Żeńska końcówka po boliwijsku

Dyktatorka – trochę dziwnie to brzmi, ale jednak nowocześnie i feministycznie. Mało tego, dyktatorka Boliwii, 52-letnia Jeanine Áñez rzeczywiście uważa się za prawdziwą feministkę.

Kto wie, czy nie dlatego właśnie została wybranką Amerykanów, którzy posadzili ją w boliwijskim fotelu prezydenckim po zamachu stanu, którym kierowali. Co prawa feminizm „prezydentki” ogranicza się tylko do niektórych białych kobiet (Indianki i nie-białe to dla niej „szatani”), ale ten szczegół im nie przeszkadzał: skoro na czele faszyzującej dyktatury staje kobieta, to musi być postęp.
Áñez jest przedstawicielką tzw. feminizmu katolickiego, więc np. jej stanowisko w sprawie aborcji, czy antykoncepcji bardzo różni się od feminizmu Europejek. By ogłosić się „prezydentką” przed pustą salą parlamentu, przytargała 10-kilogramową Biblię i przyjęła prezydencką szarfę z rąk dowódcy boliwijskich sił zbrojnych gen. Williamsa Kalimana, który tego samego dnia, to jest dwa dni po zdradzeniu prezydenta Evo Moralesa i kraju, został przez CIA ewakuowany do Stanów wraz z rodziną, jak zresztą kilku innych dowódców wojska i policji, którzy brali udział w spisku.
Kaliman, jak i reszta wojskowych puczystów, to wychowanek Western Hemisphere Institute for Security Cooperation – amerykańskiej wojskowej szkoły wyższej dla latynoskich oficerów w Georgii, której trzeba było zmienić nazwę, gdyż wcześniejsza – Szkoła Ameryk – okryła się niesławą jako wylęgarnia przyszłych dozorców amerykańskiego porządku w Ameryce Łacińskiej i przede wszystkim autorów krwawych zamachów stanu „na telefon z Waszyngtonu”, gdyby coś poszło nie tak.
Stany Zjednoczone przystosowały nazwę tej słynnej szkoły do swej „doktryny Monroe”, która mówi, że cała zachodnia półkula Ziemi powinna pozostawać pod ich kontrolą. Oczywiście są wyjątki – Kuba, Wenezuela i Nikaragua, ale po eliminacji socjalisty Moralesa w Boliwii już tylko trzy i przecież wiadomo, że Amerykanie robią wszystko, by i tam zmienić rządy na posłuszne. Należy pewnie powinszować im innowacyjności – Áñez jest pierwszą dyktatorką w historii Ameryki Łacińskiej i zapewne nie ostatnią, bo trzeba iść z zgodnie z nowymi trendami.
Według historycznych wyliczeń, Áñez jest bohaterką 188 zamachu stanu w Boliwii od czasu „niepodległości” w 1825 r. To więcej niż jeden pucz na rok, więc można zrozumieć irytację w Waszyngtonie, że obalony Morales rządził aż trzynaście lat, by wyciągać kraj z chronicznej biedy. Te 13 lat było absolutnie historyczną epoką w najuboższym kraju Południowej Ameryki – miliony ludzi zaczęły jeść do syta, mieć do dyspozycji opiekę zdrowotną i szkoły, a oprócz oligarchii i biedoty w kraju pojawiło się nawet coś w rodzaju klasy średniej. Teraz nacjonalizacje, które to umożliwiły, zostaną anulowane, a programy socjalne zatrzymane.
Amerykanie wybrali ją nie tylko ze względu na kobiecość, raczej ze względu na jej mężczyznę: jest żoną ich zaufanego człowieka, kolumbijskiego polityka Hectora Carvajala, szefa faszystowskich grup paramilitarnych zajmujących się zabijaniem Indian, innych ciemnoskórych i ludzi lewicy. Oczywiście Áñez nie różni się niczym od podobnych marionetek-mężczyzn: wprowadziła dekret z zakazem „podawania informacji, które mogą prowadzić do buntu”, dała wojsku pozwolenie na bezkarne zabijanie (za czasów Moralesa nie zginął żaden manifestant, w czasie pierwszego tygodnia panowania Áñez – kilkudziesięciu) i już przedłużyła swą władzę do lata przyszłego roku, choć do 22 stycznia miały się odbyć wybory. Najwyraźniej w Waszyngtonie uznano, że nie ma się do nich co spieszyć, w końcu ostatnio ciągle wygrywali socjaliści.
Wojskowa dyktatura dyktatorki jest więc pozorną nowością – wszystko odbywa się jednak w starym stylu. Między Boliwią a Stanami Zjednoczonymi zapanowała nagle niezmącona dawna przyjaźń – trzeba będzie jeszcze tylko jakoś ustawić wybory, skoro znowu oficjalnie ma rządzić oligarchia. Ta ma rodzaj żeński i żeńską końcówkę jak dyktatorka, lecz trudno uznać, by z tego powodu coś się naprawdę zmieniło na zachodniej półkuli.

W Iraku ludowy bunt trwa

Tylko jednego dnia zginęło od policyjnych kul i granatów co najmniej sześć osób. Pierwsza od amerykańskiej agresji (16 lat temu) powszechna rewolta ludowa w Iraku pozostaje najbardziej krwawa wśród innych obecnych buntów społecznych na świecie. Jednak manifestacje, strajki i kampania nieposłuszeństwa obywatelskiego rosną, zamiast gasnąć.

Ostatni bilans protestów zbliża się do 400 zabitych i przekracza 15 tys. rannych. To skutek używania przez policję ostrej amunicji i zabójczych odłamkowych granatów gazowych, metalowych, 10-razy cięższych od używanych w Europie. Manifestanci chcą dymisji rządu, a rząd nie ma innej odpowiedzi, niż kule, gdyż postanowił trwać. Trwanie rządu, z obawy o próżnię polityczną w Iraku, popierają sąsiedzi, jak Iran, i mocarstwa, jak USA.
Ministerstwo edukacji zarządziło ponowne otwarcie szkół, po dwóch miesiącach zamieszek, lecz nic z tego. Ludzie chcą całkowitego odnowienia klasy politycznej, ciągle tej samej od amerykańskiej inwazji, uznanej za przekupną i niekompetentną: brakuje prądu i wody, a dziki neoliberalizm gospodarczy powiększył biedę. Szkoły i administracja pozostają zamknięte, szczególnie na szyickim południu kraju.
Ośrodkiem ludowej kontestacji jest Plac Tahrir w Bagdadzie. Nocą i dniem wypełniony młodzieżą domagającą się walki z bezrobociem i „zmiany wszystkiego”. „Odkleimy ich od siedzeń” – na transparentach. Próby przejścia manifestantów do Zielonej Strefy po drugiej stronie Tygrysu, gdzie znajduje się dzielnica rządowa i ambasada amerykańska, kończą się zwykle masakrą.
W Nasiriji, mieście skąd wystartował obecny bunt, manifestanci opanowali pięć mostów na Eufracie i zablokowali dojazdy do pól naftowych. Podobnie w Basrze na samym południu, gdzie rano zginęły trzy osoby: najważniejsze drogi są zablokowane, jak i strategiczny port Um Kasr nad Zatoką Perską. W świętym mieście szyitów Karbala policja strzelała do tłumu, który odpowiadał butelkami z benzyną. Trwa totalny impas polityczny: rząd obiecał zmiany w konstytucji i zmianę części gabinetu, ale nawet to do tej pory nie zostało zrealizowane.

