęła partia o nazwie Nowa Demokracja – to ucharakteryzowana na chadecję czy centroprawicę zwykła dyktatura. Zaczęli od powołania, zlikwidowanej wcześniej specjalnej jednostki skuterowej policji.
Ta bez pardonu powyrzucała z pustostanów bezdomnych, którzy mieszkali w nich od lat, dbali o te budynki, robili remonty, zaprzyjaźniali się z sąsiadami. Teraz budynki te popadają w ruinę, a ludzie śpią w bramach. Na tych którzy mają mieszkania, nałożono serię ograniczeń.
Począwszy od godziny policyjnej – nie dotyczy jadących, lub wracających z pracy. Każdemu wolno wyjść jedynie w sześć miejsc, nie dalej jednak niż dwa kilometry od miejsca w którym mieszka – chyba, że pracuje dalej – to jedyny wyjątek. Przed każdym wyjściem z mieszkania muszą wysłać SMS do specjalnego centrum monitorowania. Oczywiście w tej szóstce jest praca, lekarz, sklep, no i spacer.
Ostatnie zamieszki zaczęły się siódmego marca, gdy skuterowa policja zaatakowała starszego człowieka, który zgodnie ze wszelkimi nakazami wyszedł na spacer. W jego obronie stanęli natychmiast widzący to młodzi ludzie i tak zaczęła się eskalacja konfliktu. Gdy wracałem do hotelu miałem już pełny obraz koszmaru, przez który przechodzą Grecy.
Podczas kolejnych dni biegałem po mieście i fotografowałem pustostany i bezdomnych, dzięki znajomym udało mi się dotrzeć do ludzi, którzy zamierzają dalej walczyć. Tydzień zleciał mi na rozmowach i szukaniu kogoś, kto opowie o dalszych planach protestów, czy walki z władzą. Nieliczni ludzie, których udało mi się zaczepić, byli bardzo rozmowni do momentu, gdy zahaczyłem o politykę, wtedy z uśmiechem przepraszali i szybko odchodzili, rzut oka w którąś ze stron – a z każdej stała grupa skuterowych policjantów. Sprawiali wrażenie, że są jedynymi beztroskimi obywatelami tego miasta.
Dotarłem też do tajnej kafejki, gdzie spotyka się opozycyjna młodzież, niestety nawet wiedząc, że jestem obcokrajowcem nie chcieli rozmawiać. Wcale im się nie dziwię, pracując w konspiracji, a na tym etapie są teraz greccy aktywiści nie wolno ufać nikomu.
Jedno jest pewne, lada moment wybuchnie tam potężny protest społeczny. Ten kaganiec jest już dla mieszkańców za ciasny. Nawet jeśli władze usiłują wmówić ludziom, że to dla ochrony ich zdrowia. Tak mniej więcej spędziłem cały tydzień, aż przyszedł czas powrotu. Bilet w garści, kilka razy kolega wydzwaniał na lotnisko i do wszelkich biur, że byłem pewien swego przygotowania.
Przepisy zmieniały się każdego dnia, po polskiej nauczce, gdzie cofnęli mnie z lotniska pilnowałem już wszystkiego. Do samego końca wytyczne były takie, że lecąc transferem przez Amsterdam muszę być na lotnisku przynajmniej cztery godziny przed odlotem. Tam pobierają próbkę, badają antygeny i dopiero można iść i się odprawić.
Ponieważ samolot miałem o szóstej rano, metro kursuje do 23.00, na lotnisku muszę być najpóźniej o pierwszej w nocy, pomyślałem że pojadę trochę wcześniej. Wyszedłem z hotelu o 21.00. Niecała godzinę pózniej czekałem na otwarcie punktu pobrań. Każdy lot ma swój osobny punkt. Dokładnie o pierwszej otworzyli ten przypisany do mojego lotu.
Zrobiłem test, po dwudziestu minutach wynik – negatywny (ulga). Jedną nogą już w Warszawie ustawiłem się w kolejce by nadać bagaż. Oczywiście byłem pierwszy. Gdy o czwartej otworzyli, śmiałym krokiem ruszyłem, pewien że tym razem mam wszystko co potrzeba.
Podałem cały stos dokumentów i czekałem, aż każe położyć walizkę na taśmę. Przez chwilę oglądał paszport, badania, by powiedzieć „nie mogę cię puścić, potrzebny jest jeszcze PCR” – deja vu – pomyślałem przypominając sobie identyczną przygodę sprzed tygodnia w Warszwie.
Próbowałem przekonać urzędnika, że w Amsterdamie nikt tego nie sprawdza, a jeśli gdzieś mnie cofną to najwyżej do Warszawy. Zresztą samolot miałem mieć dwie godziny po wyładowaniu, nawet przez odprawę bym nie przechodził. Urzędnik udając zafrasowaniem rozkładał tylko ręce, powiedział, że może przełożyć mi bilet na następny dzień, wylot z Aten o 17.45, ale jeszcze dzisiaj muszę zrobić ten PCR, na pytanie gdzie mogę zrobić ten test, odpowiedział, że tu, na lotnisku, punkt otwierają o ósmej rano – za cztery godziny – nieźle.
Chcąc nie chcąc wracałem dokładnie tak, jak przyleciałem – z cofnięciem na granicy. Ledwo dotrwałem do ósmej. Powrót metrem okazał się też koszmarny. Akurat 25 marca obchodzono dwustulecie niepodległości, większość stacji metra była wiec nieczynna. Po przejściu ulicą Aleksandrasa, kto zna Ateny ten wie ile ma ona kilometrów, dźwigając dwie walizki i zimową kurtkę, ledwo żywy dotarłem do hotelu.
Na drugi dzień też postanowiłem być trochę wcześniej. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem, że okienko pobrań do Amsterdamu jest otwarte, mimo, że do odlotu miałem lekko ponad pięć godzin, chciałem przynajmniej załatwić tę jedną sprawę. Gdy jednak pani zobaczyła mój bilet, powiedziała, że mogą pobrać wymaz za godzinę i piec minut. Znowu opadły ręce, ale już nie tak mocno. poszedłem wiec na kawę.
Tym razem wszystko było jak trzeba i spokojnie wróciłem do Warszawy.
Aha, w Amsterdamie nikt nie chciał żadnego zaświadczenia, mimo że wyszedłem z lotniska na papierosa.

Księga Wyjścia (74)

Ballada o polsko-greckiej tragedii.

