Leniwy cynik w Warszawskim Powstaniu

Jak zwykle przed rocznicami Powstania Warszawskiego kilkoro znajomych obarczonych bardziej patriotyczną pamięcią zadaje mi różne, czasem „krępujące” pytania, dotyczące tego okresu.

W kilkunastu okolicznościowych artykułach, publikowanych w różnych czasopismach, próbowałem już opowiadać o harcerskiej konspiracji, o moim braku bohaterstwa w samym Powstaniu, o pobycie w niemieckich obozach jenieckich po jego kapitulacji i o powrocie do kraju. Już kilka razy myślałem, że dociekliwość pytających się skończyła, ale się myliłem. Teraz znowu zaprzyjaźnieni goście, wyrwani z wirusowej kwarantanny, wszczepili mi dwa nowe pytania – Pierwsze – czy ja się spodziewałem Powstania i co dzisiaj o nim sądzę? I drugie – dlaczego nie brałem i nie biorę udziału w rocznicowych i nierocznicowych, „patriotycznych uroczystościach” organizowanych przez stowarzyszenia kombatantów i „władze”?

Wydaje mi się, że „między wierszami” opowiadałem i o tych sprawach, ale może ginęły one w wiodących tematach. Spróbuję więc na nie odpowiedzieć bardziej precyzyjnie, zastrzegając się – jak zwykle, – że pamięć mam osłabioną przez kilkugodzinne niedotlenienie pod gruzami – żeby było śmieszniej – niemieckiego domu, w niemieckim mieście Munchen Gladbach, zbombardowanym dywanowo przez amerykańskich przyjaciół. Byłem tam, jako jeniec wojenny po Powstaniu. I ze wstydem przyznaję, że nie uzupełniam pamięci z tego okresu czytaniem odpowiedniej literatury.

Kuźnia kadr, czyli Szare Szeregi

Przejdźmy do tematu. Jak wybuchła wojna i jak po dwóch latach okupacji – w końcu 1941 roku – otworzył mi się kontakt z Szarymi Szeregami, harcerskim, konspiracyjnym ruchem oporu, byłem nieco dziecinnym gimnazjalistą. Wszystko, co organizowano przeciwko Niemcom przyjmowałem z entuzjazmem i niemal bezkrytycznie. Pasjonowałem się tym, co robiła moja drużyna – malowaniem kotwic PW na murach, liczeniem pociągów i wagonów z wojskiem, czołgami i artylerią przejeżdżających przez Wisłę, szkoleniem łączniczym, czyli dokładnym poznawaniem centralnych dzielnic miasta i ukrytych przejść między domami. Imponowało nam zapoznawanie się z budową i obsługą podstawowych rodzajów broni osobistej i organizowanie w okolicznych lasach ćwiczeń strzeleckich z wykorzystaniem wiatrówek. Robiliśmy to głównie w czasie pozaszkolnym, nie zaniedbując kontynuowania harcerskich zwyczajów i zdobywania „sprawności”.

W tym najmłodszym środowisku niepodległościowej warszawskiej konspiracji i w rodzinno – towarzyskich kontaktach dużo rozmawiano i plotkowano o udanych akcjach zbrojnych przeciwko niemieckiej armii i administracji, wykonanych wyrokach za współprace z okupantem, kontaktach z „leśną” partyzantką AK, AL, Batalionów Chłopskich i NSZ. W miarę zbliżania się wschodniego frontu, w końcu 1943 i na początku 1944 roku pojawiała się plotka o możliwości „większego zrywu zbrojnego” w Warszawie. Wyobrażano go sobie jednak, jako akcję zsynchronizowaną z armią „radziecką”, nieobejmującą całego miasta, tylko skierowaną na opanowanie dróg, kolei, mostów i radiostacji. Alternatywą były możliwości wielkiego, wspierającego desantu zachodnich aliantów. Wszyscy z mego środowiska zdawali sobie jednak sprawę, że przy ograniczonych zasobach broni ręcznej i całkowitym braku ciężkiego sprzętu, możliwości przeprowadzenie wielkiej akcji są ograniczone. Mnie utwierdzały w tym rozmowy mego ojca z jego przyjaciółmi na cyklicznie przygotowywanych w naszym domu wspólnych obiadach.. Wszyscy, tak jak ojciec, byli w końcu I wojny oficerami I lub II Brygady Legionów. Byłem przekonany, że teraz wszyscy coś robili w AK.