Znów głośno

Wśród punktów zapalnych, które pojawiły się na naszej planecie, wielkich ruchów ludowych, jak we Francji, Algierii, Chile czy Libanie, obywatelska rewolucja w Iraku wyróżnia się niebywałą brutalnością represji. Podobnie jak w Chile i Francji, władze irackie przeczą przemocy przeciw manifestantom, co tylko wkurza ludzi. Według źródeł medycznych, nie żyje już ponad 300 osób, a 12 tys. jest rannych. To wszystko w kilka tygodni protestów. Dla porównania, najmniej zabójczy punkt zapalny – w Boliwii – to trzy ofiary w tym samym czasie. W Iraku rząd głośno postanowił wczoraj, że będzie dalej strzelać, ale już z otwartą przyłbicą. Do tej pory kręcił, że to jacyś „nieznani snajperzy” są winni ogólnej masakry.
Stało się to w świętym mieście szyickiego południa Nadżafie, gdzie spotykali się przywódcy parlamentarnych partii i rządu, jakby pod egidą ubranego po cywilu irańskiego gen. Kassema Soleimaniego, dowódcy sił Korpusu Strażników Rewolucji od operacji zagranicznych. Gen. Soleimani dowodzi też osobiście doborową Brygadą Al-Kuds (Jerozolima), której część jest gdzieś w Syrii, niedaleko izraelskiej granicy. „Siły polityczne doszły do wniosku, że należy utrzymać na stanowisku premiera Adela Abd al-Mahdiego i zatrzymać władzę, obiecując walkę z korupcją i poprawki w Konstytucji.” Problem w tym, że manifestanci chcą zupełnie czegoś nowego. Piszą nawet nową Konstytucję, ale przede wszystkim pragną wody i pracy.

Spokojny marsz

Kilka tygodni temu ulicami Bagdadu przeszedł długi, cichy marsz mieszkańców miasta ze świecami i lampionami w dłoniach, ku pamięci zabitych w spontanicznych manifestacjach. Ale poza tym kraj się trzęsie, mniej wśród mniejszości sunnickiej i w irackiej autonomii Kurdów. To głównie szyici, to większość się buntuje, na południe od wielowyznaniowej stolicy, prawie 10 razy większej od Warszawy. Wydawałoby się, że są przyjaźni Iranowi, lecz w Karbali, najświętszym mieście wszystkich szyitów po Mekce, Medynie, Jerozolimie i Nadżafie, ktoś podpalił irański konsulat. W mieście Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, dokąd pielgrzymują też Irańczycy, doszło do ataku na Iran! Ale to dlatego, że przyczyny ruchu nie są religijne, ani nawet narodowe, tylko żywotne. Ludzie mają po dziurki w nosie rządu i całej klasy politycznej, niezależnie od tego, czy należy do frakcji amerykańskiej, czy irańskiej.
Manifestacje, niezależnie od tego, czy są pokojowe, czy nie, są atakowane najostrzejszymi środkami. Strzelano w końcu nawet do milczącego marszu ze świecami. Gdy dochodzi do rozruchów, na pierwszej linii jest młodzież. Prawie 80 proc. irackich młodych nie ma żadnego zajęcia. Tylko w tym roku, do 1 października, początku obecnych wydarzeń, 275 młodych ludzi zadało sobie śmierć z beznadziei, według miejscowego biura Komisji Praw Człowieka. Te dane są mocno niepełne, bo samobójstwa są otoczone „wstydem społecznym”, rodziny się tym nie chwalą, a władze dbają głównie o ukrycie porażek rządu. Od kilku dni rząd już nie komunikuje bilansu ofiar i aresztowanych od 1 października: nowa masakra przekroczyła liczbę samobójców. W czasie amerykańskiej okupacji najeźdźcy zorganizowali masowy rabunek lokalnych bogactw za pośrednictwem mrowia swych prywatnych spółek. Na miejscu zrobiło się dużo kanałów telewizyjnych, neoliberalizm świecił, ale nie było prądu. „Zapanowały wolność i nędza”, jak pisał wtedy New York Times.

Garbaty Irak

Struktura władzy w Iraku pozostaje post-amerykańska, korupcjogenna, więc w zasadzie każda partia parlamentarna jest zamieszania w przekupstwo i wręcz gangsterskie afery – fałszywych kontraktów i innych sposobów nielegalnego dojenia państwa. Do tego Irak wyszedł na amerykańską wolność od razu z garbem: ma już 120 miliardów dolarów długu, a Irakijczyków jest mniej więcej tylu, co Polaków. Tylko na same (skromne) emerytury potrzeba 60 miliardów rocznie, a zyski z ropy to góra 90 miliardów i nawet jeśli doliczyć inne (skromne) dochody państwa, deficyt musi być przytłaczający, ok. 45 miliardów. W sunnickich prowincjach zdemolowanych przez Państwo Islamskie, a potem przez wojnę przeciw niemu (drugie miasto Iraku Mosul jest w ruinie), oficjalne bezrobocie przekracza 40 proc. Na szyickim południu mają połowę tego, ale to nie powód do radości.

Młodzi giną więc od pocisków dostarczonych z Unii Europejskiej, tam nieużywanych przeciw cywilom: metalowych, 10-krotnie cięższych od zwykłych granatów z gazami. Są one po prostu miażdżącymi ciała gazowymi granatami wojskowymi, jakby mało było ostrej amunicji. Irak kupuje je w Bułgarii i poza Unią, w Serbii, teraz zrobił im światową reklamę. Gaz jest tylko dodatkiem, ale według lokalnych doniesień medycznych, to nie jest jakiś zwykły gaz łzawiący, lecz co najmniej częściowo bojowy. We Francji, kiedy w policyjnym gazie używanym przeciw „żółtym kamizelkom” wykryto cyjanek, rząd – choć nerwowo – zareagował, w Iraku rząd nawet nie machnął ręką. Ma inne problemy.
Wybuch z przerwą
Za początek próby rewolucji politycznej w Iraku uważa się 1 października, kiedy od kul zginęli pierwsi manifestanci, grupa bezrobotnych o różnym wykształceniu. Kilka dni wcześniej, 26 września, niewielka grupa bezrobotnych ze świeżymi dyplomami podeszła pod siedzibę premiera Adela Abd al-Mahdiego. Policja rozpędziła ich pałkami, z działek wodnych tryskał wrzątek i wszytko tonęło w gazie. Nazajutrz premier pozbawił stanowiska gen. Abd al-Wahaba al-Saadiego, dowódcy antyterrorystycznych służb specjalnych, człowieka Stanów Zjednoczonych, ale to nie powstrzymało rozwoju wydarzeń. 1 października na Plac Tahrir w Bagdadzie wyszło najpierw kilkadziesiąt osób, zanim zaczęto strzelać.