„Pojechałbyś do Grecji? Coś się tam dzieje, jakieś zamieszki i trzeba to sprawdzić” zapytał mnie kolega z zaprzyjaźnionej agencji prasowej. Dwa razy nie musiał mnie pytać. Wprawdzie o przygodach znacznie lepiej jest czytać, niż samemu je przeżywać, to gen ciekawości wszystkiego czym można się poparzyć, zawsze w moim wypadku wygrywa. Zresztą, żeby inni mogli o tych przygodach czytać Czekałem z lekkim napięciem, ale po raz kolejny wynik negatywny. Czyli lecę.
O świcie Amsterdam, a potem Ateny. Dzisiaj, gdy piszę felieton, w Atenach jest potężna demonstracja. Szkoda, że nie zdążyłem załapać się na nią. Obiecano mi jednak nagrania, mam jednak nadzieję, że podczas pobytu będę miał okazję uczestnictwa w jakimś społecznym proteście. należy je przeżyć i opisać. Jeszcze z Polski próbowałem zrobić szybki przegląd greckich wydarzeń i poza kilkoma filmami na youtubie i niepokojącym wpisem greckiego stowarzyszenia praw człowieka, niczego specjalnego się nie dowiedziałem.
Brutalność policji, restrykcje i szykany. Ich skala nie wydawały mi się jednak aż tak ogromna jak ta francuskich czy hiszpańskich funkcjonariuszy. Dostałem kilka namiarów od znajomych, spakowałem się i licząc na „dobre wiatry” ruszyłem w te Odyseję.
Ponownie zrobiłem wszystkie badania, ostatnio ciagle gdzieś coś się dzieje i większość domowego czasu spędzam na przepakowywaniu bagaży przed kolejną podróżą.
Przestałem więc już liczyć ile razy w ciągu ostatnich tygodni wkładali mi te patyki do nosa, zdążyłem przywyknąć, chociaż zaczęło juz to podrażniać zatoki. Tym razem lot zaplanowany był przez Holandię.
Królestwo Niderlandów uznało, że jeden test Covid PCR to za mało i żeby wsiąść w samolot do Amsterdamu, należy wykonać rownież antygen. To również test, tak samo pobierany, ale szybki i mniej dokładny. Cena też niższa. Covid PCR kosztuje 500 złotych, antygen „jedynie” 200. Wszystko inne wyglada tak samo, czyli postać w białym kombinezonie i – delikatnie, lub na siłę – wpychany do nosa patyk.
Ten tańszy test musi być zrobiony nie pózniej niż sześć godziny przed wejściem do samolotu. O ile ważność testu PCR to 72 godziny, to antygen jest ważny jedynie sześć. Całe szczęście lotniska przygotowały się na takie badania i spokojnie można zrobić w budynku naprzeciwko terminalu na Okęciu.
Po zrobieniu i opłaceniu obu, osiemnastego marca stanąłem zadowolony do odprawy. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas nadawania bagażu okazało się, że do Grecji można wjechać jedynie posiadając kod QR. Nikt dokładnie nie był w stanie wytłumaczyć mi o co chodzi. I wyleciałem. Ale nie z Polski, lecz z lotniska.
Przebukowałem bilet na następny dzień i czym prędzej zacząłem wydzwaniać po znajomych i pytać o co w tym chodzi. W końcu, po wielu próbach i kilku godzinach okazało się, ze to jedynie elektroniczne formularze, które należy wypełnić.
Czyli adres pod którym się zatrzymam, w jakim celu i jak długo zamierzam przebywać w Grecji. W końcu po kilku godzinach udało się wszystko powypełniać i po komunikacie, że wszystko ok i e-mailu z odpowiednim kodem odetchnąłem z ulgą. Podejście numer dwa. Znowu kilka godzin przed odlotem szybki test.
Na szczęście PCR jeszcze nie stracił ważności, ale antygen musiałem zrobić od nowa – czyli kolejne dwie stówy na test, którego jak się okazało nikt tam nie sprawdza. Ponownie zadowolony stanąłem nadać bagaż, pokazuje kolejne testy, gdy pada podstępne QR, to z uśmiechem cwaniaka wyciągam telefon i zaskoczonej pani pokazuje mówiąc jednocześnie „mam!”.
Kobieta od bagaży popatrzyła na wyświetlacz, na mnie, ponownie w telefon, ale to nie o to chodzi, to nie jest ten kod – nogi się pode mną ugięły. Chodzi o ten plik PDF, który jest obok, to ten należy wypełnić – skala bluzgów jaka przetoczyła się przez moją głowę, wielkością przypominała tsunami.
Miałem już odchodzić, gdy kobieta jeszcze mnie zawołała – niech pan poczeka, jeszcze coś zobaczę. Wzięła mój telefon, coś kliknęła i wyskoczyły wszystkie formularze, które ode mnie chciała.
Zgłupiałem już, czy obsługa lotniska jest tak niekompetentna, czy ja tak zacofany cyfrowo – o mały włos znowu bym nie poleciał. Do Aten dotarłem przed drugą w nocy. Musiałem zaczekać do rana, bo metro w tym mieście działa między piąta rano, a dwudziestą trzecią. Liczyło się to, że w końcu dotarłem i postanowiłem te kilka godzin poświecić na nocny spacer w okolicach lotniska.
Ateny zawsze kojarzyły mi się z zatłoczonym miastem pełnym turystów. Nocna pustka na którą trafiłem specjalnie mnie nie zdziwiła. W końcu środek nocy – pomyślałem chłonąc greckie powietrze.
W końcu ze zmęczenia chyba przysnąłem, gdy ocknąłem się na ławce dochodziła już dziewiąta. Promienie słońca szybko przegoniły chłód, który obudził mnie na ławce. Była już odpowiednia godzina, zacząłem wiec rozglądać się za wejściem do metra.
Czterdzieści minut później odsypiałem podróż w hotelowym pokoju. Wszelkie sprawy postanowiłem załatwiać dopiero następnego dnia, gdy odpocznę po podróży. Tak też poumawiałem się ze znajomymi. Gdy następnego dnia wyszedłem na ulice, coś mi nie grało, to nie były te same Ateny, które zapamiętałem.
Miasto wprawdzie nie wyglądało na wyludnione, ale nie było już takiego ruchu, na jaki zawsze trafiałem w samym centrum stolicy Grecji. Dziwne – przeleciało mi przez głowę i zanim poszedłem na spotkanie ze znajomymi, postanowiłem wpaść na znany Ateńczykom i lubiany przez turystów plac w dzielnicy Eksarchia.
Mapa pokazała, że to kwadrans drogi piechotą od hotelu. Idealny spacer. Jeśli są jakieś zamieszki, to z pewnością tam jest ich centrum – myślałem. Eksarchia, to tak zwana dzielnica niepokornych, artystow, anarchistów, komunistów i turystów.
Idąc, co chwilę mijałem grupkę mężczyzn przy skuterach – nie jest najgorzej – pomyślałem – jeśli tak beztrosko sobie stoją – nie miałem jeszcze pojęcia, że to specjalna formacja policji, powołana głównie do tego, by pacyfikować wszelkie antyrządowe demonstracje – ale o tym napiszę w osobnym reportażu, a w zasadzie fotoreportażu – po zakończeniu afrykańskiego cyklu. Na wspomnianym placu pustki, poza kilkunastoma osobami nie było tam nikogo. Wisiały jedynie dwa transparenty o brutalności policji i obecnego rządu, to pozostałość po ostatnich demonstracjach.

Płonie Ameryka Łacińska

Najpierw peruwiańska oligarchia pozbyła się prezydenta Martina Vizcarry, potem lud, wychodząc masowo na ulice, zmusił do rezygnacji desygnowanego przez parlament następcę. Ale w społecznej rewolcie chodzi o coś więcej, niż sprawy personalne.

10 listopada Manuel Merino został zaprzysiężony na prezydenta po tym, gdy parlament przegłosował impeachment Martina Vizcarry. 15 listopada został zmuszony do rezygnacji. Skrajnie prawicowy polityk nie nacieszył się władzą, bo przesadził z pacyfikowaniem społecznych nastrojów już na samym początku. Gdy ludzie wyszli na ulicę protestować przeciwko parlamentarnemu zamachowi stanu, zostali potraktowani brutalnie: w trakcie rozpędzania tłumu demonstrującego w Limie w ubiegłą sobotę zginęły dwie osoby, a rannych zostało około 100. Ponadto zgłoszono zaginięcie ponad 40 młodych ludzi. Śmiertelnymi ofiarami policyjnej przemocy padli dwaj studenci: dwudziestodwuletni Jack Brian Pintado Sánchez i dwudziestoczteroletni Jordan Inti Sotelo Carnago.
Nie tylko w sobotę doszło do brutalnych aktów represji: demonstrowano w całym Peru, a policja wielokrotnie atakowała pokojowe protesty gazem łzawiącym i pieprzowym oraz gumowymi pociskami. Powszechnie podaje się, że stosowała również ostrą amunicję.
Presja na Merino spotęgowała się w momencie rezygnacji zdecydowanej większości jego skrajnie prawicowego gabinetu. 13 członków jego rządu zrezygnowało zaledwie kilka dni po nominacji. Wśród tych, którzy podali się do dymisji, byli minister spraw wewnętrznych i były generał policji, Gastón Rodriguez, który miał czelność bronić agresywnych policjantów, twierdząc, że ich metody były uzasadnione. Inny z podających się do dymisji ministrów zasugerował, że masowe demonstracje nie były spontaniczne, lecz zostały zorganizowane przez pozostałości maoistowskiej partyzantki, Świetlistego Szlaku. Merino za skompromitowanego uznały największe autorytety peruwiańskiej prawicowej oligarchii: powieściopisarz i były kandydat na prezydenta Mario Vargas Llosa oraz Keiko Fujimori, liderka Fuerza Popular i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego, uwięzionego za tworzenie szwadronów śmierci i korupcję. Żeby nie było już żadnych wątpliwości, dymisji Merino zażądało także stowarzyszenie pracodawców CONFIEP. Na koniec sam Kongres postawił mu ultimatum, że jeśli nie odejdzie, w ciągu kilku godzin zbierze się w celu głosowania nad usunięciem go ze stanowiska.