Przygotowania

W lipcu 1944 roku był próbny alarm harcerskich jednostek Śródmieścia Warszawy i – jak sądzę – także innych dzielnic i organizacji. Tego nie jestem pewien, bo w konspiracji takie informacje nie docierały do najniższych ogniw. W ramach tego ćwiczenia kazano mi zgrupować część drużyny i nawiązać kontakt z nieznanym mi oddziałem Szarych Szeregów na bliskim Mokotowie. Udało się – dostaliśmy adres, imię, hasło, odzew. Trudnością był dojazd przetłoczonym tramwajem (chyba „4”) kursującym ulicą Marszałkowską. Było nas trzech i musieliśmy jechać „na cyckach”, jak wówczas nazywano zderzaki wagonów.

Rozkaz sygnalizujący wielką akcję i zgrupowania moich druhów w wyznaczonych miejscach, czyli głównie w mieszkaniach kolegów pełniących funkcje „zastępowych”, dotarł do mnie popołudniu 31 lipca. Było w nim wyraźne wskazanie, że grupowanie mamy zakończyć przed godziną 17.00 następnego dnia, – czyli 1 sierpnia – i czekać na łączników z dalszymi rozkazami. Miałem wątpliwości, czy to znowu nie są ćwiczenia i podzieliłem się nimi z ojcem. Powiedział, że on też rano wyjdzie z domu i rozkazy są do wykonywania, a nie do dyskutowania.

Co dzisiaj sądzę o Powstaniu?

Moje dalsze „przygody” w czasie Powstania i po jego zakończeniu opisywałem wielokrotnie. Odpowiedź na zadane ostatnio pytanie, – co wtedy czułem, co myślałem i jaka jest obecnie moja opinia o Powstaniu, nie jest łatwa. Z jednej strony na początku „zrywu” udzielał mi się powszechny entuzjazm i radość z odzyskiwanej niepodległości. Entuzjazm ten stopniowo zakłócało racjonalne spojrzenie wywoływane głównie informacjami o tragediach na Woli, później własnymi obserwacjami z upadającej Starówki i – co najważniejsze – brakiem informacji o natarciu wojsk radzieckich, albo wielkim, spadochronowym desancie z zachodu. W ramach moich łączniczych wędrówek raz pokazywano mi na Powiślu (z daleka) podobno radzieckiego radiotelegrafistę. Miałem też szczątkowe informacje o próbach forsowania Wisły przez oddziały Berlinga. Nie było jednak działań, pozwalających na „zwycięskie” zakończenie Powstania.
„Wolna Warszawa” stopniowo skurczyła się do Śródmieścia i części Powiśla. Moje codzienne bieganie, czołganie i przeskakiwanie ogrodzeń powodowało, że stykałem się z mieszkańcami koczującymi w piwnicach, lub w skleconych z dykty i desek szałasach, na podwórkach częściowo zburzonych domów. Nie byłem już tak radośnie witany jak na początku Powstania. Czasem traktowano mnie i kolegów, jako współodpowiedzialnych za nieszczęścia, jakie ich spotykały. Dostrzegałem też narastające zniechęcenie niektórych uczestników Powstania, „pochodzących” nie z konspiracyjnych oddziałów, tylko z naboru „cywili” prowadzonego już w czasie akcji.

Podsumujmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że Powstanie pozostało w mojej pamięci, jako dwumiesięczny okres dumy i euforii, satysfakcji z chwil odzyskanej wolności, podziwu dla wielu prawdziwych bohaterów – w tym także kilku moich kolegów. Z drugiej strony skłonność do racjonalnej oceny faktów zmusza mnie do przekonania, że popełniono rażący błąd strategiczny, dając rozkaz rozpoczęcia akcji bez zapewnienia wsparcia i bez sprecyzowania odpowiedzi na pytanie, „co dalej?”. Uzyskane efekty podniesienia morale Narodu i pokazania wschodnim i zachodnim aliantom, że jest w Polsce polska władza i armia, były ważne. Ale chyba nie tak ważne, aby zapłacić za nie niezwykle wysoką cenę w ofiarach ludzkich i niemal całkowitym zniszczeniem największego polskiego miasta, zwanego czasem przed wojną „Paryżem wschodu”.

Lenistwo kombatanta

Drugie zadane mi w tym roku pytanie jest właściwie prywatne. Odpowiadam na nie, bo dotyczy nie tylko mnie, ale pewnej liczby uczestników Powstania (a także innych kombatantów wojennych), nieuczestniczących aktywnie w „życiu kombatanckim, różnego rodzaju uroczystościach, spotkaniach czy imprezach wspomnieniowo – rozrywkowych.