Po kilku masakrach nastąpiło 18 świętych dni pielgrzymki szyitów do Karbali, tj. przestrzegania pokoju. Po nim manifestanci wrócili na ulice i place, w stolicy i na południu: nastąpiły nowe masakry – m.in. w Majsan, Karbali i Bagdadzie. Administracja w wielu miejscach nie działa, rząd wyłączył internet, co w niektórych krajach staje się stałą praktyką w wypadku buntów społecznych. Eksport ropy praktycznie stanął, jeśli nie liczyć autonomicznego, irackiego Kurdystanu, który wysyła swój towar przez Turcję. Premier el-Mahdi chciał się początkowo podać do dymisji, jak premier Hariri w Libanie, również objętym bezprecedensowym społecznym buntem. Ale wtedy swój przyjazd zapowiedział gen. Soleimani, co robi rzadko, gdyż niektórzy czyhają na jego życie.

My albo chaos

Według Irańczyków, Irak może się rozlecieć. Ich zdaniem spontaniczne manifestacje są wykorzystywane przez nieprzyjazne państwa. W tak krytycznej chwili należy umocnić władze irackie, jakie by nie były. Po dwóch stronach walczącej Syrii wybuchły wielkie społeczne pożary: to kolejne konsekwencje amerykańskiej inwazji na Irak, która się udała, jeśli miała mieć tak tragiczne dla regionu skutki. Jedyny sposób na oparcie się chaosowi to utrzymać rząd – taka jest linia obrony rządu, jak się można było spodziewać. Dlatego może strzelać, choć manifestanci nie są winni tej sytuacji.

Irak wyszedł z amerykańskiego napadu znacznie ogołocony, wojna trwała prawie 10 lat, a zaraz potem wojna z dżihadystami z organizacji przywleczonych przez Amerykanów z Afganistanu. Ciemnym Bagadadem do dziś wstrząsają wybuchy zamachów. Oprócz Amerykanów i Irańczyków, Irakiem bardzo interesuje się Turcja, Arabia Saudyjska i oczywiście Izrael, który bombardował ostatnio Irak, by eliminować jednostki proirańskie, jak w Syrii. Wszystkich uprzedził gen. Soleimani, który pojechał najpierw do świętej Karbali, do Wielkiego Ajatollaha Alego Sistaniego, duchowego przywódcy irackich szyitów. Wcześniej ajatollah Sistani wyraził swoje stanowisko w sprawie buntu społecznego, ale w tak sybillicznych słowach, że dopiero rzecznicy musieli je wyjaśniać: „Lepiej, żeby rząd nie upadał”.

Polityka i krew

Soleimani to wysłannik osobisty irańskiego ajatollaha Alego Chamenei, którego szyici z Iranu i Libanu uważają za rodzaj papieża. Generał sfotografował się niedawno w cywilu, ale tylko w towarzystwie starego ajatollaha.
Był z nimi przywódca szyitów z Libanu Hassan Nasrallah, szef stosunkowo progresywnej Partii Boga (Hezbollah). Zaraz po nim do Teheranu przyjechał Moktada Sadr, udrapowany w szaty „wycofania duchowego” (itikaf), polityczny przywódca irackich szyitów, który stracił głowę po wybuchu zamieszek. Z początku głośno ujął się za manifestantami, w wyborczych koalicjach występuje zresztą z komunistami, ale Sistani musiał go przekonać do czegoś odwrotnego. Później gen. Soleimani ułożył to ze wszystkimi w Nadżafie.
Robotnicy naftowi z Basry podjęli podobne protesty latem zeszłego roku, stłumione przez milicje proirańskie. Trzy lata temu w mieście zanotowano niemal rekord świata: + 53,9 stopni Celsjusza, spróbujcie to sobie wyobrazić. Region strajkuje, bo chce wody, a państwo nie inwestuje w infrastrukturę. W zeszłym roku udało się władzom pchnąć wodę do kranów w mieście, ale bez uruchamiania oczyszczalni. Zachorowało ponad 100 tys. osób. Gdy różne potęgi patrzą po sobie w Iraku, zwykli ludzie giną na ulicach pragnąc innego życia.

 

Podwyżka cen benzyny podpala Iran

Od soboty Iranem wstrząsa nowa fala protestów. Obywatelki i obywatele z różnych części kraju wyszli na ulice z powodu obniżenia limitu dopuszczalnego zużycia subsydiowanej benzyny.

Protestujący blokują bulwary i ścierają się z policją. Wieczorem w republice islamskiej przestał normalnie działać internet.
Nowe regulacje pozwalają każdemu kierowcy w Iranie kupić w miesiącu 60 litrów benzyny po 15 tys. riali (50 gr) za litr; każdy kolejny litr kosztuje 30 tys. riali. To znacznie mniej niż do tej pory, gdy obowiązywał limit 250 litrów po 10 tys. riali za litr. Pieniądze uzyskane z ograniczenia programu subsydiów mają pozwolić rządowi prowadzić inny program socjalny – wsparcia dla ubogich rodzin. W jego ramach pomoc ma otrzymać 18 mln irańskich rodzin, ok. 60 mln obywatelek i obywateli. Rząd tłumaczy również, że chce ograniczyć przemyt paliwa.
Protesty wybuchły w sobotę równocześnie w różnych częściach kraju. Przybierały niekiedy dramatyczną formę: w większych miastach demonstranci wychodzili z uboższych dzielnic na szerokie bulwary, starali się budować blokady. W Szirazie i Isfahanie z powodu społecznego niezadowolenia odwołano w niedzielę zajęcia w szkołach i na uczelniach (dniem wolnym od pracy i nauki jest piątek). Na kanale BBC w języku perskim ukazał się film przedstawiający kobietę leżącą na ziemi i krzyczącą, że gdy droga jest benzyna, drożeje wszystko. Demonstrantka z Nadżafabadu, jak ją podpisano, ubrana jest w białą szatę pogrzebową i niesie Koran, co ma pokazać, że nie jest przeciwniczką władz, a jedynie domaga się, by pochyliły się nad losem potrzebujących.
Podczas protestów doszło do konfrontacji i starć z policją. Byli ranni i ofiary śmiertelne – według niektórych doniesień bilans zabitych w niedzielę przekroczył 10 osób.
MCI, Rightel i IranCell, największe irańskie sieci komórkowe, od sobotniego wieczora przestały dawać dostęp do internetu. Stacje benzynowe w całym kraju są strzeżone przez policję.
Władze Iranu starają się panować nad sytuacją. Parlamentarzysta Ali Motahari stwierdził w niedzielę, że popełniono błędy w sposobie zakomunikowania społeczeństwu wiadomości o podwyżkach, ale wezwał obywateli do powrotu do domów, mówiąc, że z ich protestów cieszą się tylko Trump i Netanjahu. Prezydent Rouhani stara się tłumaczyć sens wprowadzonych zmian i przekonywać, że w obecnej ekonomicznej sytuacji państwa, obłożonego ciężkimi sankcjami, nie miał wielkiego pola manewru, jeśli chce utrzymać jakiekolwiek programy socjalne. Jednym głosem z Rouhanim mówi Najwyższy Przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei.
– Obecne protesty są mniejsze niż te, które wybuchły pod koniec 2017 r. i na początku r. 2018. W warunkach surowej presji międzynarodowej demonstranci najprawdopodobniej pozostaną bez sojuszników na poziomie politycznym. Nikt z irańskiej elity politycznej nie chce wywrócić jej do góry nogami. Z tego samego powodu poprzednie protesty nie przyniosły zmian w kraju – komentuje sytuację Władimir Mitew, bułgarski publicysta zajmujący się tematyką irańską, na lewicowym portalu Barikada.