Obalony prezydent Martin Vizcarra liczył na decyzję Trybunału Konstytucyjnego o przywróceniu go na stanowisko. Trybunał miał orzec, czy Kongres miał prawo powołać się w jego przypadku na niejasną część konstytucji z 1993 roku, która zezwala na impeachment prezydenta na podstawie „trwałej niezdolności moralnej”. Klauzula ta jest szeroko interpretowana jako odnosząca się do psychicznej lub fizycznej niezdolności do pełnienia funkcji prezydenta. W przypadku Vizcarry powołano się jednak na nią, przekonując, że człowiek skorumpowany nie może być prezydentem, a Vizcarra za udzielenie zezwoleń na budowę miał wziąć setki tysięcy dolarów łapówek. Było to wiele lat temu, gdy był gubernatorem południowego regionu górniczego Moquegua.
Doniesienia o korupcji są całkowicie wiarygodne. Praktycznie każdy żyjący były prezydent Peru jest zamieszany w masowy skandal związany z przekupstwem i odbiorem zamówień publicznych na roboty budowlane, udzielonych brazylijskiemu gigantowi budowlanemu Odebrecht i jego peruwiańskim partnerom. Ponad połowa ze 105 członków Kongresu głosujących za impeachmentem Vizcarry stoi w obliczu podobnych zarzutów. Problem polega jednak na tym, że oświadczenia złożone przez oskarżonych w tej gigantycznej aferze, którzy obciążyli zeznaniami Vizcarrę, nie zostały nawet zbadane. Co dopiero mówić o ustaleniu, na ile są wiarygodne, czy też o wyroku sądowym w sprawie. W głosowaniu nad impeachmentem członkowie Kongresu wygłosili również demagogiczne przemówienia potępiające Vizcarrę za katastrofalną politykę wewnętrzną w trakcie pandemii COVID-19, mówiąc, że oddają swoje głosy w imieniu zmarłych. Przy 934 899 przypadkach i 35 177 zabitych, Peru ma najwyższy na świecie wskaźnik śmiertelności per capita, dwukrotnie wyższy niż USA i Brazylia. To oczywiście statystyka dramatyczna i nieprzynosząca rządowi chwały, ale neoliberalni peruwiańscy prawicowcy są doprawdy ostatnimi osobami, które mogą załamywać ręce nad służbą zdrowia w swoim kraju.
Jednak to nie z powodu Vizcarry Peruwiańczycy masowo wyszli na ulice. Napędza ich nienawiść do skorumpowanego Kongresu i całego systemu politycznego w Peru. Impeachment, a właściwie zamach stanu przeprowadzony zaledwie pięć miesięcy przed planowanymi wyborami prezydenckimi, to tylko jeden z przejawów tego, jak bardzo ten system jest chory. I nic dziwnego, że Merino, który został tymczasowym prezydentem, gdyż był wcześniej przewodniczącym Kongresu, nigdy nie był postrzegany przez społeczeństwo jako realna szansa na zmianę.
Większość centrolewicowego Frente Amplio głosowała w Kongresie za impeachmentem, a jeden z jego liderów Rocío Silva Santisteban został nominowany w niedzielę na nowego szefa Kongresu. To próba nadania „lewego” oblicza politycznym manewrom peruwiańskiej burżuazji i zdobycia głosów lewicy, która nic na tym nie skorzysta. Niestety socjaldemokraci idealnie dali się zapędzić w pułapkę: Verónika Mendoza, pseudolewicowa polityk, która ubiega się o nominację na prezydenta, potępiła Vizcarrę za dążenie do powrotu na urząd. Mendoza została wypędzona z masowej demonstracji w mieście Cusco, gdzie słusznie postrzegano ją jako kolejnego członka znienawidzonego establishmentu politycznego.
W ostatnim tygodniu w Peru wydarzyły się jedne z największych demonstracji w swojej historii. Setki tysięcy młodych ludzi krzyczących „Merino wynoś się” i „Zadzieracie z niewłaściwym pokoleniem” wylało się na ulice całego kraju. W
Główna demonstracja w czwartek 12 listopada odbyła się w Limie. Młodzież dosłownie zalała stołeczny centralny plac San Martin, maszerując milami od dzielnic średniej klasy wyższej, takich jak Miraflores, a także od północnych i południowych zubożałych dzielnic, w których żyją miliony rodzin robotniczych. Do protestu przyłączyły się grupy studentów z Universidad Nacional Mayor de San Marcos (UNMSM). – Manifestujemy nasze uczucia – powiedział jeden z demonstrantów, Marcelo, portalowi World Socialist Web. -Nasi politycy są skorumpowani i niewykwalifikowani. To niewyobrażalne, że Kongres zagłosowałby za impeachmentem, kiedy znajdujemy się w samym środku wielkiego kryzysu zdrowotnego. Oni o tym wiedzą, ale bardziej zależy im na tym, co mają w kieszeni. Chcemy pieniędzy na zdrowie i edukację.
Starszy pracownik, który przyłączył się do protestu, powiedział: – Pracowałem w hotelu Crillon aż do jego zamknięcia w 1999 roku. Teraz żyję z emerytury, która wynosi 1000 soles (300 dolarów). Poza tym mam chorą córkę. Nie wiem, co robić. Sądownictwo nie działa. Co do socjalizmu, myślę, że słuszne byłoby zapewnienie opieki zdrowotnej i edukacji dla wszystkich. Poza tym potrzebna jest pensja, która pozwala na godne życie.
– Jestem przeciwny stanowi wyjątkowemu. Vizcarra powinien był skończyć swoją kadencję. A potem można go osądzić, czy przyjmował łapówki od Brazylijczyków. Dobrze jest wyjść na ulice, żeby nas posłuchali, ale co wtedy? Nie mogę znaleźć na to odpowiedzi. Wiem tylko, że kapitalizm nas niszczy – podsumował Paul, student prywatnego uniwersytetu.
Demonstracje odbyły się w miastach w całym kraju od Tacna przy południowej granicy z Chile, po Chiclayo i Trujillo na północy.
W ociekającym hipokryzją oświadczeniu Departament Stanu USA zdążył pogratulować Merino. Zanim neoliberał podał się do dymisji, miał okazję przeczytać, że jego wybór pozwoli on na przeprowadzenie w kwietniu peruwiańskich wyborów wraz z „udanym demokratycznym przejściem do nowej administracji”. Waszyngton wytłumaczył ponadto, że Peruwiańczycy powinni korzystać z „prawa do demokracji”, w tym „prawa do pokojowego protestu”. To mówi rząd USA, który zmobilizował zmilitaryzowaną policję przeciwko protestującym i dąży do unieważnienia wyników wyborów prezydenckich!
Bojowość młodzieży, która wyszła na ulice, ma swoje korzenie w nierozwiązywalnym kryzysie peruwiańskiego kapitalizmu, który został gwałtownie przyspieszony przez pandemię COVID-19. Oprócz najgorszego wskaźnika umieralności, Peru stoi w obliczu największego spadku produktu krajowego brutto spośród wszystkich dużych gospodarek, z 30-procentowym spadkiem w stosunku do roku poprzedniego i prawie 50 procentowym bezrobociem na obszarach miejskich. Są to warunki leżące u podstaw przedłużającego się kryzysu rządów w peruwiańskiej kapitalistycznej oligarchii. Przybrał on formę wewnętrznego konfliktu między władzą wykonawczą i ustawodawczą, a wojsko odgrywa w nim rolę ostatecznego arbitra. Pod koniec września 2019 roku Vizcarra, przy wyraźnym poparciu sił zbrojnych, zamknął Kongres i rządził przez wiele miesięcy dekretami. W zeszłym tygodniu wojsko zmieniło swoją lojalność po spotkaniu z Merino, popierając zamach parlamentarny.
Jeśli wojsko i cała klasa rządząca wycofują się z zamachu stanu, a kolejny tymczasowy prezydent Francisco Sagastin nie będzie już strzelał do ludzi to tylko ze strachu, że masowe protesty staną się nie do opanowania, wywołując szeroką walkę społeczną ze strony klasy pracującej i najbardziej uciskanych warstw społeczeństwa. W warunkach, w których pracodawcy forsują politykę powrotu do pracy bez żadnych zabezpieczeń w obliczu ciągłych masowych zgonów na COVID-19, zarówno peruwiańska klasa rządząca, jak i ponadnarodowe korporacje górnicze pragną zahamować kryzys polityczny przy pomocy sił pseudolewicowych. Dobrze wiedzą, że ich polityka będzie wymagała zastosowania środków represyjnych wobec peruwiańskich pracowników. I można tylko żałować, że peruwiańskiej klasie pracującej brakuje rewolucyjnego przywództwa opartego na międzynarodowym i socjalistycznym programie.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu World Socialist Web Site. Tłumaczenie i adaptacja: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)

