Stanowisko Stowarzyszenia „Pokolenia” we Wrocławiu w sprawie Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych we Wrocławiu

W maju 2021 roku, Rada Miejskiej  Wrocławia, podjęła ostateczną decyzję o budowie Pomnika Żołnierzy Niezłomnych.

Po ogromnej katastrofie wojennej, zrujnowane państwo polskie zaczęło się odbudowywać. W odbudowie tej wzięła udział większość społeczeństwa polskiego, niezależnie od dzielących je znacznych różnic politycznych.  Innego zdania byli tzw. „żołnierze wyklęci”, którzy pod hasłem walki o wolność ojczyzny zabijali nie tylko członków władzy centralnej i terenowej – działaczy i członków PPR, PZPR oraz, choć w mniejszym stopniu, członków ZSL. Najłatwiejszym celem była ludność cywilna i działacze szeroko rozumianej lewicy, którzy mieli dość wojny i okupacji niemieckiej. Napadano na posterunki MO, lokalne więzienia, grabili, palili  i siali postrach wobec bezbronnych wsi. Trzeba tu wyraźnie rozgraniczyć osoby, które brały udział w tym procederze, na skutek różnych form przymusu, od tych, którzy przystąpili do partyzantki antykomunistycznej z powodów ewidentnie politycznych. Nie pogodzili się oni ze zmianami politycznymi, które zaszły po wojnie w Polsce, i na które trzeba to wyraźnie powiedzieć, większość Polaków nie miała żadnego wpływu. Byli oni gotowi kontynuować walkę niezależnie od kosztów i cierpień ludności. 

Dlaczego jednak pomnik tzw. żołnierzy niezłomnych stanąć ma właśnie we Wrocławiu, stolicy Dolnego Śląska? Dolny Śląsk wraz z Wrocławiem znalazły się w granicach Polski decyzją mocarstw podjętej na konferencji w Poczdamie. Prawdą jest, że orędownikiem przyłączenia tej ziemi do Polski był Stalin, podczas gdy przywódcy mocarstw zachodnich byli raczej za ograniczeniem rekompensaty, jaką miała otrzymać Polska za utracone ziemie na wschodzie dawnej II Rzeczypospolitej. Była mowa o granicy na Odrze i Nysie, ale Nysie Kłodzkiej. W takim przypadku w Polsce znalazłaby się tylko północna część Wrocławia. Mówiąc obrazowo, w Polsce byłby Cmentarz Osobowicki, ale cały przemysł, uczelnie i zabytki znalazłyby się po stronie niemieckiej. Dużą rolę w wytyczeniu zachodnich i północnych  granic Polski miał Rząd Tymczasowy, w którym decydujący głos mieli przedstawiciele lewicy polskiej, nie tylko zresztą komuniści.  Jeśli chodzi o utracone ziemie wschodnie, sprawa była przesądzona przez mocarstwa jeszcze w Teheranie w 1943 roku i w Jałcie. Zresztą po 50 latach od wojny, ani kawałek tych ziem nie jest częścią Rosji – należą one do Litwy i Ukrainy, które są naszymi sojusznikami oraz do Białorusi. Czy ktoś rozsądny nie przyzna, że granice te są sprawiedliwe? 

Powojenny Dolny Śląsk z Wrocławiem stał się tyglem, w którym znaleźli swoje miejsce przedstawiciele wielu narodów. Ziemie te zasiedlane były przez Polaków przesiedlonych ze wschodu, ale także przybyłych z zachodu i południa Europy: górników z Francji i Belgii, a także z Jugosławii. Dużą część stanowili  przybysze z tzw. centralnej Polski – Mazowsza, Wielkopolski, Kielecczyzny itd. Na Dolnym Śląsku osiedlano też ocalonych z Zagłady Żydów, uchodźców z Grecji, Ukraińców i Łemków. Należy pamiętać, że wielkie zagospodarowanie Worka Żytawskiego – Turoszowa, odbyło się rękami polskiej młodzieży, która w liczbie ponad 5 tysięcy przyjechała do pracy głównie z przeludnionych wsi podkarpackich. Z tej wielkiej mieszaniny etnicznej ukształtowała się społeczność dolnośląska – Dolnoślązacy. Tutaj spotyka się tradycja Wschodu i Zachodu.

Skąd powstała idea, że żołnierzom niezłomnym, czytaj wyklętym, należy się cześć  i należy im się pomnik tu: na ziemi zachodniej? Przecież oni nie wzięli nawet udziału w walkach o wyzwolenie okupowanej jeszcze przez Niemców zachodniej Polski. Wręcz przeciwnie, na Zachód wraz z wojskami hitlerowskimi wycofywali się żołnierze Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych. Polityka historyczna firmowana i kreowana przez Instytut Pamięci Narodowej i obie główne partie postsolidarnościowe, doprowadziły do powstania zafałszowanej narracji o tzw. „żołnierzach wyklętych”. O korzeniach ideowych IPN świadczy np. fakt powołania na dyrektora IPN we Wrocławiu  Tomasza Greniucha, zwolennika rosyjskiej agresji na Ukrainę, doktora bez znaczącego dorobku naukowego za to z ONR-owską przeszłością, wykonującego tzw. salut rzymski, będący w rzeczywistości hitlerowskim pozdrowieniem. Powołany na zastępcę prezesa IPN, dr Karol Nawrocki, chlubi się, że „zdemolował” wystawę główną Muzeum II wojny światowej. Taki właśnie IPN uważa, że ma wyłączność na mówienie o polskich dziejach. Pisze o tym dr Mariusz Sawa – badacz stosunków polsko-ukraińskich, usunięty z IPN. Dr Sawa stracił pracę, ale zachował twarz (Konflikt pamięci – Przegląd nr 22, 24-30 maja 2021 r.). Dla podkreślenia osiągnięć w szkolnictwie i nauce polskiej w okresie powojennym, z uzasadnieniem liczbowym, pisze Bogdan Galwas  –  „Dziadersa uwagi i refleksje” (Trybuna – środa 19, czwartek 20 maja 2021 r.). 