Saakaszwili na nowo

Nowa fala protestów w Gruzji. Zmęczeni rządami oligarchy Bidziny Iwaniszwilego.

Obywatele wyszli na ulice, gdy poczuli się dodatkowo oszukani: po poprzednich demonstracjach obiecano im zmianę ordynacji wyborczej na proporcjonalną, a teraz parlamentarzyści nie przegłosowali stosownego projektu.
Protesty, jakie miały miejsce w Gruzji na przełomie czerwca i lipca, odbywały się m.in. pod hasłami demokratyzacji kraju poprzez wprowadzenie proporcjonalnej, a nie mieszanej ordynacji wyborczej. Opozycja i popierający ją obywatele i obywatelki wierzą, że dzięki temu zyskają lepszy wpływ na to, co dzieje się w kraju, a partia Gruzińskie Marzenie, dość bezideowa formacja oligarchy Bidziny Iwaniszwilego, nie będzie mogła tak łatwo dominować w życiu politycznym.
Parlament miał przegłosować zmianę ordynacji począwszy od wyborów w 2024 r., jednak opozycja zażądała, by zgodnie z oczekiwaniami demonstrantów z czerwca korekta nastąpiła natychmiast. Wtedy część parlamentarzystów Gruzińskiego Marzenia nie posłuchała wezwań lidera własnej partii i zagłosowała przeciwko. Do większości niezbędnej dla poprawek w konstytucji, jak w tym przypadku, zabrakło 12 głosów. Bidzina Iwaniszwili rozłożył ręce.
Opozycja mobilizuje tymczasem ludzi na ulicach, a wśród potencjalnych liderów znowu jest Micheil Saakaszwili, lider Zjednoczonego Ruchu Narodowego, który współanimował protesty już w czerwcu. On i inni aktywiści, w tym nowy ruch opozycyjny „Lelo” i były prezydent Giorgi Margwelaszwili apelują o przyspieszone wybory. Część polityków Gruzińskiego Marzenia, skłonna zgodzić się na nową ordynację, jakby szykując się na kłopoty odcina się od kolegów głosujących wbrew oczekiwaniom demonstrantów: tak postąpiła m.in. wiceprzewodnicząca parlamentu Tamar Changoszwili, która po ogłoszeniu wyników głosowania opuściła swoje stronnictwo.

Powrót kamizelek

W sobotę minęła rocznica pierwszego wystąpienia Żółtych Kamizelek. W szczycie popularności ten ruch protestu, który zaczynał od sprzeciwiania się podwyżkom podatku od paliw, uderzającym głównie w pracowników z prowincji, mobilizował setki tysięcy ludzi.

Nie przeszkodziło to prezydentowi Macronowi kontynuować polityki neoliberalnych „reform”. Wczoraj gromadzące się w Paryżu Kamizelki zostały już tradycyjnie potraktowane gazem łzawiącym.
W dniu sobotniej mobilizacji, również już tradycyjnie, zamknięte zostały Pola Elizejskie i 23 stacje metra w centrum miasta. Sam zaś wiec Żółtych Kamizelek na Placu Włoskim (Place d’Italie) w 13 dzielnicy został błyskawicznie uznany za nielegalny, gdyż grupa radykalnych demonstrantów z czarnego bloku zniszczyła placówkę banku HSBC położoną przy placu. W innym miejscu, przy Porte de Champerret doszło do przepychanek między protestującymi i policją, ponadto funkcjonariusze przepędzili manifestantów, którzy zamierzali blokować metropolitalną obwodnicę. Prefekt Didier Lallement ogłosił wówczas, że odwołuje wydane wcześniej zezwolenie na przeprowadzenie demonstracji. Ponad 100 osób zatrzymano.
Zgromadzenia miały miejsce również poza Paryżem. Brało w nich udział po kilkaset-kilka tysięcy osób. Wiece Żółtych Kamizelek nie budzą już takich emocji jak jeszcze wiosną tego roku. Ruchowi protestu, spontanicznemu i pozbawionemu jasnego kierownictwa, udało się doprowadzić do odwołania podatku od paliw, który był praprzyczyną wystąpień. Inne, dalej idące postulaty, jak dymisja prezydenta Macrona czy zwiększenie zakresu mechanizmów demokracji bezpośredniej, zostały zignorowane. Podczas demonstracji ponad dwa tysiące osób odniosło rany, kilkadziesiąt – ciężkie obrażenia. 11 osób straciło podczas protestów życie.
Gdy media korporacyjne ubolewały w rocznicę głównie nad stratami, jakie poniosła francuska gospodarka w wyniku niepokojów – CNN wyliczył 850 mln euro po stronie biznesu i prawie 300 mln po stronie państwa – w społeczeństwie nadal tli się gniew. 14 listopada stanęła po raz kolejny służba zdrowia, zaś na 5 grudnia planowany jest strajk generalny przeciwko antyspołecznej reformie emerytalnej. Żółte Kamizelki zamierzają brać udział w protestach wspólnie z organizacjami związkowymi.

W Chile bez zmian

Ostatni strajk generalny był największym z dotychczas przeprowadzonych w ramach protestów społecznych, które ciągną się od października.