Sen o demokracji na kupie gruzów

Bułgarzy od lat bez większych emocji przyglądali się nadużyciom polityków, wszechobecnej korupcji i nieoficjalnym sieciom wpływów. Najuboższy kraj Unii Europejskiej, przeorany przez transformację ustrojową, zdawał się ostatnim miejscem, gdzie może dojść do ulicznych protestów, tak bardzo jego mieszkańcy stracili wiarę w to, że cokolwiek od nich zależy.
W lipcu 2020 r. coś się zmieniło.

Iskra Baewa, wykładowczyni Uniwersytetu św. Klemensa Ochrydzkiego w Sofii, specjalistka od najnowszej historii swojego kraju, od kilkunastu dni prawie codziennie wrzuca na Facebooka zdjęcia z protestów przeciwko rządowi Bojko Borisowa. Od 10 lipca nie opuściła ani jednego dnia demonstracji. Pytana w komentarzach, jak długo będą trwały protesty, odpowiada: tak długo, jak będzie trzeba.
Na transparentach, które trzymają ludzie widoczni na jej zdjęciach, czytamy: Precz z mafią! Bojko, idź sobie! Chcę żyć w uczciwej Bułgarii! Demonstranci zbierają się na placu między socrealistycznymi gmachami kancelarii prezydenta, rządu i parlamentu (kiedyś był tu partyjny komitet centralny). Blokują nieodległe ulice, siadają ze swoimi plakatami na pomniku Aleksandra II, rosyjskiego cara, dla Bułgarów – Cara Wyzwoliciela. I ciągle mają nadzieję, że Bojko ustąpi, weźmie pod uwagę ich głos i nowe badania opinii publicznej, w których 60 proc. społeczeństwa jest przeciwko niemu. Jednak premier i jego partia GERB są zdecydowani trwać. Borisow rzucił na pożarcie trzech ministrów, byle samemu przetrwać, obiecał nowe wydatki na cele socjalne, a wicepremier Tomisław Donczew w mediach załamuje ręce: rząd nie może odejść w czasie koronawirusowego kryzysu! Zupełnie jakby wcześniejsze rządy GERB nie wpędzały Bułgarii w kryzys permanentny.
Kilka miesięcy temu, gdy byłam w Bułgarii na krótko przed zamknięciem granic, Borisow po prostu rządził i nie podlegało to żadnej dyskusji, a ludzie starali się przetrwać każdy kolejny dzień, często – dosłownie – walcząc o przetrwanie: odsetek ubogich lub zagrożonych ubóstwem sięgał 1/3 społeczeństwa. Dominowała apatia i poczucie, że lepiej już było.
– Bułgarzy tylko w jednej czwartej mogą decydować o swoim losie. Reszta to sprawa zewnętrznych sił – powiedziała mi wtedy, w marcu, Iskra Baewa. Cytowała Dimityra Błagoewa, nestora bułgarskiego socjalizmu, i przekonywała, że jego gorzka refleksja o peryferyjnej ojczyźnie, uzależnionej od wielkich światowych wstrząsów, wiele razy sprawdziła się w historii. Potem zaznaczyła, że od 1919 r., kiedy wypowiedział te słowa, zmieniło się w jej przekonaniu tylko jedno: z jednej czwartej zrobiła się jedna dziesiąta.
Koszmar transformacji
Iskra Baewa mówiła z pozycji osoby, która naprawdę chciała coś zmienić: trzydzieści kilka lat temu była działaczką nie tak licznego ruchu dysydenckiego i szczerze wierzyła w możliwość ulepszenia bułgarskiego socjalizmu. Kiedy zobaczyła, jaki obrót przyjęła gospodarcza terapia szokowa z lat 1990-1991, przyłączyła się do Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, tylko po to, by przekonać się, że w „humanistyczny socjalizm” zapisany w jej programie wierzyli szeregowi członkowie, ale nie kierownictwo. Liderzy partii, jak dawna prawa ręka Żiwkowa, Aleksandyr Liłow, zachłysnęli się neoliberalizmem. Po drugiej stronie, w Związku Sił Demokratycznych, było to samo: pod rządami Związku, tylko w okresie 1990-1992 r., liczba bezrobotnych Bułgarów poszybowała z 65 do 577 tys. Przyjęto ustawę o prywatyzacji, ze względów ideologicznych zniszczone zostały wiejskie gospodarstwa kolektywne, chociaż większość mieszkańców wsi wcale się tego nie domagała.
– Drastycznym przykładem realizowanego bezmyślnie programu „dekomunizacji” był los spółdzielni produkcyjnych, traktowanych w tym czasie jako „ogniska komunizmu”, a ich likwidacja – jako „akt dziejowej sprawiedliwości”. Bezmyślnie przeprowadzona akcja dekolektywizacyjna przyniosła gwałtowne pogorszenie sytuacji społeczno-ekonomicznej mieszkańców wsi – pisze w swojej monografii Tadeusz Czekalski, historyk XX-wiecznej Bułgarii.
Transformacja i kolejne rządy, nieudolne i/lub nieuczciwe, otworzyły drogę do sukcesu GERB (w rozwinięciu: Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii). Na powszechny upadek infrastruktury i usług publicznych, popychający miliony ludzi do emigracji, centroprawicowa partia odpowiedziała obietnicami walki z przestępczością, wspierania rodzin, energetycznej niezależności. Od 2009 r. w żadnych wyborach partia z Borisowem na czele nie spadła poniżej 30 proc. Rządzenie i możliwość rozdzielania funduszy płynących z Europy tylko pomagało jej w konsolidowaniu władzy. Wzmacniały się i rozrastały nieoficjalne sieci powiązań na styku polityki (wielkiej i lokalnej), wymiaru sprawiedliwości, świata przestępczego. Rozkwitała korupcja, po stronie władz stała większość mediów, finansowanych przez bułgarskich oligarchów. Równocześnie wielu obywatelom, kompletnie rozczarowanym polityką, podobał się prosty i dosadny język Borisowa, jego podkreślanie wiejskich korzeni, ostentacyjna „swojskość”.
W 2018 r. Bułgaria okazała się tym państwem Unii Europejskiej, gdzie nierówności społeczne są największe, równy dostęp do publicznej edukacji i służby zdrowia to fikcja, a 1/3 obywateli nie stać nawet na ogrzanie domu w zimie. W tym też roku demografowie z Bułgarskiej Akademii Nauk ocenili, że przez niski wskaźnik urodzeń i masową emigrację do 2080 r. liczba obywatelek i obywateli skurczy się do 4,6 mln. Gdy upadał socjalizm, Bułgarów było niemal dwa razy więcej.
Młodzi, wykształceni, oburzeni
To młodych najbardziej poruszył incydent z udziałem Christo Iwanowa, lidera liberalnej, proeuropejskiej partii Tak, Bułgaria! Iwanow, który w 2014-2015 r. był u Borisowa ministrem sprawiedliwości, a teraz alarmuje Europę, że jego kraj to klasyczny przypadek państwa zawłaszczonego, z bułgarską flagą w dłoni usiłował dostać się na publiczną plażę w pobliżu posiadłości Ahmada Dogana, jednego z liderów mniejszości muzułmańskiej w Bułgarii, dobrze widzianego w kręgach bliskich GERB. Został przepędzony przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej służby: mógł ogłosić, że państwowe pieniądze są wydawane na ochranianie willi oligarchy. Zdarzenie miało miejsce 9 lipca; dwa dni później znowu to młodzi oburzyli się, gdy prokurator generalny Iwan Geszew nakazał policji przeprowadzenie przeszukania w kancelarii prezydenta Rumena Radewa i zatrzymać dwóch jego doradców. Prezydent Radew, były generał lotnictwa, nie wywodzi się z GERB, jego zwycięską kampanię wyborczą w 2016 r. popierała Bułgarska Partia Socjalistyczna. Przez ostatnie miesiące Radew systematycznie budował wizerunek polityka silnego i uczciwego, bezlitośnie punktującego korupcję i nadużycia GERB. Zdobył tym pewną sympatię, część Bułgarów jest skłonna widzieć w nim nadzieję na odnowę. Ale to nie osoba Radewa, choć jego przemówienia o przyszłości Bułgarii i potrzebie przepędzenia mafii wzbudzają entuzjazm, jest motorem napędzającym protesty.
David Bisset, dyrektor fundacji Equilibrium i ekspert ds. polityki społecznej, od 2000 r. mieszkający w bułgarskim Ruse, powiedział mi w marcu tego roku, że jeśli dla Bułgarii jest nadzieja, to leży ona w ludziach młodych i wykształconych. Takich, którym zawłaszczone państwo Borisowa pozostawia najmniej szans: ich kwalifikacje, często zdobywane niezwykle ciężką pracą, bo nierówności w edukacji zaczynają się w Bułgarii od pierwszych lat nauki, są mniej warte niż nieformalne koneksje. Szczególnie rozgoryczeni są ci, którzy studiowali za granicą i wrócili do Bułgarii tylko po to, by przekonać się, że nawet taki dyplom znaczy niewiele. Nawet, jeśli próbują swoich sił w biznesie – a wśród protestujących jest wielu takich – wszechobecna korupcja i niewidzialne sieci nie dadzą im spokoju. W normalnych warunkach wentylem bezpieczeństwa dla władz była możliwość emigracji. Ale jak myśleć o wyjeździe teraz, przy zamkniętych granicach?