Są dwie przyczyny tej absencji. Pierwsza wynika z brzydkich cech mego charakteru. Nie mam skłonności do rozwijania międzyludzkich kontaktów. Nie znoszę występowania w roli eksponatu, nie lubię brać udziału w publicznych i na ogół sterowanych dyskusjach. Od zawsze i coraz bardziej (lata płyną!) męczy mnie bezczynne siedzenie nawet na najbardziej patriotycznych uroczystościach. Z zażenowaniem przyznaję, że mam chyba antyspołeczny charakter. Nakłada się na to niechęć do nadmiernego sentymentalizmu. Nie żyję wspomnieniami z konspiracji, Powstania, niewoli i wyzwolenia. Są dla mnie ważnymi epizodami mego nieprzyzwoicie długiego życia, ale za równie ważne uważam wiele innych. Za syntezę tej przyczyny mojej absencji można więc uznać zwykłe lenistwo, połączone z brakiem tendencji do uzyskania pozycji celebryty.

Druga przyczyna jest poważniejsza. W pierwszych latach po powrocie z niewoli zapisałem się do (chyba?) jedynego wówczas stowarzyszenia kombatanckiego – Związku Uczestników Walki Zbrojnej. Też się nadmiernie nie „udzielałem”, ale chodziłem na zebrania i z satysfakcją wyczuwałem atmosferę przyjaźni i współpracy ludzi, którzy byli „od Berlinga”, „od Andersa i Maczka” w zróżnicowanej partyzantce, w Powstaniu i w innych miejscach, w których walczono z III Rzeszą. Ten związek potem „automatycznie” dodano do ZBWiDu, czyli Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Atmosfera była może nieco gorsza, ale nadal pozostawałem jego członkiem, aż do lat dwutysięcznych, kiedy koło, w którym aktualnie byłem uległo rozwiązaniu „z przyczyn naturalnych”. Mówiąc prościej – zostało kilka osób o ograniczonej sprawności fizycznej.

Niektórzy, żyjący jeszcze wówczas koledzy z Powstania i niewoli sugerowali, abym zapisał się do któregoś z nowych związków, np. do Światowego Związku Żołnierzy AK, albo do Związku Powstańców Warszawskich. Nie zrobiłem tego, bo z wypowiedzi i decyzji ich działaczy wynikało, że zaczęły one za bardzo skręcać na prawo. Najpierw mnie dziwiły a potem zaczęły drażnić liczne wypowiedzi, dotyczące likwidacji pomników związanych z bitwami i ofiarami armii byłego ZSRR w czasie II wojny, nawet takich, jak rozebrany pod pretekstem robót przy budowie metra, pomnik „braci śpiących” na warszawskiej Pradze. Denerwujące były lekceważące opinie o AL i udziale jej członków w Powstaniu, oraz coraz bardziej wyraźne sprzyjanie poglądom skrajnej prawicy na najnowszą historię. Szanuję i takie poglądy, ale uznałem, że nie powinienem uczestniczyć w ich utrwalaniu. Urząd ds. Kombatantów zapewnił mnie, że żaden kombatant nie musi być członkiem jakiegoś stowarzyszenia i że jest wielu podobnych do mnie „wolnych strzelców”. Utrzymuję sporadyczny, ale sympatyczny kontakt z Muzeum Powstania Warszawskiego, korzystam z pewnych przywilejów dla uczestników Powstania, wprowadzonych przez Prezydenta Warszawy. I to wystarczy.

Opuściłem Powstanie, jako kapral i „harcerz orli”. Jeszcze ZBOWiD załatwił mi w nieproszonym prezencie dyplom podporucznika, ale go nie „uaktywniłem” w odpowiedniej jednostce wojskowej. Wiem, że wielu kombatantów (nie tylko z AK) przywiązuje wagę do takich spóźnionych awansów tym bardziej, jeśli pozwalają one na podwyższenie emerytury. Ale osobiście – pokornie proszę o wybaczenie – uważam honorowanie emerytów coraz wyższymi stopniami wojskowymi, za pewną przesadę. Część żyjących kombatantów wojennych w Polsce potrzebuje bowiem nie tylko symbolicznego uznania. Marzą po cichu o opiekującym się stale i serdecznie lekarzu ze szpitalnym zapleczem, o dobrym sanatorium z dowozem i powrotnym przywozem, czasem też o realnej pomocy finansowej, poprawie warunków mieszkaniowych, lub chociaż o naprawdę darmowych lekach. Zaspakajanie potrzeb wyższego rzędu nie zaspakaja – niestety – przyziemnych potrzeb codziennego życia. To wiedzieli już „starożytni Rzymianie” wołając – „chleba i igrzysk!!”.

Warszawa – Marki, 18.07.2020r.