Niemal całe Chile stanęło: na ulice wyszli górnicy, portowcy, nauczycielki, lekarki, większe i mniejsze związki zawodowe, a razem z nimi uczniowie i studenci. Przez każde większe miasto przeszła demonstracja licząca od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy uczestniczek i uczestników, około dwóch milionów obywatelek i obywateli w całym kraju.
Większość z manifestacji miała charakter pokojowy. Jeśli ktoś tu stosuje przemoc, to po dawnemu policja, w wykonaniu której łamanie praw człowieka przybiera już skalę masową. Pomimo wezwań przedstawicieli ONZ policja wciąż stosuje gumowe kule i śrut — od początku rebelii ponad 200 osób ma poważnie uszkodzony wzrok na skutek ich stosowania, a duża część straciła oko na zawsze. To smutny światowy rekord.
Demonstrujący domagają się niezmiennie ustąpienia rządu i nowej konstytucji. W dalszej kolejności szeregu socjalnych reform: bezpłatnej edukacji, publicznego systemu emerytalnego, nacjonalizacji zasobów naturalnych. Widać z tego katalogu, że dotychczasowy porządek polityczno-społeczny w Chile zbankrutował. Ale prezydent stara się jednak za wszelką cenę zachować swoje stanowisko. Czy wierzy, że skoro udało się obalić socjalistycznego prezydenta Boliwii, to możliwe jest również, by neoliberał pozostał w pałacu La Moneda? Pewne jest jedno: po stronie chilijskich demonstrantów nie będą ani Stany Zjednoczone, ani Organizacja Państw Amerykańskich, ani wielkie opiniotwórcze media liberalne. Nikomu z nich nie byłby w smak porażający upadek „chilijskiego cudu”, rewolucja zmiatająca idealny przykład państwa wolnorynkowego zbudowanego przez uczniów Miltona Friedmana. Oni raczej życzą sobie, by Boliwia po puczu poszła w ślady Chile pod rządami Pinocheta.
Ale czy prezydent Sebastian Piñera może być pewien utrzymania stołka? W poniedziałek starał się manewrować: tak, rozpocznie prace nad nową konstytucją, ale opracuje ją parlament, nie będzie żadnego nowego Zgromadzenia Konstytucyjnego, o które wołają obywatele. Lud odczytał ten komunikat perfekcyjnie i zgodnie ze swym interesem zareagował: wczorajsza mobilizacja powiedziała NIE pisaniu konstytucji przez skompromitowaną elitę.
Wystąpienie prezydenta wywołało powszechne zdziwienie — Piñera nie powiedział praktycznie nic konkretnego, chociaż wcześniej kilka godzin naradzał się z ministrami. Spodziewano się ponownego ogłoszenia stanu wyjątkowego i wyprowadzenia wojska na ulice, tymczasem oświadczenie głowy państwa sprowadziło się do kilku okrągłych zdań o potępieniu przemocy społecznej, zapowiedzi wzmożenia policyjnych represji. Komentatorzy podejrzewają, że oświadczenie zostało zmienione w ostatniej chwili, co wywołało szereg domysłów. Czyżby wojsko odmówiło wyjścia na ulice? Czy ministrowie, powołani już w trakcie kryzysu, mają odmienny niż prezydent pomysł na jego zakończenie? Czy elita, która chce utrzymać neoliberalny porządek, zastanawia się właśnie, kogo wstawić na miejsce Pinery, którego poświęci bez specjalnego żalu? Niektórzy obawiają się, że to jedynie cisza przed poważną burzą. Nikt nie jest w stanie określić, co czeka społeczeństwo chilijskie w najbliższych dniach.
Równo rok temu, Camilo Catrillanca, członek jednej ze wspólnot Mapuche, wracał na traktorze z pracy w polu, gdy dosięgła go policyjna kula ze strony specjalnej antyterrorystycznej jednostki “Comando Jungla” powołanej przez obecnego prezydenta Sebastiana Piñerę. Zdarzenie odbiło się szerokim echem — rząd próbował wmówić społeczeństwu, że doszło do wymiany ognia z przestępczą szajką, zaś nagranie z przebiegu operacji “zniknęło”. Szybko wyszło jednak na jaw, że doszło do policyjnego morderstwa z zimną krwią, na bezbronnym człowieku. Przez wiele dni w całym kraju trwały poważne zamieszki.
Mapuche od lat walczą z państwem chilijskim i argentyńskim o autonomię i odzyskanie swoich historycznych terenów, które zostały sprzedane korporacjom i obszarnikom eksploatującym cały region Araucanía. Stanowią największą grupę rdzennej ludności żyjącą na obecnym terytorium Chile – około 9 procent jego obywateli i obywatelek deklaruje przynależność etniczną właśnie do tego ludu. Państwo często nazywa Mapuche mieszkających na południu kraju terrorystami z powodu stawianego przez nich oporu.
Jak co dzień od czterech tygodni, tak i wczoraj niezliczone tysiące osób wyszło na ulice, tym razem by upamiętnić Camilo Catrillancę i domagać się godnego traktowania rdzennych mieszkańców ze strony państwa. Zamiast flag chilijskich tradycyjnie obecnych na protestach, wczoraj wszędzie powiewało morze sztandarów Mapuche, Wenufoye. To barwy uznawane również przez wielu Chilijczyków za symbole buntu przeciwko opresyjnemu państwu i solidarności z represjonowanym rdzennym narodem. Epicentrum manifestacji i walk miało miejsce w Araucanía ,jednak na ulice wyszło całe Chile – sprawa Mapuche jest traktowana jako jeden z wielu powodów wybuchu społecznych protestów trwających od października. W wielu miastach ponownie doszło do ostrych starć policji z manifestantami. Aparat represji nic sobie nie robi z wezwań organizacji broniących praw człowieka na czele z ONZ do zaprzestania stosowania nieuzasadnionej przemocy.
Podczas manifestacji w Santiago dla lewicowego medium “Prensa Opal” wypowiedział się Polak mieszkający od kilku lat w Chile. – To, co ma tu miejsce to łamanie praw człowieka i niesprawiedliwość. To walka o prawa, które w Polsce są podstawowe: darmowa edukacja czy służba zdrowia. Przemoc policyjna nie może dłużej trwać – powiedział. W rękach trzymał transparent z napisem “Wszyscy mamy krew Mapuche: biedni w żyłach, bogaci na rękach”. Chwilę wcześniej policjanci zaczepili go za to, że robił zdjęcia, a gdy zorientowali się, że jest obcokrajowcem, zagrozili mu, że wyrzucą go z kraju. Odpuścili, gdy Polak okazał kartę pobytu w Chile.
Kilka dni temu piłkarze narodowej reprezentacji w piłce nożnej oświadczyli, że odmawiają zagrania meczu z Peru, który miał się odbyć w najbliższych dniach. Popularny piłkarz Gary Medel oświadczył w imieniu swojej drużyny: “W Chile toczy się najważniejszy mecz o równość i o zmianę wielu spraw, o to by Chile było sprawiedliwszym krajem”. Również podczas wczorajszej gali Latin Grammy, która odbyła się w Los Angeles gwiazda chilijskiego przemysłu rozrywkowego, światowej sławy piosenkarka Mon Laferte, podczas odbierania nagrody za najlepszy album w kategorii muzyka alternatywna, skorzystała z okazji, by wyrazić solidarność z chilijską rebelią: “Nasza walka nie ustanie, póki nie zapanuje sprawiedliwość”, brzmiał fragment wiersza jej koleżanki, który wyrecytowała na scenie. Wcześniej piosenkarka odkrywając przed fotoreporterami biust ukazała napis wymalowany na ciele: “W Chile torturują, gwałcą i mordują”.
Gdy tysiące ludzi manifestowało na ulicach, przedstawiciele partii rządzących i opozycji paktowali w ścianach parlamentu nad uspokojeniem sytuacji w kraju. Ostatecznie w środku nocy na konferencji prasowej ogłoszono parlamentarne porozumienie mające doprowadzić do zmiany konstytucji — jednego z postulatów społecznej rebelii. Plebiscyt, podczas którego Chilijczycy i Chilijki zdecydują, czy chcą zmiany konstytucji odbędzie się w kwietniu 2020 roku. Wtedy też zdecydują jakie ciało będzie tworzyć jej nową treść: „Convención Constitucional” (sami delegaci społeczni) czy „Convención mixta” (po połowie parlamentarzystów i społecznych delegatów). Wybór delegatów miałby się odbyć w październiku 2020 roku.
W obliczu tej decyzji zdania są podzielone. Część społeczeństwa cieszy się z porozumienia i odbiera je jako sukces. Jednak inni uważają je za kolejną zdradę elit politycznych, które robią wszystko, co się da by ratować swoją pozycję i przywileje. Lud żąda bowiem referendum i społecznego zgromadzenia konstytucyjnego natychmiast i bezwarunkowo. Nie ma wątpliwości, że odwlekanie o rok rozpoczęcia prac nad nową ustawą zasadniczą służy stępieniu społecznych żądań przeprowadzenia rewolucji ustrojowej w kraju oraz oddalenia w nieskończoność realnych przemian. Tym bardziej że projekt porozumienia zakłada, że nową konstytucję będzie musiało zaakceptować aż ⅔ parlamentarzystów, co skutecznie umożliwi prawicy sabotowanie jej wprowadzenia.
Porozumienia nie podpisała jedynie Komunistyczna Partia Chile, która jednak nie sprzeciwia się w całości jej treści, stojąc okrakiem pomiędzy trwaniu w establishmentowej elicie politycznej a sprawianiem pozorów reprezentowania interesów ludu. Pakt w całości i stanowczo odrzuciła natomiast Partia Humanistyczna, oświadczając, że formułowanie porozumienia w tak ważnej sprawie ponad głowami społeczeństwa jest farsą. Oddolna, społeczna lewica również nie uznaje porozumienia widząc w nim koło ratunkowe dla politycznych elit i neoliberalnego systemu. Zwracają też uwagę, że paktowanie opozycji z rządem to jego akceptacja. A o tym nie może być mowy — to rząd Piñery wyprowadził wojsko na ulice, odpowiada za masowe łamanie praw człowieka, dążenie do kryminalizacji protestów. Czy społeczny bunt złagodnieje na skutek parlamentarnego porozumienia? Czy społeczeństwo zrezygnuje z kluczowego postulatu, jakim jest natychmiastowa dymisja prezydenta i rozliczenia go za zbrodnie? Czy “kupi” ten sprytny manewr klasy politycznej i rozjedzie się do domów?