Wśród młodych i wykształconych żywe jest marzenie o czystej demokracji, o europejskich standardach, które muszą zostać przyjęte w Bułgarii, by polityka przestała być brudną grą zakulisowych interesów. I jeszcze jedno źródło inspiracji, na które zwrócił mi uwagę Władimir Mitew, lewicowy dziennikarz związany z kolektywem Barikada: rumuńska prokuratura antykorupcyjna (DNA). Obserwując, jak kierująca DNA Laura Kovesi posyła za kratki kolejnych polityków, rozczarowani życiem politycznym na własnym podwórku Bułgarzy zaczęli się zastanawiać: dlaczego u nas tak nie można? Silna i niezależna prokuratura zaczęła być postrzegana jako środek do osiągnięcia wymarzonej praworządności. Umacniało się przekonanie, że za pomocą takich organów można wyeliminować określoną liczbę najbardziej nieuczciwych polityków i tym samym otworzyć drogę do prawdziwych reform. Z pola widzenia umykały kontrowersje wokół rumuńskiej walki z korupcją: jak to, że w pewnym momencie DNA stała się tak potężna, że stanęła ponad wszelkim prawem, że w budowaniu tej potęgi pomagały niejasne relacje ze służbami, a antykorupcyjne postępowania wcale nie sięgały wszystkich opcji politycznych po równo. W oczach młodych i ambitnych Bułgarów z klasy średniej wciąż przeważa przekonanie, że Rumuni przynajmniej zaczęli robić u siebie porządek, tymczasem wypromowany przez Borisowa prokurator generalny Iwan Geszew robił co najwyżej efektowne wrażenie: może i doprowadził do skazania niektórych oligarchów, ale tylko tych, którzy nie żyli dobrze z GERB. Tytułem kontrastu: w lipcu ubiegłego roku w Sofii wybuchł potężny skandal, gdy czwórka wpływowych polityków GERB nabyła za ułamek wartości apartamenty w budynku wznoszonym przez dewelopera, pod dyktando którego zmieniono wcześniej prawo budowlane. Jednak komisja antykorupcyjna nie doszukała się konfliktu interesów.
Zmienić konstytucję… i co dalej?
Spontanicznie wyłonieni przywódcy demonstracji potrafią myśleć całkiem radykalnie, jeśli chodzi o formę protestu: jeden z nich, prawnik Nikołaj Chadżigenow, wzywał, by organizować się w całym kraju i blokować, co się da – drogi, porty, lotniska, budynki administracji publicznej, sądy. Jednak jeśli chodzi o cel, to – poza dymisją Borisowa i Geszewa – horyzontem wydają się być postulaty przedterminowych wyborów (najlepiej w formie elektronicznej), reformy prokuratury i gruntownej zmiany konstytucji lub uchwalenia nowej. To stanowczo za mało, by faktycznie zablokować całą Bułgarię: postulaty, które porywają młodych i wykształconych, oburzonych na swój brak perspektyw, nie przemówią do tych, którzy są wykluczeni totalnie, ledwo wiążą koniec z końcem gdzieś w Widyniu czy Sliwenie, nie mówiąc już o mniejszych miastach i zrujnowanej wsi. Liberalny sen o uczciwej demokracji wystarczy, by skrzyknąć kilkanaście tysięcy ludzi w Sofii, obrzucić budynki rządowe papierem toaletowym i świńskimi uszami, a do tego zorganizować mniejsze protesty w innych większych miastach. Żeby przebudzić społeczeństwo i przywrócić mu wiarę, że można przełamać wieloletnią beznadzieję, to stanowczo za mało. Wygląda jednak na to, że młodzi i wykształceni nawet się nad tym nie zastanawiają.
A przecież wyrwanie wykluczonych z apatii nie jest niewykonalne, bo i poza wielkimi ośrodkami ludzie umieją trzeźwo ocenić swoją sytuację: w niedawnym sondażu 86 proc. Bułgarów stwierdziło, że prawo w ich kraju działa na rzecz bogatych, a krzywdzi biednych. Ludzie świetnie zdawali sobie sprawę również z tego, że przeciętny obywatel nie ma szans na dobrą opiekę lekarską, a sytuacja emerytów w ostatnich latach tylko się pogarszała, chociaż Borisow nieznacznie podniósł świadczenia dla nich. Co więcej – 66 proc. ankietowanych stwierdziło, że państwo powinno przeciwdziałać ubóstwu wśród dzieci – fundować im podręczniki, komputery czy stypendia. Byle bieda nie reprodukowała się z pokolenia na pokolenie, jak dzieje się to obecnie.
Ale hasła społecznej niesprawiedliwości, nierówności czy nagminnego łamania praw pracowniczych nie wybrzmiewają podczas tych protestów. Dla liberalnie nastawionych bojowników z korupcją nie są specjalnie zajmujące. Ubogi elektorat GERB, albo wykluczeni, którzy na nikogo już nie głosują, nie jest też przez nich uważany za godnego partnera do rozmowy. Bułgarska Partia Socjalistyczna jest obecna na protestach, ale ich nie akcentuje, bo jej lewicowość to ciągle hasła na papierze, nie czyny. Ona też ma swoich oligarchów i własne, chociaż odpowiednio słabsze, sieci powiązań. Do tego ludzie za bardzo pamiętają jej kompromitację w latach 90. i później, nie na darmo wreszcie Borisow powtarzał przy każdej okazji, że to „socjaliści sprzedali Bułgarię”. W szesnastym dniu protestów, gdy uczestnicy demonstracji z taką samą dezaprobatą potraktowali i Danijelę Daritkową z GERB, i liderkę „lewicowej” partii Korneliję Ninową. Obydwu zablokowano drogę, gdy miały wyjść z telewizyjnego studia, obie wygwizdano.
Swoje postulaty próbują szerzyć w protestującym tłumie młodzi działacze Kolektywu na rzecz Interwencji Społecznej i innych lewicowych grup, ale idea socjalistyczna jako taka została w Bułgarii zbyt zohydzona przez ostatnie 20 lat, by mogli odnieść szybki sukces. Nawet jeśli wspomnienie transformacji jest traumą, poprzednia epoka zachowała się w rodzinnej pamięci milionów obywateli jako czas wielkiej modernizacji i awansu społecznego, a postać Todora Żiwkowa otacza w pewnym segmencie społeczeństwa aura prawdziwej nostalgii. Swoją „swojską” pozę Borisow wypracował, właśnie naśladując gesty i styl wieloletniego przywódcy Bułgarskiej Partii Komunistycznej.
Europa, Europa
Rozczarowaniem dla proeuropejskich młodych demonstrantów jest fakt, że nie wstawiła się za nimi Europa. „Unio, zobacz, jak są wydawane twoje pieniądze”, „Droga Angelo, droga Ursulo, czy jesteście ślepe, czy też skorumpowane?” – to kolejne napisy z transparentów na proteście. Wielu uczestników manifestacji wierzyło, że skoro Bruksela tak głośno ostrzega Polskę i Węgry przed łamaniem zasad praworządności, to w końcu, po latach, przestanie przymykać oczy również na afery i nadużycia w Bułgarii. Tak się nie stało: zamiast tego GERB otrzymał poparcie od Europejskiej Partii Ludowej, Bułgarska Partia Socjalistyczna – od swojej socjaldemokratycznej frakcji Europarlamentu. Komisja Europejska jedynie przypomniała o demokratycznym prawie do protestowania.
Bruksela chce mieć spokój na granicy zewnętrznej i nad Morzem Czarnym, woli premiera Bułgarii skorumpowanego, ale przewidywalnego, bo pozbawionego większych ambicji, niż utrzymanie władzy i czerpanie z tego profitów. Wzrost znaczenia jakichkolwiek reformatorskich ośrodków, w tym frakcji prezydenta Radewa, byłby jednak z perspektywy UE pewną niewiadomą; jeden z eurodeputowanych GERB wyrażał nawet zaniepokojenie, że ewentualny rząd przejściowy mógłby się okazać „prorosyjski”. Bardzo pod publiczkę, bo Bułgaria wychodzić z NATO nie zamierza, a młodzi protestujący byliby oburzeni, gdyby zarzucić im sympatię dla Kremla. Niemniej obawa przed historycznymi związkami rosyjsko-bułgarskimi ma się na Zachodzie nieźle i snucie takich wizji może przekonać niezdecydowanych w Brukseli, by jednak zostawili Borisowa na swoim miejscu. Z podobnie zresztą prymitywnie rozumianych geopolitycznych względów UE przez całe lata godziła się z jednoosobowymi rządami i milionowymi nadużyciami oligarchy Vladimira Plahotniuka w Mołdawii – ważne było to, że odpowiednio głośno deklarował proeuropejskość.
Więc jednak to zewnętrzne siły decydują, kto będzie rządził w Sofii? Też, ale nie do końca, bo Borisow nie potrzebuje międzynarodowych zachęt, by kurczowo trzymać się stanowiska. W wykrzykiwanych hasłach „Precz z mafią” jest wiele racji: krytycy premiera Bułgarii sugerują, że jeśli straci on polityczny immunitet, to może stracić też życie, w tyle dziwnych interesów był (jest?) zamieszany. A frekwencja na protestach, sięgająca w szczytowych momentach 20 tys. ludzi, robi wrażenie, jeśli wziąć pod uwagę skromną historię bułgarskich demonstracji w ostatnich latach – ale ciągle jest za mała, by naprawdę przestraszyć cynicznych polityków i oligarchów operujących w cieniu. A nawet gdyby w GERB doszło do jakiegoś przesilenia, skutkującego ucieczką premiera, to…
– Co dałaby nam reforma polityczna bez zajęcia się ekonomiczną podstawą wszystkich problemów? Korupcja jest bezpośrednim skutkiem neoliberalizmu i ścięcia niemal do zera wydatków na administrację państwową i pensje w sektorze publicznym – komentuje Stojo Tetewenski z kolektywu Lev Fem i Studenckiego Zjednoczenia na rzecz Równości. Owszem, winnych nadużyć trzeba rozliczyć, ale traktowanie walki z korupcją jako celu samego w sobie prowadzi donikąd. Przecież reforma prokuratury czy ustanowienie republiki prezydenckiej bez zmiany całej filozofii nie sprawi, że 80 proc. Bułgarów zacznie zarabiać więcej niż 900 lewów (ok. 1800 zł) miesięcznie.