Działalność tzw. żołnierzy wyklętych budzi w społeczeństwie polskim ogromne kontrowersje. Próby wynoszenia na pomniki takich postaci jak „Bury” czy „Ogień” spotyka się ze sprzeciwem na terenach, na których oni działali, jest natomiast popierana przez środowiska skrajnej prawicy. Należy wreszcie podkreślić, że na Dolnym Śląsku próby działań „żołnierzy wyklętych” zostały zgaszone w zarodku i można powiedzieć, że tu ich nie było. 

Budowa we Wrocławiu Pomnika tzw. Żołnierzy Niezłomnych jest działaniem, które nie przyczynia się do integracji społeczeństwa naszego miasta i regionu, wręcz przeciwnie, wywołuje podziały. Jest to akt wymierzony w tolerancję, która charakteryzuje mieszkańców Miasta Spotkań – miasta przyjaznego i łączącego ludzi.

Stowarzyszenie „Pokolenia” we Wrocławiu stanowczo nie zgadza się z decyzją Rady Miejskiej i tą drogą wyraża swój protest. 

Z pełnym zrozumieniem popieramy zdanie Społecznego Forum Wymiany Myśli z Wrocławia, które pojawiło się na łamach Trybuny wcześniej oraz życzymy powodzenia Wrocławskim Radnym z Lewicy, którzy wystąpili w obronie honoru miasta i ludzi, głosując przeciw pomysłowi postawienia Pomnika Żołnierzy Niezłomnych w naszym mieście.

Nie zaniedbujmy dialogu z mniejszościami

Polskie ustawodawstwo wyróżnia aż trzynaście mniejszości narodowych i etnicznych żyjących w naszym kraju. Mimo to, jeśli już ich przedstawiciele pojawiają się w mediach, to przeważnie jako negatywni bohaterzy lub lokalny folklor. Również rodzima nauka wydaje się traktować mniejszości po macoszemu, być może dlatego, że główne ośrodki zajmujące się tym tematem znajdują się poza Warszawą.

W miniony czwartek, 23 maja, w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Zbigniewa Herberta w Gorzowie Wielkopolskim (WiMBP) odbyła się konferencja naukowa pt. „Mniejszości narodowe i etniczne w sferze medialnej Ziem Zachodnich i Północnych”. Ani miejsce, ani instytucja nie były przypadkowe. Na tle monoetnicznej Polski, to właśnie „Ziemie Odzyskane” stanowią prawdziwą mieszankę etniczną i kulturową. To tutaj po 1945 roku swoje miejsce znaleźli przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, wśród których zwartą grupę stanowili polscy Tatarzy. Tutaj też w ramach akcji “Wisła” osiedlono Ukraińców i Łemków. Tutaj swoje tabory zatrzymali Romowie. Wreszcie są to tereny od wieków zamieszkałe przez ludność niemiecką i tzw. autochtoniczną, w tym Kaszubów, Mazurów czy Ślązaków. Od wielu już lat ta wielokulturowość pogranicza jest tematem badań gorzowskiej Biblioteki Herberta i działającego w jej ramach Ośrodka Badań Euroregionalnych. Zeszłotygodniowa konferencja była zatem kolejną poświęconą mniejszościom narodowym i etnicznym, którą biblioteka zorganizowała wraz z miejscową Akademią im. Jakuba z Paradyża.
Konferencja zgromadziła naukowców z ośrodków badawczych z kraju i zagranicy. Wśród przybyłych prelegentów znaleźli się m.in. przedstawiciele Uniwersytetu Szczecińskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Politechniki Lwowskiej. Swój udział zaznaczyli także członkowie towarzystw i organizacji skupiających mniejszości narodowe i etniczne, w tym Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów we Wrocławiu. Mnogość poruszanych przez nich tematów wykracza poza objętość krótkiej notatki. Tożsamość Serbołużyczan, aktywność medialna mniejszości niemieckiej, regionalne programy telewizyjne dla mniejszości narodowych i etnicznych, wizerunki medialne Romów i Łemków, powojenna żydowska prasa, mniejszości narodowe i etniczne w komunikowaniu politycznym polskich partii lewicowych – to tylko niektóre z zaprezentowanych wystąpień. Łącznie wygłoszono 20 referatów, które znajdą się w przewidzianej do wydania jeszcze w tym roku publikacji.
Konferencja została objęta patronatami honorowymi wojewody lubuskiego, marszałka województwa lubuskiego oraz prezydenta Gorzowa Wielkopolskiego. Wydarzenie spotkało się także z zainteresowaniem wiodących tytułów prasowych mniejszości narodowych i etnicznych, w tym ukraińskiego „Naszego Słowa”, romskiego „Romano Atmo” i „Dialogu. Magazynu Polsko-Niemieckiego”, które sprawowały nad nim patronat prasowy.
Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce stanowią zaledwie ok. 3 proc. ogółu mieszkańców. Nie oznacza to jednak, aby nie warto było się nimi zajmować. Zwłaszcza obecnie, kiedy rosną w siłę nacjonalizm i ksenofobia, podkreślanie wielokulturowego dziedzictwa Rzeczpospolitej powinno stać się jednym z priorytetów edukacji i wychowania. Gorzowska konferencja udowodniła, że nie brakuje w naszym kraju osób – naukowców, aktywistów czy ludzi kultury – dla których spotkanie z „innym” stanowi nie zagrożenie, lecz okazję do poznania i współpracy.