Chilijczycy wciąż na ulicach

Tym razem do Chilijczyków i Chilijek walczących o bardziej sprawiedliwy system społeczny strzelała nie policja, a obywatel amerykański o skrajnie prawicowych poglądach.

Setki tysięcy osób ponownie wyszło na ulice Santiago de Chile a wieczorem i nocą tradycyjnie doszło do starć z policją. To odpowiedź na ogłoszenie przez prezydenta Sebastiana Piñerę dziesięciu specjalnych ustaw represyjnych.
Nowe prawa ułatwią ściganie i surowe karanie takich działań, jak zakrywanie twarzy podczas demonstracji czy budowanie barykad. Nie ma wątpliwości, że chodzi o kryminalizację protestów. Ponadto ogłoszone zostały plany wzmacniające i modernizujące cały państwowy aparat represji.
Jednocześnie w czwartek Piñera zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem przedstawicieli kluczowych instytucji państwowych, w tym wojska. Rada to kolejny spadek z czasów dyktatury – pod rządami Augusto Pinocheta organ ten był zwoływany w sytuacjach zagrożenia “porządku publicznego”. Skojarzenie było oczywiste i wywołało lawinę krytyki w społeczeństwie i opozycji. Z wyrazami uznania dla prezydenta pośpieszyła natomiast, co również znamienne, skrajna prawica.
W obliczu powyższych działań rządu dążących do wzmocnienia państwa policyjnego, w stolicy kraju, w piątek wyszły setki tysięcy obywateli i obywatelek, dając do zrozumienia, że nie spoczną, póki prezydent nie ustąpi, a ich postulaty socjalne nie zaczną być realizowane.
Przedstawiciele ONZ wezwali chilijski rząd do zaprzestania stosowania gumowych kul i śrutu wobec manifestantów. Podkreślają, że ich stosowanie poważnie narusza prawa człowieka. Od momentu wybuchu protestów, od strzałów rannych zostało 1778 osób, zaś 170 straciło oko.
Rząd Sebastiana Piñery, który tak kurczowo trzyma się stołków, według niektórych sondaży cieszy się obecnie poparciem rzędu zaledwie 9 proc.
Około dwóch tysięcy osób zebrało się w niedzielę w małej miejscowości Reñaca, tuż przy znanym kurorcie Viña del Mar, w ramach trwających już ponad trzy tygodnie protestów przeciwko neoliberalizmowi i obecnemu rządowi Sebastiana Piñery. Korzystając ze słonecznej pogody manifestanci udali się na plażę, gdzie w rodzinnej atmosferze kontynuowali protest i wypoczywali. Sielankowy nastrój przerwały nagłe strzały. Tym razem strzelała jednak nie policja, co stanowi normę w ostatnich tygodniach, lecz cywil. Amerykanin John Cobin, mieszkający w Chile biały rasista otworzył ogień wprost do manifestantów. Ubrany był w żółtą kamizelkę, symbol antysystemowych protestów we Francji, który próbują sobie przywłaszczyć obecnie skrajni prawicowcy w Chile sprzeciwiający się ludowej rebelii. Kilka dni wcześniej mała grupka takich “żółtych kamizelek” zebrała się uzbrojona w tej miejscowości, by “pilnować porządku”. Wczorajsza manifestacja była także odpowiedzią na takie działania ultraprawicowców z klas wyższych.
Według pierwszych informacji rasista wysiadł z samochodu i wystrzelił co najmniej trzy razy po tym, gdy pokojowi i radośni manifestanci zajęli ulicę i zaprosili do tańców kierowców, którzy chętnie dołączali do zabawy. John Cobin, przed zamachem prawdopodobnie został rozpoznany, ponieważ miał na sobie żółtą kamizelkę, niektórzy manifestanci mieli więc zaatakować jego samochód. Wiadomo, że wskutek strzelaniny ranna została jedna osoba, którą odwieziono do szpitala. Na szczęście nie ma ofiar śmiertelnych.
Rozwścieczeni manifestacji zaczęli atakować kamieniami samochód, do którego z powrotem skrył się napastnik, zdołał on jednak odjechać z miejsca zdarzenia. Został jednak niemal natychmiast zidentyfikowany przez policję i aresztowany jeszcze tego samego dnia. Wcześniej zdołał dotrzeć do domu i wstawić na YouTube wideo, w którym wyjaśnia, że strzelał w obronie własnej i “nie popełnił niczego złego”. Jak się okazało John Cobin to Amerykanin, który wyprowadził się do Chile w 1996 roku, bo marzył o jako do “neoliberalnego raju”. Kilka lat temu udzielił wywiadu jednej z gazet, w której stwierdził, że jest największym neoliberałem w Chile. Ponadto jest wielkim fanem gen. Pinocheta oraz tzw. “Chicago Boys”, prowadzi prawicowy kanał na YouTube i jest dość rozpoznawalną postacią w swoim środowisku.
Po zdarzeniu oburzeni manifestanci zaczęli stawiać na ulicach miejscowości barykady i starli się z atakującymi służbami mundurowymi.