Tysiące Bułgarów domaga się dymisji rządu

Stolicą Bułgarii wstrząsają protesty. Tysiące obywatelek i obywateli domaga się, by krajem przestała rządzić „mafia”, która w ich przekonaniu panuje nad rządem Bojko Borisowa i prokuraturą generalną kierowaną przez Iwana Geszewa. O „walce o nowoczesną Bułgarię” i „bitwie o godność” mówi prezydent Rumen Radew, który zażądał od Borisowa dymisji.

Gniew w Bułgarii narastał od kilku dni. 7 lipca Christo Iwanow, lider opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! usiłował łodzią dostać się na plażę w pobliżu rezydencji Ahmeda Dogana, założyciela Ruchu na rzecz Praw i Swobód – partii reprezentującej mniejszość turecką i bułgarskich muzułmanów. Dogan uważany jest za wpływową figurę bułgarskiej polityki, osobę bliską premierowi Bojko Borisowi, a jego rezydencja w pobliżu Burgas od dawna była przedmiotem zainteresowania krytycznych dzienikarzy. Chociaż brzeg morza nie jest własnością prywatną, Iwanow został wypędzony z plaży przez ochroniarzy, którzy okazali się funkcjonariuszami państwowej Narodowej Służby Ochrony (NSO). Sprawę skomentował prezydent Rumen Radew, stwierdzając, że nie ma żadnego powodu, dla którego państwowe służby powinny ochraniać nieruchomość Dogana.
Dzień później, 9 lipca, policja, na polecenie prokuratury, wkroczyła do kancelarii prezydenta. Mundurowi przeprowadzili przeszukanie u prezydenckiego doradcy ds. prawnych i walki z korupcją Płamena Uzunowa oraz w gabinecie doradcy ds. bezpieczeństwa i obrony Iliji Miłuszewa. Obydwaj zostali ponadto przesłuchani, według prokuratury – w związku ze śledztwami odpowiednio dotyczącymi złamania tajemnicy państwowej i nadużyć. Prokurator generalny Iwan Geszew zapewniał, że między skandalem z willą Dogana a najściem na prezydenckie biura nie ma związku, jednak tysiące obywateli i obywatelek mu nie uwierzyło.
Zwolennicy prezydenta jeszcze tego samego dnia zaczęli gromadzić się pod pałacem prezydenckim w Sofii. Do wsparcia prezydenta i protestu przeciwko działaniom Geszewa wezwała organizacja „Sprawiedliwość dla wszystkich”. Rumen Radew przemówił do zebranych, wzywając do oczyszczenia rządu i prokuratury z przedstawicieli mafii. Prezydent, sprawujący urząd od 2015 r. i wybrany z poparciem Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, daleko nie pierwszy raz występuje z podobnymi zarzutami pod adresem rządu Borisowa i partii GERB. Konflikt między głową państwa i szefem rządu trwa od dawna; w ubiegłym roku Radew sprzeciwiał się powierzeniu Iwanowi Geszewowi stanowiska prokuratora generalnego.
– Zwolennicy Radewa uważają go za prawdziwego bułgarskiego męża stanu: niezależnego, stanowczego, wyważonego, uczciwego człowieka. Integruje zarówno starsze, jak i młode pokolenie, wszystkich, którzy są zniesmaczeni postępowaniem obecnych władz Bułgarii – tłumaczy w rozmowie z Portalem Strajk Władimir Mitew, bułgarski dziennikarz, redaktor lewicowego portalu Barikada. – To Radew twierdził, że obecne elity są skorumpowane, a mafia powinna zostać przepędzona. Radew już w swojej kampanii wyborczej (w 2016 r. – przyp. MKF) atakował GERB za korupcję i zdobył poparcie ludzi zarówno o lewicowych, jak i prawicowych poglądach. Mówił rzeczy, które ludzie chcieli usłyszeć, i które teraz są powtarzane. Wygląda na to, że jest konsekwentny, obecnie stał się wyrazicielem społecznego niezadowolenia. Jakie będą tego efekty? Za wcześnie, by prognozować; trzeba dalej przyglądać się biegowi wypadków.
A te na razie rozwijają się w sposób dla Bułgarii co najmniej rzadki: zarówno 10, jak i 11 lipca tysiące protestujących przemaszerowało przez historyczne centrum Sofii spod budynku pałacu prezydenckiego na Most Orłów. Ostatni raz podobne tłumy gromadziły się w stolicy na demonstracjach w 2014 r. W sobotę 11 lipca Rumen Radew oficjalnie wezwał Bojko Borisowa i Iwana Geszewa, by podali się do dymisji. Tylko w ten sposób jego zdaniem kryzys może zostać zażegnany. – To bitwa o naszą godność, nasze dzieci, naszą przyszłość, to bitwa o uczciwą, nowoczesną, europejską Bułgarię – mówił. Protesty miały miejsce również w Płowdiwie, drugim co do wielkości mieście w kraju.
Uczestnicy demonstracji wyrażają wściekłość nie tylko z powodu ostatnich wydarzeń. Korupcja, samowola władz, bieda, upadek usług publicznych i podstawowej infrastruktury trawiły kraj od lat. 2 mln Bułgarów już wyemigrowało, nie widząc dla siebie perspektyw godnej pracy i życia w ojczyźnie. W 2018 r. ubóstwem i wykluczeniem społecznym było zagrożonych 32,8 proc. obywateli bałkańskiego kraju– był to najgorszy wynik w Unii Europejskiej.
Na demonstracjach pojawili się wszyscy niezadowoleni z rządów GERB – z jednej strony przedstawiciele Bułgarskiej Partii Socjalistycznej na czele z jej przewodniczącą Korneliją Ninową, z drugiej – bułgarscy nacjonaliści. Niekiedy podczas protestów dały się zauważyć akcenty antytureckie – jak wtedy, gdy obecnie rządzących Bułgarią obraźliwie nazywano „janczarami”. Równocześnie Rumena Radewa poparł w wywiadzie dla bułgarskiej telewizji państwowej Cwetan Cwetanow, były minister spraw wewnętrznych i wiceprzewodniczący GERB. Ruch „Sprawiedliwość dla wszystkich” wzywa, by mimo różnic w poglądach jednoczyć się w obronie demokracji, wolności i prymatu prawa nad samowolą rządzących. Część uczestników zapewnia z kolei, że protesty są apolityczne, ponad podziałami na prawicę i lewicę, gdyż gniew wywołany przez arogancję ludzi takich jak Geszew, Borisow czy Dogan jest uniwersalny. – To również pokrywa się z retoryką Rumena Radewa, który podkreśla, że jest osobą ponad podziałem partyjnym, zwolennikiem uczciwości i godności – mówi Władimir Mitew.
Trudno na razie powiedzieć, jakie stanowisko wobec protestów w Bułgarii zajmie Unia Europejska czy USA. Europejska Partia Ludowa, do której należy GERB, zadeklarowała już poparcie dla rządu Bojko Borisowa. Swoich zwolenników w Europie ma jednak również Rumen Radew, a socjalistyczni eurodeputowani z Bułgarii mają zamiar zorganizować w Europarlamencie wysłuchanie, by przedstawić sytuację w Sofii z perspektywy protestujących.
W końcu premier Bułgarii Bojko Borisow rzuca na pożarcie trzech ministrów swojego rządu, ale sam odchodzić nie zamierza. A tego właśnie domagają się uczestnicy protestów na ulicach Sofii, trwających już od tygodnia.
Siódmego wieczora z rzędu, pod budynkami, w których pracują bułgarski rząd i prezydent – obiekty te znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie – zgromadził się kilkutysięczny tłum. Główny postulat protestujących to dymisja Bojko Borisowa i całego rządu tworzonego przez partię GERB. Korupcja, nepotyzm i nadużycia jej polityków przez wiele lat były akceptowane przez Bułgarów w milczeniu. Teraz przynajmniej część społeczeństwa ma już ich naprawdę dość. Jak iskra na proch podziałały dwa incydenty. W ubiegły wtorek polityk małej opozycyjnej partii Tak, Bułgaria! udowodnił, że willa Ahmeda Dogana, lidera mniejszości tureckiej w Bułgarii związanego z ekipą Borisowa, jest bez żadnej podstawy prawnej ochraniana przez państwowe służby. Dwa dni później prokurator generalny Iwan Geszew, nominat i protegowany Borisowa, polecił policji przeszukać biura w kancelarii prezydenta Radewa.
Na protestach gromadzą się zarówno politycy i zwolennicy Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (w wielu punktach podobnej do polskiego SLD), jak i sympatycy narodowej prawicy czy też ludzie, którzy wierzą, że uzdrowicielem państwa mógłby być prezydent Rumen Radew. To on od kilku miesięcy prowadził głośny w mediach spór z Borisowem, zarzucał mu, że jego rząd opanowała „mafia”, a w ubiegłym tygodniu rzucił hasło dymisji premiera.
Protesty w Sofii. Demonstrantka trzyma transparent z napisem „Bułgaria nie będzie folwarkiem Orwella”/ fot. Iskra Baewa
Bojko Borisow poddawać się nie ma zamiaru. W środę poinformował, iż po rozmowach w partyjnym gronie postanowiono, iż odejść powinni minister spraw wewnętrznych Mładen Marinow, minister finansów Władisław Goranow oraz kierująca resortem gospodarki i demografii Marijana Nikołowa. To politycy, o których od dawna spekulowano, iż są tylko marionetkami, ludźmi Ahmeda Dogana i innego bułgarskiego oligarchy związanego z GERB, Deljana Peewskiego. Protestujący przed budynkami rządowymi przyjęli tę wiadomość z entuzjazmem, ale po pierwszej radości natychmiast zaczęli skandować, że to nie wystarczy.
Organizacje zajmujące się walką z korupcją oraz lewicowi komentatorzy od dawna opisują Bułgarię jako państwo niemal całkowicie zawłaszczone: GERB ma nie tylko parlamentarną większość, ale też oddał rynek medialny w ręce przychylnych sobie oligarchów, swoimi ludźmi obsadził prokuratury i sądy. Transparency International w swoim rankingu przejrzystości życia publicznego od siedmiu lat umieszcza Bułgarię na ostatnim miejscu wśród państw UE. – Ludzie nie chcą już obecnego, oligarchicznego modelu władzy – powiedział podczas protestów prezydent Rumen Radew.

Walczą z władzą, a ta z pandemią

Od kilku dni w Belgradzie dochodzi do starć manifestantów z policją. Zamieszki mają miejsce najczęściej gdy tłum próbujeł dostać się do parlamentu. Kamienie, petardy i race lecą na oddziały policji chroniące budynku. Policjanci opróżnili w końcu plac przy pomocy gazów łzawiących. Ludziom nie podoba się zarządzanie epidemią przez prezydenta Vucica.

Do 21 czerwca, daty wyborów parlamentarnych, epidemii w Serbii prawie nie było: 370 zmarłych. Ale kiedy rządząca partia prezydencka triumfalnie przejęła parlament, liczby zaczęły rosnąć. Serbowie zostali wcześniej poddani surowej kwarantannie, prezydent ogłosił zwycięstwo w walce z epidemią, według opozycji tylko po to, by doprowadzić do wyborów. Prezydent Aleksandar Vucic, kiedyś nacjonalista, dziś reprezentuje raczej tradycyjną prawicę, ale niektóre organizacje pozarządowe oskarżają go o autorytaryzm.
Na manifestacjach w stolicy i innych miastach zbiera się bardzo różnorodny tłum. Są tu młodzi, całe rodziny, lecz również grupki z krzyżami i ikonami, antyszczepionkowcy, widać, że protesty nie są organizowane przez jakąś siłę polityczną. Bezpośrednią przyczyną wyjść na ulice stało się ogłoszenie powtórnej kwarantanny, od dzisiaj. To tylko kilka dni – do poniedziałku, jak sprecyzował prezydent, ale jego ogłoszenie wywołało zniecierpliwienie: rząd prowadzi niespójną politykę. Po dwóch miesiącach pozostawania w domach, Serbowie przywrócili pełną wolność: mecze piłki nożnej z dziesiątkami tysięcy widzów, huczny restart gospodarki, otwarte knajpy i widowiska.
Manifestanci są przekonani, że rząd manipuluje liczbami epidemii, według potrzeb własnej polityki. Vucic, były minister u Slobodana Milosevica, zrezygnował z ogłoszenia stanu wyjątkowego w Belgradzie, ale poprzysiągł walkę z „chuliganami”. Ma po swojej stronie olbrzymią większość mediów, a opozycji nie ma w parlamencie. Prezydent dał do zrozumienia, że manifestacjami mogą manipulować „wpływy zagraniczne”, a oddany mu tabloid Kurir zasugerował, że winny może być Putin, który miałby złośliwie spiskować, by Serbia nie dostała się do Unii Europejskiej.

Upadłe państwo, upadły kapitalizm

2,5 miliona więźniów, ponad 500 000 bezdomnych i 1,5 mln osób korzystających z noclegowni. 45 mln ludzi korzystających z kartek na żywność, by nie cierpieć głodu, 40 milionów bezrobotnych korzystających z zasiłków. Miliony mające problem z zapłatą czynszu za kolejny miesiąc. I jednocześnie: tylko amerykańscy miliarderzy wzbogacili się w ostatnich dwóch miesiącach o kolejne 430 miliardów dolarów, a kapitał dostał kolejne 500 miliardów od rządu w ramach ratowania rynków przed nimi samymi.

