Kobiece rządy w Widzewie Łódź

W poprzednim sezonie piłkarze łódzkiego Widzewa zawiedli swoich fanów i nie wywalczyli awansu do I ligi. W klubie, który 18 czerwca władzę przejęła Martyna Pajączek, znana w piłkarskim środowisku z rządów w Miedzi Legnica oraz z tego, że została jako pierwsza kobieta w historii wybrana do zarządu PZPN.

W polskim futbolu Martyna Pieniążek zaistniała dzięki właścicielowi Miedzi Legnica, który oddelegował ją ze swojej firmy do pracy w legnickie klubie wkrótce po przejęciu większościowego pakietu jego akcji. Jako prezes Miedzi Pajączek zaistniała też na pezetpeenowskich salonach, wchodząc do władz I ligi, a potem do zarządu PZPN. Musiała zrobić dobre wrażenie na prezesie związku Zbigniewie Bońku, skoro nie mając żadnych wcześniejszych powiązań z widzewskim środowiskiem została prezesem tego zasłużonego klubu. A Boniek najwyraźniej znów rozdaje karty w Widzewie, skoro zdołał ulokować w radzie nadzorczej także swojego wieloletniego współpracownika Władysława Puchalskiego.

Cel tych działań powoli staje się jasny. W mediach od niedawna zaczęły krążyć plotki, że Widzew ma zostać zaoferowany dobrze Bońkowi znanemu Andrei Radrizzaniemu, potentatowi na rynku sportowych praw telewizyjnych, który po sprzedaży swojej firmy MP&Silva w 2016 roku za miliard dolarów lokuje teraz pieniądze w akcjach klubów piłkarskich. Już jest właściciela Leeds United, zabiega o przejęcie Bari, a teraz niemal za darmo może też przejąć Widzew, klub z dużym potencjałem sportowym i marketingowym oraz wielką bazą kibiców. Ale warunkiem jest jak najszybszy powrót do ekstraklasy. I do wykonania tego zadania posłano do Łodzi właśnie panią Pajączek.

Jej pierwsze decyzje wywołały szok, bo nowa szefowa klubu w pierwszej kolejności wywaliła z roboty dyrektora sportowego klubu Łukasza Masłowskiego, a wraz z nim trenera Zbigniewa Smółkę. Pierwszy stracił posadę po dwóch miesiącach pracy, a Smółka ledwie po miesiącu i nawet nie zdążył poprowadzić zespołu w jednym choćby oficjalnym meczu. To pierwszy chyba taki przypadek w historii polskiego futbolu. W jego miejsce zatrudniony został 45-letni Marcin Kaczmarek, w przeszłości szkoleniowiec Olimpia Grudziądz, Pogoń Szczecin, Lechia Gdańsk, Wisły Płock, a ostatnio Bruk-Betu Nieciecza. Dostał jednak kontrakt tylko na rok, z opcją jego przedłużenia w przypadku awansu do I ligi.

Tym razem Widzew pewnie już nie pokpi tak sprawy jak w poprzednim sezonie. Prezes Pajączek zaczęła ściągać do klubu znanych piłkarzy – pierwszym jej transferem jest dwukrotny król strzelców naszej ekstraklasy Marcin Robak, mający na koncie 120 golu w najwyższej klasie rozgrywkowej. Robak ma wprawdzie już 36 lat, ale wciąż jest w strzeleckiej formie. Podpisał dwuletni kontrakt z opcją przedłużenia go o jeden sezon, jeśli Widzew awansuje do ekstraklasy.

 

Arka wydarła Legii Superpuchar

Piłkarze Legii Warszawa chyba nie uważają Superpucharu Polski za cenną zdobycz, bo w sobotę po raz szósty przegrali mecz o to trofeum, ulegając Arce Gdynia na własnym stadionie 2:3. Po raz ostatni legioniści zdobyli Superpuchar w 2008 roku.

 

Broniąca trofeum Arka Gdynia po raz drugi z rzędu w meczu o Superpuchar pokonała Legię. Porażkę mistrzów Polski i zdobywców krajowego pucharu w poprzednim sezonie oglądał Jerzy Brzęczek, niedoszły trener warszawskiego zespołu, a obecnie selekcjoner reprezentacji Polski. W loży honorowej stadionu przy Łazienkowskiej towarzyszyli mu jego nowi koledzy z pracy – Stefan Majewski, Marek Koźmiński, Paweł Wojtala i Tomasz Iwan oraz Zbigniew Boniek, który oglądał jednak mecz w towarzystwie prezesów obu walczących klubów – Dariusza Mioduskiego z Legii i Wojciecha Pertkiewicza z Arki.

Ponieważ do czasu oficjalnej prezentacji połączonej z konferencja prasową nowy trener kadry ma założony knebel, nie wiadomo których piłkarzy z biegających w sobotni wieczór po boisku obserwował pod kątem reprezentacji. Z wybrańców jego poprzednika, Adama Nawałki,  o Superpuchar zagrali Sebastian Szymański i Krzysztof Mączyński, żaden z nich jednak niczym nie zachwycił. Potencjalny kadrowicz, Michał Kucharczyk, wypadł jeszcze gorzej. W gdyńskiej drużynie, chociaż wygrała, także ani jeden z polskich graczy nie dał swoją grą żadnego powodu, żeby wysłać mu powołanie na czekający naszą reprezentację wrześniowy mecz z Włochami.

Arka w finale Pucharu Polski przegrała z Legią, zaś w lidze zajęła dopiero 12. miejsce, zatem w tym sezonie nie zagra w europejskich pucharach i jej forma nie jest taka ważna. Co innego dyspozycja graczy Legii, bo oni przecież walczą w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Nie ma się jednak co łudzić, z taką grą, jaką zaprezentowali w spotkaniu z Arką to legioniści może przejdą irlandzki Cork City (na wyjeździe wygrali 1:0, rewanż we wtorek 17 lipca o 21:00), ale na mocniejszego przeciwnika z pewnością to nie wystarczy.

Nie pomógł im nawet król strzelców ekstraklasy z poprzedniego sezonu Carlitos, dla którego występ przeciwko Arce był debiutem w barwach warszawskiego klubu. Owszem, strzelił gola, ale ze spalonego i sędzia go nie uznał, a potem hiszpański snajper tylko miotał się bezradnie po murawie w oczekiwaniu na jakieś sensowne zagrania swoich nowych kolegów. Nie doczekał się jednak, a lepsze recenzje od niego zebrał inny z nowych nabytków Legii Jose Kante.

Wygrana Arki to pierwszy poważny sukces nowego trenera gdyńskiego klubu Zbigniewa Smółki, który wcześniej pracował w I-ligowej Stali Mielec. Warto śledzić pracę tego szkoleniowca, bo zdaje się że ma on nie tylko wyszukane jak na trenerski fach maniery, ale przede wszystkim talent. Kibice warszawskiej drużyny, których stawiło się ponad siedemnaście tysięcy, tuż po ostatnim gwizdku sędziego gremialnie opuścili stadion, przez co ceremonia nagradzania zwycięskiej drużyny odbyła się w scenerii pustych trybun.