W Chile wciąż stan wyjątkowy

Drugi dzień stanu wyjątkowego w Chile, wprowadzonego w celu stłumienia niezadowolenia społecznego, jakie wybuchło po ogłoszeniu – już wycofanego — podwyższenia cen biletów, przebiegł pod znakiem licznych aktów przemocy ze strony wojska i policji.

Tysiące Chilijczyków, pomimo ostrych represji i pokazu siły ze strony władzy, ponownie wyszło na ulice wielu miast. Protesty miały głównie charakter rozproszony, grupowano się w niemal każdej dzielnicy, by wspólnie stukać w garnki i patelnie. Inni uderzali w naczynia z balkonów i okien. Donośne rytmy “cacerolazo” – jak nazywa się ta forma protestu znana z czasów dyktatury Pinocheta — cały dzień unosiły się nad miastem.
W stolicy kraju Santiago nadal obowiązuje godzina policyjna – już od godz. 19. Jednak po jej przekroczeniu ulice wciąż były pełne demonstrujących ludzi. Pojawiły się już filmy, jak wojskowe patrole w środku nocy zatrzymują zbłąkane osoby, a następnie je poniżają, każąc np. wykonywać przysiady. Miały miejsca również zatrzymania osób i zabierania ich w nieznanym kierunku samochodami cywilnymi. W kraju, w którym w czasach dyktatury kilka tysięcy osób w podobny sposób „zniknęło”, takie zdarzenia przywodzą najgorsze skojarzenia. Na innym filmie widać jak żołnierz bije zatrzymaną osobę, każe uciekać a następnie zaczyna strzelać do niej z karabinu.
Dochodziło wczoraj również do konfrontacji ze służbami porządkowymi oraz wojskowymi. Zdarzało się, że manifestującym udało się wypierać z ulic uzbrojonych po zęby żołnierzy, chociaż ci strzelali nie tylko w powietrze, ale i w stronę protestujących. Na zgromadzeniach niesiono transparenty z hasłami “Jesteśmy zmęczeni”, “Chile się obudziło”, “To nie metro, to godność społeczeństwa” czy “Okradziono nas ze wszystkiego, także ze strachu”. W rzeczy samej nikt już nie postrzega społecznej rebelii jako bunt przeciwko podwyżkom cen biletów. Obecnie trwa bunt przeciwko ogromnym kosztom życia w niemal całkowicie sprywatyzowanym kraju, gdzie większość kapitału trzyma w rękach zaledwie kilka chilijskich rodzin. Przez lata powtarzano w medialnym dyskursie, że Chile jest najbogatszym, najszybciej rozwijającym się i najbardziej “europejskim” krajem kontynentu, ale pomijano jednocześnie, że ma również największy wskaźnik rozwarstwienia społecznego w Ameryce Południowej. To rozwarstwienie dało właśnie o sobie głośno znać.
We wspomnianym już La Sarena demonstranci obalili pomnik hiszpańskiego konkwistadora Francisco de Aguirre, biorącego udział w podboju terytoriów obecnego Chile w XVI wieku. Wcześniej na postumencie wypisano hasło “ludobójstwo”, przypominając los rdzennych mieszkańców kraju.
Rząd zdecydował o objęciu stanem wyjątkowym kolejnych miast. Strefy, do której wysyłane są wojskowe patrole, całe czas się rozszerzają, podobnie jak ogniska niepokojów społecznych. Również wczoraj odbywały się liczne zgromadzenia ludowe, na których dyskutowano strategie i bieżące kwestie związane z rewoltą. Dziesiątki organizacji feministycznych i społecznych wezwało w poniedziałek 21 października do podjęcia strajku generalnego. Na ten dzień planowana jest ogromna mobilizacja społeczna w samym centrum miasta. Sytuacja jest dynamiczna, ciągle napływają nowe informacje jednak już wiadomo że prace wstrzymali pracownicy kilkunastu portów w całym Chile. Jak powiedział jeden z portowców: “Jesteśmy przeciwko represjom, przeciwko temu co uczynił dyktator Sebastian Pinera. Jako pracownicy portowi, jak zawsze łączymy się ze wszystkimi konfliktami społecznymi. Naprzód ci, co walczą! Ani kroku wstecz!” Prawdopodobnie stanął też niektóre kopalnie – jak ta, w której pracują robotnicy pokazani na filmie niżej podczas głosowania nad strajkiem generalnym.
Wielu przedstawicieli rozrywki i kultury opowiedziało się jednoznacznie po stronie zbuntowanego społeczeństwa. Popularny bramkarz piłkarskiej reprezentacji Chile Claudio Bravo napisał na swoim Twitterze: “Sprzedali w prywatne ręce naszą wodę, gaz, emerytury, lekarstwa, drogi, lasy, miedź, solniska Atacamy, lodowce, transport […]. Nie chcemy Chile dla nielicznych. Chcemy Chile dla wszystkich. Dosyć!”. Natomiast Mon Leferte, obecnie jedna z najpopularniejszych na świecie piosenkarek chilijskich, wielokrotnie nagradzana przez przemysł rozrywkowy, na swoim profilu społecznościowym wezwała wojskowych i policjantów do zrzucenia mundurów i stanięcia po stronie ludu. “Wy też należycie do ludu. Składaliście przysięgę na sztandar i ojczyznę. Ale czym jest ojczyzna, jeśli nie ludem?” – napisała artystka.
Ogłoszony wczoraj późnym wieczorem przez ministra spraw wewnętrznych bilans trwających od kilku dni zamieszek to 7 ofiar śmiertelnych, 152 osoby zatrzymany za różnego rodzaju akty przemocy, 40 za rabunek, 70 za dokonywanie poważnych aktów przemocy. Panuje jednak powszechne przekonanie, że to jedynie oficjalne, zaniżone liczby. Dziś na blogu prowadzonym przez Polkę mieszkającą w Chile pojawił się następujący wpis: “Jedną z ofiar zamieszek w Santiago jest młody Polak, który zginął najpewniej od „przypadkowego wystrzału” (na razie nie udało mi się ustalić, z czyich rąk, ale najpewniej: wojska lub policji). Na razie nie ujawniam jego personaliów i dokładnych okoliczności całego zajścia, ale niestety informacja jest potwierdzona”. Na razie to jedyne źródło podające informację w tej sprawie.
Pięć osób zginęło w pożarze fabryki podpalonej przez pospolitych rabusiów, którzy grasują po mieście, korzystając z wszechobecnego chaosu. Ich celem są przede wszystkim wszelkie sklepy i centra handlowe, ale także prywatne domy. Mieszkańcy organizują oddolne komitety porządkowe, by chronić się m.in. przed taką działalnością bandyterki. Nie jest tajemnicą, że wśród takich band kręcą się również policjanci w cywilu dokonujący prowokacji, by następnie mieć pretekst do interwencji.
Media chilijskie, w znakomitej większości należące do prawicowych magnatów finansowych robią wiele, by ukazać w negatywnym świetle cały ruch protestu — skupiają się na rabunkowej działalności przestępców, na aktach wandalizmu czy przemocy społecznej jednocześnie świadomie pomijając brutalność służb mundurowych. Media społecznościowe jednak bez przerwy zalewane są filmami i zdjęciami ukazującymi przemoc policji i wojska oraz jej ofiary — postrzelonych, rannych, pobitych. Pod koniec dnia prezydent Pinera, w otoczeniu wojskowych ogłosił przed kamerami: “Jesteśmy na wojnie przeciwko potężnemu wrogowi”. Społeczeństwo chilijskie przytaknęło: jesteśmy na wojnie — przeciwko niesprawiedliwościom i nierównościom społecznym.