To Stany Zjednoczone, kolebka nowoczesnego kapitalizmu. Ten, jak określił to Cornel West „upadły eksperyment społeczny”, przez całe dekady stanowił główny, hegemoniczny wzór do naśladowania dla innych. Do tej pory cała nasza planeta jest kolonizowana w zgodzie z kolportowanymi przez Stany Zjednoczone wartościami.
Doktryna kapitału, która w XXI wieku miliony ludzi skazuje na walkę o elementarne prawa i przetrwanie nie ma prawa mieć przyszłości. Jej czas dobiega już końca.
Wybuch gniewu i niezadowolenia rozpoczął się od zabójstwa, którego dokonali amerykańscy policjanci. Za tym gniewem stoi jednak całe życie ściśnięte do getta, pełne upokorzeń i wyzysku. To nie jest walka na tle rasowym. Nie ma zresztą kwestii rasowej, która nie byłaby kwestią klasową i sprawą walki przeciwko wyzyskowi.
Afroamerykanie, osoby niezamożne, pracujący nielegalnie czy deklasowani ludzie pracy i ci, których pozbawia się elementarnego bezpieczeństwa są w Stanach Zjednoczonych kolonizowani dokładnie tak samo, jak ci, którzy padają ofiarą amerykańskiego wojska poza granicami tego kraju. O tym, że metody stosowane do agresji zewnętrznej stają się wewnętrzną normą, wiemy przynajmniej od czasu wydania Doktryny szoku, lecz teraz jesteśmy już świadkami kolejnej fazy późnego kapitalizmu. To kapitalizm katastroficzny, który zarządza i posila się kataklizmami poza swoim terytorium (pasożytując na wojnach i kryzysach), ale także dopuszcza do nich w swoich własnych granicach.
W rachunkach zysków i strat amerykańskiego kapitału przestało być opłacalne podtrzymywanie praw socjalnych, czy troszczenie się o bardziej zrównoważony rozwój. Ogromne nierówności i brak perspektyw dla całych rzesz amerykańskich obywateli nie biorą się jednak z błędów w kapitalistycznym zarządzaniu. Stany Zjednoczone uznały siebie za globalnego hegemona i światową stolicę kapitału finansowego. To są priorytety tego państwa. Utrzymanie hegemonicznego statusu USA stało się tożsame z utrzymaniem machiny wojennej i Wall Street. Środków na zrównoważony rozwój i sprawiedliwy podział już po prostu nie ma. Rosnące wpływy innych państw, utrzymanie szybko bogacącej się klasy właścicielskiej i sam rynkowy model wykluczają już inne rozwiązania. Istnienie elit w obecnej formie uniemożliwia przyjęcie jakichkolwiek reform. Zamiast tego jest więc deforma: USA to dziś modelowy przykład państwa stosującego wewnętrzny imperializm, które wyczerpuje swoje siły w walce z własnymi obywatelami. I to ten imperializm zawiódł, to właśnie jego nie chcą już protestujący demonstranci.
Wrogiem ludu jest państwo. I działania rządu Donalda Trumpa nieprzypadkowo wymierzone są teraz właśnie w Antifę. Ruch lewicowy, zwalczający faszyzm we wszelkiej postaci, może stać się organizacyjnym i politycznym zapleczem dla tysięcy demonstrantów protestujących w dziesiątkach miast USA. To często ludzie, którzy znają teorię, mają doświadczenie polityczne i mogą pokierować protestami tak, aby przyjęły one sensowną, polityczną postać. A z doświadczenia i historii wiemy, że rząd Stanów Zjednoczonych zawsze stosował brutalne policyjne metody w stosunku do wszystkich organizacji, które mogły stanowić dla niego polityczne zagrożenie. W podobny sposób rząd USA śledził i obstawiał agentami np. Malcolma X i wielu innych kluczowych przywódców ruchów emancypacyjnych, którzy byli podsłuchiwani, śledzeni i prześladowani. Jedynym przepisem na społeczny spokój, jaki znają Donald Trump i jego polityczni doradcy to dokręcenie śruby, jeszcze większe polityczne uciemiężenie i ewentualna likwidacja przywódców tego rodzącego się na naszych oczach ruchu oporu. To wszystko elementarz „walki z czerwonymi” spod znaku J. Edgara Hoovera, czego w kraju wspieranej przez CIA „Solidarności” nie wie prawie nikt, bo też i nikt nie ma prawa o tym wiedzieć.
Jeśli Antifa jest organizacją terrorystyczną, to czym jest rząd USA? Czym jest system polityczno-prawny, który przy pomocy wojska doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi w wielu państwach i robi to nadal?
Współczesne społeczeństwo nauczono widzieć tylko to, co podane wprost i co mieści się w dogmacie wiary w dobre państwo i dobro kierujące intencjami rządzących. To imaginarium prosto od Disneya, które wciąż siedzi w głowach znacznej części populacji. Państwo ocenia się bajkowo, niczym niewinnego jelonka Bambi lub święty Gondor z Władcy Pierścieni. Ofiary głodu, braku opieki zdrowotnej, ofiary wojen… Żadna z nich nie jest ofiarą rządu. Ci, którzy umierają przez zły system są sami sobie winni. Dzięki temu wina systemu i zalegalizowana prawnie przemoc oraz morderstwo stają się niewidoczne, bo kamery kierowane są tylko na niszczone sklepy. Inni po prostu nie istnieją, a przekaz wybielający istniejącą władzę może trwać w najlepsze. Bo pełen obraz rzeczywistości ma być kompletnie niedostępny, a ostatecznie najbardziej radykalnym dopuszczalnym medialnie głosem jest ten, który zrówna ofiary policji z ofiarami demonstrantów i będzie domagał się szybkiego zakończenia wszelkiej przemocy. To nie przypadek, że media nie prowadzą statystyk ofiar kapitalizmu. I już od dziecka wszyscy jesteśmy uczeni tego, że źli panowie to tylko ci, których nazwą złymi w istniejących mediach lub powiedzą tam o nich, że to terroryści.
Rzeczywistość jednak skrzeczy. Nie da się wmówić ludziom, że są szczęśliwi, kiedy grozi im koronawirus, tracą pracę, Amazon zarządzany przez najbogatszego człowieka świata obniża im pensję, żyją dzięki kartkom na chleb, a obok stoją wille i posiadłości należące do miliarderów. Jeśli dokładnie 2153 miliarderów posiada razem więcej niż 60 proc. światowej populacji (4,6 miliarda osób) to zabawa w udawanie, że wszystko jest w porządku, a własność trafia właśnie do tych, którzy na to zasłużyli powoli się kończy. W olbrzymim stopniu własność jest dziś po prostu w rękach beneficjentów obecnego systemu przemocy i stała się usankcjonowaną prawnie kradzieżą. To wręcz jej wskaźnik.
Ludzie, którzy umierają z powodu braku dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej i których życie staje się codzienną walką o przetrwanie będą czuli rosnącą frustrację, gniew i w końcu dojdzie też do wrzenia. „Nie mogę oddychać” (hasło tych protestów) oznacza właśnie tyle: duszę się w rasistowskim imperium, które własnych obywateli traktuje niczym kolonizowanych, bezrozumnych i niewartych publicznej opieki medycznej idiotów, którzy zgodzą się na to wszystko.
We wstępie do „Szczęśliwego człowieka”, legendarnego już filmu Lindsaya Andersona, jest krótka, czarno-biała sekwencja, która w pigułce pokazuje rasistowską sprawiedliwość. Niewolnik, który chowa dla siebie cząstkę zbiorów ma szybko uciętą rękę i wszystko to dzieje się w majestacie prawa. Winny kradzieży niewolnik jest jedynym przestępcą, którego system dostrzega. Dziś sytuacja wygląda identycznie. Niewolnikom zachowano symboliczne prawo do protestu, ale tylko pod warunkiem, że nic on nie zmieni, żadnej części zbrodniczego systemu nie stanie się krzywda, a każda bardziej radykalna akcja spotka się ze strzelaniem, którym obecnie wprost już grozi Donald Trump.
Ostatnie pytanie brzmi: kto ma tu więcej do stracenia?

Miejskie powstanie przeciwko rasizmowi

W dziesiątkach amerykańskich miast od tygodnia trwają burzliwe demonstracje połączone ze starciami z policją, podpaleniami radiowozów i budowaniem barykad. Władze wprowadziły godzinę policyjną, wysłały na ulice tysiące uzbrojonych policjantów i żołnierzy Gwardii Narodowej, kilka tysięcy demonstrantów aresztowano. W Waszyngtonie rozgoryczeni demonstranci zbliżyli się do siedziby prezydenta Trumpa. Przez kraj przechodzi największa fala rozruchów od 1968 roku, gdy zamordowano Martina Luthera Kinga.

We wtorek 26 maja w Minneapolis wybuchły masowe protesty po tym, jak z rąk białego policjanta zginął czarnoskóry mieszkaniec miasta, George Floyd. Jeden z czterech białych policjantów wezwanych do interwencji w sprawie wykroczenia klęczał przez osiem minut na szyi Floyda, gdy ten wielokrotnie krzyczał, że nie może oddychać. Wyjątkowo brutalna forma zatrzymania oraz śmierć zatrzymanego w następstwie interwencji, sprowokowały niespotykaną od kilku lat falę oburzenia i gniewu. Mieszkańcy wyszli na ulice, starli się z policją, część z nich zaatakowała policyjne radiowozy, podpalono komisariat policji w którym pracowali policjanci odpowiedzialni za śmierć Floyda.
W mieście dochodziło już wcześniej to wystąpień ulicznych i zamieszek gdy z rąk policji ginął czarnoskóry mieszkaniec. Tak było w 2015, 2016 i 2017 roku. W skali kraju takich incydentów były dziesiątki. W większości przypadków odpowiedzialni za śmierć czarnoskórego człowieka policjanci unikali konsekwencji prawnych lub konsekwencje były symboliczne.
Media głównego nurtu skupiają się na aktach wandalizmu i grabieży jakich dopuszczają się demonstranci. Faktycznie, w trakcie zamieszek zapłonęły samochody, przypadkowe budynki, obrabowano kilka supermarketów i sklepów. Nie jest to działanie, które zjednuje sympatię mediów i opinii publicznej. Wszyscy chcieliby widzieć bardziej „cywilizowane” formy protestu. Dla lewicy i demokratów skuteczną formą walki politycznej są na przykład strajki i mobilizowanie mas do współnej walki, zamiast chaotycznych form przemocy i wandalizmu.
Ale w przesiąkniętej neoliberalnym dogmatyzmem kulturze politycznej Stanów Zjednoczonych, gdzie od lat promuje się egoizm, indywidualizm i konsumpcję zamiast idei jedności i solidarności, gdzie lewica i jej idee są od dekad marginalizowane i mają niewielki wpływ na świadomość najbiedniejszych, te „bardziej cywilizowane” formy nie są szerzej znane. Nie są one znane szczególnie wśród najbardziej upośledzonych społecznie warstw Ameryki.
Agresja i przemoc, której Czarni doświadczają niemal na co dzień ze strony państwa, policji i systemu, są często jedynym “językiem politycznym” jaki znają młodzi ludzie wychowani w czarnych gettach. Nic dziwnego, że na najbardziej jaskrawe akty przemocy i rasizmu ze strony policji i państwa, ludzie ci odpowiadają jedynym językiem jaki znają – aktami agresji i przemocy.
W takiej atmosferze rabowanie sklepów jest przez demonstrantów traktowane jako wyrównywanie rachunków z systemem, który jest odpowiedzialny za ich los. Akty te nie są przemyślanymi, racjonalnymi i zaplanowanymi działaniami za którymi stoi program i plan. Jest to spontaniczna, desperacka reakcja na frustrację i bezsilność czarnej mniejszości, która nie tylko w największym stopniu doświadcza skutków ekonomicznej zapaści i bezrobocia w ostatnim czasie, ale która jest też największą ofiarą Coronawirusa. Spośród przeszło stu tysięcy śmiertelnych ofiar epidemii w USA, ogromną większość stanowią właśnie Czarni.
Pierwszą reakcją prezydenta Donalda Trumpa na zajścia w Minneapolis nie była próba dialogu czy refleksji nad przyczynami takich nastrojów w mieście. Zamiast tego Trump użył Twittera do wystosowania groźby: państwo odpowie strzałami! Trudno się dziwić, że społeczność Czarnych nie czuje się w USA jak obywatele o pełnych prawach.
Skoro jedyną obietnicą jaką państwo ma dla zdesperowanej biedoty są kule karabinów Gwardii Narodowej, to należy stwierdzić, że protesty jakie widzimy w USA są w pełni uzasadnione a za ich chaotyczną, agresywną i brutalną formę odpowiadają wspólnie: klasa panująca, państwo i system.
Protesty te dają w pewnym sensie nadzieję na przyszłość. Oto w sytuacji, gdy na całym świecie postępowe ruchy masowej kontestacji są w kryzysie, są uciszane, poddawane represjom, marginalizowane poprzez narzędzia dezinformacji, fake newsów i dominacji mediów głównego nurtu, okazuje się, że rebelie i bunty mogą się narodzić całkowicie oddolnie, bez przywódców i poza tradycyjnym spektrum partii politycznych.
Z historii wiemy, że takie początkowo chaotyczne i niepozorne wybuchy społeczne mogą się przerodzić w gigantyczne fale rewolucyjne zdolne do zmiecenia rządów, reżimów politycznych czy nawet układów geopolitycznych. Niech świeżym przykładem będzie tu Arabska Wiosna. Choć klasom panującym w regionie i mocarstwom udało się już spacyfikować jej potencjał i siłę rażenia – na różne sposoby, często bardzo brutalnie i krwawo – to wolnościowe i demokratyczne idee Arabskiej Wiosny oraz doświadczenie wspólnej walki są tam wciąż żywe.
Protesty w USA są czymś więcej niż tylko odpowiedzią na zamordowanie Georga Floyda. Są też odpowiedzią na rasizm i arogancję Donalda Trumpa i reakcją na sytuację w jakiej znalazła się amerykańska biedota w obliczu kryzysu związanego z pandemią. Ale przede wszystkim są reakcją na dekady dyskryminacji i poniżenia, reakcją na organicznie rasistowski charakter systemu ekonomicznego i politycznego w USA.
Frustracja i chęć odwetu, nawet gdy chwilowo uśpione czy spacyfikowane, pozostaną wśród Czarnych w USA do czasu aż kwestia rasizmu i ucisku mniejszości nie zostaną rozwiązane. Dlatego należy wypatrywać kolejnych wybuchów gniewu, rebelii i powstań miejskich a ich forma może być daleka od tej jaką sobie wymarzymy.

Indie: Rząd wyklucza muzułmanów

Indyjski parlament przyjął rządową ustawę o ułatwieniach w nadawaniu obywatelstwa uchodźcom z Afganistanu, Bangladeszu i Pakistanu, lecz pod jednym warunkiem: że nie są muzułmanami.

Do pierwszych manifestacji protestu doszło w północno-zachodniej części kraju, gdzie zginęło co najmniej sześć osób, by wczoraj objąć stolicę New Delhi. Policja biła manifestantów bez względu na wyznanie.
Nacjonalistyczna polityka premiera Narendy Modiego powoduje kolejne napięcia społeczne i ofiary. Jej celem jest marginalizacja społeczności muzułmańskiej w imię „tożsamości hinduskiej”, choć w Indiach od czasów niepodległości mieszka duża mniejszość wyznawców islamu – dziś to ok. 200 milionów osób (na ok. 1,3 miliarda ogółu populacji). Rząd Modiego odizolował już i wprowadził stan wojenny w muzułmańskim Kaszmirze, co stało się obiektem pełzającego konfliktu z sąsiednim Pakistanem. Tym razem zbuntowali się przede wszystkim muzułmanie ze stanu Assam, gdzie policja przystąpiła do krwawych represji.
Do protestów dołączyły ośrodki uniwersyteckie w całym kraju. W New Delhi, doszło do gwałtownych szarż policji na manifestantów: co najmniej setkę studentów odwieziono do szpitali. Na filmach widać zakrwawionych pracowników naukowych i studentów, sale zadymione gazem łzawiącym, ataki policji na kampusie i wokół.
Zdaniem ONZ, ustawa przyjęta przez nacjonalistyczny parlament jest „fundamentalnie dyskryminacyjna”. W północnych stanach władze wyłączyły internet i zakazały manifestacji. Premier Modi oskarżył opozycję o organizację zamieszek, a minister spraw wewnętrznych Amit Shah zapewniał w telewizji, że „kultura, języki, tożsamość i prawa polityczne naszych braci i sióstr z północnego wschodu pozostaną nienaruszone”, jednak znaczna część populacji muzułmańskiej jest poważnie zaniepokojona.
Przeciw ustawie manifestują też hinduiści, lecz z innego powodu: obawiają się, że wywoła ona falę emigracji do Indii hinduistów z Bangladeszu, którzy „odbiorą pracę”. Ich ustawowe uprzywilejowanie (jak i Sikhów) miałoby pogorszyć już i tak niewysoki poziom życia na północnym wschodzie kraju. Rząd zastanawia się nad wprowadzeniem stanu wyjątkowego w kilku stanach tej części subkontynentu.

Śmierć, tortury i gwałty

Inspektorzy Organizacji Narodów Zjednoczonych ujawnili ogrom okrucieństwa z jakim zetknęli się uczestnicy ludowego powstania, trwającego od ponad dwóch miesięcy w Chile. Tradycje brutalnej antykomunistycznej dyktatury Augusto Pinocheta są wciąż żywe.

ONZ-owscy inspektorzy zajmujący się monitorowaniem poziomu przestrzegania praw człowieka na świecie ogłosili w miniony piątek (13 grudnia) wyniki swoich obserwacji w Chile, gdzie od miesięcy trwają gigantyczne protesty przeciwko neoliberalnej polityce prawicowego, proamerykańskiego miliardera-prezydenta Sebastiána Piñery. Zostały one ujęte w specjalnym raporcie opracowanym przez Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka.
„Inspektorzy uzyskali przekonanie, iż podejrzenia dotyczące licznych naruszeń praw człowieka są uzasadnione” – czytamy w raporcie. Autorzy dokumentu również jednoznacznie stwierdzają, że „większość osób, które korzystają ze swojego prawa do zgromadzeń w okresie ostatnich dwóch miesięcy zachowywały się w sposób przewidywalny i pokojowy”. Jest to jednoznacznym, acz nie bezpośrednio wyrażonym, oskarżeniem. Przewijające się przez alternatywne media (gdyż większość głównonurtowych milczy na ten temat) obrazy przypominające regularną wojnę na ulicach Santiago i wielu innych miast to efekt policyjnej agresji i licznych prowokacji; odpowiedzialności za taki rozwój wypadków i przemocowe ekscesy nie ponoszą demonstranci.
Uliczne bitwy, gazowanie, pałowanie i strzelanie do przeciwników rządu nie wyczerpuje jednak arsenału represyjnej brutalności. Choć i tu inspektorzy nie szczędzą słów krytyki. Raport opisuje sytuację blisko 400 osób, które odniosły nieodwracalne obrażenia; doznały m. in. uszkodzenia oczu i twarzy. Autorzy dokumentu wskazują, że jest to wynik „bezmyślnego i bezkrytycznego” stosowania broni gładkolufowej, która wprawdzie jest „mniej śmiercionośna”, lecz policja „strzelała z bliskiej odległości” i z premedytacją oddawała strzały na wysokości głów demonstrantów, wzorem policji we Francji, gdzie rządzi inny neoliberał-ekstremista.
Szefowa skierowanej do Chile misji ONZ Imma Guerras-Delgado wskazała, że nie zdołano ustalić dokładnej liczby rannych uczestników demonstracji w tym kraju. „Oszacowano ją na minimum 3,5 tys. osób, podczas gdy maksymalna liczba może wnosić nawet 11 tys. Na tym jednak nie koniec.
Jeśli chodzi o 26 śmiertelnych ofiar uczestników protestów, to w co najmniej 11 przypadkach „śmierć spowodowano celowo” – jednoznacznie stwierdza się w dokumencie.
Raport ONZ wskazuje także na „113 przypadków znęcania się nad zatrzymanymi oraz 24 przypadki gwałtów popełnionych na aresztowanych uczestniczkach demonstracji”. W tej chwili zatrzymanych lub aresztowanych i oczekujących na decyzję sądu jest blisko 1,7 tys. osób spośród blisko 30 tys. aresztowanych od 18 października, czyli pierwszego dnia masowych protestów. Właśnie te osoby są najbardziej narażone na tortury i przestępstwa seksualne.
Oprócz tego autorzy dokumentu wskazują także na przestępstwa przeciwko własności popełniane przez funkcjonariuszy policji i wojska, czyli mówiąc językiem bardziej potocznym – ONZ oskarża chilijską policję o kradzieże i szabrownictwo pod osłoną wszczynanych przez siebie ulicznych walk.
Nieco wcześniej, pod koniec ubiegłego miesiąca na alarm biła w tej sprawie również Human Rights Watch. José Miguel Vivanco, jeden z liderów tej organizacji stwierdził wówczas, że HRW dysponuje „niepodważalnymi dowodami” na „tysiące naruszeń praw człowieka” w Chile w ciągu minionych dwóch miesięcy.
Wysokim Komisarzem ONZ ds. Praw Człowieka jest Michelle Bachelet, była dwukrotna prezydentka Chile; socjaldemokratka i przeciwniczka polityczna Piñery. Pełni tę funkcję od września 2018 r.