Przepaść

Sobota spędzona w Lublinie na Marszu Równości była nad wyraz pouczającym dniem. Udało się na żywo zobaczyć argumenty, które obalają tezę, że Polacy potrafią się porozumieć i dogadać. Nie potrafią. Rzadko się zdarza widzieć tak absolutnie przeciwstawne w nastrojach grupy ludzi. Marsz Równości, kolorowy i roztańczony, w żadnym momencie nie przejawiał choćby cienia agresji wobec otaczających ich narodowców. Z drugiej zaś strony agresja była istotą i wszelkim uzasadnieniem kontrdemonstracji prawicowych ekstremistów. Ciekawe było obserwować, jak nakręcali się narodowcy tym bardziej, im łagodniej odpowiadano im na wulgarne wyzwiska lub nie odpowiadano wcale. W trakcie całego pochodu zobaczyłem tylko trzy punkty, w których przejawiały się inne niż agresywne emocje: staruszkę na ul. Lubartowskiej, która dosłownie płakała, przejmując się faktem, że policjanci robią złą rzecz ochraniając nie-ludzi, za jakich miała uczestników Marszu, przez co ściągają na siebie grzech, uczestników różańca modlących się do Matki Boskiej z pewnością w intencji nawrócenia tęczowych zboczeńców i stosunkowo młodego człowieka na pl. Litewskim, który z polską flagą w ręku, podniesionym, ale w miarę jeszcze spokojnym głosem tłumaczył policjantom obezwładniającym agresywnego troglodytę, żeby tego nie robili, bo oni, narodowcy, chronią przed zboczeniami naród polski i polskie dzieci, w tym również dzieci policjantów. Nie, przepraszam, był również przedstawiciel organizatorów (przepraszam, nie zapisałem nazwiska), który kulturalnie, ładną polszczyzną, powołując się na demokrację wyjaśniał dziennikarzom, że ci, co za nim stoją rycząc „Wypierdalać!”, to jedynie ludzie korzystający do prawa do demonstrowania swoich poglądów, podobnie jak strona przeciwna. No to razem cztery. W ogóle ciekawe, że część tej agresji w przestrzeni publicznej skierowana była nie tylko przeciwko Marszowi Równości, ale przeciwko policjantom go ochraniającym. Nakręcali się faktem, że nie mogą bez przeszkód podejść i zmasakrować ludzi, którzy są inni. A zwrócę uwagę, że na tym Marszu Równości naprawdę nie było radykalnego prezentowania swoich preferencji seksualnych, jak w miastach Zachodniej Europy. Po prostu szli, wołając o tolerancję. Co gorsze, ten nacjonalistyczny szał był powszechny. To nie tylko młodzi, napakowani testosteronem młodzi mężczyźni. Nie, obok nich stały zacne, dobrze ubrane panie, starannie intonujące okrzyk: „pe-da-ły!”, miłe staruszki wygrażające trzęsącymi się dłońmi tęczowym sztandarom, urodziwe dziewczyny, z których ust równie łatwo spływał uśmiech, jak też i obietnica „zajebię cię, ty zboku pierdolony!” oraz 10-12 letnie dzieciaki imitujący ruchy frykcyjne i bluzgający tak, że się flaki wywracały. Przekrój społeczny pełen. To wszystko razem wziąwszy do kupki oświadczam: nie ma i nie będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, zrozumienia dla inności, tolerancji czy jakie tam jeszcze ładne słowa chcecie międlić przy takich okazjach. Nie. Tęczowi mogą się uśmiechać, przesyłać całusy, próbować dyskutować powołując się na najnowsze badania światowych autorytetów. Nic to nie da. Zawsze dla środowisk narodowych będą podludźmi, których zabicie, deklarowane choćby werbalnie, będzie cnotą określającą minimum przyzwoitego człowieka. Można się przed nimi bronić samodzielnie, przy pomocy policji czy po prostu unikać. Może kiedyś, jeżeli teraz zaczniemy w szkołach pomału wprowadzać właśnie pojęcie tolerancji. Nie przekonywania, że miłość homoseksualna jest w porządku i rysowania w powiększeniu sposobów wzajemnego dostarczania sobie rozkoszy, lecz zwykłej podstawowej tolerancji dla inności. Wszelkiej. Dopiero na tej bazie można będzie iść dalej. To robota na pokolenie.